30 grudnia 2009

22 grudnia 2009

26. Wyzwanie: zaufaj


W późnych jesiennych wieczorach spędzanych w szkolnej bibliotece było coś wyjątkowego. Nie wiedział, czy to przez deszcz bębniący w ciemne okna, czy słabe światło lamp rozpraszające mrok, czy niewyraźny zarys przejść między regałami, może ta cisza — jeszcze bardziej przytłaczająca niż za dnia, kiedy pani Mortemore patrolowała każdy zakątek swego królestwa, a może to wszystko jednocześnie. Tak czy siak Tom uwielbiał tu przesiadywać, ale tym razem wyjątkowo nie pochłaniał żadnej piekielnie skomplikowanej książki z Działu Ksiąg Zakazanych. 

I wyjątkowo nie był sam. 

Siedzieli razem przy jednym z ostatnich stolików — pochyleni ku sobie, prawie głowa przy głowie — i dyskutowali szeptem, by nie zmącić perfekcji nocnej ciszy. 

— Za życia często tu przesiadywałam — wyznała Helena. Wystarczyło kilka spotkań, by jej oczy nabrały ciepła, a twarz przestała odstraszać surowością. Na wspomnienie dawnych czasów zdawała się chyba… uśmiechać. — Oczywiście nie była to tak zasobna biblioteka, nie mieliśmy też Działu Ksiąg Zakazanych, ale uwielbiałam ją. Ją i sowiarnię. 

— Ja zamiast sowiarni wolę lochy — wtrącił zaczepnie, a ona zachichotała protekcjonalnie. 

— Jak przystało na Ślizgona. 

I on się zaśmiał. Czuł na sobie intensywność jej spojrzenia, więc pozwolił się obserwować, niby bezwiednie bawiąc się piórem. W rzeczywistości chciał, by patrzyła. Chciał dać jej wrażenie sprawowania kontroli, odkrywania go, bo tylko w ten sposób miał szansę pozyskać zaufanie Heleny Ravenclaw, choć i ona intrygowała go. Była w pewnym sensie odmienna od reszty duchów, z którymi rozmawiał — inaczej niż oni obchodziła się z tematem własnej śmierci. Do tej pory nie poruszyła tego tematu, choć wiedziała — lub domyślała się — że Riddle poznał już tę historię. I zdecydowanie wolała słuchać, więc Tom pozwalał, by słuchała. 

Podniósł wzrok, a jej uśmiech zmienił się. 

— Zapytaj mnie o to — rzekła w końcu. 

Wyjątkowo nie przewidział, co miała na myśli. 

— O co? 

— O Slytherina. — Widząc zaskoczenie na jego twarzy, dodała, a zrobiła to z wyraźną satysfakcją: — Zauważyłam, że od jakiegoś czasu wyłazisz ze skóry, by ze mną o nim pomówić. 

Spuścił wzrok z tym typem zakłopotania, jakim zawsze urabiał podstarzałe nauczycielki. Zawsze działało i podziałało tym razem. 

— To naturalne, że uczeń chciałby dowiedzieć się czegoś o założycielu swojego domu… 

— Zgadzam się — przyznała. 

Dał jej chwilę na napawanie się wyższością. Niech jej się wydaje, że Tom nie może się doczekać, że pragnie, by mu opowiedziała — choć rzeczywiście bardzo chciał tych opowieści. 

— Jaki był? 

Serce mimowolnie przyśpieszyło, gdy czekał, aż dziewczyna zbierze myśli. Poprawiła się na ławce jak wzorowa uczennica w trakcie odpowiedzi. Policzki lekko jej pociemniały, oczy zrobiły się duże i rozmarzone. Wspominała z przyjemnością. 

— Znałam go jako dojrzałego, nieco zgryźliwego czarodzieja, ale za młodu był ponoć bardzo szarmancki. I przystojny — zaczęła i prawie natychmiast urwała, mierząc Riddle’a badawczym spojrzeniem. — Był jak ty. Z zewnątrz trochę cyniczny, niezbyt rozmowny, ale po bliższym poznaniu czarował dobrymi manierami. Nie znosił, gdy było nie po jego myśli. Zawsze odludek, w latach młodości przyjaźnił się z Gryffindorem, ale najlepiej porozumiewał się z moją matką. Oboje byli bardzo oczytani, inteligentni, nieco na uboczu. — Pochyliła lekko głowę, oczy jej rozbłysły. — Plotkowano, że przed założeniem szkoły, gdy byli jeszcze młodzi, mieli romans, ale zawsze temu przeczyli. 

Przez chwilę śmiali się oboje, jakby znali się od lat, choć akurat perypetie miłosne Czwórki Hogwartu nie ciekawiły ani tym bardziej nie bawiły Toma. Chciał przykładów, że Slytherin naprawdę był jak on.

— Czyli znali się przed? 

— O tak — przytaknęła żarliwie. — Podróżowali wspólnie przez jakiś czas, a moja matka mocno wpłynęła na Slytherina. Głównie w temacie przedmiotów, ale i dostępności do edukacji. Slytherin początkowo uważał, że nie tylko mugolaki, ale i kobiety z niezbyt majętnych rodzin nie powinny uczyć się w szkole. Twierdził, że wiedza przekazywana z pokolenia na pokolenie przez matki i babki wystarczyła, choć przypuszczam, że chciał utrzymać Hogwart na poziomie elitarnym — nie tylko pod względem czystości krwi, ale i majątku. Nawet wiele lat później, gdy chciał się drażnić z moją matką, często poruszał ten temat. 

Ciekawość zapłonęła mu w piersi, ale nie próbował dłużej ukrywać zaciekawienia. 

— Jakim był nauczycielem? Czego nauczał? — zapytał, choć spodziewał się, jaka odpowiedź padnie. 

— Obrony przeciw ciemnym mocom, choć za mojego życia było w tym znacznie więcej czarnej magii niż obecnie — odparła bez skrępowania. — Slytherin głosił, że należy zgłębić ten rodzaj magii przynajmniej w stopniu podstawowym, żeby skutecznie się przed nią bronić. To również stało się kością niezgody między nim i resztą założycieli. Ale wtedy granice czarnej magii nie były tak wyraźnie zaznaczone, a może znosili to tylko dlatego, że tak wiele razem przeszli? 

— Myślę — rzucił, spoglądając na nią poufale i tłumiąc rozbawienie — że przyjaźń jest zdolna przezwyciężyć nawet największe różnice. Jesteś… niedocenionym skarbem Hogwartu, Heleno Ravenclaw. 

Zauważył w jej oczach błysk zupełnie żywego uczucia. Uczucia, które ostatecznie unicestwiło resztki czujności na tej surowej, półprzezroczystej twarzy. Lecz zanim któreś zdążyło coś jeszcze dodać, na stolik padł strumień zimnego światła i znikąd — prawie jak duch — pojawiła się przy nich pani Mortemore. 

— Proszę stąd natychmiast wyjść, biblioteka jest już zamknięta — warknęła, kompletnie nieczuła na przepraszające spojrzenie Toma. — Godziny otwarcia obowiązują każdego, nawet prefekta naczelnego. 

 

*

 

Normalnie bałabym się chodzić sama o tej porze po lochach, ale wszystkie moje dziecięce strachy skumulowały się w tym, co czekało na mnie w listach. Nie mogąc znieść męki oczekiwania, wymknęłam się z dormitorium, kiedy pokój wspólny zaczął pustoszeć, a teraz nie wiedziałam, jak długo krążyłam po celi i próbowałam opanować galopujące myśli. 

Pudełko leżało niewinnie na podłodze pod ścianą i śledziło każdy mój krok. 

Tak, zdecydowanie się gapiło. I to bezczelnie.

Dwie samotne lampy dawały niewiele światła, przez co nasza sala do ćwiczeń wydała mi się teraz bardzo ciasna i absurdalnie przytulna. Zegar przyniesiony przez Avery’ego wskazywał wpół do dwunastej. 

Godzina duchów, zamajaczyło gdzieś z tyłu głowy, ale nie przeraziłam się. 

Przysiadłam na krawędzi trumny i drżącą ręką sięgnęłam po pierwszy list. Była lodowata i spocona, choć o dziwo nie czułam zimna. Tylko serce waliło mi jak szalone w okolicy przełyku. Wytrzepałam sobie na kolana zawartość pierwszej koperty i natychmiast spostrzegłam, że wiadomość napisana przez Toma była kopią. 

No tak, logiczne. 

I jeszcze z pierwszego lipca 1973 roku — czyli tuż po zakończeniu piątej klasy. Coś ścisnęło mnie w żołądku. 

Niedługo potem rodzice zakomunikowali, że ślub z Nicolasem zostanie przyśpieszony, a ja powinnam mocno ograniczyć kontakty z męską grupą znajomych. Ot tak, jak wtedy mi się wydawało, bez powodu. Bo prawie zamężnej dziewczynie nie wypadało spędzać tyle czasu z chłopakami.

Wiadomość okazała się krótka i dziwaczna, naszkicowana znajomym, eleganckim pismem pełnym zawijasów, a na dole zamiast podpisu widniało tylko kolega ze szkoły

 

Londyn, 1 lipca 1973

Szanowna Pani Earth Hortus, 

Pozwalam sobie zwrócić się do Pani z uprzejmym pismem po naszym przypadkowym spotkaniu na stacji King’s Cross. Nie łudzę się, że Pani mnie pamięta i na tę chwilę pragnąłbym przy tym pozostać, natomiast Pani wdzięk i szyk sprawiają, że nie mogę przestać o Pani myśleć. Błyszczy Pani na tle innych dam. Nie mogę nie wspomnieć o szczególnym sposobie dobioru szat i kolorów, które znakomicie współgrają z Pani niepospolitą cerą, a jednocześnie subtelnie nawiązują do regionu Pani pochodzenia. Można rzec — szaty godne królowej. Nie chciałbym zabrzmieć jak przypadkowy pochlebca, których — ośmielę się założyć — jest wielu w Pani otoczeniu. 

Zdobyłem się na odwagę na tę sowę, ponieważ znam Pani tajemnicę, Earth. Zdaję sobie sprawę, iż kwestia, której ona dotyczy, jest dla Pani szczególnie wrażliwa, a waga sprawy — gargantuicznych rozmiarów, niemniej jednak zależy mi, aby wszystkie osoby w to zamieszane, a które wciąż nie mają o tym pojęcia, poznały prawdę. Mam na myśli Pani córkę Victorię.

Posługuję się tym listem jako wyrazem łagodnej sugestii. 

Proszę przyjąć zapewnienie o moim najwyższym szacunku, 

kolega ze szkoły 

 

Przeczytałam to drugi raz — z jeszcze większym mętlikiem w głowie i ściśniętym gardłem — a wspomnienie znajomych sylwetek z Hogsmeade przyprawiło mnie o bolesny skurcz jelit. Natychmiast porwałam następną w kolejności kopertę, ale okazało się, że znów nosiła na sobie ślad ręki Toma. 

Matka nie odpisała.

Z żalem przyjmuję brak sowy zwrotnej — czytałam. Z żalem, lecz bez zaskoczenia, choć chciałbym wierzyć, że mój wcześniejszy list zaginął lub była Pani zbyt zajęta, by naszkicować odpowiedź. Poznałem powód tajemniczej choroby Victorii i również bym pragnął, by podjęte przez Państwa środki bezpieczeństwa wynikały z niewiedzy, a nie zatajenia przed nią pewnych faktów dotyczących jej pochodzenia. Ośmielę się zasugerować rozwiązanie: zamiast szprycować ją klątwami, bezpieczniejsze dla niej będzie wyznanie prawdy. W przeciwnym razie następną sowę będę zmuszony skierować do niej, a oboje wiemy, że tak wrażliwy temat powinien zostać poruszony przez rodziców, nie kolegę ze szkolnej ławki. A kiedy to zrobię, Victoria pozna całą prawdę na raz — nie tylko na temat choroby, ale i o całej reszcie, Wasza Wysokość. 

Zwrot na końcu wiadomości wydał mi się osobliwy, lecz tej nie analizowałam już tak dokładnie. Z bijącym sercem sięgnęłam po trzecią kopertę i w środku odkryłam pergamin zawierający raczej notatkę niż pełnoprawny list. 

Była krótka i sucha, pozbawiona tych wszystkich ozdobników, jakimi częstował matkę Riddle.

 

Drogi Panie,

ma Pan rację, nie mam pojęcia, kim Pan jest i nie mam ochoty się tego dowiadywać. Proszę zostawić moją rodzinę w spokoju, a jeżeli w jakiś sposób Panu uchybiliśmy, proszę przedstawić swoje żądania i nie napastować nas groźbami. 

Earth Hortus

 

Odpowiedź na to przyszła bardzo szybko, bo zaraz na drugi dzień, ale i tu czekało mnie rozczarowanie, ponieważ karteczka zawierała jedynie dwa słowa: chcę prawdy. Zniecierpliwiona porwałam piątą kopertę i choć u moich stóp roiło się już od listów, schludna wieża zdawała się nie maleć. 

I czekała na mnie nie jedna, a dwie takie. 

Nie rozumiem, jakiej prawdy się Pan domaga — matka pisała w odpowiedzi. Każda rodzina ma prawo do własnych sekretów i nie widzę powodu, by o ich wyjawianiu miał decydować jakiś „kolega ze szkoły” — ktoś, kto sam trzyma w tajemnicy swoje personalia. Nie jestem w stanie traktować poważnie anonimów, które może słać każdy. A stanem zdrowia mojej córki proszę nie zaprzątać sobie głowy. Jeżeli Panu faktycznie zależy na jej dobru tak, jak Pan twierdzi, to zapewne Pan wie, że niebawem wejdzie do znakomitej rodziny, gdzie niczego jej nie zabraknie — bez względu na stan zdrowia. Jeszcze raz uprzejmie proszę nie mącić jej szczęścia.

Tom zdawał się świetnie bawić, grając na cierpliwości mojej matki. Znając go, spodziewałam się jeszcze kilka takich wiadomości, ale następna koperta okazała się znacznie grubsza — najgrubsza ze wszystkich, jakie do tej pory otworzyłam — i, co zaskakujące, zawierała jego podpis. 

Według daty w rogu pergaminu wciąż trwały wakacje. 

Tym razem już bez żadnych wstępów, umizgów czy zwrotów grzecznościowych list zaczynał się jak bajka, której Banialuka nigdy mi nie przeczytała. 

Dawno, dawno temu, za zielonymi wodami Nilu, pod kloszem starożytnych zaklęć i gdzieś pośrodku złotych piasków Sahary stało Kemmhyt — jedno z czternastu królestw powstałych po latach wojen i rozpadu Górnego i Dolnego Egiptu. A na tronie ze złota nie zasiadał żaden król ani żadna królowa, ponieważ jego prawowita następczyni ponad własne dziedzictwo postawiła brytyjską dekadencję i męża hazardzistę. 

Ma Pani rację, Earth, każda rodzina ma swoją tajemnicę, a im starsza, tym kryje bardziej pokręcone sekrety. I może nie poświęciłbym tej konkretnej więcej niż sekundę zastanowienia, gdyby nie to, że nie dotyczy ona tylko Pani. Victoria ma prawo znać prawdę. Ma prawo do wiedzy o własnym ojcu, dowiedzieć się prawdy o własnych korzeniach, poznać swoje imię i, wiedząc to wszystko, podjąć decyzję odnośnie swojego losu. Pani odrzuciła koronę, ale nie ma Pani prawa odbierać jej Victorii — a właściwie Dżahmes-Meritamon, jeżeli chcemy być dokładni. Wiem też, że dziecko, które zostawiła Pani w Kemmhyt, nie jest prawowitym następcą tronu. I starożytna magia, jaka spowija to królestwo, też o tym wie i prędzej czy później upomni się o to, co do niej należy. Proszę jej nie lekceważyć, Earth. Proszę nie ograbiać córki z jej dziedzictwa i, dobrze radzę, proszę nie lekceważyć tego listu. 

TR

 

Przeczytałam to kilka razy, czując rosnącą gulę w gardle. W głowie miałam kompletną pustkę. I choć domyślałam się, że list miał być zrozumiały przede wszystkim dla mojej matki, nie potrafiłam sobie wyobrazić, by nawet ona dała radę coś z tego wyciągnąć. 

Następna koperta przekonała mnie, że chyba jednak wyciągnęła, ponieważ zawierała jedynie prośbę o jak najszybsze spotkanie. Tym razem Riddle nie śpieszył się z odpowiedzią, ponieważ wysłał ją dopiero jesienią z datą najbliższej wycieczki do Hogsmeade. 

Zżerała mnie ciekawość, do czego doszli na tamtym spotkaniu, ale najwidoczniej nie wszystko poszło po myśli Toma, bo ledwo miesiąc później wysłał kolejną sowę — również całkowicie pozbawioną przymilnego tonu. 

Chyba się nie zrozumieliśmy — zakomunikował już w pierwszym zdaniu. Przyśpieszenie ślubu wbrew woli Pani córki nic nie da, ponieważ do ślubu i tak nie dojdzie. I tylko od Pani zależy rozmiar skandalu, jakim się to skończy, ponieważ nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. W Hogwarcie jest mnóstwo sów — jedną z nich mogę wysłać również do Pani męża, a z tego, co słyszałem o panu Hortusie, wnioskuję, że również może być zainteresowany tematem ojca Dżahmes — nim lub rozmiarem jego licznych krypt w Banku Gringotta.

Matka również porzuciła okrągłe słówka. 

Mój mąż wie o wszystkim i to wystarczy, ale już rozumiem, skąd to całe zamieszanie. Żałuję tylko, że nie poprosił Pan otwarcie, to oszczędziłoby nam wielu nieprzyjemności. Jeżeli Pańskie listy wynikają z problemów finansowych, moja matka wspierała swego czasu organizacje świadczące wsparcie dla ubogich, ale uzdolnionych uczniów. Jestem skłonna udzielić Panu każdej formy pomocy, jakiej Pan potrzebuje.

Opuściłam pergamin. Serce waliło jak oszalałe. Elementy układanki wciąż się ze sobą nie składały, ale sam fakt, że matka ukrywała tajemnicę, którą chciała utrzymać za wszelką cenę — nawet za pomocą przekupstwa — sprawił, że gniew uderzył mi do głowy. 

Jestem skłonna udzielić Panu każdej formy pomocy, jakiej Pan potrzebuje. 

Przełknęłam gorycz i sięgnęłam po list zamykający pierwszą wieżę kopert. 

Obawiam się, że bardzo by Pani chciała tak to rozumieć, ale oboje wiemy, że nie interesuje mnie złoto. Zdaję sobie sprawę, że pańska sfera jest przyzwyczajona do takiego rozwiązywania problemów, ale ja nie jestem osobą, którą można kupić. Wydaje mi się, że podczas naszego spotkania dałem to Pani wyraźnie do zrozumienia. Obawiam się, że powiedziałem i napisałem wszystko, co powinna Pani wiedzieć. Reszta zależy od Pani. Proszę się dobrze zastanowić, czy chce Pani zaprzepaścić resztkę reputacji, jaka została Pani rodzinie. Ma Pani czas do końca ostatniego semestru. Później to ja wyjawię Dżahmes całą prawdę, wszystko bez wyjątku, a wtedy straci Pani córkę na zawsze. 

PS Do małżeństwa z Rowdym i tak nie dojdzie. Z czystej życzliwości radzę zawczasu odwołać tę farsę.

Na to nie przyszła już żadna odpowiedź, choć Tom wysłał do domu ojca jeszcze dwie sowy, w których przypominał o upływającym czasie. Dopiero na trzeciej kopercie zobaczyłam znajome TR, Hogwart. Przebrnęłam przez gorzkie żale matki spowodowane nieudanym ślubem, złośliwości Toma dotyczące romansu z egipskim arystokratą, straszenie Riddle’a zaprzepaszczeniem dobrze zapowiadającej się kariery i to przeciąganie liny trwało aż do czerwca 1974. 

Drzwi skrzypnęły po mojej prawej. 

Nerwy miałam pod wierzchem i to pod ich wpływem natychmiast zerwałam się na nogi. Wyszarpnęłam różdżkę z kieszeni, ale w progu stał nieruchomo tylko autor tego całego zamieszania. W żółtym świetle samotnej lampy wyglądał jak widmo z tą swoją bladą twarzą i czujnymi, błyszczącymi oczami, które spuścił w dół na podłogę na — jak się okazało — upuszczone przeze mnie listy. 

— Jak ci się podoba urodzinowy prezent? — zapytał cicho i wsunął się do środka, zamykając za sobą drzwi. 

Tak na wszelki wypadek, przemknęło mi przez myśl. 

— Jak mi się… podoba? — wydukała. Miałam trudności ze skleceniem zdania. — Myślałam, że ty i moja matka… że wy… 

Dopiero teraz pozwolił sobie na cień uśmiechu. Przeszedł przez salę i schylił się, żeby pomóc mi pozbierać rozsypane kartki.

— Że co? Że coś nas łączy? 

— Tak, a zamiast wyjaśnień dajesz mi pudło jakichś niestworzonych historii, jakieś… nie rozumiem, coś o starożytnych krainach, o romansach mojej matki… Tam nic się nie trzyma kupy…!

Przerwał porządkowanie kopert. Oczy błyszczały mu intensywnie jak w długo tłumionej ekscytacji, która nareszcie znalazła ujście. 

— Jak to nic? — zapytał szeptem. — A te wszystkie znaleziska w domu twojej babki? Zaginione dziecko na fotografii? Twoja niby-choroba, to, jak przez całe życie traktował cię ojciec? W mojej opinii wszystko do siebie pasuje. A znając prawdę, księżniczko Dżahmes-Meritamon, to zaskakujące, jak słabo twoja matka to zamaskowała. Wystarczyło pięć minut w jej głowie na dworcu King’s Cross. 

Chwycił moją rękę, ale instynktownie ją wyszarpnęłam. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego i nie było to ani trochę przyjemne. Mieszanina zniecierpliwienia, niedowierzania, frustracji, przerażenia i czegoś niedokończonego — jak gdyby Riddle wyrwał mnie z transu. Pierwszy raz czułam się poirytowana jego obecnością. Chciałam, by ze wszystkiego się wytłumaczył i jednocześnie nie dopuszczałam do siebie żadnego słowa, które tam padło. 

Żadnego z wyjątkiem tego o ojcu. 

— Mogłeś się pomylić — wychrypiałam. 

— Dobrze wiesz, że nie. Od dawna czułaś, że coś jest nie tak. Powiedz mi, że nie. 

Patrzyliśmy sobie w oczy — on już zupełnie spokojny, ja coraz bardziej sparaliżowana kotłującymi się emocjami. Zmęczenie z sekundy na sekundę podbijało derealizację, tak, że postać Toma zaczęła wydawać się nieprawdopodobna, dziwaczna, a mdłe światło zdawało się falować, absurdalnie wpływając na wrażenie zakrzywienia czasu. 

Czułam się tak, jakbym spędziła w tej celi całe życie i nic poza nią nie istniało.

Musiałam na chwilę ukryć twarz w dłoniach, żeby odciąć się od atakujących mnie z każdej strony bodźców, ale gdy po chwili podniosłam głowę, płomień lampy migał niecierpliwie, Ślizgon wciąż klęczał naprzeciwko mnie, a listy wystawały mu z rąk niczym olbrzymi bukiet piwonii. Na czole Riddle’a pojawiła się bruzda zwiastująca zniecierpliwienie, ale prawie natychmiast zniknęła i twarz na powrót stała się niewzruszona. 

— W takim razie skończ listy, a później porozmawiamy — rzekł, wyraźnie siląc się na spokój. — Dochodzi pierwsza, połóż się spać, a jutro… 

— Nie — przerwałam mu zapalczywie. Czułam się, jakbym miała gorączkę. — Nie. Muszę to skończyć… przeczytać od razu. Zostaw mnie samą. Proszę. 

Ostatnie słowo wydusiłam z trudem, bardziej automatycznie niż z chęci, bo w tym samym momencie odkryłam, że wcale nie czułam potrzeby, by Tom nie poczuł się urażony. I chyba naprawdę się tak nie poczuł, bo skinął tylko głową i bez żalu opuścił celę. 

— Dlaczego? — zawołałam, nim drzwi się zamknęły. 

Nie wiedziałam dlaczego co. Dlaczego zburzył mi spokój w życiu? Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie zabrał oferowanego złota? Tom przystanął z ręką na framudze i spojrzał z ukosa bez śladu ironii. 

— Musiałaś poznać prawdę. Bez względu na to, co z nią zrobisz, masz prawo wiedzieć. 

         — Tak po prostu?

         — Tak po prostu.

I odszedł, tak, jak tego chciałam. 

Godzina duchów, rozbrzmiało mi ponownie w uszach, kiedy w celi znów zapanowała głucha cisza.

Odetchnęłam i usiadłam na podłodze, nie dbając o kurz i zimno kamienia. Jeszcze chwilę wcześniej bardzo chciałam wrócić do czytania, ale teraz nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać. Czułam się potwornie rozbita. Jak w zwolnionym tempie sięgnęłam po kopertę ze szczytu drugiej kolumny — tym razem zaadresowanej do Wool’s. 

Nie pamiętałam, czy kiedykolwiek przeczytałam jakąś książkę na jedno posiedzenie, ale znów wpadłam w trans i kwadrans po drugiej skończyłam. W pudle nie został ani jeden list. Z dalszych wiadomości nie dowiedziałam się niczego nowego, choć w pewnym momencie — możliwe, że po konsultacji z ojcem — matka próbowała w odwecie szantażować Toma, który szybko jej uświadomił, że nie powinna tego robić. 

Nikogo w towarzystwie nie zaskoczy kolejny romans Pani męża, ale spodziewam się, że chyba wszyscy wolelibyśmy, by tożsamość aktualnej kochanki pozostała tajemnicą. Zwłaszcza teraz, kiedy wokół nazwiska Hortus zebrało się sporo kontrowersji. Córka pracująca w podłej knajpie na Nokturnie, zrujnowany ślub, wesele pierworodnego syna — romans pana domu z charłaczką byłby doskonałym zwieńczeniem sezonu. Proszę więcej nie węszyć i skupić się na własnym sumieniu. Z przykrością muszę Panią powiadomić, że czas się kurczy. Jeżeli chce Pani zrobić to po swojemu, proszę się nie ociągać.

Nie mogłam uwierzyć, że matka nie poznała się na Tomie po tej trwającej półtora roku korespondencji. Naprawdę wierzyła, że nie będzie miał odwagi mi powiedzieć. Do ostatniego dnia, do samego końca, nawet w Prince Village, nie zająknęła się na temat jakiegoś sekretu. Spławiła mnie, gdy zapytałam o Dianę, powieka jej nie drgnęła, kiedy opowiadałam o moim pobycie w domu babci Jane. 

A no właśnie, babcia Jane. 

Jeszcze jedno ukłucie. 

Ona też nic nie powiedziała, choć przecież nienawidziła Hortusów. Widziała, jak traktował mnie ojciec, krytykowała Rowdych i moje małżeństwo z Nickiem, a nie powiedziała ani słowa. Nie wierzyłam w historię o ukrytych na pustyni państwach. Zaginione księżniczki i starożytne królestwa są tylko w bajkach, ale to, co Riddle pisał o moim ojcu… i to, że matka ani raz nie zaprzeczyła… 

Nie musiałam się nad tym zastanawiać, bo w tym jednym wszystko pasowało. 

Ostatnia koperta zawierała kopię listu Toma, ale w środku znajdowała się wyłącznie prośba o kolejne spotkanie oraz data ostatniej wycieczki do Hogsmeade. Tamtej wycieczki. Co ustalili? Cokolwiek to było, przeważyło szalę, ponieważ na dnie kartonu nie znalazłam już niczego. Żadnej prośby, żadnego ostrzeżenia o kończącym się czasie ani tym bardziej o zmianie terminu wyjawienia sekretu.

Kręciłam się jeszcze chwilę po komnacie i dopiero w momencie, kiedy lampy wypaliły się na tyle, że słowa zaczęły zlewać mi się w całość, pozbierałam z ziemi wszystkie listy i wyślizgnęłam się na korytarz.

Spodziewałam się, że po takich rewelacjach nie będę mogła zasnąć, zwłaszcza że gdy wracałam do ciemnego dormitorium, litery migały mi przed oczami, a w uszach natarczywie szumiało, ale wystarczyło, że przyłożyłam głowę do poduszki, bym natychmiast odpłynęła. 

Wtorek był ciężki. 

Najpierw spóźniłam się na wróżbiarstwo, podczas eliksirów spaliłam bazę swojego antidotum, a na koniec zapomniałam tłumaczenia na starożytne runy, ale nie przejęłam się dodatkowym fragmentem tekstu, jaki dostałam do przełożenia na następną lekcję. Sen nie przerwał wczorajszej derealizacji, a ja tkwiłam w tym dziwnym otępieniu, zamknięta między codziennym szkolnym życiem i treścią listów. Dopiero gdy podczas obiadu Mulciber palnął głośno, że wczoraj musiałam z kimś mocno zabalować, natychmiast ucięłam to błaznowanie — o dziwo — obrzuciwszy go zupełnie trzeźwym, ostrym spojrzeniem. 

