22 grudnia 2009

26. Wyzwanie: zaufaj


W późnych jesiennych wieczorach spędzanych w szkolnej bibliotece było coś wyjątkowego. Nie wiedział, czy to przez deszcz bębniący w ciemne okna, czy słabe światło lamp rozpraszające mrok, czy niewyraźny zarys przejść między regałami, może ta cisza — jeszcze bardziej przytłaczająca niż za dnia, kiedy pani Mortemore patrolowała każdy zakątek swego królestwa, a może to wszystko jednocześnie. Tak czy siak Tom uwielbiał tu przesiadywać, ale tym razem wyjątkowo nie pochłaniał żadnej piekielnie skomplikowanej książki z Działu Ksiąg Zakazanych. 

I wyjątkowo nie był sam. 

Siedzieli razem przy jednym z ostatnich stolików — pochyleni ku sobie, prawie głowa przy głowie — i dyskutowali szeptem, by nie zmącić perfekcji nocnej ciszy. 

— Za życia często tu przesiadywałam — wyznała Helena. Wystarczyło kilka spotkań, by jej oczy nabrały ciepła, a twarz przestała odstraszać surowością. Na wspomnienie dawnych czasów zdawała się chyba… uśmiechać. — Oczywiście nie była to tak zasobna biblioteka, nie mieliśmy też Działu Ksiąg Zakazanych, ale uwielbiałam ją. Ją i sowiarnię. 

— Ja zamiast sowiarni wolę lochy — wtrącił zaczepnie, a ona zachichotała protekcjonalnie. 

— Jak przystało na Ślizgona. 

I on się zaśmiał. Czuł na sobie intensywność jej spojrzenia, więc pozwolił się obserwować, niby bezwiednie bawiąc się piórem. W rzeczywistości chciał, by patrzyła. Chciał dać jej wrażenie sprawowania kontroli, odkrywania go, bo tylko w ten sposób miał szansę pozyskać zaufanie Heleny Ravenclaw, choć i ona intrygowała go. Była w pewnym sensie odmienna od reszty duchów, z którymi rozmawiał — inaczej niż oni obchodziła się z tematem własnej śmierci. Do tej pory nie poruszyła tego tematu, choć wiedziała — lub domyślała się — że Riddle poznał już tę historię. I zdecydowanie wolała słuchać, więc Tom pozwalał, by słuchała. 

Podniósł wzrok, a jej uśmiech zmienił się. 

— Zapytaj mnie o to — rzekła w końcu. 

Wyjątkowo nie przewidział, co miała na myśli. 

— O co? 

— O Slytherina. — Widząc zaskoczenie na jego twarzy, dodała, a zrobiła to z wyraźną satysfakcją: — Zauważyłam, że od jakiegoś czasu wyłazisz ze skóry, by ze mną o nim pomówić. 

Spuścił wzrok z tym typem zakłopotania, jakim zawsze urabiał podstarzałe nauczycielki. Zawsze działało i podziałało tym razem. 

— To naturalne, że uczeń chciałby dowiedzieć się czegoś o założycielu swojego domu… 

— Zgadzam się — przyznała. 

Dał jej chwilę na napawanie się wyższością. Niech jej się wydaje, że Tom nie może się doczekać, że pragnie, by mu opowiedziała — choć rzeczywiście bardzo chciał tych opowieści. 

— Jaki był? 

Serce mimowolnie przyśpieszyło, gdy czekał, aż dziewczyna zbierze myśli. Poprawiła się na ławce jak wzorowa uczennica w trakcie odpowiedzi. Policzki lekko jej pociemniały, oczy zrobiły się duże i rozmarzone. Wspominała z przyjemnością. 

— Znałam go jako dojrzałego, nieco zgryźliwego czarodzieja, ale za młodu był ponoć bardzo szarmancki. I przystojny — zaczęła i prawie natychmiast urwała, mierząc Riddle’a badawczym spojrzeniem. — Był jak ty. Z zewnątrz trochę cyniczny, niezbyt rozmowny, ale po bliższym poznaniu czarował dobrymi manierami. Nie znosił, gdy było nie po jego myśli. Zawsze odludek, w latach młodości przyjaźnił się z Gryffindorem, ale najlepiej porozumiewał się z moją matką. Oboje byli bardzo oczytani, inteligentni, nieco na uboczu. — Pochyliła lekko głowę, oczy jej rozbłysły. — Plotkowano, że przed założeniem szkoły, gdy byli jeszcze młodzi, mieli romans, ale zawsze temu przeczyli. 

Przez chwilę śmiali się oboje, jakby znali się od lat, choć akurat perypetie miłosne Czwórki Hogwartu nie ciekawiły ani tym bardziej nie bawiły Toma. Chciał przykładów, że Slytherin naprawdę był jak on.

— Czyli znali się przed? 

— O tak — przytaknęła żarliwie. — Podróżowali wspólnie przez jakiś czas, a moja matka mocno wpłynęła na Slytherina. Głównie w temacie przedmiotów, ale i dostępności do edukacji. Slytherin początkowo uważał, że nie tylko mugolaki, ale i kobiety z niezbyt majętnych rodzin nie powinny uczyć się w szkole. Twierdził, że wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie przez matki i babki wystarczyła, choć przypuszczam, że chciał utrzymać Hogwart na poziomie elitarnym — nie tylko pod względem czystości krwi, ale i majątku. Nawet wiele lat później, gdy chciał się drażnić z moją matką, często poruszał ten temat. 

Ciekawość zapłonęła mu w piersi, ale nie próbował dłużej ukrywać zaciekawienia. 

— Jakim był nauczycielem? Czego nauczał? — zapytał, choć spodziewał się, jaka odpowiedź padnie. 

— Obrony przeciw ciemnym mocom, choć za mojego życia było w tym znacznie więcej czarnej magii niż obecnie — odparła bez skrępowania. — Slytherin głosił, że należy zgłębić ten rodzaj magii przynajmniej w stopniu podstawowym, żeby skutecznie się przed nią bronić. To również stało się kością niezgody między nim i resztą założycieli. Ale wtedy granice czarnej magii nie były tak wyraźnie zaznaczone, a może znosili to tylko dlatego, że tak wiele razem przeszli? 

— Myślę — rzucił, spoglądając na nią poufale i tłumiąc rozbawienie — że przyjaźń jest zdolna przezwyciężyć nawet największe różnice. Jesteś… niedocenionym skarbem Hogwartu, Heleno Ravenclaw. 

Zauważył w jej oczach błysk zupełnie żywego uczucia. Uczucia, które ostatecznie unicestwiło resztki czujności na tej surowej, półprzezroczystej twarzy. Lecz zanim któreś zdążyło coś jeszcze dodać, na stolik padł strumień zimnego światła i znikąd — prawie jak duch — pojawiła się przy nich pani Mortemore. 

