W późnych jesiennych
wieczorach spędzanych w szkolnej bibliotece było coś wyjątkowego. Nie wiedział,
czy to przez deszcz bębniący w ciemne okna, czy słabe światło lamp
rozpraszające mrok, czy niewyraźny zarys przejść między regałami, może ta cisza — jeszcze
bardziej przytłaczająca niż za dnia, kiedy pani Mortemore patrolowała każdy
zakątek swego królestwa, a może to wszystko jednocześnie. Tak czy siak Tom
uwielbiał tu przesiadywać, ale tym razem wyjątkowo nie pochłaniał żadnej
piekielnie skomplikowanej książki z Działu Ksiąg Zakazanych.
I wyjątkowo nie był
sam.
Siedzieli razem przy
jednym z ostatnich stolików — pochyleni ku sobie, prawie głowa przy
głowie — i dyskutowali szeptem, by nie zmącić perfekcji nocnej
ciszy.
— Za życia
często tu przesiadywałam — wyznała Helena. Wystarczyło kilka spotkań,
by jej oczy nabrały ciepła, a twarz przestała odstraszać surowością. Na
wspomnienie dawnych czasów zdawała się chyba… uśmiechać. — Oczywiście
nie była to tak zasobna biblioteka, nie mieliśmy też Działu Ksiąg Zakazanych,
ale uwielbiałam ją. Ją i sowiarnię.
— Ja zamiast
sowiarni wolę lochy — wtrącił zaczepnie, a ona zachichotała
protekcjonalnie.
— Jak przystało
na Ślizgona.
I on się zaśmiał.
Czuł na sobie intensywność jej spojrzenia, więc pozwolił się obserwować, niby
bezwiednie bawiąc się piórem. W rzeczywistości chciał, by patrzyła. Chciał dać
jej wrażenie sprawowania kontroli, odkrywania go, bo tylko w ten sposób miał
szansę pozyskać zaufanie Heleny Ravenclaw, choć i ona intrygowała go. Była w
pewnym sensie odmienna od reszty duchów, z którymi rozmawiał — inaczej
niż oni obchodziła się z tematem własnej śmierci. Do tej pory nie poruszyła
tego tematu, choć wiedziała — lub domyślała się — że Riddle
poznał już tę historię. I zdecydowanie wolała słuchać, więc Tom pozwalał, by
słuchała.
Podniósł wzrok, a jej
uśmiech zmienił się.
— Zapytaj mnie o
to — rzekła w końcu.
Wyjątkowo nie
przewidział, co miała na myśli.
— O co?
— O Slytherina. — Widząc
zaskoczenie na jego twarzy, dodała, a zrobiła to z wyraźną satysfakcją: — Zauważyłam,
że od jakiegoś czasu wyłazisz ze skóry, by ze mną o nim pomówić.
Spuścił wzrok z tym
typem zakłopotania, jakim zawsze urabiał podstarzałe nauczycielki. Zawsze
działało i podziałało tym razem.
— To naturalne,
że uczeń chciałby dowiedzieć się czegoś o założycielu swojego domu…
— Zgadzam się — przyznała.
Dał jej chwilę na
napawanie się wyższością. Niech jej się wydaje, że Tom nie może się doczekać,
że pragnie, by mu opowiedziała — choć rzeczywiście bardzo chciał tych
opowieści.
— Jaki
był?
Serce mimowolnie przyśpieszyło,
gdy czekał, aż dziewczyna zbierze myśli. Poprawiła się na ławce jak wzorowa
uczennica w trakcie odpowiedzi. Policzki lekko jej pociemniały, oczy zrobiły
się duże i rozmarzone. Wspominała z przyjemnością.
— Znałam go jako
dojrzałego, nieco zgryźliwego czarodzieja, ale za młodu był ponoć bardzo szarmancki.
I przystojny — zaczęła i prawie natychmiast urwała, mierząc Riddle’a
badawczym spojrzeniem. — Był jak ty. Z zewnątrz trochę cyniczny,
niezbyt rozmowny, ale po bliższym poznaniu czarował dobrymi manierami. Nie
znosił, gdy było nie po jego myśli. Zawsze odludek, w latach młodości
przyjaźnił się z Gryffindorem, ale najlepiej porozumiewał się z moją matką.
Oboje byli bardzo oczytani, inteligentni, nieco na uboczu. — Pochyliła
lekko głowę, oczy jej rozbłysły. — Plotkowano, że przed założeniem
szkoły, gdy byli jeszcze młodzi, mieli romans, ale zawsze temu przeczyli.
Przez chwilę śmiali
się oboje, jakby znali się od lat, choć akurat perypetie miłosne Czwórki
Hogwartu nie ciekawiły ani tym bardziej nie bawiły Toma. Chciał
przykładów, że Slytherin naprawdę był jak on.
— Czyli znali
się przed?
— O tak — przytaknęła
żarliwie. — Podróżowali wspólnie przez jakiś czas, a moja matka mocno
wpłynęła na Slytherina. Głównie w temacie przedmiotów, ale i dostępności do
edukacji. Slytherin początkowo uważał, że nie tylko mugolaki, ale i kobiety z
niezbyt majętnych rodzin nie powinny uczyć się w szkole. Twierdził, że wiedza
przekazywana z pokolenia na pokolenie przez matki i babki wystarczyła, choć
przypuszczam, że chciał utrzymać Hogwart na poziomie elitarnym — nie
tylko pod względem czystości krwi, ale i majątku. Nawet wiele lat później, gdy
chciał się drażnić z moją matką, często poruszał ten temat.
Ciekawość zapłonęła
mu w piersi, ale nie próbował dłużej ukrywać zaciekawienia.
— Jakim był
nauczycielem? Czego nauczał? — zapytał, choć spodziewał się, jaka
odpowiedź padnie.
— Obrony przeciw
ciemnym mocom, choć za mojego życia było w tym znacznie więcej czarnej magii
niż obecnie — odparła bez skrępowania. — Slytherin głosił,
że należy zgłębić ten rodzaj magii przynajmniej w stopniu podstawowym, żeby
skutecznie się przed nią bronić. To również stało się kością niezgody między
nim i resztą założycieli. Ale wtedy granice czarnej magii nie były tak wyraźnie
zaznaczone, a może znosili to tylko dlatego, że tak wiele razem przeszli?
— Myślę — rzucił,
spoglądając na nią poufale i tłumiąc rozbawienie — że przyjaźń jest
zdolna przezwyciężyć nawet największe różnice. Jesteś… niedocenionym skarbem
Hogwartu, Heleno Ravenclaw.
Zauważył w jej oczach
błysk zupełnie żywego uczucia. Uczucia, które ostatecznie unicestwiło resztki
czujności na tej surowej, półprzezroczystej twarzy. Lecz zanim któreś zdążyło
coś jeszcze dodać, na stolik padł strumień zimnego światła i znikąd — prawie
jak duch — pojawiła się przy nich pani Mortemore.
— Proszę stąd
natychmiast wyjść, biblioteka jest już zamknięta — warknęła,
kompletnie nieczuła na przepraszające spojrzenie Toma. — Godziny
otwarcia obowiązują każdego, nawet prefekta naczelnego.
*
Normalnie bałabym się
chodzić sama o tej porze po lochach, ale wszystkie moje dziecięce strachy
skumulowały się w tym, co czekało na mnie w listach. Nie mogąc znieść męki
oczekiwania, wymknęłam się z dormitorium, kiedy pokój wspólny zaczął pustoszeć,
a teraz nie wiedziałam, jak długo krążyłam po celi i próbowałam opanować
galopujące myśli.
Pudełko leżało
niewinnie na podłodze pod ścianą i śledziło każdy mój krok.
Tak, zdecydowanie się
gapiło. I to bezczelnie.
Dwie samotne lampy
dawały niewiele światła, przez co nasza sala do ćwiczeń wydała mi się teraz
bardzo ciasna i absurdalnie przytulna. Zegar przyniesiony przez Avery’ego
wskazywał wpół do dwunastej.
Godzina
duchów, zamajaczyło gdzieś z tyłu głowy, ale nie przeraziłam
się.
Przysiadłam na
krawędzi trumny i drżącą ręką sięgnęłam po pierwszy list. Była lodowata i
spocona, choć o dziwo nie czułam zimna. Tylko serce waliło mi jak szalone w
okolicy przełyku. Wytrzepałam sobie na kolana zawartość pierwszej koperty i
natychmiast spostrzegłam, że wiadomość napisana przez Toma była kopią.
No
tak, logiczne.
I jeszcze z
pierwszego lipca 1973 roku — czyli tuż po zakończeniu piątej klasy.
Coś ścisnęło mnie w żołądku.
Niedługo potem
rodzice zakomunikowali, że ślub z Nicolasem zostanie przyśpieszony, a ja
powinnam mocno ograniczyć kontakty z męską grupą znajomych. Ot tak, jak wtedy
mi się wydawało, bez powodu. Bo prawie zamężnej dziewczynie nie wypadało
spędzać tyle czasu z chłopakami.
Wiadomość okazała się
krótka i dziwaczna, naszkicowana znajomym, eleganckim pismem pełnym zawijasów,
a na dole zamiast podpisu widniało tylko kolega ze szkoły.
Londyn,
1 lipca 1973
Szanowna
Pani Earth Hortus,
Pozwalam
sobie zwrócić się do Pani z uprzejmym pismem po naszym przypadkowym spotkaniu
na stacji King’s Cross. Nie łudzę się, że Pani mnie pamięta i na tę chwilę
pragnąłbym przy tym pozostać, natomiast Pani wdzięk i szyk sprawiają, że nie
mogę przestać o Pani myśleć. Błyszczy Pani na tle innych dam. Nie mogę nie wspomnieć
o szczególnym sposobie dobioru szat i kolorów, które znakomicie współgrają z
Pani niepospolitą cerą, a jednocześnie subtelnie nawiązują do regionu Pani
pochodzenia. Można rzec — szaty godne królowej. Nie chciałbym
zabrzmieć jak przypadkowy pochlebca, których — ośmielę się założyć — jest
wielu w Pani otoczeniu.
Zdobyłem
się na odwagę na tę sowę, ponieważ znam Pani tajemnicę, Earth. Zdaję sobie
sprawę, iż kwestia, której ona dotyczy, jest dla Pani szczególnie wrażliwa, a
waga sprawy — gargantuicznych rozmiarów, niemniej jednak zależy mi,
aby wszystkie osoby w to zamieszane, a które wciąż nie mają o tym pojęcia,
poznały prawdę. Mam na myśli Pani córkę Victorię.
Posługuję
się tym listem jako wyrazem łagodnej sugestii.
Proszę
przyjąć zapewnienie o moim najwyższym szacunku,
kolega
ze szkoły
Przeczytałam to drugi
raz — z jeszcze większym mętlikiem w głowie i ściśniętym gardłem — a
wspomnienie znajomych sylwetek z Hogsmeade przyprawiło mnie o bolesny skurcz
jelit. Natychmiast porwałam następną w kolejności kopertę, ale okazało się, że
znów nosiła na sobie ślad ręki Toma.
Matka nie odpisała.
Z
żalem przyjmuję brak sowy zwrotnej — czytałam. Z
żalem, lecz bez zaskoczenia, choć chciałbym wierzyć, że mój wcześniejszy list
zaginął lub była Pani zbyt zajęta, by naszkicować odpowiedź. Poznałem powód
tajemniczej choroby Victorii i również bym pragnął, by podjęte przez Państwa
środki bezpieczeństwa wynikały z niewiedzy, a nie zatajenia przed nią pewnych
faktów dotyczących jej pochodzenia. