Ze wszystkimi
zobaczyłam się dopiero rano, ponieważ kiedy wróciłam, salon świecił pustkami i
wyglądało na to, że spotkanie Klubu Ślimaka wciąż trwało. Po wyjściu od Flinta
wolałam sobie oszczędzić rozmowy z profesorem Slughornem, więc skorzystałam z
kominka w dormitorium Ślizgonów. Potrzebowałam się oswoić nie tylko z
niespodziewaną fortuną, ale i z tym, co wygrzebałam z gabinetu dziadka. Nie
mogłam przestać myśleć o tym, że matka podejrzewała, co znajdzie się w
testamencie Jane, dlatego schowała zdjęcia i dokumenty. Ale dlaczego nie
zabrała tego od razu do domu? Nie miałam na to żadnej koncepcji.
— Jesteś od
dzisiaj bardzo bogatą kobietą, najlepsze partie będą się ustawiać do ciebie w
kolejce — stwierdził rozbawiony Rosier, kiedy przy śniadaniu szeptem
skończyłam opowiadać o finale wizyty u notariusza.
— Od teraz
stałem się dla ciebie dostępny, uderzaj, póki jestem do wzięcia — rzucił
Mulciber, cmoknął i ordynarnie oblizał sobie usta, a chłopaki ryknęli
śmiechem.
Poczułam gorąco
oblewające całą twarz, a panika ścisnęła mnie za serce. Zaczynałam żałować, że
w ogóle im powiedziałam.
— Jeżeli któryś
piśnie na ten temat słówko, pożałuje — wycedziłam, lustrując każdego z
osobna. Na rozchichotanej gębie Mulcibera zatrzymałam wzrok na dłużej.
— Najdalej za
kilka dni i tak napiszą o tym w Proroku — wtrącił
Nott.
— Te przestarzałe
plotkarskie gabloty mogłyby już dawno zdechnąć — wymamrotałam do
swojej nietkniętej jajecznicy.
Byłam mu wdzięczna,
bo jako jeden z nielicznych powstrzymał się od głupiego komentarza, ale
musiałam przyznać Teodorowi rację. Po śmierci jego wujka w zeszłym roku gazety
bardzo chętnie relacjonowały batalię o majątek Ottona Notta, a było o co
walczyć, ponieważ uzdrowiciel posiadał własną klinikę w Berlinie, która podobno
przynosiła roczny dochód przekraczający kwartalne wydatki na Świętego Munga. W
każdym razie takie plotki poszły w świat i nikt nie dociekał prawdy.
Pamiętając to, co
usłyszałam podczas stypy, zrobiło mi się gorąco na samą myśl, jakie dyrdymały
mogły się rozejść o zawartości skrytki babci i dziadka.
— Ale Evan ma
rację — odezwała się Gaby, kiedy w naszej części stołu zrobiło się
już nieco luźniej. Carrow zaczęła zbierać drużynę na pierwszy w tym semestrze
trening quidditcha. — Obowiązek szukania bogatego męża masz z głowy.
Teraz możesz sobie wyjść, za kogo chcesz. Albo za nikogo nie wychodzić.
Stuprocentowa wolność.
— Oczywiście,
wolność — mruknęłam pod nosem.
Odprowadzając
Ślizgonów wzrokiem do drzwi, zauważyłam Riddle’a podchodzącego śmiało do stołu
Krukonów, przy którym siedziała Eluned Bagnold — druga prefekt
naczelna i druga najlepsza uczennica naszego roku. Zamienili kilka słów, po
czym ruszyli wspólnie w kierunku pomieszczenia przylegającego do Wielkiej Sali,
w którym odbywały się spotkania prefektów.
Gaby chyba zauważyła
moje spojrzenie, bo nachyliła się i powiedziała pokrzepiająco:
— Przynajmniej
nie jest ładna.
Raz jeszcze
przeanalizowałam wzrokiem toporną sylwetkę Krukonki, krótkie nogi, cofniętą
szczękę i rzadkie, ciemne włosy zebrane na szczycie głowy w lichy kucyk, a
później zerknęłam na własne odbicie w łyżeczce do herbaty. Czerwone podkowy pod
oczami zajmowały tam jakieś dziewięćdziesiąt procent powierzchni twarzy.
Westchnęłam i przytaknęłam zrezygnowana, bo co więcej mogłam powiedzieć?
Patrząc na początki Black w naszej grupie, dało się łatwo wywnioskować, że dla
Toma uroda nie grała pierwszych skrzypiec. Dla niego zawsze liczyło się tylko
jemu znane „to coś”. W każdym jednym członku naszej popapranej ferajny.
Tak, Eluned nie była
ładna. Miała wadę postawy, nie dbała o makijaż i zdecydowanie zbyt rzadko myła
włosy, ale rokrocznie wygrywała międzyszkolne konkursy z wiedzy o historii
magii, zdobywała mistrzostwa w szachach w jakichś tam grupach wiekowych i jako jedna
z nielicznych znanych mi osób zebrała dwanaście SUM-ów. Zapowiadało się, że w
przypadku owutemów powtórzy ten sukces. Eluned nie była pierwszą lepszą idiotką
i kto jak kto, ale Riddle potrafił to docenić. Skoro docenił Bellatriks…
Kątem oka spojrzałam
na samotnie siedzącą Ślizgonkę — już zupełnie normalnie uczesaną i
bez tych szpetnych, rozmazanych kresek wokół oczu — i wymsknęło mi
się kolejne westchnienie. Trochę zbyt energicznie wsadziłam łyżeczkę do zimnej
herbaty i zaczęłam mieszać.
Musiałam przywyknąć
do nowej rzeczywistości. Wszyscy mieliśmy teraz własne sprawy, a po szkole
przybędzie ich jeszcze więcej.
Ot co, zmiany.
*
Nott miał rację. W
poniedziałkowym numerze Proroka Codziennego na przedostatniej stronie w
rubryce z wieściami gospodarczymi zauważyłam skąpą adnotację, w której mignęły
mi dwa znajome nazwiska: moje i babci. Z żołądkiem związanym w supeł czytałam
króciutką notkę, w której oczywiście nie omieszkano wspomnieć o feralnym weselu
z Nickiem.
Jak
donosi nasza redakcja, w wyniku postępowania spadkowego Village Prince — majątek
należący w przeszłości do profesora Lawrence’a Prince’a — został
przekazany w posiadanie panny Victorii Hortus. Nowa właścicielka, znana niegdyś
z planowanego, acz niedoszłego mariażu z panem Nicolasem Rowdym, do czasu
zakończenia nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie przekazała pieczę
nad posiadłością pani Earth Hortus.
Podsunęłam sobie
gazetę pod oczy, żeby odczytać autora.
Archibald Grubbins,
oczywiście.
Byłam naprawdę
wdzięczna profesor Merrythought za niespodziewany maraton kartkówkowy.
Większość Ślizgonów była tak zajęta notatkami z obrony przed czarną magią, że
przy śniadaniu nikt nie zwrócił uwagi na sowią pocztę. Odrzuciłam Proroka i
sięgnęłam po swoje zapiski, ale zamiast czytać, wodziłam wzrokiem po sali i
bezmyślnie jadłam owsiankę. Wszyscy w naszej części stołu wyglądali na
zdenerwowanych — zwłaszcza ci, których czekał jeszcze sprawdzian u
Dumbledore’a. Jedynie Tom zdawał się tym nie przejmować. Przeglądał
niefrasobliwie długaśną listę przypominającą sylabus i raz po raz dźgał piórem
jakąś pozycję, stawiając przy niej krzyżyk. W pierwszej chwili pomyślałam, że
to zbiór lektur, jaki Merrythought dawała nam zawsze na początku roku, ale ten
był zbyt długi nawet jak na nią. Odczytałam do góry nogami Rytuały Cieni:
Przewodnik po Zakazanej Magii, Nekromancja Dalekiego Wschodu i już
wiedziałam, że takich książek nie zapisałby nam żaden nauczyciel. Wątpiłam, by
znajdowały się nawet w Dziale Ksiąg Zakazanych, a jednak Riddle odznaczał je
sobie z taką miną, jakby rozwiązywał sudoku.
Mogłam się założyć,
że szukał czegoś na kolejne spotkanie klubu pojedynków na dzisiejszy
wieczór.
Ale zanim się
przekonałam, co dla nas przygotował, musiałam przetrwać dwie godziny obrony
przed czarną magią, ekstremalnie trudny sprawdzian z wiedzy o tworzeniu przeciwzaklęć
i zielarstwo w najprawdziwszą ulewę. Na względną swobodę mogłam liczyć dopiero
po obiedzie podczas zaklęć, ale i tam czekało mnie zaskoczenie — zamiast
Notta w mojej ławce zobaczyłam Wilkesa. Przyśpieszyłam kroku i bez słowa
zajęłam swoje miejsce, bo Flitwick już deptał mi po piętach. Odczekałam, aż
nauczyciel upora się z listą obecności i wróci do tematu kontrolowania żywiołu
wody, żeby szturchnąć Klemensa w ramię, ale on mnie uprzedził. I zrobił to
wyjątkowo niedelikatnie.
— Au! — syknęłam
cicho, rozcierając miejsce, w które wbił swój kościsty łokieć. — To
bola…
— Nie ma żadnej
Holly Martin — szepnął i natychmiast ucichłam. — Ale ojciec
znalazł Holly Marriot i to by się zgadzało, bo laska urodziła się w 1952 i
faktycznie chodziła do Hogwartu, ale tylko dwa lata. Tu masz wszystko.
Wcisnął mi w dłoń zmiętą
karteczkę, którą od razu przeczytałam. Nie było tego wiele. Ktoś — chyba
ojciec Wilkesa — zapisał ładnymi, wyraźnymi literami: Holly
Dolores Marriot, 17-07-1952, ur. Retford w Notthinghamshire, 1963-1965 Hogwart.
Rodzice: Molly Newton (+1958) i Crispin Marriot (zatrudniony na Nokturnie jako
golibroda).
Poczułam ukłucie
zawodu na widok tej skąpej notatki, ale moją uwagę natychmiast zwróciła jedna
rzecz.
— Dlaczego była
w Hogwarcie tylko dwa lata?
Chłopak wzruszył
ramionami.
— A bo ja wiem?
Pewnie będzie w jej aktach szkolnych, ale tam mój ojciec nie ma dostępu — odparł
przyciszonym głosem.
— Nie było tam
wzmianki o jakiejś wymianie albo przeprowadzce za granicę?
— Chyba nie, bo
ojciec by o tym wspomniał.
— Hmm… Dobra,
dziękuję. To i tak dużo.