Nie potrafiłam wyrzucić z głowy tych dziwacznych rewelacji. Trzymałam się kurczowo myśli, że to jedynie głupi dowcip, choć dobrze wiedziałam, że takie żarty nie były w stylu Riddle’a. 

Żarty może nie, ale przecież niejednokrotnie uciekał się do paskudnych działań, żeby kogoś zmanipulować. 

Kogoś tak, ale nie mnie. 

Czyżby? 

No dobrze, ale jaki miałby w tym cel? U Riddle’a zawsze wszystko było po coś

I wtedy podstępny głosik w głowie się zamykał. Bardzo chciałam dostrzec w tym wszystkim jakąś logikę, ale im mocniej się w to zagłębiałam, tym bardziej traciło sens.

Nawet gdyby, ZAŁÓŻMY — kłóciłam się sama ze sobą — to Kemchet, jak zwał, tak zwał, istniało, a matka należała do „rodziny królewskiej”, już dawno wyrzuciłaby ojca z domu albo sama by się wyniosła, nie byłaby zależna od Hortusa i nie pozwoliłaby, aby tak mnie traktował. Nie. Nawet jeżeli w dawnych czasach Egipt podzieliły jakieś wojny, nie miało to żadnego związku z Hortusami, Hanifami ani Prince’ami, a wszystkie ekscentryczne przedmioty, jakie widziałam w domu babci, należały do dziadka Lawrence’a. 

Siedziałam w bibliotece nad nietkniętym tłumaczeniem i mieliłam to w nieskończoność, gapiąc się pusto w krople spływające po szybie. Ocknęłam się dopiero w momencie, gdy na mój stolik padł długi cień. 

— Skończyłaś? — zapytał Tom, a ja nieprzytomnie skinęłam głową. 

Pergamin, nad którym ślęczałam, był zupełnie pusty. 

Nie pytając o pozwolenie, Riddle spoczął na krześle po drugiej stronie, ale poczułam, że to właśnie on był osobą, którą chciałam przy sobie mieć. Nawet jeżeli mielibyśmy milczeć, choć milczenie w tej sytuacji wydało mi się jeszcze bardziej obciążające. A Ślizgon jakby to przewidział, bo nie czekał, aż pierwsza się odezwę, wychylił się tylko nieco do przodu i wskazał długim palcem na stronę zapełnioną runami, spod której wystawał rożek Historii powszechnej Afryki Percivala Foggingtona. Poczułam ciepło oblewające policzki. 

— Tam niczego nie znajdziesz — dodał i wyciągnął z torby opasłą, styraną życiem książkę w grubej oprawie.

Bez słowa wzięłam ją do ręki. Na okładce widniał sztampowy do bólu obrazek słońca wyłaniającego się zza trzech piramid, a pod nimi rozciągał się napis: Czternaście Królestw — Historia Starożytnego Egiptu Barnaby Cogswella. Zdumiona zajrzałam do środka i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to charakterystyczna pieczęć z nietoperzem, jakie widywałam już wcześniej w grymuarach z antykwariatu przy ulicy Śmiertelnego Nokturnu. 

— Może tego nie zauważyłeś, ale nie żyjemy w starożytności — zakomunikowałam martwym głosem, a oczy Toma rozbłysły. 

— Jesteś ostatnio wyjątkowo przekorna — rzucił złośliwie i uśmiechnął się kątem ust. — Wystarczyło, byś dostała w spadku dom, trochę złota i robisz się skostniała jak cała reszta wyższej sfery. 

Nie poruszyło mną to tak, jak oczekiwał, ale wystarczyło, żebym westchnęła i zatrzymała książkę. W głowie myśli obijały się o siebie, próbując wyciągnąć z tego całego chaosu jakąś wiarygodną wymówkę, byle tylko nie konfrontować się z kolejnym faktem. Z niechęcią przewróciłam pierwszą stronę na spis treści, a niepozorny podręcznik do historii wydał mi się nagle czymś piekielnie skomplikowanym, niemożliwym do ogarnięcia. 

Tego było za dużo. 

— Mam dużo nauki — zaczęłam. — Chyba nie muszę ci przypominać, że w tym roku zdajemy owutemy… 

— Przeczytaj to — przerwał mi z tym samym zapałem co wczoraj. — A później zapytaj Hortusa o swego prawdziwego ojca. 

— Ale… — Urwałam, widząc, że zaczynał zbierać się do wyjścia. Ogarnęła mnie panika. — Ale obiecałeś, że najpierw my porozmawiamy…! 

Nie rozumiałam, dlaczego nadal uśmiechał się w ten sposób — pobłażliwie jak do dziecka, które nie chciało przyjąć do wiadomości, że po nocy następował dzień, a po dniu noc. 

— Dopóki nie uwierzysz, ta rozmowa nie będzie miała sensu — rzekł. — Spodziewałem się, że nie uwierzysz mi na słowo. I bardzo dobrze. 

Posłałam mu długie, rozpaczliwe spojrzenie, ale nie potrafiłam temu zaprzeczyć. Znów miał rację. Zrezygnowana wypuściłam ciężko powietrze. Przypuszczałam, że odejdzie, ale kiedy podniosłam głowę, nadal tam stał i patrzył tak, jak gdyby dokładnie tego się spodziewał. I chyba naprawdę tak było.

Mój umysł doznał nagłego przebudzenia. 

— Stąd ten fałszoskop? — spytałam cicho i choć Riddle nie przytaknął, znałam odpowiedź. — Ale… niby jak miałam się tego wszystkiego domyślić? 

— To nie był znak dla ciebie, tylko dla niego — odparł bardzo z siebie zadowolony. — I chyba podziałał, co?

Tym razem odszedł na dobre, więcej się nie oglądając, a chwilowa cisza, jaka zapanowała w mojej głowie przez tę krótką rozmowę, znów została wyparta przez drażniące brzęczenie myśli. Kolejny raz boleśnie odczułam śmierć Jane. Chociaż — teraz miałam już pewność — i ona trzymała przede mną to wszystko w tajemnicy, intuicja podpowiadała mi, że ostatecznie babcia zdobyłaby się na szczerość.

Nie byłam w stanie przestać odtwarzać w głowie tamtej sceny zaraz po pokazie hipogryfów i w końcu cierpki uśmiech zadrgał mi na ustach. Ach, Riddle, Riddle. Jak zwykle wszystko przewidział — jakby urodził się pieprzonym wróżbitą.

Ponownie spojrzałam na brzydką okładkę z piramidami i z dławiącym uczuciem niepokoju otworzyłam na drugiej stronie, gdzie widniał podtytuł pierwszej części: Górny i Dolny Egipt — historia Trzech Rozłamów.

 

*

 

Październik powoli dobiegał końca. Deszcz zacinał o ciemne, strzeliste okna, wiatr szalejący na błoniach odzierał drzewa z resztek czerwonych i złotych liści, zwiastując nadejście jeszcze bardziej mokrego i zimnego listopada. Choć pogoda nie zachęcała do wyściubiania nosa z dormitorium, cała szkoła postanowiła spędzić ten dzień na zewnątrz, walcząc z wichurą na szczytach trybun otaczających boisko do quidditcha. 

Tom nie pojmował tej fascynacji. Tak naprawdę nigdy nawet nie próbował.

Do Holu Hieroglifów, którym spacerował, nie docierały żadne dźwięki z zewnątrz. I choć Riddle nie był sam, od wysokich ścian odbijały się echem wyłącznie odgłosy jednej pary stóp. Czuł na sobie intensywny wzrok Heleny i wiedział, że lada moment podzieli się z nim czymś, co, jak sądziła, zaskoczy go. I stało się dokładnie tak, jak przewidywał. Kiedy tylko przysiedli na murku w wąskiej wnęce, dziewczyna zagadnęła: 

— Wiedziałeś, że za tamtym filarem znajduje się ukryte przejście, które prowadzi do dormitorium Ślizgonów? 

Uśmiechnął się do niej zaczepnie. Siedzieli tak blisko siebie, że ramię Ravenclaw nachodziło na jego, sprawiając wrażenie, jakby zanurzył je w lodowatej wodzie. Nigdy nie dał Helenie tego odczuć, choć dreszcze nieustannie przebiegały go po plecach. 

Kolejna słabość do wyeliminowania — ludzki, upadlający brak odporności na zmiany temperatur. 

— Myślisz, że w jaki sposób się wymykam? — zapytał. — Przez sześć lat udało mi się poznać wiele sekretów tego zamku. Żałuję, że został mi na to jeszcze tylko rok. 

Udawał, że patrzył przed siebie, ale zdążył spostrzec, jak kąciki półprzezroczystych ust opadły — leciutko, prawie niedostrzegalnie, ale na tyle wyraźnie, by nadać tej pięknej, surowej twarzy onieśmielający wyraz. 

Riddle polubił te spotkania — mimo wszystko, choć on sam starał się nie myśleć w ten sposób o ludziach, z którymi miewał takie spotkania. Mógł kogoś podziwiać, cenić, pożądać, ale lubić?

Nie. To kolejna obrzydliwie ludzka cecha — również do wyeliminowania.

A jednak rozmowy z Heleną, choć początkowo miały być jedynie zwykłą koniecznością na drodze do celu — okazały się naprawdę przyjemne. I nie tylko dlatego, że miała miły dla ucha, spokojny, niski głos i urokliwą aparycję. Umysł Ravenclaw intrygował go. Tom starał się żyć dobrze z każdym znaczącym duchem Hogwartu i żaden z nich nie uchronił się od wpływu wieków, które uczyniły z nich komicznych dekadentów. 

Ona była inna. Na tyle inteligentna, że wszystkie rozmowy w pewnym sensie stanowiły dla niego wyzwanie — coś, czego Riddle nie doświadczał, dyskutując z żywym towarzystwem. Teraz, kiedy czuł, że była wobec niego znacznie mniej nieufna, chętniej poruszał tematy założycieli i tego, jak w praktyce uprawiano magię za czasów jej życia. Dzisiaj również o to zagaił, a Ravenclaw — jak każdy duch, któremu okazywano zainteresowanie wydarzeniami sprzed śmierci — szybko się rozchmurzyła. Nawet brwi utraciły swoją charakterystyczną surowość, gdy zaczęła opowiadać o własnych eksperymentach z zaklęciami. 

— W czasach, kiedy żyłam, istniało znacznie mniej formułek — ciągnęła. — Magia była mocno intuicyjna, tym bardziej, że różdżki w biednych rodzinach nie były powszechne. Po części ze względu na dostępność, nie przypominam sobie, by w Wielkiej Brytanii istniał ktoś poza Ollivanderami, kto tworzyłby różdżki… ale i ceny. Dzisiejsze siedem galeonów to nic. Zanim powstał Hogwart, jeszcze w dzieciństwie mojej matki, wiem, że w ubogich rodzinach można było sobie pozwolić najwyżej na jedną różdżkę, z której korzystał gospodarz. Oczywiście dla Slytherina takie wykluczenie było czymś abstrakcyjnym. 

Stłumił pragnienie pociągnięcia tematu swego przodka. 

— Ostatnio cenię sobie magię bezróżdżkową. To dość odświeżające — rzekł, a ona przytaknęła z zapałem. — Zazdroszczę ci, że mogłaś obserwować rozwój magii. Coraz łatwiejszy dostęp do różdżek, wzrastającą i przemijającą popularność zaklęć, kształtowanie się całych pokoleń uczniów… Nie wyobrażam sobie na to lepszego miejsca niż Hogwart. 

— Wszystko ma swoje plusy i minusy. 

Uśmiechnęła się blado i choć nie wyglądała, jakby ją to uraziło, zdał sobie sprawę, że jednak nie była tak twarda, jak chciała, by o niej myślał. 

— Och… przepraszam za mój brak wyczucia — dodał szybko, udając skrępowanie. — Ale ostatnio czuję, wybacz mi śmiałość, że jest między nami jakieś… porozumienie. 

Z powagą wytrzymała jego wzrok, choć półprzezroczyste policzki pociemniały nieco, tak, że prześwitujące przez nią hieroglifowe płyty stały się prawie niewidoczne. 

— Bez obaw, nie jestem przewrażliwiona na punkcie własnej śmierci — odparła. — Nie żyję od prawie dziewięciuset pięćdziesięciu lat, możesz sobie wyobrazić, że zdążyłam przyswoić ten fakt. Chciałabym, by inni byli tak nietaktowni jak ty. 

A jednak pozwoliła sobie na cień ironii.

Nie odpowiedział od razu. Obrócił się tylko bokiem i jego kolana przeniknęły przez jej. Kolejny lodowaty dreszcz. Tom wychylił się lekko, tak, że nie miała dokąd uciekać przed jego przenikliwym spojrzeniem, choć wyglądało na to, że Helena wcale nie zamierzała uciekać. 

— Tylko ci się tak wydaje. Doszukujesz się we mnie dobrych cech, bo jesteś szlachetna i pełna dobroci, ale ja jestem Ślizgonem z krwi i kości — odparł prawie szeptem, a atmosfera między nimi zgęstniała. Resztki uśmiechu spełzły z twarzy dziewczyny, ramiona uniosły się jak pod wpływem ciężkiego westchnienia, gdy wpatrywali się w siebie z pełną fascynacji intensywnością, dopóki Riddle nie dodał: — Jestem chorobliwie ambitny, egocentryczny i zuchwały. I zawsze dostaję to, czego chcę. Bez względu na koszty. 

W oczach Heleny błysnął brak zgody na to, co powiedział — jak w oczach wielu głupich dziewczyn, które przez lata próbowały go zmieniać i naprawiać, bo uczucia odbierały im zdolność racjonalnego myślenia. I jakoś żadnej się nie udało, choć Tom — dokładnie tak, jak mówił — wiele zyskiwał dzięki tym znajomościom. Nie skłamał. Do tej pory każda, która myślała, że będzie w stanie go uzdrowić, płakała. A te najbardziej przyziemne, racjonalne płakały najbardziej. 

Oczywiście zaprzeczyła, a kiedy się zaśmiał, i na jej twarzy pojawiło się coś na kształt wstydliwego uśmieszku, jakby zdała sobie sprawę z rejonów, w jakie zmierzała ich rozmowa. 

— Nigdy nie widziałam u ciebie czegoś podobnego — powiedziała.

— Cieszę się, że masz o mnie tak dobre zdanie — wyznał. Spostrzegł delikatny ruch, więc i on wychylił się jeszcze w jej stronę, nie spuszczając wzroku z tych zmrużonych, wpatrzonych w niego oczu. Ciężar intymności między nimi wydawał się niemal fizycznie odczuwalny i Riddle już wiedział, że to był ten moment. Przełknął szybko i dodał z wahaniem: — Od dawna zastanawiałem się, czy… 

Urwał przekonująco zmieszany. 