— Proszę stąd natychmiast wyjść, biblioteka jest już zamknięta — warknęła, kompletnie nieczuła na przepraszające spojrzenie Toma. — Godziny otwarcia obowiązują każdego, nawet prefekta naczelnego. 

 

*

 

Normalnie bałabym się chodzić sama o tej porze po lochach, ale wszystkie moje dziecięce strachy skumulowały się w tym, co czekało na mnie w listach. Nie mogąc znieść męki oczekiwania, wymknęłam się z dormitorium, kiedy pokój wspólny zaczął pustoszeć, a teraz nie wiedziałam, jak długo krążyłam po celi i próbowałam opanować galopujące myśli. 

Pudełko leżało niewinnie na podłodze pod ścianą i śledziło każdy mój krok. 

Tak, zdecydowanie się gapiło. I to bezczelnie.

Dwie samotne lampy dawały niewiele światła, przez co nasza sala do ćwiczeń wydała mi się teraz bardzo ciasna i absurdalnie przytulna. Zegar przyniesiony przez Avery’ego wskazywał wpół do dwunastej. 

Godzina duchów, zamajaczyło gdzieś z tyłu głowy, ale nie przeraziłam się. 

Przysiadłam na krawędzi trumny i drżącą ręką sięgnęłam po pierwszy list. Była lodowata i spocona, choć o dziwo nie czułam zimna. Tylko serce waliło mi jak szalone w okolicy przełyku. Wytrzepałam sobie na kolana zawartość pierwszej koperty i natychmiast spostrzegłam, że wiadomość napisana przez Toma była kopią. 

No tak, logiczne. 

I jeszcze z pierwszego lipca 1973 roku — czyli tuż po zakończeniu piątej klasy. Coś ścisnęło mnie w żołądku. 

Niedługo potem rodzice zakomunikowali, że ślub z Nicolasem zostanie przyśpieszony, a ja powinnam mocno ograniczyć kontakty z męską grupą znajomych. Ot tak, jak wtedy mi się wydawało, bez powodu. Bo prawie zamężnej dziewczynie nie wypadało spędzać tyle czasu z chłopakami.

Wiadomość okazała się krótka i dziwaczna, naszkicowana znajomym, eleganckim pismem pełnym zawijasów, a na dole zamiast podpisu widniało tylko kolega ze szkoły

 

Londyn, 1 lipca 1973

Szanowna Pani Earth Hortus, 

Pozwalam sobie zwrócić się do Pani z uprzejmym pismem po naszym przypadkowym spotkaniu na stacji King’s Cross. Nie łudzę się, że Pani mnie pamięta i na tę chwilę pragnąłbym przy tym pozostać, natomiast Pani wdzięk i szyk sprawiają, że nie mogę przestać o Pani myśleć. Błyszczy Pani na tle innych dam. Nie mogę nie wspomnieć o szczególnym sposobie dobioru szat i kolorów, które znakomicie współgrają z Pani niepospolitą cerą, a jednocześnie subtelnie nawiązują do regionu Pani pochodzenia. Można rzec — szaty godne królowej. Nie chciałbym zabrzmieć jak przypadkowy pochlebca, których — ośmielę się założyć — jest wielu w Pani otoczeniu. 

Zdobyłem się na odwagę na tę sowę, ponieważ znam Pani tajemnicę, Earth. Zdaję sobie sprawę, iż kwestia, której ona dotyczy, jest dla Pani szczególnie wrażliwa, a waga sprawy — gargantuicznych rozmiarów, niemniej jednak zależy mi, aby wszystkie osoby w to zamieszane, a które wciąż nie mają o tym pojęcia, poznały prawdę. Mam na myśli Pani córkę Victorię.

Posługuję się tym listem jako wyrazem łagodnej sugestii. 

Proszę przyjąć zapewnienie o moim najwyższym szacunku, 

kolega ze szkoły 

 

Przeczytałam to drugi raz — z jeszcze większym mętlikiem w głowie i ściśniętym gardłem — a wspomnienie znajomych sylwetek z Hogsmeade przyprawiło mnie o bolesny skurcz jelit. Natychmiast porwałam następną w kolejności kopertę, ale okazało się, że znów nosiła na sobie ślad ręki Toma. 

Matka nie odpisała.

Z żalem przyjmuję brak sowy zwrotnej — czytałam. Z żalem, lecz bez zaskoczenia, choć chciałbym wierzyć, że mój wcześniejszy list zaginął lub była Pani zbyt zajęta, by naszkicować odpowiedź. Poznałem powód tajemniczej choroby Victorii i również bym pragnął, by podjęte przez Państwa środki bezpieczeństwa wynikały z niewiedzy, a nie zatajenia przed nią pewnych faktów dotyczących jej pochodzenia. Ośmielę się zasugerować rozwiązanie: zamiast szprycować ją klątwami, bezpieczniejsze dla niej będzie wyznanie prawdy. W przeciwnym razie następną sowę będę zmuszony skierować do niej, a oboje wiemy, że tak wrażliwy temat powinien zostać poruszony przez rodziców, nie kolegę ze szkolnej ławki. A kiedy to zrobię, Victoria pozna całą prawdę na raz — nie tylko na temat choroby, ale i o całej reszcie, Wasza Wysokość. 

Zwrot na końcu wiadomości wydał mi się osobliwy, lecz tej nie analizowałam już tak dokładnie. Z bijącym sercem sięgnęłam po trzecią kopertę i w środku odkryłam pergamin zawierający raczej notatkę niż pełnoprawny list. 

Była krótka i sucha, pozbawiona tych wszystkich ozdobników, jakimi częstował matkę Riddle.

 

Drogi Panie,

ma Pan rację, nie mam pojęcia, kim Pan jest i nie mam ochoty się tego dowiadywać. Proszę zostawić moją rodzinę w spokoju, a jeżeli w jakiś sposób Panu uchybiliśmy, proszę przedstawić swoje żądania i nie napastować nas groźbami. 

Earth Hortus

 

Odpowiedź na to przyszła bardzo szybko, bo zaraz na drugi dzień, ale i tu czekało mnie rozczarowanie, ponieważ karteczka zawierała jedynie dwa słowa: chcę prawdy. Zniecierpliwiona porwałam piątą kopertę i choć u moich stóp roiło się już od listów, schludna wieża zdawała się nie maleć. 

I czekała na mnie nie jedna, a dwie takie. 

Nie rozumiem, jakiej prawdy się Pan domaga — matka pisała w odpowiedzi. Każda rodzina ma prawo do własnych sekretów i nie widzę powodu, by o ich wyjawianiu miał decydować jakiś „kolega ze szkoły” — ktoś, kto sam trzyma w tajemnicy swoje personalia. Nie jestem w stanie traktować poważnie anonimów, które może słać każdy. A stanem zdrowia mojej córki proszę nie zaprzątać sobie głowy. Jeżeli Panu faktycznie zależy na jej dobru tak, jak Pan twierdzi, to zapewne Pan wie, że niebawem wejdzie do znakomitej rodziny, gdzie niczego jej nie zabraknie — bez względu na stan zdrowia. Jeszcze raz uprzejmie proszę nie mącić jej szczęścia.

Tom zdawał się świetnie bawić, grając na cierpliwości mojej matki. Znając go, spodziewałam się jeszcze kilka takich wiadomości, ale następna koperta okazała się znacznie grubsza — najgrubsza ze wszystkich, jakie do tej pory otworzyłam — i, co zaskakujące, zawierała jego podpis. 

Według daty w rogu pergaminu wciąż trwały wakacje. 

Tym razem już bez żadnych wstępów, umizgów czy zwrotów grzecznościowych list zaczynał się jak bajka, której Banialuka nigdy mi nie przeczytała. 

Dawno, dawno temu, za zielonymi wodami Nilu, pod kloszem starożytnych zaklęć i gdzieś pośrodku złotych piasków Sahary stało Kemmhyt — jedno z czternastu królestw powstałych po latach wojen i rozpadu Górnego i Dolnego Egiptu. A na tronie ze złota nie zasiadał żaden król ani żadna królowa, ponieważ jego prawowita następczyni ponad własne dziedzictwo postawiła brytyjską dekadencję i męża hazardzistę. 

Ma Pani rację, Earth, każda rodzina ma swoją tajemnicę, a im starsza, tym kryje bardziej pokręcone sekrety. I może nie poświęciłbym tej konkretnej więcej niż sekundę zastanowienia, gdyby nie to, że nie dotyczy ona tylko Pani. Victoria ma prawo znać prawdę. Ma prawo do wiedzy o własnym ojcu, dowiedzieć się prawdy o własnych korzeniach, poznać swoje imię i, wiedząc to wszystko, podjąć decyzję odnośnie swojego losu. Pani odrzuciła koronę, ale nie ma Pani prawa odbierać jej Victorii — a właściwie Dżahmes-Meritamon, jeżeli chcemy być dokładni. Wiem też, że dziecko, które zostawiła Pani w Kemmhyt, nie jest prawowitym następcą tronu. I starożytna magia, jaka spowija to królestwo, też o tym wie i prędzej czy później upomni się o to, co do niej należy. Proszę jej nie lekceważyć, Earth. Proszę nie ograbiać córki z jej dziedzictwa i, dobrze radzę, proszę nie lekceważyć tego listu. 

TR

 

Przeczytałam to kilka razy, czując rosnącą gulę w gardle. W głowie miałam kompletną pustkę. I choć domyślałam się, że list miał być zrozumiały przede wszystkim dla mojej matki, nie potrafiłam sobie wyobrazić, by nawet ona dała radę coś z tego wyciągnąć. 

Następna koperta przekonała mnie, że chyba jednak wyciągnęła, ponieważ zawierała jedynie prośbę o jak najszybsze spotkanie. Tym razem Riddle nie śpieszył się z odpowiedzią, ponieważ wysłał ją dopiero jesienią z datą najbliższej wycieczki do Hogsmeade. 

Zżerała mnie ciekawość, do czego doszli na tamtym spotkaniu, ale najwidoczniej nie wszystko poszło po myśli Toma, bo ledwo miesiąc później wysłał kolejną sowę — również całkowicie pozbawioną przymilnego tonu. 

Chyba się nie zrozumieliśmy — zakomunikował już w pierwszym zdaniu. Przyśpieszenie ślubu wbrew woli Pani córki nic nie da, ponieważ do ślubu i tak nie dojdzie. I tylko od Pani zależy rozmiar skandalu, jakim się to skończy, ponieważ nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. W Hogwarcie jest mnóstwo sów — jedną z nich mogę wysłać również do Pani męża, a z tego, co słyszałem o panu Hortusie, wnioskuję, że również może być zainteresowany tematem ojca Dżahmes — nim lub rozmiarem jego licznych krypt w Banku Gringotta.

Matka również porzuciła okrągłe słówka. 

Mój mąż wie o wszystkim i to wystarczy, ale już rozumiem, skąd to całe zamieszanie. Żałuję tylko, że nie poprosił Pan otwarcie, to oszczędziłoby nam wielu nieprzyjemności. Jeżeli Pańskie listy wynikają z problemów finansowych, moja matka wspierała swego czasu organizacje świadczące wsparcie dla ubogich, ale uzdolnionych uczniów. Jestem skłonna udzielić Panu każdej formy pomocy, jakiej Pan potrzebuje.

Opuściłam pergamin. Serce waliło jak oszalałe. Elementy układanki wciąż się ze sobą nie składały, ale sam fakt, że matka ukrywała tajemnicę, którą chciała utrzymać za wszelką cenę — nawet za pomocą przekupstwa — sprawił, że gniew uderzył mi do głowy. 

Jestem skłonna udzielić Panu każdej formy pomocy, jakiej Pan potrzebuje. 

Przełknęłam gorycz i sięgnęłam po list zamykający pierwszą wieżę kopert. 

Obawiam się, że bardzo by Pani chciała tak to rozumieć, ale oboje wiemy, że nie interesuje mnie złoto. Zdaję sobie sprawę, że pańska sfera jest przyzwyczajona do takiego rozwiązywania problemów, ale ja nie jestem osobą, którą można kupić. Wydaje mi się, że podczas naszego spotkania dałem to Pani wyraźnie do zrozumienia. Obawiam się, że powiedziałem i napisałem wszystko, co powinna Pani wiedzieć. Reszta zależy od Pani. Proszę się dobrze zastanowić, czy chce Pani zaprzepaścić resztkę reputacji, jaka została Pani rodzinie. Ma Pani czas do końca ostatniego semestru. Później to ja wyjawię Dżahmes całą prawdę, wszystko bez wyjątku, a wtedy straci Pani córkę na zawsze. 

PS Do małżeństwa z Rowdym i tak nie dojdzie. Z czystej życzliwości radzę zawczasu odwołać tę farsę.

Na to nie przyszła już żadna odpowiedź, choć Tom wysłał do domu ojca jeszcze dwie sowy, w których przypominał o upływającym czasie. Dopiero na trzeciej kopercie zobaczyłam znajome TR, Hogwart. Przebrnęłam przez gorzkie żale matki spowodowane nieudanym ślubem, złośliwości Toma dotyczące romansu z egipskim arystokratą, straszenie Riddle’a zaprzepaszczeniem dobrze zapowiadającej się kariery i to przeciąganie liny trwało aż do czerwca 1974. 

Drzwi skrzypnęły po mojej prawej. 

Nerwy miałam pod wierzchem i to pod ich wpływem natychmiast zerwałam się na nogi. Wyszarpnęłam różdżkę z kieszeni, ale w progu stał nieruchomo tylko autor tego całego zamieszania. W żółtym świetle samotnej lampy wyglądał jak widmo z tą swoją bladą twarzą i czujnymi, błyszczącymi oczami, które spuścił w dół na podłogę na — jak się okazało — upuszczone przeze mnie listy. 

— Jak ci się podoba urodzinowy prezent? — zapytał cicho i wsunął się do środka, zamykając za sobą drzwi. 

Tak na wszelki wypadek, przemknęło mi przez myśl. 

— Jak mi się… podoba? — wydukała. Miałam trudności ze skleceniem zdania. — Myślałam, że ty i moja matka… że wy… 

Dopiero teraz pozwolił sobie na cień uśmiechu. Przeszedł przez salę i schylił się, żeby pomóc mi pozbierać rozsypane kartki.

— Że co? Że coś nas łączy? 

— Tak, a zamiast wyjaśnień dajesz mi pudło jakichś niestworzonych historii, jakieś… nie rozumiem, coś o starożytnych krainach, o romansach mojej matki… Tam nic się nie trzyma kupy…!

Przerwał porządkowanie kopert. Oczy błyszczały mu intensywnie jak w długo tłumionej ekscytacji, która nareszcie znalazła ujście. 

— Jak to nic? — zapytał szeptem. — A te wszystkie znaleziska w domu twojej babki? Zaginione dziecko na fotografii? Twoja niby-choroba, to, jak przez całe życie traktował cię ojciec? W mojej opinii wszystko do siebie pasuje. A znając prawdę, księżniczko Dżahmes-Meritamon, to zaskakujące, jak słabo twoja matka to zamaskowała. Wystarczyło pięć minut w jej głowie na dworcu King’s Cross. 

Chwycił moją rękę, ale instynktownie ją wyszarpnęłam. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego i nie było to ani trochę przyjemne. Mieszanina zniecierpliwienia, niedowierzania, frustracji, przerażenia i czegoś niedokończonego — jak gdyby Riddle wyrwał mnie z transu. Pierwszy raz czułam się poirytowana jego obecnością. Chciałam, by ze wszystkiego się wytłumaczył i jednocześnie nie dopuszczałam do siebie żadnego słowa, które tam padło. 

Żadnego z wyjątkiem tego o ojcu. 

— Mogłeś się pomylić — wychrypiałam. 

— Dobrze wiesz, że nie. Od dawna czułaś, że coś jest nie tak. Powiedz mi, że nie. 

Patrzyliśmy sobie w oczy — on już zupełnie spokojny, ja coraz bardziej sparaliżowana kotłującymi się emocjami. Zmęczenie z sekundy na sekundę podbijało derealizację, tak, że postać Toma zaczęła wydawać się nieprawdopodobna, dziwaczna, a mdłe światło zdawało się falować, absurdalnie wpływając na wrażenie zakrzywienia czasu. 

Czułam się tak, jakbym spędziła w tej celi całe życie i nic poza nią nie istniało.

Musiałam na chwilę ukryć twarz w dłoniach, żeby odciąć się od atakujących mnie z każdej strony bodźców, ale gdy po chwili podniosłam głowę, płomień lampy migał niecierpliwie, Ślizgon wciąż klęczał naprzeciwko mnie, a listy wystawały mu z rąk niczym olbrzymi bukiet piwonii. Na czole Riddle’a pojawiła się bruzda zwiastująca zniecierpliwienie, ale prawie natychmiast zniknęła i twarz na powrót stała się niewzruszona. 

— W takim razie skończ listy, a później porozmawiamy — rzekł, wyraźnie siląc się na spokój. — Dochodzi pierwsza, połóż się spać, a jutro… 

— Nie — przerwałam mu zapalczywie. Czułam się, jakbym miała gorączkę. — Nie. Muszę to skończyć… przeczytać od razu. Zostaw mnie samą. Proszę. 

Ostatnie słowo wydusiłam z trudem, bardziej automatycznie niż z chęci, bo w tym samym momencie odkryłam, że wcale nie czułam potrzeby, by Tom nie poczuł się urażony. I chyba naprawdę się tak nie poczuł, bo skinął tylko głową i bez żalu opuścił celę. 

— Dlaczego? — zawołałam, nim drzwi się zamknęły. 

Nie wiedziałam dlaczego co. Dlaczego zburzył mi spokój w życiu? Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie zabrał oferowanego złota? Tom przystanął z ręką na framudze i spojrzał z ukosa bez śladu ironii. 

— Musiałaś poznać prawdę. Bez względu na to, co z nią zrobisz, masz prawo wiedzieć. 

         — Tak po prostu?

         — Tak po prostu.

I odszedł, tak, jak tego chciałam. 

Godzina duchów, rozbrzmiało mi ponownie w uszach, kiedy w celi znów zapanowała głucha cisza.

Odetchnęłam i usiadłam na podłodze, nie dbając o kurz i zimno kamienia. Jeszcze chwilę wcześniej bardzo chciałam wrócić do czytania, ale teraz nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. Czułam się potwornie rozbita. Jak w zwolnionym tempie sięgnęłam po kopertę ze szczytu drugiej kolumny — tym razem zaadresowanej do Wool’s. 

Nie pamiętałam, czy kiedykolwiek przeczytałam jakąś książkę na jedno posiedzenie, ale znów wpadłam w trans i kwadrans po drugiej skończyłam. W pudle nie został ani jeden list. Z dalszych wiadomości nie dowiedziałam się niczego nowego, choć w pewnym momencie — możliwe, że po konsultacji z ojcem — matka próbowała w odwecie szantażować Toma, który szybko jej uświadomił, że nie powinna tego robić. 

Nikogo w towarzystwie nie zaskoczy kolejny romans Pani męża, ale spodziewam się, że chyba wszyscy wolelibyśmy, by tożsamość aktualnej kochanki pozostała tajemnicą. Zwłaszcza teraz, kiedy wokół nazwiska Hortus zebrało się sporo kontrowersji. Córka pracująca w podłej knajpie na Nokturnie, zrujnowany ślub, wesele pierworodnego syna — romans pana domu z charłaczką byłby doskonałym zwieńczeniem sezonu. Proszę więcej nie węszyć i skupić się na własnym sumieniu. Z przykrością muszę Panią powiadomić, że czas się kurczy. Jeżeli chce Pani zrobić to po swojemu, proszę się nie ociągać.

Nie mogłam uwierzyć, że matka nie poznała się na Tomie po tej trwającej półtora roku korespondencji. Naprawdę wierzyła, że nie będzie miał odwagi mi powiedzieć. Do ostatniego dnia, do samego końca, nawet w Prince Village, nie zająknęła się na temat jakiegoś sekretu. Spławiła mnie, gdy zapytałam o Dianę, powieka jej nie drgnęła, kiedy opowiadałam o moim pobycie w domu babci Jane. 

A no właśnie, babcia Jane. 

Jeszcze jedno ukłucie. 

Ona też nic nie powiedziała, choć przecież nienawidziła Hortusów. Widziała, jak traktował mnie ojciec, krytykowała Rowdych i moje małżeństwo z Nickiem, a nie powiedziała ani słowa. Nie wierzyłam w historię o ukrytych na pustyni państwach. Zaginione księżniczki i starożytne królestwa są tylko w bajkach, ale to, co Riddle pisał o moim ojcu… i to, że matka ani raz nie zaprzeczyła… 

Nie musiałam się nad tym zastanawiać, bo w tym jednym wszystko pasowało. 

Ostatnia koperta zawierała kopię listu Toma, ale w środku znajdowała się wyłącznie prośba o kolejne spotkanie oraz data ostatniej wycieczki do Hogsmeade. Tamtej wycieczki. Co ustalili? Cokolwiek to było, przeważyło szalę, ponieważ na dnie kartonu nie znalazłam już niczego. Żadnej prośby, żadnego ostrzeżenia o kończącym się czasie ani tym bardziej o zmianie terminu wyjawienia sekretu.

Kręciłam się jeszcze chwilę po komnacie i dopiero w momencie, kiedy lampy wypaliły się na tyle, że słowa zaczęły zlewać mi się w całość, pozbierałam z ziemi wszystkie listy i wyślizgnęłam się na korytarz.

Spodziewałam się, że po takich rewelacjach nie będę mogła zasnąć, zwłaszcza że gdy wracałam do ciemnego dormitorium, litery migały mi przed oczami, a w uszach natarczywie szumiało, ale wystarczyło, że przyłożyłam głowę do poduszki, bym natychmiast odpłynęła. 

Wtorek był ciężki. 

Najpierw spóźniłam się na wróżbiarstwo, podczas eliksirów spaliłam bazę swojego antidotum, a na koniec zapomniałam tłumaczenia na starożytne runy, ale nie przejęłam się dodatkowym fragmentem tekstu, jaki dostałam do przełożenia na następną lekcję. Sen nie przerwał wczorajszej derealizacji, a ja tkwiłam w tym dziwnym otępieniu, zamknięta między codziennym szkolnym życiem i treścią listów. Dopiero gdy podczas obiadu Mulciber palnął głośno, że wczoraj musiałam z kimś mocno zabalować, natychmiast ucięłam to błaznowanie — o dziwo — obrzuciwszy go zupełnie trzeźwym, ostrym spojrzeniem. 

Nie potrafiłam wyrzucić z głowy tych dziwacznych rewelacji. Trzymałam się kurczowo myśli, że to jedynie głupi dowcip, choć dobrze wiedziałam, że takie żarty nie były w stylu Riddle’a. 

Żarty może nie, ale przecież niejednokrotnie uciekał się do paskudnych działań, żeby kogoś zmanipulować. 

Kogoś tak, ale nie mnie. 

Czyżby? 

No dobrze, ale jaki miałby w tym cel? U Riddle’a zawsze wszystko było po coś

I wtedy podstępny głosik w głowie się zamykał. Bardzo chciałam dostrzec w tym wszystkim jakąś logikę, ale im mocniej się w to zagłębiałam, tym bardziej traciło sens.

Nawet gdyby, ZAŁÓŻMY — kłóciłam się sama ze sobą — to Kemchet, jak zwał, tak zwał, istniało, a matka należała do „rodziny królewskiej”, już dawno wyrzuciłaby ojca z domu albo sama by się wyniosła, nie byłaby zależna od Hortusa i nie pozwoliłaby, aby tak mnie traktował. Nie. Nawet jeżeli w dawnych czasach Egipt podzieliły jakieś wojny, nie miało to żadnego związku z Hortusami, Hanifami ani Prince’ami, a wszystkie ekscentryczne przedmioty, jakie widziałam w domu babci, należały do dziadka Lawrence’a. 

Siedziałam w bibliotece nad nietkniętym tłumaczeniem i mieliłam to w nieskończoność, gapiąc się pusto w krople spływające po szybie. Ocknęłam się dopiero w momencie, gdy na mój stolik padł długi cień. 

— Skończyłaś? — zapytał Tom, a ja nieprzytomnie skinęłam głową. 

Pergamin, nad którym ślęczałam, był zupełnie pusty. 

Nie pytając o pozwolenie, Riddle spoczął na krześle po drugiej stronie, ale poczułam, że to właśnie on był osobą, którą chciałam przy sobie mieć. Nawet jeżeli mielibyśmy milczeć, choć milczenie w tej sytuacji wydało mi się jeszcze bardziej obciążające. A Ślizgon jakby to przewidział, bo nie czekał, aż pierwsza się odezwę, wychylił się tylko nieco do przodu i wskazał długim palcem na stronę zapełnioną runami, spod której wystawał rożek Historii powszechnej Afryki Percivala Foggingtona. Poczułam ciepło oblewające policzki. 

— Tam niczego nie znajdziesz — dodał i wyciągnął z torby opasłą, styraną życiem książkę w grubej oprawie.

Bez słowa wzięłam ją do ręki. Na okładce widniał sztampowy do bólu obrazek słońca wyłaniającego się zza trzech piramid, a pod nimi rozciągał się napis: Czternaście Królestw — Historia Starożytnego Egiptu Barnaby Cogswella. Zdumiona zajrzałam do środka i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to charakterystyczna pieczęć z nietoperzem, jakie widywałam już wcześniej w grymuarach z antykwariatu przy ulicy Śmiertelnego Nokturnu. 

— Może tego nie zauważyłeś, ale nie żyjemy w starożytności — zakomunikowałam martwym głosem, a oczy Toma rozbłysły. 

— Jesteś ostatnio wyjątkowo przekorna — rzucił złośliwie i uśmiechnął się kątem ust. — Wystarczyło, byś dostała w spadku dom, trochę złota i robisz się skostniała jak cała reszta wyższej sfery. 

Nie poruszyło mną to tak, jak oczekiwał, ale wystarczyło, żebym westchnęła i zatrzymała książkę. W głowie myśli obijały się o siebie, próbując wyciągnąć z tego całego chaosu jakąś wiarygodną wymówkę, byle tylko nie konfrontować się z kolejnym faktem. Z niechęcią przewróciłam pierwszą stronę na spis treści, a niepozorny podręcznik do historii wydał mi się nagle czymś piekielnie skomplikowanym, niemożliwym do ogarnięcia. 

Tego było za dużo. 

— Mam dużo nauki — zaczęłam. — Chyba nie muszę ci przypominać, że w tym roku zdajemy owutemy… 

— Przeczytaj to — przerwał mi z tym samym zapałem co wczoraj. — A później zapytaj Hortusa o swego prawdziwego ojca. 

— Ale… — Urwałam, widząc, że zaczynał zbierać się do wyjścia. Ogarnęła mnie panika. — Ale obiecałeś, że najpierw my porozmawiamy…! 

Nie rozumiałam, dlaczego nadal uśmiechał się w ten sposób — pobłażliwie jak do dziecka, które nie chciało przyjąć do wiadomości, że po nocy następował dzień, a po dniu noc. 

— Dopóki nie uwierzysz, ta rozmowa nie będzie miała sensu — rzekł. — Spodziewałem się, że nie uwierzysz mi na słowo. I bardzo dobrze. 

Posłałam mu długie, rozpaczliwe spojrzenie, ale nie potrafiłam temu zaprzeczyć. Znów miał rację. Zrezygnowana wypuściłam ciężko powietrze. Przypuszczałam, że odejdzie, ale kiedy podniosłam głowę, nadal tam stał i patrzył tak, jak gdyby dokładnie tego się spodziewał. I chyba naprawdę tak było.

Mój umysł doznał nagłego przebudzenia. 

— Stąd ten fałszoskop? — spytałam cicho i choć Riddle nie przytaknął, znałam odpowiedź. — Ale… niby jak miałam się tego wszystkiego domyślić? 

— To nie był znak dla ciebie, tylko dla niego — odparł bardzo z siebie zadowolony. — I chyba podziałał, co?

Tym razem odszedł na dobre, więcej się nie oglądając, a chwilowa cisza, jaka zapanowała w mojej głowie przez tę krótką rozmowę, znów została wyparta przez drażniące brzęczenie myśli. Kolejny raz boleśnie odczułam śmierć Jane. Chociaż — teraz miałam już pewność — i ona trzymała przede mną to wszystko w tajemnicy, intuicja podpowiadała mi, że ostatecznie babcia zdobyłaby się na szczerość.

Nie byłam w stanie przestać odtwarzać w głowie tamtej sceny zaraz po pokazie hipogryfów i w końcu cierpki uśmiech zadrgał mi na ustach. Ach, Riddle, Riddle. Jak zwykle wszystko przewidział — jakby urodził się pieprzonym wróżbitą.

Ponownie spojrzałam na brzydką okładkę z piramidami i z dławiącym uczuciem niepokoju otworzyłam na drugiej stronie, gdzie widniał podtytuł pierwszej części: Górny i Dolny Egipt — historia Trzech Rozłamów.

 

*

 

Październik powoli dobiegał końca. Deszcz zacinał o ciemne, strzeliste okna, wiatr szalejący na błoniach odzierał drzewa z resztek czerwonych i złotych liści, zwiastując nadejście jeszcze bardziej mokrego i zimnego listopada. Choć pogoda nie zachęcała do wyściubiania nosa z dormitorium, cała szkoła postanowiła spędzić ten dzień na zewnątrz, walcząc z wichurą na szczytach trybun otaczających boisko do quidditcha. 

Tom nie pojmował tej fascynacji. Tak naprawdę nigdy nawet nie próbował.

Do Holu Hieroglifów, którym spacerował, nie docierały żadne dźwięki z zewnątrz. I choć Riddle nie był sam, od wysokich ścian odbijały się echem wyłącznie odgłosy jednej pary stóp. Czuł na sobie intensywny wzrok Heleny i wiedział, że lada moment podzieli się z nim czymś, co, jak sądziła, zaskoczy go. I stało się dokładnie tak, jak przewidywał. Kiedy tylko przysiedli na murku w wąskiej wnęce, dziewczyna zagadnęła: 

— Wiedziałeś, że za tamtym filarem znajduje się ukryte przejście, które prowadzi do dormitorium Ślizgonów? 

Uśmiechnął się do niej zaczepnie. Siedzieli tak blisko siebie, że ramię Ravenclaw nachodziło na jego, sprawiając wrażenie, jakby zanurzył je w lodowatej wodzie. Nigdy nie dał Helenie tego odczuć, choć dreszcze nieustannie przebiegały go po plecach. 

Kolejna słabość do wyeliminowania — ludzki, upadlający brak odporności na zmiany temperatur. 

— Myślisz, że w jaki sposób się wymykam? — zapytał. — Przez sześć lat udało mi się poznać wiele sekretów tego zamku. Żałuję, że został mi na to jeszcze tylko rok. 

Udawał, że patrzył przed siebie, ale zdążył spostrzec, jak kąciki półprzezroczystych ust opadły — leciutko, prawie niedostrzegalnie, ale na tyle wyraźnie, by nadać tej pięknej, surowej twarzy onieśmielający wyraz. 

Riddle polubił te spotkania — mimo wszystko, choć on sam starał się nie myśleć w ten sposób o ludziach, z którymi miewał takie spotkania. Mógł kogoś podziwiać, cenić, pożądać, ale lubić?

Nie. To kolejna obrzydliwie ludzka cecha — również do wyeliminowania.

A jednak rozmowy z Heleną, choć początkowo miały być jedynie zwykłą koniecznością na drodze do celu — okazały się naprawdę przyjemne. I nie tylko dlatego, że miała miły dla ucha, spokojny, niski głos i urokliwą aparycję. Umysł Ravenclaw intrygował go. Tom starał się żyć dobrze z każdym znaczącym duchem Hogwartu i żaden z nich nie uchronił się od wpływu wieków, które uczyniły z nich komicznych dekadentów. 

Ona była inna. Na tyle inteligentna, że wszystkie rozmowy w pewnym sensie stanowiły dla niego wyzwanie — coś, czego Riddle nie doświadczał, dyskutując z żywym towarzystwem. Teraz, kiedy czuł, że była wobec niego znacznie mniej nieufna, chętniej poruszał tematy założycieli i tego, jak w praktyce uprawiano magię za czasów jej życia. Dzisiaj również o to zagaił, a Ravenclaw — jak każdy duch, któremu okazywano zainteresowanie wydarzeniami sprzed śmierci — szybko się rozchmurzyła. Nawet brwi utraciły swoją charakterystyczną surowość, gdy zaczęła opowiadać o własnych eksperymentach z zaklęciami. 

— W czasach, kiedy żyłam, istniało znacznie mniej formułek — ciągnęła. — Magia była mocno intuicyjna, tym bardziej, że różdżki w biednych rodzinach nie były powszechne. Po części ze względu na dostępność, nie przypominam sobie, by w Wielkiej Brytanii istniał ktoś poza Ollivanderami, kto tworzyłby różdżki… ale i ceny. Dzisiejsze siedem galeonów to nic. Zanim powstał Hogwart, jeszcze w dzieciństwie mojej matki, wiem, że w ubogich rodzinach można było sobie pozwolić najwyżej na jedną różdżkę, z której korzystał gospodarz. Oczywiście dla Slytherina takie wykluczenie było czymś abstrakcyjnym. 

Stłumił pragnienie pociągnięcia tematu swego przodka. 

— Ostatnio cenię sobie magię bezróżdżkową. To dość odświeżające — rzekł, a ona przytaknęła z zapałem. — Zazdroszczę ci, że mogłaś obserwować rozwój magii. Coraz łatwiejszy dostęp do różdżek, wzrastającą i przemijającą popularność zaklęć, kształtowanie się całych pokoleń uczniów… Nie wyobrażam sobie na to lepszego miejsca niż Hogwart. 

— Wszystko ma swoje plusy i minusy. 

Uśmiechnęła się blado i choć nie wyglądała, jakby ją to uraziło, zdał sobie sprawę, że jednak nie była tak twarda, jak chciała, by o niej myślał. 

— Och… przepraszam za mój brak wyczucia — dodał szybko, udając skrępowanie. — Ale ostatnio czuję, wybacz mi śmiałość, że jest między nami jakieś… porozumienie. 

Z powagą wytrzymała jego wzrok, choć półprzezroczyste policzki pociemniały nieco, tak, że prześwitujące przez nią hieroglifowe płyty stały się prawie niewidoczne. 

— Bez obaw, nie jestem przewrażliwiona na punkcie własnej śmierci — odparła. — Nie żyję od prawie dziewięciuset pięćdziesięciu lat, możesz sobie wyobrazić, że zdążyłam przyswoić ten fakt. Chciałabym, by inni byli tak nietaktowni jak ty. 

A jednak pozwoliła sobie na cień ironii.

Nie odpowiedział od razu. Obrócił się tylko bokiem i jego kolana przeniknęły przez jej. Kolejny lodowaty dreszcz. Tom wychylił się lekko, tak, że nie miała dokąd uciekać przed jego przenikliwym spojrzeniem, choć wyglądało na to, że Helena wcale nie zamierzała uciekać. 

— Tylko ci się tak wydaje. Doszukujesz się we mnie dobrych cech, bo jesteś szlachetna i pełna dobroci, ale ja jestem Ślizgonem z krwi i kości — odparł prawie szeptem, a atmosfera między nimi zgęstniała. Resztki uśmiechu spełzły z twarzy dziewczyny, ramiona uniosły się jak pod wpływem ciężkiego westchnienia, gdy wpatrywali się w siebie z pełną fascynacji intensywnością, dopóki Riddle nie dodał: — Jestem chorobliwie ambitny, egocentryczny i zuchwały. I zawsze dostaję to, czego chcę. Bez względu na koszty. 

W oczach Heleny błysnął brak zgody na to, co powiedział — jak w oczach wielu głupich dziewczyn, które przez lata próbowały go zmieniać i naprawiać, bo uczucia odbierały im zdolność racjonalnego myślenia. I jakoś żadnej się nie udało, choć Tom — dokładnie tak, jak mówił — wiele zyskiwał dzięki tym znajomościom. Nie skłamał. Do tej pory każda, która myślała, że będzie w stanie go uzdrowić, płakała. A te najbardziej przyziemne, racjonalne płakały najbardziej. 

Oczywiście zaprzeczyła, a kiedy się zaśmiał, i na jej twarzy pojawiło się coś na kształt wstydliwego uśmieszku, jakby zdała sobie sprawę z rejonów, w jakie zmierzała ich rozmowa. 

— Nigdy nie widziałam u ciebie czegoś podobnego — powiedziała.

— Cieszę się, że masz o mnie tak dobre zdanie — wyznał. Spostrzegł delikatny ruch, więc i on wychylił się jeszcze w jej stronę, nie spuszczając wzroku z tych zmrużonych, wpatrzonych w niego oczu. Ciężar intymności między nimi wydawał się niemal fizycznie odczuwalny i Riddle już wiedział, że to był ten moment. Przełknął szybko i dodał z wahaniem: — Od dawna zastanawiałem się, czy… 

Urwał przekonująco zmieszany. 

— Czy? — ponagliła go cicho. 

— Mogę? — zapytał i wolno sięgnął po białą dłoń spoczywającą na podołku dziewczyny. 

Długie, zgrabne palce — bardzo podobne do palców Ślizgona — drgnęły, ale Ravenclaw jej nie cofnęła. W pełnej napięcia ciszy patrzyła, jak ręka chłopaka zatrzymała się na półprzezroczystym grzbiecie i zaczęła delikatnie sunąć to w górę, to w dół, jakby w pierwszej niepewnej pieszczocie, która — choć nie niosła ze sobą niczego więcej poza kolejną falą przejmującego zimna — Helenie musiała sprawić przyjemność. Dostrzegł to na jej ciemniejącej twarzy, w delikatnym zaciśnięciu ust, a w oczach pojawił się ten sam blask pożądania, jaki widywał tak często w dziesiątkach innych oczu. Tym razem jednak nie przypieczętuje tego tak jak zwykle, ale było coś ekscytującego w koncepcji tej platonicznej relacji. 

Wyzwanie. 

 

~*~

 

To nie był łatwy rozdział, ale jestem zaskoczona, że uwinęłam się z nim tak szybko. Muszę częściej pisać na sceny, a nie na słowa, dużo szybciej mi wszystko idzie. Powoli wkraczam w świat łatania dziur fabularnych i konieczności zapamiętywania wielu małych duperelek, które będą potrzebne za kilkadziesiąt rozdziałów, bo sobie w gimnazjum wymyśliłam światotwórstwo, zamiast trzymać się świata Rowling jak normalna autorka fanfików. XD 

35 komentarzy:

  1. kroliki505@vp.pl
    22 grudnia 2009 o 18:31

    Pierwsza xD. Liz Schmitt

    OdpowiedzUsuń
  2. kroliki505@vp.pl
    22 grudnia 2009 o 18:38

    Super notka xD. Liz Schmitt

    OdpowiedzUsuń
  3. ~wiki-pedia
    22 grudnia 2009 o 18:48

    Druga ????

    OdpowiedzUsuń
  4. ~wiki-pedia
    22 grudnia 2009 o 19:12

    Łaaaaaał ……fajną mają babcię xD Hehehehe…..Holy-Dolly xDD Fajny szablon ;]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 grudnia 2009 o 22:05
      Moja babcia jest fajniejsza, dzisiaj wywaliłam jej kwiatek przez przypadek i strasznie się ziemia nasypała na podłogę, a ta spokojnie powiedziała, żebym przyniosła odkurzacz xD Za to moja mama by chyba dostała wścieklizny xD

      Usuń
  5. ~alice.
    22 grudnia 2009 o 19:13

    aaa! xD Dedykacja dla mnie? ;> Dziękuję, dziekuję! ;**Facetka z sierocińca chce bawić się w P-prostytutkę? ;dd / A fuu! fuu! ;pCiekawe jak babcia zareagowałaby, gdyby dowiedziała się, że jej wnuczka spała chłopakiem, a w dodatku była w ciąży. xD Ah, to musiałby być niesamowity widok. xDBosskie! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 grudnia 2009 o 22:06
      Poplułaby się i tyle xD

      Usuń
    2. ~alice.
      22 grudnia 2009 o 22:07

      a ja myślałam, że z łóżka spadłaby. xD

      Usuń
    3. 22 grudnia 2009 o 22:14
      Żeby tylko tyle xD

      Usuń
  6. ~Natka
    22 grudnia 2009 o 19:36

    Cudowne… Jakoś niedobrze mi się zrobiło, gdy usłyszałam o rudej i obrzydliwym staruchu… Mam nadzieję, że jego żona się dowie i z nim skończy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 grudnia 2009 o 22:08
      No właśnie, miałam takie samo odczucie, kiedy to pisałam xD Ale wiesz, nie można pisać tylko o przyjemnych rzeczach xD Earth nie może z nim skończyć, gdyby mogła, już by to dawno zrobiła. Chcesz znać różnicę ich wieku? Za sekundę zalinkuję drzewo genealogiczne, to będziesz wiedzieć, kto z jakiego jest pokolenia xD Victoria i tak miała dobrze, bo kazali jej wychodzić za mąż za faceta o 1 rok starszego xD

      Usuń
  7. klaudia1009@autograf.pl
    22 grudnia 2009 o 20:13

    możesz mi powiedzieć jak ja albo ty, to robisz, że muszę zawsze natrafić na ten moment, kiedy zmieniasz szablon?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 grudnia 2009 o 22:13
      Nie wiem, ale i tak nie trafiłaś centralnie, bo po pierwsze mój specjalnej troski brat: a. nie dał mi dokończyć linkować szablonub. prawdopodobnie usunął mi drzewo genealogiczne, które robiłam przez półtorej godziny. Zawieszam tego bloga. Mam dość.

      Usuń
  8. ~Olka
    22 grudnia 2009 o 22:07

    Fajny rozdział i ładny szablon…….Ale byłaby wpadka,jakby go żona przyłapała na zdradzie.Czekam na ciąg dalszy.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 22 grudnia 2009 o 22:13
      Większa by była, gdyby Holly i Henryk wpadli xD

      Usuń
  9. ~Monsmornia
    23 grudnia 2009 o 01:27

    Ha!Jak zwykle notka wręcz wspaniała.Ta scena trochę obleśna, ale cóż.Masz talent pisarski.Czekam na kolejną notkę i życzę wesołych świąt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 23 grudnia 2009 o 09:00
      Obleśna? Żeby tylko… xD

      Usuń
  10. ~Amanda
    23 grudnia 2009 o 12:04

    No tak, pan Hortus nie próżnuje. A tej godnej pani spodobał się najstarszy zawód świata. Tez uważam ze jest do niego wprost stworzona xDTa scena była trochę przerażająca. ;) Ale wiesz, przynajmniej nie było to szczegółowo opisane xD. Mam pytanie; czy ta pani użyła jakiejś antykoncepcji? Czy może zadecyduje się zajść w ciąże? ;PAha, a w tym drzewie genealogicznym naprawdę jest napisane ze Vicky i Tom maja córkę o imieniu Katy, czy zupełnie oślepłam?PS; śliczny szablon :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 23 grudnia 2009 o 12:19
      Rzadnego azbezpieczenia! Całkowity spontan xD Tak, mają córkę. Każdemu mam mówić, że ten „+” coś ma im pówić? To znaczy, że to jest to dziecko, które nie żyje. Jeszcze Victoria nie wie, że to była dziewczynka i że da jej tak na imię, ale się dowie. Za kilka rozdziałów xD Więc ci, którzy to drzewo nieszczęsne widzeli, są jakby do przodu xD

      Usuń
    2. ~Amanda
      23 grudnia 2009 o 16:33

      Niezły plan! ;) Podoba mi się. W ogóle ciąża w literaturze jakoś mi przypadła do gustu. A czy za te parę rozdziałów mogę liczyć na nową ciążę? Prooooszę? Jak dla mnie to może być nawet Dippet! (Tylko czy on ma macicę, oto jest pytanie xD)

      Usuń
    3. 23 grudnia 2009 o 16:41
      No bez przesady. Możesz liczyć, ale nie tutaj. Na innym opowiadaniu. Zgaduj, w którym i kto xD

      Usuń
    4. ~Amanda
      24 grudnia 2009 o 15:15

      Um… Selene Snape?? xD Prawdopodobne…

      Usuń
    5. 25 grudnia 2009 o 09:22
      Ona, czy ktoś z jej otoczenia? xD

      Usuń
    6. ~Amanda
      25 grudnia 2009 o 16:11

      Z otoczenia? Naprawdę? xD

      Usuń
    7. ~Amanda
      25 grudnia 2009 o 16:12

      … może jej tatuś…? :P

      Usuń
    8. 25 grudnia 2009 o 19:27
      Tak, tatuś zajdzie w ciążę. Strzelaj dalej xD

      Usuń
    9. ~Eles.
      27 grudnia 2009 o 12:07

      Um, Charity, czy jak tej namolnej blonfynie tam jest! Rany Boskie … Jakoś nie wyobrażam sobie Snape’a mówiącego do różowego bobaska „A gugugu! Ktio jeśt tiutaj tiaki śłodziutki?” … Nie no, brak słów xD

      Usuń
    10. 27 grudnia 2009 o 16:05
      A ja potrafię sobie to wyobrazić, i, wierz mi, jest to bardzo zabawna wizja xD

      Usuń
  11. andziaa131@buziaczek.pl
    28 grudnia 2009 o 21:02

    Serdecznie zapraszam na nowy rozdział {corka-ciemnego-zla} Pt.: „Mój Dracula” ~Eles.

    OdpowiedzUsuń
  12. ~Ironiczna.
    28 grudnia 2009 o 23:47

    SPAM! Nie boisz się szczerości? Chcesz zobaczyć opinię o Twoim blogu bez „ochów” i „achów” ? Od krytyki nikt jeszcze nie umarł… Wejdź i zgłoś się! http://www.oceny-may.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  13. ~Merimaat
    20 sierpnia 2011 o 15:56

    Twoje pomysły nie należą do banalnych. Babcia, wiecznie skarżąca się na zdrowie już zyskała moją sympatię. Ojciec jest okropny, jak mógł zdradzić własną żonę? Ja chyba nigdy nie pojmę takich osób.Victoria jest strasznie zbuntowaną nastolatką, co momentami nieco wkurza, ale może w tym jej urok.Pomysł z chatką i tymi wyprawami Toma całkiem, całkiem. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 21 sierpnia 2011 o 18:10
      Hmm, powiem tak – staram się wplatać w opowiadania jak najdziwniejsze rzeczy i sytuacje, bo to się staje ciekawe, może nieco kontrowersyjne, ale mimo wszystko – ciekawe.

      Usuń