Zrobiłam kwaśną minę
i schowałam strzępek pergaminu do kieszeni, bo profesor Flitwick zaczął coś
dyktować, przechadzając się między stolikami. Zabrałam się za notowanie, ale
myślami nadal fruwałam wokół Holly. Ojciec pracujący u golibrody przy ulicy
Śmiertelnego Nokturnu stanowił pewien trop — o ile informacja o jego
zatrudnieniu była aktualna. O Dianie nie myślałam już z takim zaangażowaniem.
Teraz, kiedy wszystkie pamiątki z domu babci należały do mnie, byłam o nie
spokojna. Do przerwy świątecznej mogłam swoją uwagę poświęcić w całości pannie
Marriot. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale wierzyłam, że coś wymyślę.
Już znacznie
spokojniejsza mogłam skupić się na słuchaniu o wprawianiu w ruch wody w
szklance, a dwie godziny później na ćwiczeniu zaklęć niewerbalnych. Poczułam
zawód. Tom nakazał nam połączyć się w pary, a sam jak gdyby nigdy nic zaczął
pojedynkować się z Traversem. Być może nie błyszczałam na żadnych zajęciach
wymagających używania różdżki (choć wieczorem bez trudu rozgromiłam Crabbe’a i
jego pseudoczarnomagiczne wynalazki), ale liczyłam, że zaskoczy nas czymś ze
swojej tajemniczej listy.
Oczywiście przez całe
spotkanie nie obyło się bez docinków, a Lestrange nabrał irytującego zwyczaju,
nazywając mnie „dziedziczką”, jednak dało się wyczuć, że część tych złośliwości
była podyktowana zazdrością, co sprawiało, że czułam się jeszcze bardziej
skrępowana tym niespodziewanym spadkiem. A najbardziej obawiałam się rozmowy z
Tomem. Od kiedy wróciłam, nie zostaliśmy sam na sam. Przez cały weekend
widziałam go tylko przy stole w trakcie posiłków i wzbudziło to mój niepokój o
tyle, że w bibliotece również nie było po nim śladu. Starałam się nie
rozmyślać, co mogło za tym stać. Nowy obiekt zainteresowań, spis nielegalnych
książek czy ów sekretny pozaszkolny projekt — nie miałam pojęcia,
czym zmartwiłabym się najbardziej.
Gdy w drodze
powrotnej zrównał się ze mną krokiem, zastanawiałam się, czy go o to nie
zapytać, ale ostatecznie zdecydowałam się na bezpieczną opcję.
— I jak
spotkanie Ślimaków?
— Mało
rozrywkowo. Profesor Slughorn zdawał się być w dość… melancholijnym
nastroju.
— Na pogrzebie
wyglądał na przybitego. Cały tamten dzień… — Westchnęłam. — Cieszę
się, że już po wszystkim.
Kątem oka
spostrzegłam, jak zadziorny uśmiech drgnął mu w kącikach ust.
— O tak,
słyszałem o spadku. Pewnie ci ulżyło?
Poczułam, jak to, co
zjadłam na obiad kilka godzin temu, przewróciło mi się w żołądku. Obrzuciłam
Riddle’a wściekłym spojrzeniem, zła, że nawet on nie był w stanie się
powstrzymać.
— Mnie to nie
bawi — syknęłam. — Nie ulżyło mi ani trochę, atmosfera w
drodze do domu była nie do zniesienia. O dziwo najlepiej zareagował Sokaris.
Wygląda na to, że małżeństwo z Ivy chyba mu służy. Nie przypuszczałam, że
kiedykolwiek to powiem, ale przez cały pogrzeb i później u notariusza
zachowywał się… jak człowiek. Założę się o własną różdżkę, że gdyby babcia
zmarła rok wcześniej, byłby gotów podważać testament.
— Z całą
pewnością doznał nagłego oświecenia — zadrwił, ale kiedy zmienił
temat, ton jego głos stał się zupełnie poważny. — Jesteś pierwszą
znaną mi osobą, której jest nie w smak, że odziedziczyła dom i górę złota.
Zupełnie niepotrzebnie.
Automatycznie
zwolniłam kroku, choć Ślizgoni przed nami wydawali się pogrążeni we własnych
rozmowach. Czułam na sobie wzrok Toma, ale nie potrafiłam na niego
odpowiedzieć. Byłam skrępowana tym tematem — zwłaszcza poruszając go
z Riddle’em, bo nie potrafiłam wyrzucić z głowy obawy, że to nas poróżni. Złoto — najbardziej
trywialna przeszkoda ze wszystkich — stanie się przeszkodą nie do
przeskoczenia. Zbyt często widywałam takie sytuacje, by nie uznać tego za
realne zagrożenie.
A on zdawał się tym
nie przejmować.
— Majątek tego
kalibru zawsze generuje kłopoty. Zawsze.
— Zawsze wtedy,
kiedy otaczasz się niewłaściwymi osobami i niewłaściwie nim dysponujesz — sprostował. — Własne
złoto daje wolność i niezależność. Teraz możesz robić, co chcesz. I wykracza to
daleko poza temat ożenku „dla twojego dobra”. Zupełna swoboda. Coś, czego twoja
matka nigdy nie zaznała. À propos, dowiedziałaś się czegoś od Wilkesa?
Dopiero teraz
odważyłam się na niego spojrzeć. Nawet nie musiałam pytać, skąd wiedział.
— Chyba nic z
tego. A przynajmniej nic na ten moment, chyba że w gabinecie dziadka znajdzie
się peleryna-niewidka — odparłam zrezygnowana. Rozmowa na temat
spadku wypompowała ze mnie resztki energii, jaka została mi po tym męczącym
dniu. Ślizgon uniósł brwi, więc dodałam: — Podała fałszywe nazwisko,
co akurat mnie nie dziwi. Jeżeli to faktycznie ona, to nazywa się Holly
Marriot, jej ojciec pracuje jako golibroda na Nokturnie. W Hogwarcie uczyła się
tylko przez dwa lata, więc to chyba prawdopodobne, że wyjechała na wymianę, ale
po co miałaby zmyślać nazwisko? W każdym razie musiałabym włamać się do
gabinetu dyrektora, żeby zajrzeć do jej teczki, co jest niewykonalne, bo
aktualnie nie mam na stanie peleryny-niewidki, nie potrafię stać się
niewidzialna, nie umiem latać ani włamywać się przez okna, więc nie wiem, jak
inaczej mogłabym ugryźć tę sprawę. A co do dziwnych znalezisk w gabinecie
mojego dziadka…
Opowiedziałam mu pokrótce
o zdjęciach i dokumentach — mniej w nadziei na jakąś radę, bardziej z
chęci podzielenia się tym z kimś. Z całej naszej grupy tylko jemu ufałam na
tyle, by wierzyć w pełną dyskrecję. Trochę mnie zaniepokoiło, że nie wyglądał
na zaskoczonego, tylko oczy błysnęły mu czerwienią, gdy wyciągnęłam z torby akt
urodzenia i skradzioną fotografię, z którymi teraz się nie rozstawałam. Robiło
mi się zimno ze strachu za każdym razem, kiedy wyobrażałam sobie, że ktoś — na
przykład Bellatriks — mógł przypadkiem wygrzebać to z mojego
kufra.
— Każda rodzina
ma jakiś brudny sekret — odpowiedział, przyglądając się dwóm
uśmiechającym się do niego dziewczynkom. — W jednej jest to
mezalians, w drugiej niezrównoważona charłacka ciotka, w innej dziedzic rodu
ucieka z mugolaczką… Twoja rodzina nie jest pierwsza. Co więcej, na twoim
miejscu bym się zaniepokoił, gdybym prędzej czy później nie odkrył jakiejś
kiepsko skrywanej tajemnicy. Jakie grzechy mieli na sumieniu moi przodkowie, że
postanowili tak dobrze je zatuszować?
Dotarliśmy do
przejścia prowadzącego do dormitorium i zatrzymałam się, ale Tom nie zamierzał
wejść za mną. Obrócił się sugestywnie w stronę schodów prowadzących na górę, na
które rozlewało się przytłumione światło z sali wejściowej.
— Pozaszkolny
projekt? — zapytałam.
— Nie tym razem.
Chciałbym przed Hogsmeade zrobić jeszcze drobne zakupy — odparł i
wysunął z wewnętrznej kieszeni szaty małą kopertę. — Ta praca u
Greengrassa mocno zaopatrzyła moją biblioteczkę.
Nie mogłam oprzeć się
wrażeniu, że kiedy odchodził, na twarzy błysnął mu diabelny uśmieszek i już
wiedziałam, że prędzej czy później dowiem się, do czego to zmierzało. I byłam
prawie pewna, że do niczego dobrego.
*
Ani się obejrzałam,
jak w kalendarzu zastała mnie końcówka września. Następne dwa tygodnie minęły
mi pod znakiem nauki, czytania i warzenia eliksirów, ale pierwszy raz nie
narzekałam na ilość pracy. Ostatki pięknego, ciepłego lata prawie natychmiast
zostały zatarte przez deszcz, zimny wiatr i niekończące się szare chmury.
Zakazany Las prędzej niż zazwyczaj przywdział jesienny płaszcz, lecz nikt nie
miał ochoty podziwiać go w czerwono-złotej odsłonie, kiedy bez przerwy lało.
Chlapa prawie w zupełności wyeliminowały moje poranne przebieżki na błoniach,
za to polubiłam wieczorne posiadówki w kuchni, zwłaszcza w trudniejsze dni.
Wprost przepadałam zajadać się na zmianę świeżymi wypiekami i pieczonym
drobiem, czytać albo obserwować skrzaty domowe podczas pracy. Niektóre z
zapałem opowiadały o swoich obowiązkach, inne skupiały się na robocie, śpiewały
albo milczały — prawie tak samo jak ludzie. I jak ludzie miewały
swoje małe tradycje. Dowiedziałam się, że skrzaty domowe jadały dopiero po
swoim panu i myły się wyłącznie na jego polecenie, co wydało mi się oburzające.
Ponadto uważały za skandaliczne zakazywanie wymierzania sobie kar za
nieposłuszeństwo i źle wykonaną pracę, choć szybko się okazało, że żaden skrzat
nie słyszał o realnym przykładzie właściciela, który by zabraniał, ba, nie
zachęcał do samookaleczeń. Takie wiadomości sprawiały, że często wychodziłam
stamtąd z mieszanymi uczuciami, ale zazwyczaj wprost przepadałam za wieczorami
w kuchni.