— Czy? — ponagliła go cicho. 

— Mogę? — zapytał i wolno sięgnął po białą dłoń spoczywającą na podołku dziewczyny. 

Długie, zgrabne palce — bardzo podobne do palców Ślizgona — drgnęły, ale Ravenclaw jej nie cofnęła. W pełnej napięcia ciszy patrzyła, jak ręka chłopaka zatrzymała się na półprzezroczystym grzbiecie i zaczęła delikatnie sunąć to w górę, to w dół, jakby w pierwszej niepewnej pieszczocie, która — choć nie niosła ze sobą niczego więcej poza kolejną falą przejmującego zimna — Helenie musiała sprawić przyjemność. Dostrzegł to na jej ciemniejącej twarzy, w delikatnym zaciśnięciu ust, a w oczach pojawił się ten sam blask pożądania, jaki widywał tak często w dziesiątkach innych oczu. Tym razem jednak nie przypieczętuje tego tak jak zwykle, ale było coś ekscytującego w koncepcji tej platonicznej relacji. 

Wyzwanie. 

 

~*~

 

To nie był łatwy rozdział, ale jestem zaskoczona, że uwinęłam się z nim tak szybko. Muszę częściej pisać na sceny, a nie na słowa, dużo szybciej mi wszystko idzie. Powoli wkraczam w świat łatania dziur fabularnych i konieczności zapamiętywania wielu małych duperelek, które będą potrzebne za kilkadziesiąt rozdziałów, bo sobie w gimnazjum wymyśliłam światotwórstwo, zamiast trzymać się świata Rowling jak normalna autorka fanfików. XD 

12 grudnia 2009

25. Prezenty osobowe i bezosobowe

 

Ze wszystkimi zobaczyłam się dopiero rano, ponieważ kiedy wróciłam, salon świecił pustkami i wyglądało na to, że spotkanie Klubu Ślimaka wciąż trwało. Po wyjściu od Flinta wolałam sobie oszczędzić rozmowy z profesorem Slughornem, więc skorzystałam z kominka w dormitorium Ślizgonów. Potrzebowałam się oswoić nie tylko z niespodziewaną fortuną, ale i z tym, co wygrzebałam z gabinetu dziadka. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że matka podejrzewała, co znajdzie się w testamencie Jane, dlatego schowała zdjęcia i dokumenty. Ale dlaczego nie zabrała tego od razu do domu? Nie miałam na to żadnej koncepcji. 

— Jesteś od dzisiaj bardzo bogatą kobietą, najlepsze partie będą się ustawiać do ciebie w kolejce — stwierdził rozbawiony Rosier, kiedy przy śniadaniu szeptem skończyłam opowiadać o finale wizyty u notariusza. 

— Od teraz stałem się dla ciebie dostępny, uderzaj, póki jestem do wzięcia — rzucił Mulciber, cmoknął i ordynarnie oblizał sobie usta, a chłopaki ryknęli śmiechem. 

Poczułam gorąco oblewające całą twarz, a panika ścisnęła mnie za serce. Zaczynałam żałować, że w ogóle im powiedziałam. 

— Jeżeli któryś piśnie na ten temat słówko, pożałuje — wycedziłam, lustrując każdego z osobna. Na rozchichotanej gębie Mulcibera zatrzymałam wzrok na dłużej. 

— Najdalej za kilka dni i tak napiszą o tym w Proroku — wtrącił Nott. 

— Te przestarzałe plotkarskie gabloty mogłyby już dawno zdechnąć — wymamrotałam do swojej nietkniętej jajecznicy. 

Byłam mu wdzięczna, bo jako jeden z nielicznych powstrzymał się od głupiego komentarza, ale musiałam przyznać Teodorowi rację. Po śmierci jego wujka w zeszłym roku gazety bardzo chętnie relacjonowały batalię o majątek Ottona Notta, a było o co walczyć, ponieważ uzdrowiciel posiadał własną klinikę w Berlinie, która podobno przynosiła roczny dochód przekraczający kwartalne wydatki na Świętego Munga. W każdym razie takie plotki poszły w świat i nikt nie dociekał prawdy. 

Pamiętając to, co usłyszałam podczas stypy, zrobiło mi się gorąco na samą myśl, jakie dyrdymały mogły się rozejść o zawartości skrytki babci i dziadka. 

— Ale Evan ma rację — odezwała się Gaby, kiedy w naszej części stołu zrobiło się już nieco luźniej. Carrow zaczęła zbierać drużynę na pierwszy w tym semestrze trening quidditcha. — Obowiązek szukania bogatego męża masz z głowy. Teraz możesz sobie wyjść, za kogo chcesz. Albo za nikogo nie wychodzić. Stuprocentowa wolność. 

— Oczywiście, wolność — mruknęłam pod nosem. 

Odprowadzając Ślizgonów wzrokiem do drzwi, zauważyłam Riddle’a podchodzącego śmiało do stołu Krukonów, przy którym siedziała Eluned Bagnold — druga prefekt naczelna i druga najlepsza uczennica naszego roku. Zamienili kilka słów, po czym ruszyli wspólnie w kierunku pomieszczenia przylegającego do Wielkiej Sali, w którym odbywały się spotkania prefektów. 

Gaby chyba zauważyła moje spojrzenie, bo nachyliła się i powiedziała pokrzepiająco: 

— Przynajmniej nie jest ładna. 

Raz jeszcze przeanalizowałam wzrokiem toporną sylwetkę Krukonki, krótkie nogi, cofniętą szczękę i rzadkie, ciemne włosy zebrane na szczycie głowy w lichy kucyk, a później zerknęłam na własne odbicie w łyżeczce do herbaty. Czerwone podkowy pod oczami zajmowały tam jakieś dziewięćdziesiąt procent powierzchni twarzy. Westchnęłam i przytaknęłam zrezygnowana, bo co więcej mogłam powiedzieć? Patrząc na początki Black w naszej grupie, dało się łatwo wywnioskować, że dla Toma uroda nie grała pierwszych skrzypiec. Dla niego zawsze liczyło się tylko jemu znane „to coś”. W każdym jednym członku naszej popapranej ferajny. 

Tak, Eluned nie była ładna. Miała wadę postawy, nie dbała o makijaż i zdecydowanie zbyt rzadko myła włosy, ale rokrocznie wygrywała międzyszkolne konkursy z wiedzy o historii magii, zdobywała mistrzostwa w szachach w jakichś tam grupach wiekowych i jako jedna z nielicznych znanych mi osób zebrała dwanaście SUM-ów. Zapowiadało się, że w przypadku owutemów powtórzy ten sukces. Eluned nie była pierwszą lepszą idiotką i kto jak kto, ale Riddle potrafił to docenić. Skoro docenił Bellatriks… 

Kątem oka spojrzałam na samotnie siedzącą Ślizgonkę — już zupełnie normalnie uczesaną i bez tych szpetnych, rozmazanych kresek wokół oczu — i wymsknęło mi się kolejne westchnienie. Trochę zbyt energicznie wsadziłam łyżeczkę do zimnej herbaty i zaczęłam mieszać. 

Musiałam przywyknąć do nowej rzeczywistości. Wszyscy mieliśmy teraz własne sprawy, a po szkole przybędzie ich jeszcze więcej. 

Ot co, zmiany. 

 

*

 

Nott miał rację. W poniedziałkowym numerze Proroka Codziennego na przedostatniej stronie w rubryce z wieściami gospodarczymi zauważyłam skąpą adnotację, w której mignęły mi dwa znajome nazwiska: moje i babci. Z żołądkiem związanym w supeł czytałam króciutką notkę, w której oczywiście nie omieszkano wspomnieć o feralnym weselu z Nickiem. 

Jak donosi nasza redakcja, w wyniku postępowania spadkowego Village Prince — majątek należący w przeszłości do profesora Lawrence’a Prince’a — został przekazany w posiadanie panny Victorii Hortus. Nowa właścicielka, znana niegdyś z planowanego, acz niedoszłego mariażu z panem Nicolasem Rowdym, do czasu zakończenia nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie przekazała pieczę nad posiadłością pani Earth Hortus. 

Podsunęłam sobie gazetę pod oczy, żeby odczytać autora. 

Archibald Grubbins, oczywiście. 

Byłam naprawdę wdzięczna profesor Merrythought za niespodziewany maraton kartkówkowy. Większość Ślizgonów była tak zajęta notatkami z obrony przed czarną magią, że przy śniadaniu nikt nie zwrócił uwagi na sowią pocztę. Odrzuciłam Proroka i sięgnęłam po swoje zapiski, ale zamiast czytać, wodziłam wzrokiem po sali i bezmyślnie jadłam owsiankę. Wszyscy w naszej części stołu wyglądali na zdenerwowanych — zwłaszcza ci, których czekał jeszcze sprawdzian u Dumbledore’a. Jedynie Tom zdawał się tym nie przejmować. Przeglądał niefrasobliwie długaśną listę przypominającą sylabus i raz po raz dźgał piórem jakąś pozycję, stawiając przy niej krzyżyk. W pierwszej chwili pomyślałam, że to zbiór lektur, jaki Merrythought dawała nam zawsze na początku roku, ale ten był zbyt długi nawet jak na nią. Odczytałam do góry nogami Rytuały Cieni: Przewodnik po Zakazanej Magii, Nekromancja Dalekiego Wschodu i już wiedziałam, że takich książek nie zapisałby nam żaden nauczyciel. Wątpiłam, by znajdowały się nawet w Dziale Ksiąg Zakazanych, a jednak Riddle odznaczał je sobie z taką miną, jakby rozwiązywał sudoku. 

Mogłam się założyć, że szukał czegoś na kolejne spotkanie klubu pojedynków na dzisiejszy wieczór. 

Ale zanim się przekonałam, co dla nas przygotował, musiałam przetrwać dwie godziny obrony przed czarną magią, ekstremalnie trudny sprawdzian z wiedzy o tworzeniu przeciwzaklęć i zielarstwo w najprawdziwszą ulewę. Na względną swobodę mogłam liczyć dopiero po obiedzie podczas zaklęć, ale i tam czekało mnie zaskoczenie — zamiast Notta w mojej ławce zobaczyłam Wilkesa. Przyśpieszyłam kroku i bez słowa zajęłam swoje miejsce, bo Flitwick już deptał mi po piętach. Odczekałam, aż nauczyciel upora się z listą obecności i wróci do tematu kontrolowania żywiołu wody, żeby szturchnąć Klemensa w ramię, ale on mnie uprzedził. I zrobił to wyjątkowo niedelikatnie. 

— Au! — syknęłam cicho, rozcierając miejsce, w które wbił swój kościsty łokieć. — To bola… 

— Nie ma żadnej Holly Martin — szepnął i natychmiast ucichłam. — Ale ojciec znalazł Holly Marriot i to by się zgadzało, bo laska urodziła się w 1952 i faktycznie chodziła do Hogwartu, ale tylko dwa lata. Tu masz wszystko. 

Wcisnął mi w dłoń zmiętą karteczkę, którą od razu przeczytałam. Nie było tego wiele. Ktoś — chyba ojciec Wilkesa — zapisał ładnymi, wyraźnymi literami: Holly Dolores Marriot, 17-07-1952, ur. Retford w Notthinghamshire, 1963-1965 Hogwart. Rodzice: Molly Newton (+1958) i Crispin Marriot (zatrudniony na Nokturnie jako golibroda). 

Poczułam ukłucie zawodu na widok tej skąpej notatki, ale moją uwagę natychmiast zwróciła jedna rzecz. 

— Dlaczego była w Hogwarcie tylko dwa lata? 

Chłopak wzruszył ramionami. 

— A bo ja wiem? Pewnie będzie w jej aktach szkolnych, ale tam mój ojciec nie ma dostępu — odparł przyciszonym głosem. 

— Nie było tam wzmianki o jakiejś wymianie albo przeprowadzce za granicę? 

— Chyba nie, bo ojciec by o tym wspomniał. 

— Hmm… Dobra, dziękuję. To i tak dużo. 

Zrobiłam kwaśną minę i schowałam strzępek pergaminu do kieszeni, bo profesor Flitwick zaczął coś dyktować, przechadzając się między stolikami. Zabrałam się za notowanie, ale myślami nadal fruwałam wokół Holly. Ojciec pracujący u golibrody przy ulicy Śmiertelnego Nokturnu stanowił pewien trop — o ile informacja o jego zatrudnieniu była aktualna. O Dianie nie myślałam już z takim zaangażowaniem. Teraz, kiedy wszystkie pamiątki z domu babci należały do mnie, byłam o nie spokojna. Do przerwy świątecznej mogłam swoją uwagę poświęcić w całości pannie Marriot. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale wierzyłam, że coś wymyślę. 

Już znacznie spokojniejsza mogłam skupić się na słuchaniu o wprawianiu w ruch wody w szklance, a dwie godziny później na ćwiczeniu zaklęć niewerbalnych. Poczułam zawód. Tom nakazał nam połączyć się w pary, a sam jak gdyby nigdy nic zaczął pojedynkować się z Traversem. Być może nie błyszczałam na żadnych zajęciach wymagających używania różdżki (choć wieczorem bez trudu rozgromiłam Crabbe’a i jego pseudoczarnomagiczne wynalazki), ale liczyłam, że zaskoczy nas czymś ze swojej tajemniczej listy. 

Oczywiście przez całe spotkanie nie obyło się bez docinków, a Lestrange nabrał irytującego zwyczaju, nazywając mnie „dziedziczką”, jednak dało się wyczuć, że część tych złośliwości była podyktowana zazdrością, co sprawiało, że czułam się jeszcze bardziej skrępowana tym niespodziewanym spadkiem. A najbardziej obawiałam się rozmowy z Tomem. Od kiedy wróciłam, nie zostaliśmy sam na sam. Przez cały weekend widziałam go tylko przy stole w trakcie posiłków i wzbudziło to mój niepokój o tyle, że w bibliotece również nie było po nim śladu. Starałam się nie rozmyślać, co mogło za tym stać. Nowy obiekt zainteresowań, spis nielegalnych książek czy ów sekretny pozaszkolny projekt — nie miałam pojęcia, czym zmartwiłabym się najbardziej. 

Gdy w drodze powrotnej zrównał się ze mną krokiem, zastanawiałam się, czy go o to nie zapytać, ale ostatecznie zdecydowałam się na bezpieczną opcję. 

— I jak spotkanie Ślimaków? 

— Mało rozrywkowo. Profesor Slughorn zdawał się być w dość… melancholijnym nastroju. 