Wędrowałam tam
przeważnie po kartkówkach i mogłam być pewna, że zawsze zastanę czekającą na
mnie ucztę. Pudding śliwkowy, czekoladowa tarta z owocami, kiełbaski zapiekane
w cieście, placek daktylowy z sosem toffi, polędwiczki wołowe w cieście
francuskim z farszem grzybowym. Skrzaty domowe były zachwycone, mogąc mnie
nakarmić. Wciąż przy tym utyskiwały, jaka byłam chuda, brały moje nadgarstki i
porównywały do swoich, otaczały je długimi palcami i im bardziej załamywały nad
nimi ręce, tym mocniej mi to pochlebiało. Polubiłam ich towarzystwo do tego
stopnia, że zaczęłam tam przychodzić nawet wtedy, kiedy czułam się stabilnie. A
może czułam się stabilnie właśnie dlatego, że tam przychodziłam? Siadywałam
sobie z książką na podłodze przy kominku, objadałam się, a po wszystkim
zamykałam się w łazience i wyrzucałam to z siebie — tak stworzyłam
swój rytuał w małym kuchennym sanktuarium.
W dzień wycieczki do
Hogsmeade pogoda postanowiła nas rozpieścić — przestało padać. Wiatr
wciąż szarpał wściekle koronami drzew, buty zapadały się w nasiąkniętym
trawniku na błoniach, a niebo pokrywały słynne szkockie stalowoszare chmury,
ale przynajmniej nie lało się na głowę. Już od rana nie czułam ekscytacji na
myśl o wypadzie do wioski. Myślami wciąż byłam na wczorajszym warzeniu u
profesora Slughorna, a Dział Ksiąg Zakazanych wołał po następną pozycję, więc
nie zamierzałam szwendać się po Hogsmeade do kolacji. Od kiedy zaprzyjaźniłam
się ze szkolnymi skrzatami domowymi, nie ciągnęło mnie nawet na piwo kremowe do
Trzech Mioteł.
Nie byłam zdziwiona,
że Tom nam nie towarzyszył. Zniknął zaraz po śniadaniu, jak zwykle nikomu się
nie tłumacząc, a nikt — jak zwykle — nie pytał. Wybraliśmy
się stałą grupą: ja, Nott, Mulciber, Wilkes, Macnair, Rosier i Travers. Zwykle
trzymaliśmy się z Teodorem nieco z tyłu, ale od kiedy Ślizgon dostał się do
drużyny, stał się niesamowicie popularny i teraz kroczył dumnie z Amadeuszem na
przedzie pochodu, dyskutując i dowcipkując w najlepsze. Nie miałam mu tego za
złe, bo wiedziałam, że dążył do tego, od kiedy pierwszy raz przekroczył próg
Hogwartu, ale tęskniłam za starym Nottem. Jako jedyny z nich wszystkich
posiadał szczątkową wrażliwość, a teraz — jak reszta — otwarcie
palił, przeklinał i rzucał niewybredne komentarze na temat niezbyt atrakcyjnych
dziewcząt.
Mimo przeszywającego
zimna Hogsmeade aż tętniło życiem. Uczniowie z niższych klas wałęsali się
głównymi uliczkami i okupowali sklep Zonka, złaknieni wolności z daleka od
nauczycielskich oczu. Z powodu koszmarnego tłoku w Trzech Miotłach piwo okazało
się bardziej szybkim odhaczeniem tradycji niż przyjemnością. Ja sama byłam
rozdarta między wyjściem z powrotem w zimno a pozostaniem w cieple i huku, ale
ciężar decyzji zdjął z moich barków Wilkes, domagając się wycieczki do Gospody
Pod Świńskim Łbem. Tam było zdecydowanie ciszej, ale już nie tak przytulnie i
czysto, a barman nie miał oporu przed sprzedawaniem uczniom alkoholu. Skusiłam
się na szklaneczkę ognistej whisky, licząc, że choć trochę mnie rozgrzeje.
Podyskutowaliśmy trochę szeptem o kilku zakapturzonych gościach w głębi izby,
ale nie czułam takiej ekscytacji ani z siedzenia w barze pełnym podejrzanych
typów, ani z samej wycieczki do Hogsmeade. Sącząc drinka z nie do końca czystej
szklanki, wspominałam moje pierwsze wypady, wielogodzinne posiedzenia najpierw
w Trzech Miotłach, później w Świńskim Łbie, serce bijące z okolicy przełyku,
kiedy po ciemku błąkaliśmy się po cmentarzu w poszukiwaniu lokalnych duchów. W
trzeciej klasie to było coś. Wydawało nam się, że mocno naginaliśmy wtedy
prawo, prosząc starszych uczniów o kupno pierwszego alkoholu, a teraz te
wspomnienia wywoływały jedynie nostalgiczny uśmiech.
Na początku miałam
wrażenie, że tylko mnie przestało to bawić, ale chłopaki też szybko zaczęli się
nudzić. Nie wiedzieć kiedy Hogsmeade straciło swój początkowy czas. A może po
prostu chodziło o brak przywódcy?
— Dokąd teraz? — zapytałam,
gdy zarośnięty czarodziej zza kontuaru zaczął sugestywnie zerkać na nasze puste
szklanki.
— Ja jeszcze
zajrzę do Spintwitches po olej do witek — odparł Nott.
Pozostali wyglądali
na trochę zniecierpliwionych, zwłaszcza że na zewnątrz zaczynało kropić, ale
wszyscy bez słowa ruszyliśmy na szybki spacer przez całą wioskę do sklepu
miotlarskiego. Trzymałam się kurczowo za chustkę pod szyją, drugą za tiarę na
głowie, ale niewiele to pomogło, bo wiatr i tak poczyniał sobie z nimi, jak mu
się podobało. Nie mogłam doczekać się drogi powrotnej do szkoły, zwłaszcza tej
błotnistej części dokładnie w połowie przejścia przez las. Mijając kawiarnię
pani Puddifoot, rzuciłam tęskne spojrzenie do jasnego, cieplutkiego wnętrza i
aż przystanęłam na widok otoczonej różem i koronkami Gaby. Poza tym, że
wyglądała na nieco zmieszaną, prezentowała się bardzo ładnie w splecionych
włosach i nieco mocniejszym makijażu, którego nie zauważyłam rano przy
śniadaniu. W kącikach ust czaił się delikatny, zaczepny uśmieszek, na co
towarzysz odpowiadał tym samym, ale znacznie bardziej śmiałym — szerokim
i rozbrajającym. Jej orzeł — Julian — zdecydowanie
przyciągał spojrzenia kobiecej części herbaciarni i nie miałam im tego za złe.
Z bliska wydawał się jeszcze przystojniejszy niż latem na trybunach. Szeroka, porządnie
ogolona szczęka i gładkie czoło nie miały w sobie ani odrobiny typowej
brytyjskości, podobnie idealnie równe, białe zęby. Włosy jeszcze mocniej
podkręcone — zapewne pod wpływem wilgoci — nie były aż tak
złociste, jak u Rosiera, ale świetnie kontrastowały z jasną, prawie
mlecznobiałą karnacją, a w oczach błyszczały iskierki, które pozwalały mi
sądzić, że poza urodą Fawley mógł mieć w sobie co nieco charyzmy. I Taciturn
musiała sądzić podobnie, bo nie spuszczała z niego wzroku. Ten widok napełnił
mi serce czymś słodkim i miłym, sprawiając, że patrzyłabym na nich w
nieskończoność, gdyby nie ostry głos któregoś z chłopaków wołający mnie po
nazwisku.
Pędząc za Mulciberem
i Wilkesem do sklepu sportowego, już wiedziałam, że Gaby nie zamierzała szukać
sobie pocieszenia w Hogwarcie. Sądziłam, że ta przyjemna lekkość po zobaczeniu
ich u pani Puddifoot wynikała z ulgi, ale chyba kryło się za tym coś więcej.
Prawdziwe, niezabarwione niczym złym szczęście, że przynajmniej jedna cieszyła
się ze swojego przyszłego męża.
Nie miałam ochoty
wałęsać się po Spinwitches. Ciemny, ciasny sklepik wypchany zawieszonymi pod
sufitem miotłami był pełen młodszych uczniów, którzy przyszli tu tylko
pooglądać wystawiony za ladą asortyment, podczas gdy starsi wpadali tu obejrzeć
młodą, atrakcyjną ekspedientkę. Kontuar ciągnął się przez całą długość
pomieszczenia, za którym uśmiechnięta blondynka uwijała się przy szafkach i
szufladach, podając Nottowi coraz to nowe fiolki i buteleczki.
— To trochę
potrwa — mruknął Wilkes, bezmyślnie obracając w rękach jakąś opasłą
księgę z wielkim złotym zniczem na okładce.
— I chyba
zostawi tu dużo więcej złota, niż zamierzał — wtrącił Rosier, a
Travers zarechotał złośliwie.
— Pamiętacie ją
ze szkoły? — zapytał, zniżając głos do szeptu, choć przez szum, jaki
panował w sklepie, wątpiłam, by do dziewczyny dotarło choć jedno słowo.
Pokręciliśmy głowami, więc dodał: — To ta szukająca Gryfonów. Tylor?
Teller? Jak jej tam było…
— Ta, którą
ruchał brat Rowle’a? — wtrącił Macnair.
Na wszystkich trzech
twarzach Ślizgonów pojawił się identyczny cwany uśmieszek.
— Tak, właśnie
ta.
— A ten bufon,
patrzcie, jakie robi do niej maślane oczy — mruknął Wilkes, pokazując
palcem na Notta.
Westchnęłam i
odsunęłam się tak daleko, na ile pozwalały mi skrzynki przy witrynie — na
wszelki wypadek, gdyby jakimś cudem te złośliwe komentarze jednak dotarły do
uszu byłej szukającej z Gryffindoru. Na szybie od wewnątrz bardzo szybko
zebrała się para, która zaczęła się skraplać i moczyć ozdobną, rozłożoną na podłodze
bordowo-złotą płachtę. Przez wszystkie lata w Hogwarcie dość nasłuchałam się o
legendarnych ekscesach Williama Rowle’a, ale i tak nadstawiałam uszu, kiedy
Amadeusz opowiadał o tym, jak w drugiej klasie zastał go w klasie eliksirów z
dwiema Puchonkami. Wierzyłam w to tylko połowicznie, ponieważ Travers — wbrew
swojej przesadnej nonszalancji i masce człowieka, którego nic nigdy nie
obchodziło — plotkował na potęgę i uwielbiał te plotki
koloryzować.
Profilaktycznie
jeszcze bardziej przytuliłam się do witryny.
Ulewa rozpanoszyła
się po całym Hogsmeade i teraz wszyscy ci, którzy jeszcze chwilę wcześniej
spokojnie spacerowali sobie między budynkami, rzucili się do ucieczki — część
staranowała drzwi do Miodowego Królestwa, a część popędziła w kierunku Trzech
Mioteł. Tylko nieliczni — ci, którzy potrafili wyczarować sobie
parasole — zostali na zewnątrz. Wodząc znudzonym wzrokiem po prawie
opustoszałym placu, myślami byłam już w Dziale Ksiąg Zakazanych, kiedy nagle
kątem oka dostrzegłam szybki ruch i czyjś znajomy profil. Bardzo ładny,
oliwkowy profil znikający za ciemnym materiałem kaptura.
Serce podskoczyło mi
do gardła, ale zdążyłam tylko wyłapać dwie wysokie, szczupłe sylwetki — męską
i kobiecą, idące wspólnie ścieżką w kierunku cmentarza. I o ile modna, czarna
peleryna czarownicy przypominała tysiące podobnych peleryn, tak płaszcz — wytarty,
skórzany, ze staroświeckimi pagonami — na grzbiecie czarodzieja wydał
mi się jeszcze bardziej znajomy niż tamta opalona twarz. W pierwszej chwili
miałam ochotę wybiec na zewnątrz i pognać za nimi, lecz natychmiast powstrzymał
mnie głosik z tyłu głowy.
Po
co? A jeśli to nie matka?
Ale skoro nie ona, to
z kim teraz był Tom?
Obejrzałam się na
Notta, który powoli odliczał złoto na ladzie. Miałam ochotę na niego krzyknąć,
licząc, że jeżeli wyjdziemy odpowiednio wcześnie, jeszcze ich dogonimy, ale
znów — w jakim celu?
Wyszłam ze sklepu
jako pierwsza, kiedy tylko Teodor odkleił się od kontuaru, lecz na deptaku nie
było już żywej duszy. Nie mówiąc ani słowa i z żołądkiem związanym w supeł,
ruszyłam w stronę drogi powrotnej do szkoły. Nikt nie protestował, gdy wybrałam
dłuższą trasę w okolicach kościoła i cmentarza — chłopaki wciąż
wspominali Billa Rowle’a i jego miłosne podboje. Serce łomotało mi w piersi jak
szalone, oczy strzelały na boki, wyczulone na wysokie, smukłe, zakapturzone
sylwetki, ale musiałam przełknąć tę gorzką prawdę — gdziekolwiek
zmierzała tamta dwójka, już dawno tam dotarła.
Cholerny
Nott z jego cholernym quidditchem i cholernymi zakupami u cholernej
eks-szukającej.
Nie potrafiłam
przestać o tym myśleć, choć przez całą drogę do zamku przekonywałam sama
siebie, że przecież to nie moja sprawa. Nie byliśmy małżeństwem. Nie byliśmy
nawet razem, bym miała prawo oczekiwać wyjaśnień. A może tak naprawdę
zobaczyłam tam kogoś innego w identycznym płaszczu i jak zwykle od razu
wysnułam szereg najczarniejszych scenariuszy. Tak, to do mnie pasowało. A to,
że Riddle’a nie było ani w dormitorium, ani później w Wielkiej Sali, wcale nie
nakręcało moich obaw. Oczywiście puściłam też mimo uszu uwagę Margaret Rowle,
że pierwszy raz opuścił spotkanie prefektów.
Wszystko było w
najlepszym porządku i naprawdę nie odtwarzałam w pamięci, jak pędził
wraz z moją matką przez placyk naprzeciwko sklepu sportowego. Naprawdę.
Po obiedzie nieco zbyt
energicznie udałam się prosto do biblioteki, gdzie z Działu Ksiąg Zakazanych
wypożyczyłam Tajemnice Rozkładu i Odrodzenia i pomaszerowałam z książką
prosto do pokoju wspólnego Ślizgonów. Mimo pogarszającej się pogody wielu wciąż
nie wróciło z Hogsmeade i bez trudu mogłam zająć najlepsze miejsce przed
kominkiem. Uwielbiałam takie popołudnia w naszym dormitorium, choć przez jego
wystrój daleko mu było do przytulnego. Z mokrymi włosami i opatulona w ciepły,
wełniany sweter siadałam przy ogniu, wyciągałam nogi w grubych skarpetach i
czytałam, głaszcząc kota zwiniętego w kłębek na moim brzuchu. W takich
warunkach prawie mogłam zapomnieć o tym, co działo się za oknem. Nawet teraz,
kiedy…
Plask!
Wzdrygnęłam się, gdy
zwykła brązowa teczka padła z głośnym klapnięciem na blat stolika, o który
opierałam stopy. Midnight zeskoczył na podłogę i niezadowolony czmychnął pod
sąsiednią kanapę. Spojrzałam w górę na Riddle’a, który z enigmatycznym wyrazem
twarzy przysiadł na podłokietniku mojego fotela.
— Tu jest twoja
Holly — rzekł, nim zdążyłam zapytać.
Sięgnęłam po teczkę,
lustrując go nieufnie od butów aż po czubek głowy. Włosy miał suche i schludne,
podobnie nogawki spodni — jak gdyby przez cały dzień nawet nie
wyściubił nosa z zamku.
— Dziękuję — mruknęłam,
nawet nie zaglądając do środka. Nie potrafiłam ukryć nadąsania, choć ostatnie,
czego chciałam, to jego insynuacji, że byłam zazdrosna. Bo oczywiście nie
byłam. — Skąd to wziąłeś?
— Ja również nie
posiadam peleryny-niewidki, ale nie potrzebuję jej, żeby stać się niewidzialny — odparł
tajemniczo.
W tym momencie mina
niewiniątka nie robiła już na mnie żadnego wrażenia. Wsunęłam skoroszyt do
torby, licząc, że Tom powie więcej, ale on tylko siedział z lekko przechyloną
głową i przyglądał mi się, jak gdyby na coś czekał.
Albo to ja znów
popadałam w paranoję.
— Czyli
wykradłeś to — rzuciłam przyciszonym głosem.
— W żadnym
wypadku. Oryginał wciąż znajduje się w gabinecie profesora Dippeta. Nie
zajrzysz do środka?
— Zajrzę. Na
osobności.
Byłam pewna, że
przeczytał wszystko, co znajdowało się w środku. Zmrużyłam oczy, analizując
jego twarz. Połowę pochłaniał czerwony blask z kominka, czyniąc ją w swej
anielskości jeszcze bardziej diaboliczną. Oczywiście palce już mnie świerzbiły,
lecz postanowiłam odczekać, aż odejdzie. Musiałam zostać z tymi emocjami sam na
sam. Z emocjami i z tym, co tam znajdę.
— Dobrze — zgodził
się w końcu, prostując się. — Wiem, że to mało czasu, a czeka cię
jeszcze pasjonująca lektura, ale spróbuj przed jutrem przeczytać trochę tego.
Automatycznie
wyciągnęłam rękę po książkę, którą wysunął sobie z wewnętrznej kieszeni szaty.
Książka — to dużo powiedziane. Bardziej przypominała broszurkę w
cienkiej okładce i wydrukowaną na bardzo starym, mocno zbrązowiałym pergaminie.
W środku nie znalazłam żadnej pieczątki z biblioteki, za to parsknęłam śmiechem
na widok łuszczących się liter układających się w tytuł: O źródłach mocy
niezależnych od różdżki. Podniosłam wzrok i spostrzegłam, że przyglądał mi
się uważnie, jakby chłonął każde najmniejsze drgnięcie mięśnia na mojej
twarzy.
— Przechodzimy
jeszcze o poziom wyżej? — zdziwiłam się.
— Nie, to
pozycja tylko dla ciebie.
— Nie jestem
mistrzynią czarowania różdżką, a co dopiero bez.
Chciałam oddać
książkę, ale Tom odepchnął ją łagodnie od siebie.
— Przeczytaj to.
Co do zasady różdżka ma kierować moc na zewnątrz, lecz zdarza się, że bardziej
ogranicza, niż pomaga, blokując moc wewnątrz ciała.
Zanim się obejrzałam,
wstał i ruszył do wyjścia, ale nie zamierzałam go przekonywać, że tym razem nie
miał racji. W zamian za to poczułam impuls, który nakazał mi za nim zawołać.
Zatrzymał się zdumiony, unosząc brwi.
— Czy to moją
matkę widziałam dzisiaj z tobą w Hogsmeade? — zapytałam.
Zrobiłam to tak
szybko, że wnętrzności nie zdążyły zareagować nagłym skurczem. Byłam naiwna,
licząc, że Riddle się speszy — oczywiście nie zrobił tego. Roześmiał
się i zmarszczył lekko czoło, jakby przez chwilę się nad czymś
zastanawiał.
— Miodowe
Królestwo czy Księgi i Zwoje?
— Spintwitches.
Pochylił nieco głowę
i chyba znów zachichotał, ale tym razem ciszej, bo nic nie usłyszałam.
— Jak myślisz — odparł,
bezczelnie patrząc mi w oczy — czy twój ojciec puściłby ją na
spotkanie z młodym, przystojnym siódmoklasistą?
Obrócił się i
odszedł, a ja zostałam sama jeszcze bardziej skołowana i rozdrażniona.
Bezmyślnie przesunęłam w palcach drobne pisemko, zastanawiając się, co miał na
myśli. Zaczynały mnie męczyć te wszystkie zagadki, a nie mogłam oprzeć się
wrażeniu, że po wakacjach namnożyło się ich jeszcze więcej.
Odłożyłam książeczkę
na bok i od razu sięgnęłam po teczkę, a serce zabiło mi mocniej na widok
imienia i nazwiska pisanego ręką dyrektora: Marriot Holly. Nigdy nie
widziałam naszych szkolnych akt i nie domyślałam się, czy powinny być takie
cienkie — w każdym razie zaraz po otworzeniu zobaczyłam w środku
jedynie dwa świadectwa i trzy spięte ze sobą pergaminowe kartki. Z gulą w
gardle odczepiłam pierwszą z nich — jedyną, do której ktoś przykleił
czarno-białą, ruchomą fotografię. Natychmiast przysunęłam ją sobie pod oczy,
choć tak naprawdę nie było takiej potrzeby — chociaż Holly miała na
nim jedenaście lat, dwa cienkie warkoczyki i brak makijażu, od razu ją
poznałam. Niekonwencjonalnie ładna buzia uśmiechała się szeroko, prezentując
królicze jedynki i wielki aparat na zębach, a ja poczułam nieprzyjemne ukłucie
na myśl o tym, jak skończyło to sympatyczne dziewczątko. Holly Dolores Marriot,
urodzona siedemnastego lipca 1952 roku w Retford w Notthinghamshire, dokładnie
tak, jak pisał pan Wilkes, faktycznie spędziła w Hogwarcie tylko dwa lata.