— Na pogrzebie wyglądał na przybitego. Cały tamten dzień… — Westchnęłam. — Cieszę się, że już po wszystkim. 

Kątem oka spostrzegłam, jak zadziorny uśmiech drgnął mu w kącikach ust. 

— O tak, słyszałem o spadku. Pewnie ci ulżyło? 

Poczułam, jak to, co zjadłam na obiad kilka godzin temu, przewróciło mi się w żołądku. Obrzuciłam Riddle’a wściekłym spojrzeniem, zła, że nawet on nie był w stanie się powstrzymać. 

— Mnie to nie bawi — syknęłam. — Nie ulżyło mi ani trochę, atmosfera w drodze do domu była nie do zniesienia. O dziwo najlepiej zareagował Sokaris. Wygląda na to, że małżeństwo z Ivy chyba mu służy. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek to powiem, ale przez cały pogrzeb i później u notariusza zachowywał się… jak człowiek. Założę się o własną różdżkę, że gdyby babcia zmarła rok wcześniej, byłby gotów podważać testament. 

— Z całą pewnością doznał nagłego oświecenia — zadrwił, ale kiedy zmienił temat, ton jego głos stał się zupełnie poważny. — Jesteś pierwszą znaną mi osobą, której jest nie w smak, że odziedziczyła dom i górę złota. Zupełnie niepotrzebnie. 

Automatycznie zwolniłam kroku, choć Ślizgoni przed nami wydawali się pogrążeni we własnych rozmowach. Czułam na sobie wzrok Toma, ale nie potrafiłam na niego odpowiedzieć. Byłam skrępowana tym tematem — zwłaszcza poruszając go z Riddle’em, bo nie potrafiłam wyrzucić z głowy obawy, że to nas poróżni. Złoto — najbardziej trywialna przeszkoda ze wszystkich — stanie się przeszkodą nie do przeskoczenia. Zbyt często widywałam takie sytuacje, by nie uznać tego za realne zagrożenie. 

A on zdawał się tym nie przejmować. 

— Majątek tego kalibru zawsze generuje kłopoty. Zawsze. 

— Zawsze wtedy, kiedy otaczasz się niewłaściwymi osobami i niewłaściwie nim dysponujesz — sprostował. — Własne złoto daje wolność i niezależność. Teraz możesz robić, co chcesz. I wykracza to daleko poza temat ożenku „dla twojego dobra”. Zupełna swoboda. Coś, czego twoja matka nigdy nie zaznała. À propos, dowiedziałaś się czegoś od Wilkesa? 

Dopiero teraz odważyłam się na niego spojrzeć. Nawet nie musiałam pytać, skąd wiedział. 

— Chyba nic z tego. A przynajmniej nic na ten moment, chyba że w gabinecie dziadka znajdzie się peleryna-niewidka — odparłam zrezygnowana. Rozmowa na temat spadku wypompowała ze mnie resztki energii, jaka została mi po tym męczącym dniu. Ślizgon uniósł brwi, więc dodałam: — Podała fałszywe nazwisko, co akurat mnie nie dziwi. Jeżeli to faktycznie ona, to nazywa się Holly Marriot, jej ojciec pracuje jako golibroda na Nokturnie. W Hogwarcie uczyła się tylko przez dwa lata, więc to chyba prawdopodobne, że wyjechała na wymianę, ale po co miałaby zmyślać nazwisko? W każdym razie musiałabym włamać się do gabinetu dyrektora, żeby zajrzeć do jej teczki, co jest niewykonalne, bo aktualnie nie mam na stanie peleryny-niewidki, nie potrafię stać się niewidzialna, nie umiem latać ani włamywać się przez okna, więc nie wiem, jak inaczej mogłabym ugryźć tę sprawę. A co do dziwnych znalezisk w gabinecie mojego dziadka… 

Opowiedziałam mu pokrótce o zdjęciach i dokumentach — mniej w nadziei na jakąś radę, bardziej z chęci podzielenia się tym z kimś. Z całej naszej grupy tylko jemu ufałam na tyle, by wierzyć w pełną dyskrecję. Trochę mnie zaniepokoiło, że nie wyglądał na zaskoczonego, tylko oczy błysnęły mu czerwienią, gdy wyciągnęłam z torby akt urodzenia i skradzioną fotografię, z którymi teraz się nie rozstawałam. Robiło mi się zimno ze strachu za każdym razem, kiedy wyobrażałam sobie, że ktoś — na przykład Bellatriks — mógł przypadkiem wygrzebać to z mojego kufra. 

— Każda rodzina ma jakiś brudny sekret — odpowiedział, przyglądając się dwóm uśmiechającym się do niego dziewczynkom. — W jednej jest to mezalians, w drugiej niezrównoważona charłacka ciotka, w innej dziedzic rodu ucieka z mugolaczką… Twoja rodzina nie jest pierwsza. Co więcej, na twoim miejscu bym się zaniepokoił, gdybym prędzej czy później nie odkrył jakiejś kiepsko skrywanej tajemnicy. Jakie grzechy mieli na sumieniu moi przodkowie, że postanowili tak dobrze je zatuszować? 

Dotarliśmy do przejścia prowadzącego do dormitorium i zatrzymałam się, ale Tom nie zamierzał wejść za mną. Obrócił się sugestywnie w stronę schodów prowadzących na górę, na które rozlewało się przytłumione światło z sali wejściowej. 

— Pozaszkolny projekt? — zapytałam. 

— Nie tym razem. Chciałbym przed Hogsmeade zrobić jeszcze drobne zakupy — odparł i wysunął z wewnętrznej kieszeni szaty małą kopertę. — Ta praca u Greengrassa mocno zaopatrzyła moją biblioteczkę. 

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kiedy odchodził, na twarzy błysnął mu diabelny uśmieszek i już wiedziałam, że prędzej czy później dowiem się, do czego to zmierzało. I byłam prawie pewna, że do niczego dobrego. 

 

*

 

Ani się obejrzałam, jak w kalendarzu zastała mnie końcówka września. Następne dwa tygodnie minęły mi pod znakiem nauki, czytania i warzenia eliksirów, ale pierwszy raz nie narzekałam na ilość pracy. Ostatki pięknego, ciepłego lata prawie natychmiast zostały zatarte przez deszcz, zimny wiatr i niekończące się szare chmury. Zakazany Las prędzej niż zazwyczaj przywdział jesienny płaszcz, lecz nikt nie miał ochoty podziwiać go w czerwono-złotej odsłonie, kiedy bez przerwy lało. Chlapa prawie w zupełności wyeliminowały moje poranne przebieżki na błoniach, za to polubiłam wieczorne posiadówki w kuchni, zwłaszcza w trudniejsze dni. Wprost przepadałam zajadać się na zmianę świeżymi wypiekami i pieczonym drobiem, czytać albo obserwować skrzaty domowe podczas pracy. Niektóre z zapałem opowiadały o swoich obowiązkach, inne skupiały się na robocie, śpiewały albo milczały — prawie tak samo jak ludzie. I jak ludzie miewały swoje małe tradycje. Dowiedziałam się, że skrzaty domowe jadały dopiero po swoim panu i myły się wyłącznie na jego polecenie, co wydało mi się oburzające. Ponadto uważały za skandaliczne zakazywanie wymierzania sobie kar za nieposłuszeństwo i źle wykonaną pracę, choć szybko się okazało, że żaden skrzat nie słyszał o realnym przykładzie właściciela, który by zabraniał, ba, nie zachęcał do samookaleczeń. Takie wiadomości sprawiały, że często wychodziłam stamtąd z mieszanymi uczuciami, ale zazwyczaj wprost przepadałam za wieczorami w kuchni. 

Wędrowałam tam przeważnie po kartkówkach i mogłam być pewna, że zawsze zastanę czekającą na mnie ucztę. Pudding śliwkowy, czekoladowa tarta z owocami, kiełbaski zapiekane w cieście, placek daktylowy z sosem toffi, polędwiczki wołowe w cieście francuskim z farszem grzybowym. Skrzaty domowe były zachwycone, mogąc mnie nakarmić. Wciąż przy tym utyskiwały, jaka byłam chuda, brały moje nadgarstki i porównywały do swoich, otaczały je długimi palcami i im bardziej załamywały nad nimi ręce, tym mocniej mi to pochlebiało. Polubiłam ich towarzystwo do tego stopnia, że zaczęłam tam przychodzić nawet wtedy, kiedy czułam się stabilnie. A może czułam się stabilnie właśnie dlatego, że tam przychodziłam? Siadywałam sobie z książką na podłodze przy kominku, objadałam się, a po wszystkim zamykałam się w łazience i wyrzucałam to z siebie — tak stworzyłam swój rytuał w małym kuchennym sanktuarium. 

W dzień wycieczki do Hogsmeade pogoda postanowiła nas rozpieścić — przestało padać. Wiatr wciąż szarpał wściekle koronami drzew, buty zapadały się w nasiąkniętym trawniku na błoniach, a niebo pokrywały słynne szkockie stalowoszare chmury, ale przynajmniej nie lało się na głowę. Już od rana nie czułam ekscytacji na myśl o wypadzie do wioski. Myślami wciąż byłam na wczorajszym warzeniu u profesora Slughorna, a Dział Ksiąg Zakazanych wołał po następną pozycję, więc nie zamierzałam szwendać się po Hogsmeade do kolacji. Od kiedy zaprzyjaźniłam się ze szkolnymi skrzatami domowymi, nie ciągnęło mnie nawet na piwo kremowe do Trzech Mioteł. 

Nie byłam zdziwiona, że Tom nam nie towarzyszył. Zniknął zaraz po śniadaniu, jak zwykle nikomu się nie tłumacząc, a nikt — jak zwykle — nie pytał. Wybraliśmy się stałą grupą: ja, Nott, Mulciber, Wilkes, Macnair, Rosier i Travers. Zwykle trzymaliśmy się z Teodorem nieco z tyłu, ale od kiedy Ślizgon dostał się do drużyny, stał się niesamowicie popularny i teraz kroczył dumnie z Amadeuszem na przedzie pochodu, dyskutując i dowcipkując w najlepsze. Nie miałam mu tego za złe, bo wiedziałam, że dążył do tego, od kiedy pierwszy raz przekroczył próg Hogwartu, ale tęskniłam za starym Nottem. Jako jedyny z nich wszystkich posiadał szczątkową wrażliwość, a teraz — jak reszta — otwarcie palił, przeklinał i rzucał niewybredne komentarze na temat niezbyt atrakcyjnych dziewcząt. 

Mimo przeszywającego zimna Hogsmeade aż tętniło życiem. Uczniowie z niższych klas wałęsali się głównymi uliczkami i okupowali sklep Zonka, złaknieni wolności z daleka od nauczycielskich oczu. Z powodu koszmarnego tłoku w Trzech Miotłach piwo okazało się bardziej szybkim odhaczeniem tradycji niż przyjemnością. Ja sama byłam rozdarta między wyjściem z powrotem w zimno a pozostaniem w cieple i huku, ale ciężar decyzji zdjął z moich barków Wilkes, domagając się wycieczki do Gospody Pod Świńskim Łbem. Tam było zdecydowanie ciszej, ale już nie tak przytulnie i czysto, a barman nie miał oporu przed sprzedawaniem uczniom alkoholu. Skusiłam się na szklaneczkę ognistej whisky, licząc, że choć trochę mnie rozgrzeje. Podyskutowaliśmy trochę szeptem o kilku zakapturzonych gościach w głębi izby, ale nie czułam takiej ekscytacji ani z siedzenia w barze pełnym podejrzanych typów, ani z samej wycieczki do Hogsmeade. Sącząc drinka z nie do końca czystej szklanki, wspominałam moje pierwsze wypady, wielogodzinne posiedzenia najpierw w Trzech Miotłach, później w Świńskim Łbie, serce bijące z okolicy przełyku, kiedy po ciemku błąkaliśmy się po cmentarzu w poszukiwaniu lokalnych duchów. W trzeciej klasie to było coś. Wydawało nam się, że mocno naginaliśmy wtedy prawo, prosząc starszych uczniów o kupno pierwszego alkoholu, a teraz te wspomnienia wywoływały jedynie nostalgiczny uśmiech. 

Na początku miałam wrażenie, że tylko mnie przestało to bawić, ale chłopaki też szybko zaczęli się nudzić. Nie wiedzieć kiedy Hogsmeade straciło swój początkowy czas. A może po prostu chodziło o brak przywódcy? 

— Dokąd teraz? — zapytałam, gdy zarośnięty czarodziej zza kontuaru zaczął sugestywnie zerkać na nasze puste szklanki. 

— Ja jeszcze zajrzę do Spintwitches po olej do witek — odparł Nott. 

Pozostali wyglądali na trochę zniecierpliwionych, zwłaszcza że na zewnątrz zaczynało kropić, ale wszyscy bez słowa ruszyliśmy na szybki spacer przez całą wioskę do sklepu miotlarskiego. Trzymałam się kurczowo za chustkę pod szyją, drugą za tiarę na głowie, ale niewiele to pomogło, bo wiatr i tak poczyniał sobie z nimi, jak mu się podobało. Nie mogłam doczekać się drogi powrotnej do szkoły, zwłaszcza tej błotnistej części dokładnie w połowie przejścia przez las. Mijając kawiarnię pani Puddifoot, rzuciłam tęskne spojrzenie do jasnego, cieplutkiego wnętrza i aż przystanęłam na widok otoczonej różem i koronkami Gaby. Poza tym, że wyglądała na nieco zmieszaną, prezentowała się bardzo ładnie w splecionych włosach i nieco mocniejszym makijażu, którego nie zauważyłam rano przy śniadaniu. W kącikach ust czaił się delikatny, zaczepny uśmieszek, na co towarzysz odpowiadał tym samym, ale znacznie bardziej śmiałym — szerokim i rozbrajającym. Jej orzeł — Julian — zdecydowanie przyciągał spojrzenia kobiecej części herbaciarni i nie miałam im tego za złe. Z bliska wydawał się jeszcze przystojniejszy niż latem na trybunach. Szeroka, porządnie ogolona szczęka i gładkie czoło nie miały w sobie ani odrobiny typowej brytyjskości, podobnie idealnie równe, białe zęby. Włosy jeszcze mocniej podkręcone — zapewne pod wpływem wilgoci — nie były aż tak złociste, jak u Rosiera, ale świetnie kontrastowały z jasną, prawie mlecznobiałą karnacją, a w oczach błyszczały iskierki, które pozwalały mi sądzić, że poza urodą Fawley mógł mieć w sobie co nieco charyzmy. I Taciturn musiała sądzić podobnie, bo nie spuszczała z niego wzroku. Ten widok napełnił mi serce czymś słodkim i miłym, sprawiając, że patrzyłabym na nich w nieskończoność, gdyby nie ostry głos któregoś z chłopaków wołający mnie po nazwisku. 

Pędząc za Mulciberem i Wilkesem do sklepu sportowego, już wiedziałam, że Gaby nie zamierzała szukać sobie pocieszenia w Hogwarcie. Sądziłam, że ta przyjemna lekkość po zobaczeniu ich u pani Puddifoot wynikała z ulgi, ale chyba kryło się za tym coś więcej. Prawdziwe, niezabarwione niczym złym szczęście, że przynajmniej jedna cieszyła się ze swojego przyszłego męża. 

Nie miałam ochoty wałęsać się po Spinwitches. Ciemny, ciasny sklepik wypchany zawieszonymi pod sufitem miotłami był pełen młodszych uczniów, którzy przyszli tu tylko pooglądać wystawiony za ladą asortyment, podczas gdy starsi wpadali tu obejrzeć młodą, atrakcyjną ekspedientkę. Kontuar ciągnął się przez całą długość pomieszczenia, za którym uśmiechnięta blondynka uwijała się przy szafkach i szufladach, podając Nottowi coraz to nowe fiolki i buteleczki. 

— To trochę potrwa — mruknął Wilkes, bezmyślnie obracając w rękach jakąś opasłą księgę z wielkim złotym zniczem na okładce. 

— I chyba zostawi tu dużo więcej złota, niż zamierzał — wtrącił Rosier, a Travers zarechotał złośliwie. 

— Pamiętacie ją ze szkoły? — zapytał, zniżając głos do szeptu, choć przez szum, jaki panował w sklepie, wątpiłam, by do dziewczyny dotarło choć jedno słowo. Pokręciliśmy głowami, więc dodał: — To ta szukająca Gryfonów. Tylor? Teller? Jak jej tam było… 

— Ta, którą ruchał brat Rowle’a? — wtrącił Macnair. 

Na wszystkich trzech twarzach Ślizgonów pojawił się identyczny cwany uśmieszek. 

— Tak, właśnie ta. 

— A ten bufon, patrzcie, jakie robi do niej maślane oczy — mruknął Wilkes, pokazując palcem na Notta. 

Westchnęłam i odsunęłam się tak daleko, na ile pozwalały mi skrzynki przy witrynie — na wszelki wypadek, gdyby jakimś cudem te złośliwe komentarze jednak dotarły do uszu byłej szukającej z Gryffindoru. Na szybie od wewnątrz bardzo szybko zebrała się para, która zaczęła się skraplać i moczyć ozdobną, rozłożoną na podłodze bordowo-złotą płachtę. Przez wszystkie lata w Hogwarcie dość nasłuchałam się o legendarnych ekscesach Williama Rowle’a, ale i tak nadstawiałam uszu, kiedy Amadeusz opowiadał o tym, jak w drugiej klasie zastał go w klasie eliksirów z dwiema Puchonkami. Wierzyłam w to tylko połowicznie, ponieważ Travers — wbrew swojej przesadnej nonszalancji i masce człowieka, którego nic nigdy nie obchodziło — plotkował na potęgę i uwielbiał te plotki koloryzować. 

Profilaktycznie jeszcze bardziej przytuliłam się do witryny. 

Ulewa rozpanoszyła się po całym Hogsmeade i teraz wszyscy ci, którzy jeszcze chwilę wcześniej spokojnie spacerowali sobie między budynkami, rzucili się do ucieczki — część staranowała drzwi do Miodowego Królestwa, a część popędziła w kierunku Trzech Mioteł. Tylko nieliczni — ci, którzy potrafili wyczarować sobie parasole — zostali na zewnątrz. Wodząc znudzonym wzrokiem po prawie opustoszałym placu, myślami byłam już w Dziale Ksiąg Zakazanych, kiedy nagle kątem oka dostrzegłam szybki ruch i czyjś znajomy profil. Bardzo ładny, oliwkowy profil znikający za ciemnym materiałem kaptura. 

Serce podskoczyło mi do gardła, ale zdążyłam tylko wyłapać dwie wysokie, szczupłe sylwetki — męską i kobiecą, idące wspólnie ścieżką w kierunku cmentarza. I o ile modna, czarna peleryna czarownicy przypominała tysiące podobnych peleryn, tak płaszcz — wytarty, skórzany, ze staroświeckimi pagonami — na grzbiecie czarodzieja wydał mi się jeszcze bardziej znajomy niż tamta opalona twarz. W pierwszej chwili miałam ochotę wybiec na zewnątrz i pognać za nimi, lecz natychmiast powstrzymał mnie głosik z tyłu głowy. 

Po co? A jeśli to nie matka? 

Ale skoro nie ona, to z kim teraz był Tom? 

Obejrzałam się na Notta, który powoli odliczał złoto na ladzie. Miałam ochotę na niego krzyknąć, licząc, że jeżeli wyjdziemy odpowiednio wcześnie, jeszcze ich dogonimy, ale znów — w jakim celu? 

Wyszłam ze sklepu jako pierwsza, kiedy tylko Teodor odkleił się od kontuaru, lecz na deptaku nie było już żywej duszy. Nie mówiąc ani słowa i z żołądkiem związanym w supeł, ruszyłam w stronę drogi powrotnej do szkoły. Nikt nie protestował, gdy wybrałam dłuższą trasę w okolicach kościoła i cmentarza — chłopaki wciąż wspominali Billa Rowle’a i jego miłosne podboje. Serce łomotało mi w piersi jak szalone, oczy strzelały na boki, wyczulone na wysokie, smukłe, zakapturzone sylwetki, ale musiałam przełknąć tę gorzką prawdę — gdziekolwiek zmierzała tamta dwójka, już dawno tam dotarła. 

Cholerny Nott z jego cholernym quidditchem i cholernymi zakupami u cholernej eks-szukającej. 

Nie potrafiłam przestać o tym myśleć, choć przez całą drogę do zamku przekonywałam sama siebie, że przecież to nie moja sprawa. Nie byliśmy małżeństwem. Nie byliśmy nawet razem, bym miała prawo oczekiwać wyjaśnień. A może tak naprawdę zobaczyłam tam kogoś innego w identycznym płaszczu i jak zwykle od razu wysnułam szereg najczarniejszych scenariuszy. Tak, to do mnie pasowało. A to, że Riddle’a nie było ani w dormitorium, ani później w Wielkiej Sali, wcale nie nakręcało moich obaw. Oczywiście puściłam też mimo uszu uwagę Margaret Rowle, że pierwszy raz opuścił spotkanie prefektów. 

Wszystko było w najlepszym porządku i naprawdę nie odtwarzałam w pamięci, jak pędził wraz z moją matką przez placyk naprzeciwko sklepu sportowego. Naprawdę. 

Po obiedzie nieco zbyt energicznie udałam się prosto do biblioteki, gdzie z Działu Ksiąg Zakazanych wypożyczyłam Tajemnice Rozkładu i Odrodzenia i pomaszerowałam z książką prosto do pokoju wspólnego Ślizgonów. Mimo pogarszającej się pogody wielu wciąż nie wróciło z Hogsmeade i bez trudu mogłam zająć najlepsze miejsce przed kominkiem. Uwielbiałam takie popołudnia w naszym dormitorium, choć przez jego wystrój daleko mu było do przytulnego. Z mokrymi włosami i opatulona w ciepły, wełniany sweter siadałam przy ogniu, wyciągałam nogi w grubych skarpetach i czytałam, głaszcząc kota zwiniętego w kłębek na moim brzuchu. W takich warunkach prawie mogłam zapomnieć o tym, co działo się za oknem. Nawet teraz, kiedy… 

Plask!

Wzdrygnęłam się, gdy zwykła brązowa teczka padła z głośnym klapnięciem na blat stolika, o który opierałam stopy. Midnight zeskoczył na podłogę i niezadowolony czmychnął pod sąsiednią kanapę. Spojrzałam w górę na Riddle’a, który z enigmatycznym wyrazem twarzy przysiadł na podłokietniku mojego fotela. 

— Tu jest twoja Holly — rzekł, nim zdążyłam zapytać. 

Sięgnęłam po teczkę, lustrując go nieufnie od butów aż po czubek głowy. Włosy miał suche i schludne, podobnie nogawki spodni — jak gdyby przez cały dzień nawet nie wyściubił nosa z zamku. 

— Dziękuję — mruknęłam, nawet nie zaglądając do środka. Nie potrafiłam ukryć nadąsania, choć ostatnie, czego chciałam, to jego insynuacji, że byłam zazdrosna. Bo oczywiście nie byłam. — Skąd to wziąłeś? 

— Ja również nie posiadam peleryny-niewidki, ale nie potrzebuję jej, żeby stać się niewidzialny — odparł tajemniczo. 

W tym momencie mina niewiniątka nie robiła już na mnie żadnego wrażenia. Wsunęłam skoroszyt do torby, licząc, że Tom powie więcej, ale on tylko siedział z lekko przechyloną głową i przyglądał mi się, jak gdyby na coś czekał. 

Albo to ja znów popadałam w paranoję. 

— Czyli wykradłeś to — rzuciłam przyciszonym głosem. 

— W żadnym wypadku. Oryginał wciąż znajduje się w gabinecie profesora Dippeta. Nie zajrzysz do środka? 

— Zajrzę. Na osobności. 

Byłam pewna, że przeczytał wszystko, co znajdowało się w środku. Zmrużyłam oczy, analizując jego twarz. Połowę pochłaniał czerwony blask z kominka, czyniąc ją w swej anielskości jeszcze bardziej diaboliczną. Oczywiście palce już mnie świerzbiły, lecz postanowiłam odczekać, aż odejdzie. Musiałam zostać z tymi emocjami sam na sam. Z emocjami i z tym, co tam znajdę. 

— Dobrze — zgodził się w końcu, prostując się. — Wiem, że to mało czasu, a czeka cię jeszcze pasjonująca lektura, ale spróbuj przed jutrem przeczytać trochę tego.

Automatycznie wyciągnęłam rękę po książkę, którą wysunął sobie z wewnętrznej kieszeni szaty. Książka — to dużo powiedziane. Bardziej przypominała broszurkę w cienkiej okładce i wydrukowaną na bardzo starym, mocno zbrązowiałym pergaminie. W środku nie znalazłam żadnej pieczątki z biblioteki, za to parsknęłam śmiechem na widok łuszczących się liter układających się w tytuł: O źródłach mocy niezależnych od różdżki. Podniosłam wzrok i spostrzegłam, że przyglądał mi się uważnie, jakby chłonął każde najmniejsze drgnięcie mięśnia na mojej twarzy. 

— Przechodzimy jeszcze o poziom wyżej? — zdziwiłam się. 

— Nie, to pozycja tylko dla ciebie. 

— Nie jestem mistrzynią czarowania różdżką, a co dopiero bez. 

Chciałam oddać książkę, ale Tom odepchnął ją łagodnie od siebie. 

— Przeczytaj to. Co do zasady różdżka ma kierować moc na zewnątrz, lecz zdarza się, że bardziej ogranicza, niż pomaga, blokując moc wewnątrz ciała. 

Zanim się obejrzałam, wstał i ruszył do wyjścia, ale nie zamierzałam go przekonywać, że tym razem nie miał racji. W zamian za to poczułam impuls, który nakazał mi za nim zawołać. Zatrzymał się zdumiony, unosząc brwi. 

— Czy to moją matkę widziałam dzisiaj z tobą w Hogsmeade? — zapytałam. 

Zrobiłam to tak szybko, że wnętrzności nie zdążyły zareagować nagłym skurczem. Byłam naiwna, licząc, że Riddle się speszy — oczywiście nie zrobił tego. Roześmiał się i zmarszczył lekko czoło, jakby przez chwilę się nad czymś zastanawiał. 

— Miodowe Królestwo czy Księgi i Zwoje? 

— Spintwitches. 

Pochylił nieco głowę i chyba znów zachichotał, ale tym razem ciszej, bo nic nie usłyszałam. 

— Jak myślisz — odparł, bezczelnie patrząc mi w oczy — czy twój ojciec puściłby ją na spotkanie z młodym, przystojnym siódmoklasistą? 

Obrócił się i odszedł, a ja zostałam sama jeszcze bardziej skołowana i rozdrażniona. Bezmyślnie przesunęłam w palcach drobne pisemko, zastanawiając się, co miał na myśli. Zaczynały mnie męczyć te wszystkie zagadki, a nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że po wakacjach namnożyło się ich jeszcze więcej. 

Odłożyłam książeczkę na bok i od razu sięgnęłam po teczkę, a serce zabiło mi mocniej na widok imienia i nazwiska pisanego ręką dyrektora: Marriot Holly. Nigdy nie widziałam naszych szkolnych akt i nie domyślałam się, czy powinny być takie cienkie — w każdym razie zaraz po otworzeniu zobaczyłam w środku jedynie dwa świadectwa i trzy spięte ze sobą pergaminowe kartki. Z gulą w gardle odczepiłam pierwszą z nich — jedyną, do której ktoś przykleił czarno-białą, ruchomą fotografię. Natychmiast przysunęłam ją sobie pod oczy, choć tak naprawdę nie było takiej potrzeby — chociaż Holly miała na nim jedenaście lat, dwa cienkie warkoczyki i brak makijażu, od razu ją poznałam. Niekonwencjonalnie ładna buzia uśmiechała się szeroko, prezentując królicze jedynki i wielki aparat na zębach, a ja poczułam nieprzyjemne ukłucie na myśl o tym, jak skończyło to sympatyczne dziewczątko. Holly Dolores Marriot, urodzona siedemnastego lipca 1952 roku w Retford w Notthinghamshire, dokładnie tak, jak pisał pan Wilkes, faktycznie spędziła w Hogwarcie tylko dwa lata. Trafiła do Gryffindoru i miała wyraźne problemy z asymilacją. Do kartki z danymi przypięte zostały uwagi od nauczycieli, gdzie rozpisywali się o ponadprzeciętnej ambicji i uprzejmości, które nie szły w parze z talentem. Profesor Dumbledore wspominał o licznych kłopotach w kontaktach z rówieśnikami, Slughorn rozpisywał się o ujmującej osobowości, Flitwick pozostawił lakoniczną notkę dotyczącą sporych problemów z ujarzmieniem różdżki, a Merrythought postawiła sprawę jasno, twierdząc, że Gryfonka nie była w stanie opanować najprostszego zaklęcia lewitacji. Wszystkie moje negatywne uczucia, jakie do tej pory miałam wobec Holly, zaczęły się zwijać i kurczyć, aż doszczętnie wyparowały, kiedy wzięłam do ręki świadectwo z pierwszej klasy. 

Jeszcze nigdy nie widziałam tak dziwacznych wyników. Prawie najwyższe oceny z historii magii, astronomii, eliksirów i zielarstwa, ale transmutacja, latanie, obrona przed czarną magią i zaklęcia — czyli wszystko to, co bazowało na korzystaniu z magii — nie przekraczały okropnego

Ostatni pergamin okazał się listem pana Crispina Marriota, w którym wspominał o trudnej sytuacji rodzinnej od czasu śmierci jego żony i prosił o szansę dla córki na kontynuowanie nauki w Hogwarcie, lecz sądząc po adnotacji na karcie Holly, korespondencja z dyrektorem nie skończyła się pomyślnie. 

Na podstawie wyników adaptacyjnych testów magicznych uznano, że dalsze kształcenie w systemie Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie nie jest możliwe, przez co Pani Holly Dolores Marriot została skreślona z rejestru uczniów.

Poczułam pustkę na widok listy podpisów nauczycieli, których tak dobrze znałam. Zatrzymałam się na sekundę dłużej przy nazwisku profesora Slughorna, po czym raz jeszcze przejrzałam wszystkie adnotacje i już wiedziałam — Holly była charłakiem. 

To okropne słowo uformowało mi się w głowie i poczułam przeszywającą na wskroś szpilę grozy. Okropne, najpaskudniejsze słowo — gorsze od najgorszych, najbardziej ordynarnych przekleństw, od szlam i mugolaków — nacechowane przerażeniem i wstydem, bo sama przez wiele lat żyłam w strachu, że to mogłam być ja. Za każdym razem, kiedy paliłam piórko, zamiast je lewitować, zawsze gdy nie potrafiłam zmusić pomidora do zmiany w poduszkę i ostatecznie po odebraniu wyników SUM-ów, po których nie mogłam dłużej kontynuować transmutacji. 

Chowając teczkę z powrotem do torby, zdałam sobie sprawę, że doznałam pewnego rozczarowania. Nie byłam pewna, co spodziewałam się odkryć, ale liczyłam, że informacje o tamtej dziewczynie popchną mnie dalej. Gdybym nie wiedziała, co Tom sądził o moich poszukiwaniach, pomyślałabym, że właśnie w tym celu spotkał się z moją matką. Ale Holly Marriot obchodziła ich oboje tyle, co zeszłoroczny śnieg. Tylko ja przeżywałam romans ojca, jak gdyby ten jeden z jakiegoś powodu był ważniejszy niż poprzednie. 

Niechętnie wyciągnęłam rękę po małą książeczkę, która zsunęła mi się z kolan i cały czas, milcząc, obserwowała z podłogi moje zmagania z dokumentami. Prychnęłam cicho pod nosem, odczytując podtytuł na wewnętrznej stronie okładki: Trening umysłu w świecie, gdzie królują narzędzia. Brzmiało jak uduchowione pieprzenie rodem z podręcznika do wróżbiarstwa. 

A jednak — wciąż myśląc o Holly — otworzyłam na pierwszej stronie i zaczęłam pierwszy rozdział. Zrobiłam to trochę dla świętego spokoju, a trochę z ciekawości, bo ostatecznie coś w tej lekturze zasiało w głowie Riddle’a myśl: tak, Hortus powinna to przeczytać. I przeczytałam całą jeszcze tego samego wieczora. Ba, spróbowałam nawet kilku ćwiczeń i oczywiście żadne nie sprawiło, że pióro samo uniosło się w powietrze. Musiałam wyglądać bardzo głupio, celując w nie najpierw palcem, a potem to zaciskając, to rozluźniając pięść, ale następnego dnia mogłam śmiało powiedzieć Tomowi, że pierwszy raz pomylił się pomylił.

Całe szczęście byłam coraz lepsza w zaklęciach niewerbalnych i powstrzymywanie się od wypowiadania formułek na głos przestało zaprzątać moje myśli podczas wieczornych pojedynków. Z chęcią zmierzyłam się z Nottem, który przez wszystkie cztery starcia udawał, że zapomniał o istnieniu czarnomagicznych zaklęć i nie popisywał się już tak, jak podczas walki z Riddle’em. Domyśliłam się, że dał mi wygrać, gdy Mulciber kolejny raz zbierał go z podłogi po mojej do bólu przewidywalnej Drętwocie, ale cieszyłam się, bo to nie ja miałam tego dnia obolałe pośladki. 

Szykując się do wyjścia razem z resztą Ślizgonów, musiałam się pilnować, by bez przerwy nie zerkać na Toma. Nigdy nie rzucał słów na wiatr, ale miał irytującą manierę nieokreślania przyszłych spotkań tak długo, jak tylko się dało. I tym razem zrobił podobnie, bo pojawił się przede mną dokładnie w momencie, gdy ruszyłam za Traversem w stronę drzwi. 

Jak gdyby szukał sposobu, by wywołać we mnie szybsze bicie serca. 

Nie musiał. Samo przebywanie z nim w sali tortur w głębi lochu wystarczyło. 

— I jak? — zapytał cicho. 

— Miałam nadzieję, że zapomniałeś — skłamałam, zsuwając torbę z powrotem z ramienia na podłogę. — I skończyło się tak, jak podejrzewałam. A właściwie… nie może się skończyć coś, co nawet się nie zaczęło. 

Przysiadłam na brzegu przewróconej skrzyni w kształcie trumny i obserwowałam, jak Riddle powoli gasił lampy. Zostawił ich tylko kilka, tak, że w celi zapanował przyjemny dla oczu półmrok, po czym Ślizgon spoczął na kulawym krześle pod ścianą — dokładnie po drugiej stronie pomieszczenia. Przestrzeń między nami wydała mi się nienaturalnie duża, ale znając go, wiedziałam, że prawdopodobnie nie bez powodu. Przyglądaliśmy się sobie przez dłuższą chwilę, aż dźwięki oddalających się kroków i rozmów na korytarzu zupełnie umilkły. Nie patrzył już na mnie tym czujnym, nauczycielskim wzrokiem jak jeszcze kwadrans wcześniej, gdy walczyłam z Nottem. Znów był moim szkolnym kolegą, moim przewodnikiem, moim… sama nie wiedziałam już kim. I chyba właśnie ta niewiedza powodowała szybsze bicie serca. 

— Skoro podeszłaś do tego z przekonaniem, że się nie uda, to wszystko zadziałało tak, jak powinno było zadziałać — powiedział miękko. — Nie chciałaś, żeby ci wyszło, więc czego się spodziewałaś? 

Na te słowa gdzieś z brzuchu odezwała się irytacja i naprawdę musiałam wspiąć się na wyżyny cierpliwości, by nie przewrócić oczami. 

— Nie baw się ze mną w jakieś duchowe pieprzenie, mam tego dość na co dzień w sypialni — odparłam, a jego brwi powędrowały do góry jak wczoraj, kiedy zapytałam go o Hogsmeade, więc dodałam: — Próbowałeś kiedyś spać z Margaret Rowle w jednym pokoju? Nie, nie chcę wiedzieć. 

Poczułam gorąco oblewające policzki, podczas gdy on tylko się uśmiechnął i zamknął usta, które już-już miały rzucić coś tylko po to, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Rozłożył się wygodnie z nogami wyciągniętymi przed siebie i skrzyżował je w kostkach, jak zwykł czynić, kiedy przysłuchiwał się z boku dyskusjom Mulcibera, Wilkesa i Avery’ego w pokoju wspólnym. 

— Jeżeli przeczytałaś O źródłach mocy niezależnych od różdżki ze zrozumieniem, zauważyłaś podobieństwo do zasad, które ćwiczyliśmy podczas nauki teleportacji — rzekł, po czym wyciągnął swoją różdżkę i skinął nią w kierunku mojej torby, z której wyskoczyła wspomniana przez niego książka i posłusznie podleciała mu do rąk. Z nieprzyjemnym węzłem w żołądku patrzyłam, jak powoli kartkował, aż trafił na właściwą stronę. — Czarodziejskie połączenia są o tyle bardziej skomplikowane od mugolskich, że do standardowego wzajemnego wpływu psyche-soma dochodzi trzecia: czarodziejska moc (czar). Jeżeli chociaż jedna z trzech zostanie zaburzona lub poddana nadmiernej kontroli, oddziaływanie na resztę jest bardziej niż oczywiste. Jako pierwszy zbadał to Eupheron z  Kalydonu w 43 roku przed naszą erą — na kilka stuleci przed wynalezieniem różdżek w formie, jaką znamy teraz. Więc widzisz. Duchowe pieprzenie łączy się z nauką — czy tego chcesz, czy nie. 

Zacisnęłam usta. Miałam ochotę poprawić się na trumnie, chociaż poczucie niewygody wynikało bardziej z tego, co działo się wewnątrz mnie, a nie z powodu szeregu nieheblowanych desek pod moim siedzeniem. 

— Z jakiegoś powodu różdżki weszły do powszechnego użycia i korzysta z nich każdy czarodziej. Z Dumbledore’em, Dippetem i Slughornem na czele — oznajmiłam. 

— Zgadzam się, od przeciętnego czarodzieja różnią się tylko tym, że są w stanie uprawiać magię równie skutecznie z różdżką, jak i bez niej. 

Westchnęłam i skrzyżowałam ręce na piersiach. 

— Problem w tym, że ja nie jestem Dumbledore’em. 

Zaczęłam utwierdzać się w przekonaniu, że widok mnie rozdrażnionej tym tematem sprawiał mu coraz większą satysfakcję, choć sama nie byłam do końca pewna, czy aby na pewno chodziło tylko o bezróżdżkowe ce-wu-en. 

Potrząsnął głową, teraz i on lekko pobudzony. Trudne do określenia emocje rozbłysły mu w oczach i rozlały się delikatnym rumieńcem na policzkach, kiedy cofnął nogi i usiadł prosto na krześle, jakby tylko w ten sposób mógł mi to wytłumaczyć. 

— Różdżka to europejski wynalazek. I z perspektywy czasu wcale nie tak stary — dodał. — A skupianie się na zmuszaniu jej do wykonywania poleceń może rozpraszać i wybijać z samej próby wydobycia mocy na zewnątrz. Rozumiesz? To droga naokoło. 

Tym razem to ja uniosłam brwi. 

— Od kiedy to jesteś takim zwolennikiem wyeliminowania różdżek? 

— Zwolennikiem poszerzania horyzontów — wtrącił, wskazując na mnie palcem. — To różnica. Każdy ostatecznie dąży do ułatwienia sobie życia, taka jest natura człowieka. Chyba że uległ propagandzie szlachetnej masturbacji cierpieniem, ale dyskusję na temat Kościoła Katolickiego wolałbym zostawić Wilkesowi. 

Być może burzyłabym się na to rok temu albo wcześniej, kiedy oburzało mnie wiele rzeczy, ale nie teraz. Rzuciłam mu tylko prowokujący uśmiech i zaproponowałam: 

— Dobrze więc. Zademonstrujesz? 

Oczywiście dobrze wiedziałam, że nie forsowałby tej dyskusji, gdyby nie czuł, że podoła praktyce, ale musiałam utrzymać chociaż fasadę pewności siebie. Jednocześnie kąciki ust natychmiast mi opadły, kiedy Riddle wyciągnął przed siebie rękę i książka, którą przywołał z mojej torby, najpierw zaczęła się unosić, a później powoli obracać w miejscu. Płynęła przy tym z taką lekkością, jak gdyby sterowała nią niewidzialna dłoń. 

Nie zszokowało mnie to tak, jak by mogło i tylko dlatego, że robił to Tom. 

— Zacząłem niedawno i okazuje się to bardziej intuicyjne, niż się wydaje — wyjaśnił, z zadowoleniem śledząc książkę, która wirowała teraz w powietrzu dokładnie w połowie drogi między nami. — Nie chodzi o to, by zupełnie zrezygnować z różdżki. Różdżka daje precyzję, ale dobrze jest czasem przełamać schemat, dodać jakiś element zaskoczenia podczas walki z przeciwnikiem. To jak powrót do dziecięcej magii, robiłaś to już w przeszłości, zanim dostałaś różdżkę. Im mniej myślisz w trakcie, tym lepiej. 

Pchnął przedmiot bardziej w moją stronę, jak gdyby sugerował, że naturalnie go przechwycę, ale pokręciłam głową. Już wczoraj w salonie czułam się bardzo głupio, manewrując rękami wokół pióra, a na myśl, że Riddle miałby mnie oglądać, nadymającą się i gestykulującą jak mim, poczułam gorąco rozlewające się po twarzy. Potrząsnęłam głową jeszcze gwałtowniej, a on parsknął śmiechem. 

— Śmiało. Widziałem cię w teoretycznie dużo bardziej krępujących sytuacjach. 

Tym razem pozwoliłam sobie nie tylko na westchnienie, ale i przewrócenie oczami. 

— Dobrze — mruknęłam, wbijając wzrok w lekturę. Ta przestała się obracać i zawisła prawie nieruchomo kilkanaście stóp ode mnie. — Powiadasz, że to ma zadziałać jak teleportacja? Cel, wola, namysł? No dobrze, zatem… skupiam się na celu, czyli na książce. Teraz wola: chcę lewitować książkę na ten kredens. I namysł… 

Podniosłam rękę i, starając się nie mrugać, napięłam każdy kawałeczek ciała, ale w momencie, gdy Tom przestał oddziaływać na wolumin, ten natychmiast opadł na podłogę. Nie byłam zdziwiona swoim niepowodzeniem, choć poczułam delikatne ukłucie rozczarowania. Tymczasem Riddle prychnął z rozbawieniem pod nosem. 

— Bardzo nie chcesz, żeby ci się udało — rzekł, przeciągając sylaby w ten swój zblazowany, irytujący sposób. — Czy byłoby to bardzo okropne, gdybym tym razem miał rację? 

Tym razem i każdym kolejnym. 

I ja odpowiedziałam prychnięciem. Spróbowałam unieść książkę, która — o dziwo — podskoczyła w powietrze, ale tylko dlatego, że on wskazał na nią palcem i szarpnął lekko do góry. 

— To trudne — wycedziłam przez zaciśnięte zęby. 

— Gdyby było łatwe, nie siedzielibyśmy tu. Wszystko sprowadza się do jednego: nie potrafisz przełamać schematu. Odtwarzasz, a zaawansowana magia wymaga tworzenia. Spróbuj sobie wyobrazić, jak energia opuszcza twoje ciało. Zwizualizuj to sobie, a później się skup, żeby to poczuć. Jak podczas oklumencji. 

— Obrona jest łatwiejsza… 

— Łatwiejsza dla ciebie — przerwał mi z werwą. — Bo do tego przywykłaś, a musisz w końcu nauczyć się atakować. Chcesz się bronić? Proszę bardzo. 

I zanim się zorientowałam, cisnął we mnie książką z taką mocą, że automatycznie poderwałam ręce i zakryłam nimi twarz. Spodziewałam się uderzenia, lecz zamiast niego spostrzegłam, jak O źródłach odbiło się od niewidzialnej tarczy i z całą mocą roztrzaskało się o ścianę dokładnie w miejscu, w którym jeszcze ułamek sekundy wcześniej była głowa Riddle’a. Okładka odpadła i wylądowała na podłodze, a kartki wystrzeliły we wszystkie strony. Opuściłam powoli ramiona, patrząc niepewnie to na resztki książki, to na Toma. 

Nic nie powiedział, ale satysfakcja w jego oczach wystarczyła mi za najbardziej kwieciste słowa uznania. Uśmiechnęłam się zaskoczona. Musiałam podejść i obejrzeć, co zostało z mojej wczorajszej lektury. I choć nie uskrzydliło mnie to tak, jak pierwsze sukcesy w zeszłorocznych lekcjach oklumencji, bo ostatecznie czarowałam już w ten sposób w dzieciństwie, wcale nie czułam, że to potworne przyznać Riddle’owi rację. 

Więcej nie ćwiczyliśmy. Wiedziałam, że osiągnięcie tego, co jemu zajęło pewnie kwadrans między zaklęciami i historią magii, zajmie mi niezliczoną ilość godzin, ale już coś miałam. Jeden mały ślad świadczący o tym, że coś się tam tliło. Płomyczek świadczący o tym, że nie musiałam się dłużej bać słowa charłak

 

*

 

Pierwszy października wypadał w tym roku we środę, więc urodziny profesora Slughorna odbyły się dopiero w sobotę. Nie narzekałam z dwóch powodów — z przyjemnością wzięłam udział w kółku z eliksirów, a znając zamiłowanie nauczyciela do długich, hucznych przyjęć, wolałam mieć szansę wyspać się po. Nie obyło się bez Elvisa, tematycznych ozdób (tym razem w magicznie powiększonym gabinecie królowały czarne, ciężkie kotary, setki zaczarowanych papierowych nietoperzy, peleryny z komicznie wysokimi kołnierzami i mroczne, gotyckie suknie) oraz wspaniałych gości. Z ciekawością wdałam się w rozmowę z byłym studentem Slughorna i przez pół wieczoru słuchałam ich opowieści z czasów seminarium, a przez drugie pół prawie zdarłam podeszwy na prowizorycznym parkiecie. Gilbert Pembroke, choć półkrwi i wywodzący się z klasy robotniczej, popisał się manierami na poziomie Valentinusa Malfoya, a z grzywą jasnych włosów, wysokim, szlachetnym czołem i onieśmielającym uśmiechem prezentował się wcale nie gorzej od jego potomków. 

Żałowałam, że nie miałam podobnego podejścia do swoich urodzin, co nasz Mistrz Eliksirów. Od dwóch czy trzech lat kilka dni przed czternastym października popadałam w coś w rodzaju melancholii, a w tym roku doszło do tego gorączkowe analizowanie twarzy codziennie rano i przed pójściem spać. Za każdym razem, kiedy przetrząsałam czoło, szyję i skórę wokół ust, przed oczami stawała mi Winifreda Macmillan — czterdzieści razy starsza i pokraczna, niż była w rzeczywistości. 

To obsesja, powtarzałam sobie i natychmiast wklepywałam w te okolice dodatkową warstwę kremu. 

A jednak — osiemnaście lat wydawało mi się niebezpieczną granicą, za którą czyhało coś jeszcze gorszego. Dziewiętnastka, a za nią — aż skóra cierpła mi na grzbiecie — tylko rok do utraty nastu lat. Horror dla dziewczyny bez perspektywy na małżeństwo. I choć nieskończenie bardziej przerażało mnie samo wkroczenie w następną dekadę życia niż brak narzeczonego, nie mogłam przestać myśleć o kolejnym roku na karku. 

I teraz już nie byłam pewna — czy te drobne zmarszczki w kącikach oczu dopiero się pojawiły, czy znajdowały się tam od zawsze? 

Starałam się o tym nie myśleć, ale niestety z samego rana w niedzielę przypomniała mi o tym sowa od Sokarisa. W liście dołączonym do paskudnego bibelotu z Zakintos nie omieszkał wspomnieć o spadku i zasugerować, że olbrzymia, biało-złota maska znakomicie wpasuje się w klimat mojego nowego mieszkania. Dziękowałam wszystkim możliwym bogom, że nie otworzyłam tej paczki przy stole. 

Dzień urodzin też rozpoczęłam od wiadomości — tym razem od rodziców. Ich prezenty zawsze były do bólu praktyczne i bezosobowe. Paczuszka zawsze zawierała złoto, kartkę z życzeniami i pamiętałam o niej do czasu wrzucenia jej do torby. Do dziś. Na widok jednej z domowych sów poczułam falę smutku, która ani trochę nie poprawiła mojego już i tak podłego nastroju. 

Znów pomyślałam o babci Jane. Od powrotu z pogrzebu przypominałam sobie o niej w losowych momentach, choć do tej pory naprawdę rzadko gościła w moich myślach. Podobnie przy śniadaniu — nigdy nie wysyłała mi żadnych prezentów, co najwyżej krótkie życzenia, a jednak wystarczył widok sowy śnieżnej ojca i przed oczami już miałam urywki z sali pożegnań. Ciemna twarz babki, zapach hortensji i płaczący Sokaris. 

Z zamyślenia wyrwał mnie najpierw okrzyk Wilkesa, a zaraz potem bolesne uderzenie w ramię. 

— O, Hortus! Najlepszego! 

Skrzywiłam się i automatycznie powędrowałam ręką do miejsca, gdzie jutro spodziewałam się zobaczyć wielkiego siniaka. Na podłodze leżała bardzo elegancko zapakowana paczuszka, ale nie dałam się zwieść kaskadom srebrnych wstążek. Pamiętając wielkiego pająka Yaxleya, na wszelki wypadek podniosłam pudełko różdżką. Zwykle robiliśmy sobie na urodziny zabawne lub głupie prezenty w stylu śpiewającej szczotki toaletowej, barwiących włosy czepków pod prysznic albo wybuchających gwizdków i to był jedyny element urodzin, jaki lubiłam. 

Do czasu pająka. 

Czując na sobie wzrok Wilkesa, uśmiechnęłam się cierpko i wróciłam do swojej herbaty. 

— Nie otworzysz? — naciskał. 

Głos miał nienaturalnie przesłodzony. 

— Otworzę. W dormitorium. Najlepiej w samotności. 

— W tych prezentach chodzi o to, żeby otworzyć je publicznie. Otwieraj. 

Siedzący najbliżej Ślizgoni oderwali się na moment od swoich Proroków, książek i talerzy, wpatrując się ciekawie w paczkę, więc nie miałam wyjścia. Rozwiązałam wstążki i ostrożnie uniosłam ozdobne wieko, starając się trzymać od niego jak najdalej, ale na stół nie wyskoczyła ani akromantula, ani inny obrzydliwy potwór, zaczarowana pęseta nie chapnęła mnie w palec ani żadne nożyczki nie rzuciły mi do twarzy, by znienacka obciąć włosy. Na dnie leżała niewinnie zwinięta para olbrzymich różowych pantalonów. Wyciągnęłam je na różdżce i obróciłam do światła, a Ślizgoni zgodnie ryknęli śmiechem i zaczęli je sobie przekazywać. Goyle nie omieszkał założyć ich sobie na głowę. 

Nie spodziewałam się innej reakcji. 

— W tym roku mogłeś się bardziej postarać — powiedziałam Wilkesowi, który rechotał najgłośniej. 

— Jak to? Kończysz osiemnastkę, to najwyższa pora na babcine gacie! 

Starałam się dołączyć do ogólnej wesołości, jaka zapanowała przy naszej części stołu, ale nie było mi ani trochę do śmiechu. Skoro nawet Klemens to zauważył, może nie miałam paranoi, tylko pierwsze zmarszczki?

Znów zerknęłam na swoje odbicie, tym razem w ostrzu noża do masła. 

Wilkes rozochocił resztę i do końca śniadania dostałam prawie wszystkie swoje urodzinowe prezenty, a pod koniec poniedziałkowych lekcji wyszłam z naprawdę imponującą kolekcją zupełnie niepotrzebnych gadżetów. Niektóre, musiałam przyznać, były naprawdę zabawne (Avery wręczył mi na zaklęciach zmumifikowaną kurę), choć wciąż pamiętałam o wielkich majtkach od Wilkesa.

Wspominając wieczorem w salonie siedemnaste urodziny, uznałam, że te nie były aż takie złe. A kiedy przypomniałam sobie zeszłoroczne urodziny Notta… Musiałam otrząsnąć się z obrazów, które na mnie napadły. Podniosłam szklankę ginu, który właśnie kończył rozlewać Mulciber. Jeden wieczór. Kilka łyków burbonu… no, może trochę więcej niż kilka. I jedna nieodpowiedzialna decyzja, żeby trącić klocek domina, który powalił budowaną latami konstrukcję. Zdarzało mi się wracać myślami do tamtego dnia i wyobrażałam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby wyciąć tamte urodzi… 

— Chyba jestem ostatni? 

Podskoczyłam i oblałam się ginem, choć było go tylko odrobinę na dnie szklanki. 

— Och, nie… Co? — bąknęłam. 

Zaczęłam grzebać po kieszeniach za różdżką, ale Teodor już przy mnie klęczał, starając się usunąć plamy, a mnie znów nasunęły się na myśl traumatyczne wspomnienia, tym razem z jego pojedynku z Tomem i tymi cholernymi Diabelskimi Jęzorami. 

— Ostatni. Z prezentem — dodał, szczerząc się nerwowo. — Proszę bardzo. Przypadkiem się natknąłem i pomyślałem, że to twoje tematy. 

Wetknął mi w rękę paczuszkę zapakowaną w ładny, zielono-srebrny papier i przysiadł na skraju sąsiedniego fotela, przyglądając mi się z wyraźnym ogniem na twarzy. Ostrożnie rozpakowałam podarunek i na kolana wypadło mi dokładnie to, co sugerował kształt — książka. Eliksiry Zagłady i Ratunku Tiberiona Gimblehooka, jak głosił napis na czarnej, skórzanej oprawie, musiały liczyć sobie wieki i tak w istocie było. Na pierwszej stronie pod ostrzeżeniem widniała nazwa wydawnictwa i data druku: 1721. Z początku mnie zatkało. Byłam w stanie tylko otworzyć usta, ale nie padło z nich żadne dziękuję. Poczułam się niesamowicie skrępowana — po części przez świadomość kwoty, jaką Ślizgon musiał zapłacić za tego białego kruka, a po części z powodu zamieszania, jakie wśród chłopaków wywołał widok tego grymuaru. 

— Nott… to jest… — wyrzuciłam z siebie, ale nie potrafiłam wymyślić jakie. 

Natomiast Teodor miał już kilka pomysłów. 

— Stare? I nielegalne w Hogwarcie? Odpowiedź brzmi: tak i tak. 

Wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego. Do tego stopnia, że nie miałam serca odmawiać przyjęcia tak niestosownie kosztownego prezentu, tym bardziej, że książka już poszła w ruch i Ślizgoni przekazywali ją sobie z rąk do rąk jak Świętego Graala. Mogłam tylko podziękować i starać się jak najlepiej ukryć skrępowanie. Byłam przekonana, że to gorąco pod szatą to nie od kominka, przy którym siedzieliśmy. 

I w momencie, kiedy poczułam, jak rumieńce zaczęły powoli schodzić mi z twarzy, na horyzoncie pojawił się Tom. Lawirował pewnie między pufami i kanapami pełnymi ludzi, trzymając na ręku Midnighta, a na ramieniu wielką wypchaną torbę. Chłopak spoczął na podłokietniku mojego fotela jak wtedy, kiedy pojawił się z aktami Holly, zupełnie ignorując zamieszanie, jakie za naszymi plecami zrobił Avery ze swoim ginem i przekąskami. 

— Wygląda na to, że ja jestem ostatni — powiedział i upuścił kota na podłogę, żeby móc sięgnąć do torby. 

Byłam już zdecydowanie zbyt mocno zawstydzona narastającą wrzawą. Tym bardziej, że pudło, które wyciągnął, miało naprawdę imponujący rozmiar. 

— Zupełnie niepotrzebnie się wykosztowałeś — wysyczałam cicho. — Nie znoszę urodzin. Nie widzę potrzeby, by mi przypominać, że jestem o rok starsza. 

— A ja niektóre urodziny wspominam z pewną nostalgią — rzekł, błyskając chytrym uśmieszkiem, na który przewróciły mi się wszystkie wnętrzności, ale Riddle nie ciągnął tematu. — Co do prezentu, to kosztował niewiele. Można powiedzieć, że nie więcej niż dwie rolki pergaminu, więc tym bardziej nie musisz czuć się zobowiązana. 

Uniosłam wieko, a z dna łypnęły na mnie dwa schludnie poukładane stosy kopert przewiązane zielonymi tasiemkami. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to adres napisany ręką Toma. 

Adres mojego domu. 

— Co to jest? — spytałam zaintrygowana. 

— Miłej lektury — odrzekł wymijająco, podniósł ze stolika książkę Tiberiona Gimblehooka i obrócił w palcach jak coś obrzydliwego. — Jestem pewien, że będzie przynajmniej tak pasjonująca, jak to. 

Odszedł, nim zdołałam zebrać myśli w coś konkretnego. Ignorując natarczywe spojrzenia Notta, jeszcze raz zajrzałam do środka, wysunęłam kopertę spod wstążki trzymającej listy w równej kolumnie i zobaczyłam pod spodem kolejną, tym razem bez adresu rodziców. Na środku widniało: Tom Riddle, Hogwart

Pisane ręką mojej matki. 

 

~*~

 

Kolejny rozdział napisany podczas NaNoWriMo 2025. Myślę, że teraz znów przeskoczę na chwilę do „Siostrzenicy”, trochę dlatego, że chcę zrobić sobie chwilkę przerwy od Victorii i Toma, a trochę dlatego, że skończył mi się szczegółowy plan. XD Mam go na jakieś 3/4 rozdziału 26. Teraz wkraczam powoli w tę część fabuły, która będzie wymagała dokładniejszego rozplanowania. Boję się, żebym za bardzo nie popłynęła (wiadomo, że jeżeli chodzi o wątki poboczne, to ja mogę zawsze, wszędzie i w każdych ilościach), a jednak to nie jest SCP z praktycznie nieograniczoną ilością miejsca. Muszą mi się spiąć lata z tymi rozdziałami, które wymagają już minimalnych poprawek.