Trafiła do Gryffindoru i miała wyraźne problemy z asymilacją. Do kartki z
danymi przypięte zostały uwagi od nauczycieli, gdzie rozpisywali się o
ponadprzeciętnej ambicji i uprzejmości, które nie szły w parze z talentem.
Profesor Dumbledore wspominał o licznych kłopotach w kontaktach z rówieśnikami,
Slughorn rozpisywał się o ujmującej osobowości, Flitwick pozostawił lakoniczną
notkę dotyczącą sporych problemów z ujarzmieniem różdżki, a Merrythought
postawiła sprawę jasno, twierdząc, że Gryfonka nie była w stanie opanować
najprostszego zaklęcia lewitacji. Wszystkie moje negatywne uczucia, jakie do
tej pory miałam wobec Holly, zaczęły się zwijać i kurczyć, aż doszczętnie
wyparowały, kiedy wzięłam do ręki świadectwo z pierwszej klasy.
Jeszcze nigdy nie widziałam
tak dziwacznych wyników. Prawie najwyższe oceny z historii magii, astronomii,
eliksirów i zielarstwa, ale transmutacja, latanie, obrona przed czarną magią i
zaklęcia — czyli wszystko to, co bazowało na korzystaniu z magii — nie
przekraczały okropnego.
Ostatni pergamin
okazał się listem pana Crispina Marriota, w którym wspominał o trudnej sytuacji
rodzinnej od czasu śmierci jego żony i prosił o szansę dla córki na
kontynuowanie nauki w Hogwarcie, lecz sądząc po adnotacji na karcie Holly,
korespondencja z dyrektorem nie skończyła się pomyślnie.
Na
podstawie wyników adaptacyjnych testów magicznych uznano, że dalsze kształcenie
w systemie Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie nie jest możliwe, przez co
Pani Holly Dolores Marriot została skreślona z rejestru uczniów.
Poczułam pustkę na
widok listy podpisów nauczycieli, których tak dobrze znałam. Zatrzymałam się na
sekundę dłużej przy nazwisku profesora Slughorna, po czym raz jeszcze
przejrzałam wszystkie adnotacje i już wiedziałam — Holly była
charłakiem.
To okropne słowo
uformowało mi się w głowie i poczułam przeszywającą na wskroś szpilę grozy.
Okropne, najpaskudniejsze słowo — gorsze od najgorszych, najbardziej
ordynarnych przekleństw, od szlam i mugolaków — nacechowane
przerażeniem i wstydem, bo sama przez wiele lat żyłam w strachu, że to mogłam
być ja. Za każdym razem, kiedy paliłam piórko, zamiast je lewitować, zawsze gdy
nie potrafiłam zmusić pomidora do zmiany w poduszkę i ostatecznie po odebraniu
wyników SUM-ów, po których nie mogłam dłużej kontynuować transmutacji.
Chowając teczkę z
powrotem do torby, zdałam sobie sprawę, że doznałam pewnego rozczarowania. Nie
byłam pewna, co spodziewałam się odkryć, ale liczyłam, że informacje o tamtej
dziewczynie popchną mnie dalej. Gdybym nie wiedziała, co Tom sądził o moich poszukiwaniach,
pomyślałabym, że właśnie w tym celu spotkał się z moją matką. Ale Holly Marriot
obchodziła ich oboje tyle, co zeszłoroczny śnieg. Tylko ja przeżywałam romans
ojca, jak gdyby ten jeden z jakiegoś powodu był ważniejszy niż
poprzednie.
Niechętnie
wyciągnęłam rękę po małą książeczkę, która zsunęła mi się z kolan i cały czas,
milcząc, obserwowała z podłogi moje zmagania z dokumentami. Prychnęłam cicho
pod nosem, odczytując podtytuł na wewnętrznej stronie okładki: Trening
umysłu w świecie, gdzie królują narzędzia. Brzmiało jak uduchowione
pieprzenie rodem z podręcznika do wróżbiarstwa.
A jednak — wciąż
myśląc o Holly — otworzyłam na pierwszej stronie i zaczęłam pierwszy
rozdział. Zrobiłam to trochę dla świętego spokoju, a trochę z ciekawości, bo
ostatecznie coś w tej lekturze zasiało w głowie Riddle’a myśl: tak, Hortus
powinna to przeczytać. I przeczytałam całą jeszcze tego samego wieczora.
Ba, spróbowałam nawet kilku ćwiczeń i oczywiście żadne nie sprawiło, że pióro
samo uniosło się w powietrze. Musiałam wyglądać bardzo głupio, celując w nie
najpierw palcem, a potem to zaciskając, to rozluźniając pięść, ale następnego
dnia mogłam śmiało powiedzieć Tomowi, że pierwszy raz pomylił się pomylił.
Całe szczęście byłam
coraz lepsza w zaklęciach niewerbalnych i powstrzymywanie się od wypowiadania
formułek na głos przestało zaprzątać moje myśli podczas wieczornych pojedynków.
Z chęcią zmierzyłam się z Nottem, który przez wszystkie cztery starcia udawał,
że zapomniał o istnieniu czarnomagicznych zaklęć i nie popisywał się już tak,
jak podczas walki z Riddle’em. Domyśliłam się, że dał mi wygrać, gdy Mulciber
kolejny raz zbierał go z podłogi po mojej do bólu przewidywalnej Drętwocie, ale
cieszyłam się, bo to nie ja miałam tego dnia obolałe pośladki.
Szykując się do
wyjścia razem z resztą Ślizgonów, musiałam się pilnować, by bez przerwy nie
zerkać na Toma. Nigdy nie rzucał słów na wiatr, ale miał irytującą manierę
nieokreślania przyszłych spotkań tak długo, jak tylko się dało. I tym razem
zrobił podobnie, bo pojawił się przede mną dokładnie w momencie, gdy ruszyłam
za Traversem w stronę drzwi.
Jak gdyby szukał
sposobu, by wywołać we mnie szybsze bicie serca.
Nie musiał. Samo
przebywanie z nim w sali tortur w głębi lochu wystarczyło.
— I jak? — zapytał
cicho.
— Miałam
nadzieję, że zapomniałeś — skłamałam, zsuwając torbę z powrotem z
ramienia na podłogę. — I skończyło się tak, jak podejrzewałam. A
właściwie… nie może się skończyć coś, co nawet się nie zaczęło.
Przysiadłam na brzegu
przewróconej skrzyni w kształcie trumny i obserwowałam, jak Riddle powoli gasił
lampy. Zostawił ich tylko kilka, tak, że w celi zapanował przyjemny dla oczu
półmrok, po czym Ślizgon spoczął na kulawym krześle pod ścianą — dokładnie
po drugiej stronie pomieszczenia. Przestrzeń między nami wydała mi się
nienaturalnie duża, ale znając go, wiedziałam, że prawdopodobnie nie bez
powodu. Przyglądaliśmy się sobie przez dłuższą chwilę, aż dźwięki oddalających
się kroków i rozmów na korytarzu zupełnie umilkły. Nie patrzył już na mnie tym
czujnym, nauczycielskim wzrokiem jak jeszcze kwadrans wcześniej, gdy walczyłam
z Nottem. Znów był moim szkolnym kolegą, moim przewodnikiem, moim… sama nie
wiedziałam już kim. I chyba właśnie ta niewiedza powodowała szybsze bicie
serca.
— Skoro
podeszłaś do tego z przekonaniem, że się nie uda, to wszystko zadziałało tak,
jak powinno było zadziałać — powiedział miękko. — Nie
chciałaś, żeby ci wyszło, więc czego się spodziewałaś?
Na te słowa gdzieś z
brzuchu odezwała się irytacja i naprawdę musiałam wspiąć się na wyżyny
cierpliwości, by nie przewrócić oczami.
— Nie baw się ze
mną w jakieś duchowe pieprzenie, mam tego dość na co dzień w sypialni — odparłam,
a jego brwi powędrowały do góry jak wczoraj, kiedy zapytałam go o Hogsmeade,
więc dodałam: — Próbowałeś kiedyś spać z Margaret Rowle w jednym
pokoju? Nie, nie chcę wiedzieć.
Poczułam gorąco
oblewające policzki, podczas gdy on tylko się uśmiechnął i zamknął usta, które
już-już miały rzucić coś tylko po to, żeby wyprowadzić mnie z równowagi.
Rozłożył się wygodnie z nogami wyciągniętymi przed siebie i skrzyżował je w
kostkach, jak zwykł czynić, kiedy przysłuchiwał się z boku dyskusjom Mulcibera,
Wilkesa i Avery’ego w pokoju wspólnym.
— Jeżeli
przeczytałaś O źródłach mocy niezależnych od różdżki ze zrozumieniem,
zauważyłaś podobieństwo do zasad, które ćwiczyliśmy podczas nauki teleportacji — rzekł,
po czym wyciągnął swoją różdżkę i skinął nią w kierunku mojej torby, z której
wyskoczyła wspomniana przez niego książka i posłusznie podleciała mu do rąk. Z
nieprzyjemnym węzłem w żołądku patrzyłam, jak powoli kartkował, aż trafił na
właściwą stronę. — Czarodziejskie połączenia są o tyle bardziej
skomplikowane od mugolskich, że do standardowego wzajemnego wpływu psyche-soma
dochodzi trzecia: czarodziejska moc (czar). Jeżeli chociaż jedna z trzech
zostanie zaburzona lub poddana nadmiernej kontroli, oddziaływanie na resztę
jest bardziej niż oczywiste. Jako pierwszy zbadał to Eupheron z Kalydonu
w 43 roku przed naszą erą — na kilka stuleci przed wynalezieniem
różdżek w formie, jaką znamy teraz. Więc widzisz. Duchowe pieprzenie łączy
się z nauką — czy tego chcesz, czy nie.
Zacisnęłam usta.
Miałam ochotę poprawić się na trumnie, chociaż poczucie niewygody wynikało
bardziej z tego, co działo się wewnątrz mnie, a nie z powodu szeregu
nieheblowanych desek pod moim siedzeniem.
— Z jakiegoś
powodu różdżki weszły do powszechnego użycia i korzysta z nich każdy
czarodziej. Z Dumbledore’em, Dippetem i Slughornem na czele — oznajmiłam.
— Zgadzam się,
od przeciętnego czarodzieja różnią się tylko tym, że są w stanie uprawiać magię
równie skutecznie z różdżką, jak i bez niej.
Westchnęłam i
skrzyżowałam ręce na piersiach.
— Problem w tym,
że ja nie jestem Dumbledore’em.
Zaczęłam utwierdzać
się w przekonaniu, że widok mnie rozdrażnionej tym tematem sprawiał mu coraz
większą satysfakcję, choć sama nie byłam do końca pewna, czy aby na pewno
chodziło tylko o bezróżdżkowe ce-wu-en.
Potrząsnął głową,
teraz i on lekko pobudzony. Trudne do określenia emocje rozbłysły mu w oczach i
rozlały się delikatnym rumieńcem na policzkach, kiedy cofnął nogi i usiadł
prosto na krześle, jakby tylko w ten sposób mógł mi to wytłumaczyć.
— Różdżka to
europejski wynalazek. I z perspektywy czasu wcale nie tak stary — dodał. — A
skupianie się na zmuszaniu jej do wykonywania poleceń może rozpraszać i wybijać
z samej próby wydobycia mocy na zewnątrz. Rozumiesz? To droga naokoło.
Tym razem to ja
uniosłam brwi.
— Od kiedy to
jesteś takim zwolennikiem wyeliminowania różdżek?
— Zwolennikiem
poszerzania horyzontów — wtrącił, wskazując na mnie palcem. — To
różnica. Każdy ostatecznie dąży do ułatwienia sobie życia, taka jest natura
człowieka. Chyba że uległ propagandzie szlachetnej masturbacji cierpieniem, ale
dyskusję na temat Kościoła Katolickiego wolałbym zostawić Wilkesowi.
Być może burzyłabym
się na to rok temu albo wcześniej, kiedy oburzało mnie wiele rzeczy, ale nie
teraz. Rzuciłam mu tylko prowokujący uśmiech i zaproponowałam:
— Dobrze więc.
Zademonstrujesz?
Oczywiście dobrze
wiedziałam, że nie forsowałby tej dyskusji, gdyby nie czuł, że podoła praktyce,
ale musiałam utrzymać chociaż fasadę pewności siebie. Jednocześnie kąciki ust
natychmiast mi opadły, kiedy Riddle wyciągnął przed siebie rękę i książka, którą
przywołał z mojej torby, najpierw zaczęła się unosić, a później powoli obracać
w miejscu. Płynęła przy tym z taką lekkością, jak gdyby sterowała nią
niewidzialna dłoń.
Nie zszokowało mnie
to tak, jak by mogło i tylko dlatego, że robił to Tom.
— Zacząłem
niedawno i okazuje się to bardziej intuicyjne, niż się wydaje — wyjaśnił,
z zadowoleniem śledząc książkę, która wirowała teraz w powietrzu dokładnie w
połowie drogi między nami. — Nie chodzi o to, by zupełnie zrezygnować
z różdżki. Różdżka daje precyzję, ale dobrze jest czasem przełamać schemat,
dodać jakiś element zaskoczenia podczas walki z przeciwnikiem. To jak powrót do
dziecięcej magii, robiłaś to już w przeszłości, zanim dostałaś różdżkę. Im
mniej myślisz w trakcie, tym lepiej.
Pchnął przedmiot
bardziej w moją stronę, jak gdyby sugerował, że naturalnie go przechwycę, ale
pokręciłam głową. Już wczoraj w salonie czułam się bardzo głupio, manewrując
rękami wokół pióra, a na myśl, że Riddle miałby mnie oglądać, nadymającą się i
gestykulującą jak mim, poczułam gorąco rozlewające się po twarzy. Potrząsnęłam
głową jeszcze gwałtowniej, a on parsknął śmiechem.
— Śmiało.
Widziałem cię w teoretycznie dużo bardziej krępujących sytuacjach.
Tym razem pozwoliłam
sobie nie tylko na westchnienie, ale i przewrócenie oczami.
— Dobrze — mruknęłam,
wbijając wzrok w lekturę. Ta przestała się obracać i zawisła prawie nieruchomo
kilkanaście stóp ode mnie. — Powiadasz, że to ma zadziałać jak
teleportacja? Cel, wola, namysł? No dobrze, zatem… skupiam się na celu, czyli
na książce. Teraz wola: chcę lewitować książkę na ten kredens. I namysł…
Podniosłam rękę i,
starając się nie mrugać, napięłam każdy kawałeczek ciała, ale w momencie, gdy
Tom przestał oddziaływać na wolumin, ten natychmiast opadł na podłogę. Nie
byłam zdziwiona swoim niepowodzeniem, choć poczułam delikatne ukłucie
rozczarowania. Tymczasem Riddle prychnął z rozbawieniem pod nosem.
— Bardzo nie
chcesz, żeby ci się udało — rzekł, przeciągając sylaby w ten swój zblazowany,
irytujący sposób. — Czy byłoby to bardzo okropne, gdybym tym razem
miał rację?
Tym razem i każdym
kolejnym.
I ja odpowiedziałam
prychnięciem. Spróbowałam unieść książkę, która — o dziwo — podskoczyła
w powietrze, ale tylko dlatego, że on wskazał na nią palcem i szarpnął lekko do
góry.
— To trudne — wycedziłam
przez zaciśnięte zęby.
— Gdyby było
łatwe, nie siedzielibyśmy tu. Wszystko sprowadza się do jednego: nie potrafisz
przełamać schematu. Odtwarzasz, a zaawansowana magia wymaga tworzenia. Spróbuj
sobie wyobrazić, jak energia opuszcza twoje ciało. Zwizualizuj to sobie, a
później się skup, żeby to poczuć. Jak podczas oklumencji.
— Obrona jest
łatwiejsza…
— Łatwiejsza dla
ciebie — przerwał mi z werwą. — Bo do tego przywykłaś, a
musisz w końcu nauczyć się atakować. Chcesz się bronić? Proszę bardzo.
I zanim się
zorientowałam, cisnął we mnie książką z taką mocą, że automatycznie poderwałam
ręce i zakryłam nimi twarz. Spodziewałam się uderzenia, lecz zamiast niego
spostrzegłam, jak O źródłach odbiło się od niewidzialnej tarczy i z całą
mocą roztrzaskało się o ścianę dokładnie w miejscu, w którym jeszcze ułamek
sekundy wcześniej była głowa Riddle’a. Okładka odpadła i wylądowała na
podłodze, a kartki wystrzeliły we wszystkie strony. Opuściłam powoli ramiona,
patrząc niepewnie to na resztki książki, to na Toma.
Nic nie powiedział,
ale satysfakcja w jego oczach wystarczyła mi za najbardziej kwieciste słowa
uznania. Uśmiechnęłam się zaskoczona. Musiałam podejść i obejrzeć, co zostało z
mojej wczorajszej lektury. I choć nie uskrzydliło mnie to tak, jak pierwsze
sukcesy w zeszłorocznych lekcjach oklumencji, bo ostatecznie czarowałam już w
ten sposób w dzieciństwie, wcale nie czułam, że to potworne przyznać Riddle’owi
rację.
Więcej nie
ćwiczyliśmy. Wiedziałam, że osiągnięcie tego, co jemu zajęło pewnie kwadrans
między zaklęciami i historią magii, zajmie mi niezliczoną ilość godzin, ale już
coś miałam. Jeden mały ślad świadczący o tym, że coś się tam tliło. Płomyczek
świadczący o tym, że nie musiałam się dłużej bać słowa charłak.
*
Pierwszy października
wypadał w tym roku we środę, więc urodziny profesora Slughorna odbyły się
dopiero w sobotę. Nie narzekałam z dwóch powodów — z przyjemnością
wzięłam udział w kółku z eliksirów, a znając zamiłowanie nauczyciela do
długich, hucznych przyjęć, wolałam mieć szansę wyspać się po. Nie obyło się bez
Elvisa, tematycznych ozdób (tym razem w magicznie powiększonym gabinecie
królowały czarne, ciężkie kotary, setki zaczarowanych papierowych nietoperzy,
peleryny z komicznie wysokimi kołnierzami i mroczne, gotyckie suknie) oraz
wspaniałych gości. Z ciekawością wdałam się w rozmowę z byłym studentem
Slughorna i przez pół wieczoru słuchałam ich opowieści z czasów seminarium, a
przez drugie pół prawie zdarłam podeszwy na prowizorycznym parkiecie. Gilbert
Pembroke, choć półkrwi i wywodzący się z klasy robotniczej, popisał się
manierami na poziomie Valentinusa Malfoya, a z grzywą jasnych włosów, wysokim,
szlachetnym czołem i onieśmielającym uśmiechem prezentował się wcale nie gorzej
od jego potomków.
Żałowałam, że nie
miałam podobnego podejścia do swoich urodzin, co nasz Mistrz Eliksirów. Od
dwóch czy trzech lat kilka dni przed czternastym października popadałam w coś w
rodzaju melancholii, a w tym roku doszło do tego gorączkowe analizowanie twarzy
codziennie rano i przed pójściem spać. Za każdym razem, kiedy przetrząsałam
czoło, szyję i skórę wokół ust, przed oczami stawała mi Winifreda Macmillan — czterdzieści
razy starsza i pokraczna, niż była w rzeczywistości.
To
obsesja, powtarzałam sobie i natychmiast wklepywałam w te
okolice dodatkową warstwę kremu.
A jednak — osiemnaście
lat wydawało mi się niebezpieczną granicą, za którą czyhało coś jeszcze
gorszego. Dziewiętnastka, a za nią — aż skóra cierpła mi na grzbiecie — tylko
rok do utraty nastu lat. Horror dla dziewczyny bez perspektywy na małżeństwo. I
choć nieskończenie bardziej przerażało mnie samo wkroczenie w następną dekadę
życia niż brak narzeczonego, nie mogłam przestać myśleć o kolejnym roku na
karku.
I teraz już nie byłam
pewna — czy te drobne zmarszczki w kącikach oczu dopiero się
pojawiły, czy znajdowały się tam od zawsze?
Starałam się o tym
nie myśleć, ale niestety z samego rana w niedzielę przypomniała mi o tym sowa
od Sokarisa. W liście dołączonym do paskudnego bibelotu z Zakintos nie
omieszkał wspomnieć o spadku i zasugerować, że olbrzymia, biało-złota maska
znakomicie wpasuje się w klimat mojego nowego mieszkania. Dziękowałam wszystkim
możliwym bogom, że nie otworzyłam tej paczki przy stole.
Dzień urodzin też
rozpoczęłam od wiadomości — tym razem od rodziców. Ich prezenty
zawsze były do bólu praktyczne i bezosobowe. Paczuszka zawsze zawierała złoto,
kartkę z życzeniami i pamiętałam o niej do czasu wrzucenia jej do torby. Do
dziś. Na widok jednej z domowych sów poczułam falę smutku, która ani trochę nie
poprawiła mojego już i tak podłego nastroju.
Znów pomyślałam o
babci Jane. Od powrotu z pogrzebu przypominałam sobie o niej w losowych
momentach, choć do tej pory naprawdę rzadko gościła w moich myślach. Podobnie
przy śniadaniu — nigdy nie wysyłała mi żadnych prezentów, co najwyżej
krótkie życzenia, a jednak wystarczył widok sowy śnieżnej ojca i przed oczami już
miałam urywki z sali pożegnań. Ciemna twarz babki, zapach hortensji i płaczący
Sokaris.
Z zamyślenia wyrwał
mnie najpierw okrzyk Wilkesa, a zaraz potem bolesne uderzenie w ramię.
— O, Hortus!
Najlepszego!
Skrzywiłam się i
automatycznie powędrowałam ręką do miejsca, gdzie jutro spodziewałam się
zobaczyć wielkiego siniaka. Na podłodze leżała bardzo elegancko zapakowana
paczuszka, ale nie dałam się zwieść kaskadom srebrnych wstążek. Pamiętając
wielkiego pająka Yaxleya, na wszelki wypadek podniosłam pudełko różdżką. Zwykle
robiliśmy sobie na urodziny zabawne lub głupie prezenty w stylu śpiewającej
szczotki toaletowej, barwiących włosy czepków pod prysznic albo wybuchających
gwizdków i to był jedyny element urodzin, jaki lubiłam.
Do czasu
pająka.
Czując na sobie wzrok
Wilkesa, uśmiechnęłam się cierpko i wróciłam do swojej herbaty.
— Nie otworzysz? — naciskał.
Głos miał
nienaturalnie przesłodzony.
— Otworzę. W
dormitorium. Najlepiej w samotności.
— W tych
prezentach chodzi o to, żeby otworzyć je publicznie. Otwieraj.
Siedzący najbliżej
Ślizgoni oderwali się na moment od swoich Proroków, książek i talerzy,
wpatrując się ciekawie w paczkę, więc nie miałam wyjścia. Rozwiązałam wstążki i
ostrożnie uniosłam ozdobne wieko, starając się trzymać od niego jak najdalej,
ale na stół nie wyskoczyła ani akromantula, ani inny obrzydliwy potwór, zaczarowana
pęseta nie chapnęła mnie w palec ani żadne nożyczki nie rzuciły mi do twarzy,
by znienacka obciąć włosy. Na dnie leżała niewinnie zwinięta para olbrzymich
różowych pantalonów. Wyciągnęłam je na różdżce i obróciłam do światła, a
Ślizgoni zgodnie ryknęli śmiechem i zaczęli je sobie przekazywać. Goyle nie
omieszkał założyć ich sobie na głowę.
Nie spodziewałam się
innej reakcji.
— W tym roku
mogłeś się bardziej postarać — powiedziałam Wilkesowi, który rechotał
najgłośniej.
— Jak to?
Kończysz osiemnastkę, to najwyższa pora na babcine gacie!
Starałam się dołączyć
do ogólnej wesołości, jaka zapanowała przy naszej części stołu, ale nie było mi
ani trochę do śmiechu. Skoro nawet Klemens to zauważył, może nie miałam
paranoi, tylko pierwsze zmarszczki?
Znów zerknęłam na
swoje odbicie, tym razem w ostrzu noża do masła.
Wilkes rozochocił
resztę i do końca śniadania dostałam prawie wszystkie swoje urodzinowe
prezenty, a pod koniec poniedziałkowych lekcji wyszłam z naprawdę imponującą
kolekcją zupełnie niepotrzebnych gadżetów. Niektóre, musiałam przyznać, były
naprawdę zabawne (Avery wręczył mi na zaklęciach zmumifikowaną kurę), choć
wciąż pamiętałam o wielkich majtkach od Wilkesa.
Wspominając wieczorem
w salonie siedemnaste urodziny, uznałam, że te nie były aż takie złe. A kiedy
przypomniałam sobie zeszłoroczne urodziny Notta… Musiałam otrząsnąć się z
obrazów, które na mnie napadły. Podniosłam szklankę ginu, który właśnie kończył
rozlewać Mulciber. Jeden wieczór. Kilka łyków burbonu… no, może trochę więcej
niż kilka. I jedna nieodpowiedzialna decyzja, żeby trącić klocek domina, który
powalił budowaną latami konstrukcję. Zdarzało mi się wracać myślami do tamtego
dnia i wyobrażałam sobie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby wyciąć tamte
urodzi…
— Chyba jestem
ostatni?
Podskoczyłam i
oblałam się ginem, choć było go tylko odrobinę na dnie szklanki.
— Och, nie… Co? — bąknęłam.
Zaczęłam grzebać po
kieszeniach za różdżką, ale Teodor już przy mnie klęczał, starając się usunąć
plamy, a mnie znów nasunęły się na myśl traumatyczne wspomnienia, tym razem z
jego pojedynku z Tomem i tymi cholernymi Diabelskimi Jęzorami.
— Ostatni. Z
prezentem — dodał, szczerząc się nerwowo. — Proszę bardzo.
Przypadkiem się natknąłem i pomyślałem, że to twoje tematy.
Wetknął mi w rękę
paczuszkę zapakowaną w ładny, zielono-srebrny papier i przysiadł na skraju
sąsiedniego fotela, przyglądając mi się z wyraźnym ogniem na twarzy. Ostrożnie
rozpakowałam podarunek i na kolana wypadło mi dokładnie to, co sugerował
kształt — książka. Eliksiry Zagłady i Ratunku Tiberiona
Gimblehooka, jak głosił napis na czarnej, skórzanej oprawie, musiały liczyć
sobie wieki i tak w istocie było. Na pierwszej stronie pod ostrzeżeniem
widniała nazwa wydawnictwa i data druku: 1721. Z początku mnie zatkało. Byłam w
stanie tylko otworzyć usta, ale nie padło z nich żadne dziękuję.
Poczułam się niesamowicie skrępowana — po części przez świadomość
kwoty, jaką Ślizgon musiał zapłacić za tego białego kruka, a po części z powodu
zamieszania, jakie wśród chłopaków wywołał widok tego grymuaru.
— Nott… to jest… — wyrzuciłam
z siebie, ale nie potrafiłam wymyślić jakie.
Natomiast Teodor miał
już kilka pomysłów.
— Stare? I
nielegalne w Hogwarcie? Odpowiedź brzmi: tak i tak.
Wyglądał na bardzo z
siebie zadowolonego. Do tego stopnia, że nie miałam serca odmawiać przyjęcia
tak niestosownie kosztownego prezentu, tym bardziej, że książka już poszła w
ruch i Ślizgoni przekazywali ją sobie z rąk do rąk jak Świętego Graala. Mogłam tylko
podziękować i starać się jak najlepiej ukryć skrępowanie. Byłam przekonana, że
to gorąco pod szatą to nie od kominka, przy którym siedzieliśmy.
I w momencie, kiedy
poczułam, jak rumieńce zaczęły powoli schodzić mi z twarzy, na horyzoncie
pojawił się Tom. Lawirował pewnie między pufami i kanapami pełnymi ludzi,
trzymając na ręku Midnighta, a na ramieniu wielką wypchaną torbę. Chłopak
spoczął na podłokietniku mojego fotela jak wtedy, kiedy pojawił się z aktami
Holly, zupełnie ignorując zamieszanie, jakie za naszymi plecami zrobił Avery ze
swoim ginem i przekąskami.
— Wygląda na to,
że ja jestem ostatni — powiedział i upuścił kota na podłogę, żeby móc
sięgnąć do torby.
Byłam już
zdecydowanie zbyt mocno zawstydzona narastającą wrzawą. Tym bardziej, że pudło,
które wyciągnął, miało naprawdę imponujący rozmiar.
— Zupełnie
niepotrzebnie się wykosztowałeś — wysyczałam cicho. — Nie
znoszę urodzin. Nie widzę potrzeby, by mi przypominać, że jestem o rok
starsza.
— A ja niektóre
urodziny wspominam z pewną nostalgią — rzekł, błyskając chytrym
uśmieszkiem, na który przewróciły mi się wszystkie wnętrzności, ale Riddle nie
ciągnął tematu. — Co do prezentu, to kosztował niewiele. Można
powiedzieć, że nie więcej niż dwie rolki pergaminu, więc tym bardziej nie
musisz czuć się zobowiązana.
Uniosłam wieko, a z
dna łypnęły na mnie dwa schludnie poukładane stosy kopert przewiązane zielonymi
tasiemkami. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to adres napisany ręką
Toma.
Adres mojego
domu.
— Co to jest? — spytałam
zaintrygowana.
— Miłej lektury — odrzekł
wymijająco, podniósł ze stolika książkę Tiberiona Gimblehooka i obrócił w
palcach jak coś obrzydliwego. — Jestem pewien, że będzie przynajmniej
tak pasjonująca, jak to.
Odszedł, nim zdołałam
zebrać myśli w coś konkretnego. Ignorując natarczywe spojrzenia Notta, jeszcze
raz zajrzałam do środka, wysunęłam kopertę spod wstążki trzymającej listy w
równej kolumnie i zobaczyłam pod spodem kolejną, tym razem bez adresu rodziców.
Na środku widniało: Tom Riddle, Hogwart.
Pisane ręką mojej
matki.
~*~
Kolejny rozdział
napisany podczas NaNoWriMo 2025. Myślę, że teraz znów przeskoczę na chwilę do „Siostrzenicy”,
trochę dlatego, że chcę zrobić sobie chwilkę przerwy od Victorii i Toma, a
trochę dlatego, że skończył mi się szczegółowy plan. XD Mam go na jakieś 3/4
rozdziału 26. Teraz wkraczam powoli w tę część fabuły, która będzie wymagała
dokładniejszego rozplanowania. Boję się, żebym za bardzo nie popłynęła
(wiadomo, że jeżeli chodzi o wątki poboczne, to ja mogę zawsze, wszędzie i w
każdych ilościach), a jednak to nie jest SCP z praktycznie nieograniczoną
ilością miejsca. Muszą mi się spiąć lata z tymi rozdziałami, które wymagają już
minimalnych poprawek.
~Nadine
OdpowiedzUsuń12 grudnia 2009 o 22:11
First. xD
12 grudnia 2009 o 22:15
UsuńAkurat na linkowanie nowego szablonu xD
~Nadine
Usuń12 grudnia 2009 o 23:19
Szablon świetny. A notka też niczego sobie. Nieźle wyjechała matce z tym tekstem, że uprawiają seks z Tomem. xD Tak prosto z mostu. ;D Ja bym nie umiała. :PChora od piątego roku życia? Biedna babcia. xD;**
13 grudnia 2009 o 20:18
UsuńChora na hipochądryzm raczej xD
~Olka
OdpowiedzUsuń12 grudnia 2009 o 23:15
Fajny rozdział i ładny szablon……Ale ojciec był na nią zły,po jej powrocie,dobrze że z matką mogła spokojnie porozmawiać.Czekam na next.Pozdrawiam.
13 grudnia 2009 o 20:19
UsuńA dziwisz się? xD
~wiki-pedia
OdpowiedzUsuń13 grudnia 2009 o 12:43
Hahahah trzecia xD Idę czyać ;]
13 grudnia 2009 o 20:20
UsuńAle radocha, hehe xD
~wiki-pedia
OdpowiedzUsuń13 grudnia 2009 o 12:58
A więc tak : po pierwsze super szablon, chociaż na początku wydawało mi się, że ta babka to Bella . Ale jest bardzo fajny. po drugie : dziękuję za dedyk xD Znowu xD A teraz przejdźmy do notki : FAJNIE !!!! Ze wszystkich twoich blogów ten podoba mi się chyba najbardziej. Ach Victoria szczera tak jak ja xDDDD Cóż w końcu to moja imienniczka czy jakoś tak….. Cóż Victoria mam fajnego tatusia xDDD Może w następnym odcinku przyprawisz go o zawał ???? No własnie… dawno nie było jakiegoś morderstwa czy cruciatusa na żadnym blogu….wiesz co oznacza ta sugestia, prawda ?? ;> WoW, ale się rozpisałam, a miałam tylko króciutko skomentować…. Tak to jest jak człowiek sie nudzi… A więc czekam na następną notkę xDD
13 grudnia 2009 o 20:21
UsuńNie podpuszczaj mnie, bo ulegnę xD Ale Bella Lestrange, nie ta druga z tej książki na „Z”? xD
~wiki-pedia
Usuń21 grudnia 2009 o 22:11
No właśnie chodziło mi o ta Bellę z tłajlajtu xDDDD
21 grudnia 2009 o 22:45
UsuńNIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
~wiki-pedia
Usuń22 grudnia 2009 o 12:35
Cóż, zmartwię cię….. ae na początku myslałam, ze trafiłam na jakiś tłajlajtowy blog xD
22 grudnia 2009 o 14:17
UsuńNEIN!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Natychmiast zmieniam szablon. I Bella z tituijujujuju nie ma czarnych włsów, tylko sraczkowate xD
~Elizabeth Schmitt
OdpowiedzUsuń13 grudnia 2009 o 13:02
Fajnie, fajnie, super, że mnie poinformowałaś. Szablon jest fajny, z jednym z moich ulubionych kolorów, poprzedni nie za bardzo mi się podobał xD.
13 grudnia 2009 o 20:22
UsuńJa Ci powiem, że dla mnie był zbyt „rozwlekły” xD
~carmen37
OdpowiedzUsuń13 grudnia 2009 o 13:27
no nie sądziłam, ze bohaterka znajdzie takie wsparcie w matce xD
13 grudnia 2009 o 20:22
UsuńW nikim go nie ma, więc niech ma w matce xD
~Amanda
OdpowiedzUsuń13 grudnia 2009 o 18:25
No nareszcie dziewczyno. Szybka jesteś, jak błyskawica! Rozdział piękny, jak zwykle zresztą. Wolałabym jednak żeby Riddle uratował Vicky przed ojcem, ale wiesz, ja mam takie zboczenia romantyczne xD. Oglądałaś wczoraj Zakochanego Szekspira, chyba na TVN? Fajny film. Mój brat trochę mi namącił na końcu, bo się popłakałam i ten niedorozwinięty idiota uznał że jest to bynajmniej śmieszne, więc nie do końca słyszałam co Szekspir sobie gadał. W ogóle przerywa bez przerwy, skupić się nie można. W każdym razie fajny był ten film, aż sobie go nagrałam. Późno się skończył i zaryzykowałam że moja mama kochana popadnie w furię. Ale tak się nie stało, o dziwo! Ale wracając do tematu, proszę Cię o szybkie napisanie rozdziału. Będę się za Ciebie modlić, żeby Cię naszła wena xD PS; To jest ta „oryginalna”, pierwsza Amanda xD ;*
13 grudnia 2009 o 20:24
UsuńJa tam na filmach nigdy nie ryczę xDFajnie. Podczas gdy TY sobie oglądałaś Szekspira, ja ten rozdział pisałam xD
~Amanda
Usuń13 grudnia 2009 o 21:50
Wiesz, ten film był taki fajny, że nawet bym Ci pozwoliła przełożyć pisanie rozdziału na koniec filmu. Byłoby trochę późno, ale cóż, musiałabyś się poświecić dla sztuki. ;] A tak właściwie, to co, sugerujesz że się obijam, hę? xDPisz pisz! >_<
13 grudnia 2009 o 22:06
UsuńNie, skądże xD Tylko tak. Wy (czytelnicy) siedzicie sobie i kręcicie nosami, że rozdziały za krótkie, za rzadko, etc. A ja się głowię, jak tu powiązać jedno z drugim, jak tu czas znaleźć… żadnej wdzięczności, normalnie xD
~Amanda
Usuń14 grudnia 2009 o 17:42
Że nie ma wdzięczności od razu, oczywiście żem wdzięczna, i wcale nie narzekam. Czy ja narzekam? xDPoza tym wiem jak to jest, bo mam chyba pięćdziesiąt porzuconych opowiadań xD. Tak, jestem leniem, i co z tego, nadrabiam to byciem niesamowitym obiektem badań farmakologicznych względem lenistwa. (I wiem też, że mam trochę nierówno pod sufitem. Nie trzeba przypominać xD)Ale jako że Ty takim obiektem nie jesteś, ciesz się i pisz xD. A ja w między czasie zrobię to przeklęte wypracowanie z literatury. Swoją drogą, kto wymyślił wypracowania. To jedna z najmniej potrzebnych do życia rzeczy na równo z matmą.
14 grudnia 2009 o 20:31
UsuńJa bez zakończenie opowiadania nigdy bloga nie porzucę, choćbym miała zawiesić, zawsze je skończę xD
~Amanda
Usuń15 grudnia 2009 o 19:52
Czuję się teraz oskarżona xD. Trudno. Ja cały czas zmieniam zdanie co do tych wszystkich opowiadań i wiesz, czasem piszę, a czasem nie. I tu Ci dziękuję, że nie zostawiasz nas bez rozdziałów, chociaż zrozumiałabym gdybyś to zrobiła, bo sama to robię – brak czasu, nuda, itd. Mówi się trudno ;). Czy następny rozdział już się wyprodukował? Może byś w nim zamieściła matkę Snape’a co?(Nie wiem czemu tak bardzo chcę coś o Snapie na tym blogu ;L)
15 grudnia 2009 o 20:01
UsuńDzięki za kolejny pomysł xD Cóż, kolejny już prawie jest skończony xD
~Amanda
Usuń16 grudnia 2009 o 18:31
Powinnaś napisać „a wtedy przeszła obok niej dziewczyna przypominająca tłustowłosego nietoperza, która później urodziła Snape’a nękającego świat nie tylko swym wyglądem, ale też wciągającą (lecz męczącą) osobowością.” Po prostu tak to widzę xD. A kiedy się pojawi ten prawie skończony rozdział, hę?
17 grudnia 2009 o 20:11
UsuńHmmm. Jutro na pewno będzie na Selene, bo długo nie pisałam. Postaram się dać w sobotę, ale nie obiecuję. Jeśli sobota nie wypali, to we wtorek xD No i podczas przerwy świątecznej będzie częściej xD
~Mischelle
OdpowiedzUsuń14 grudnia 2009 o 17:11
Notka fajne:) trochę dziwi mnie ten ciągły podziw matki dla córki, ale ma to swoja taka nutkę dla twojego opowiadania. Szablon wspaniały choć troszkę nie odzwierciedla historii ( no chyba, że ja tego nie widzę:D) Czekam na następną notkę:D
14 grudnia 2009 o 20:57
UsuńBędzie odzwierciedlać xD
~alice.
OdpowiedzUsuń15 grudnia 2009 o 14:09
Nie wiedziałam, że dodałaś już notkę! Ugh! ; DDO fuuuj! xD Pięć dni się nie kąpała? ;> Ohh.. to musiała śmierdzieć. xD Ble, ble, ble. ^^Ehm, myślałam, że TO ona będzie chora, a tu takie coś.. No, ale dobra, przeżyję i bez choroby Victorii. xDSuper! <3
15 grudnia 2009 o 18:26
UsuńWiedziałam, że ktoś poruszy ten temat. I już mam nawet gotową odpowiedź. Kąpała się, przecież niedaleko morza byli, nie? xD
~alice.
Usuń15 grudnia 2009 o 21:39
Morze? Ehm, no niech Ci będzie. xD A więc..To ja uważam, że w tym morze było strasznie, ale to strasznie brudne, oraz śmierdzące, więc nic jej to nie dało. xD
15 grudnia 2009 o 22:19
UsuńTom mógł wyczarować wodę do tej beczki xD
~alice.
Usuń15 grudnia 2009 o 22:23
Oj, bo on nie pomyślał. xD Zajęty był . ;PP
15 grudnia 2009 o 22:33
UsuńCzym? xD
~alice.
Usuń15 grudnia 2009 o 22:39
dogadzaniem jej, w każdym sensie tego słowa. xD
16 grudnia 2009 o 15:09
UsuńA kąpiel to niby co jest? Nie dogadzanie? xD
~alice.
Usuń17 grudnia 2009 o 22:49
Musiałabym się nad tym zastanowić. xD Ale on jej dogadzał w „łóżku”, oj znaczy na sianie. xD
17 grudnia 2009 o 23:04
UsuńNo ale przecież widział jej włosy i w ogóle xD
~alice.
Usuń18 grudnia 2009 o 17:42
Ale jemu się podobały takie, nijakie.. xD
18 grudnia 2009 o 20:11
UsuńTo Snape’owi się podobają xD
~alice.
Usuń19 grudnia 2009 o 14:38
dobra. xD W takim razie Riddle coś z głową ma nie tak, więc nie zauważył. xD
19 grudnia 2009 o 18:57
UsuńNie przesadzaj xD
~alice.
Usuń21 grudnia 2009 o 23:18
No przecież staram się. xD
22 grudnia 2009 o 14:16
UsuńDobre chęci to nie wszystko xD
andziaa131@buziaczek.pl
OdpowiedzUsuń17 grudnia 2009 o 11:33
Serdecznie zapraszam na nowy rozdział (corka-ciemnego-zla} Pt. „Walka z Nadzieją” ~Eles.
andziaa131@buziaczek.pl
OdpowiedzUsuń19 grudnia 2009 o 18:13
Serdecznie zapraszam na nowy rozdział {maudit} ~Eles.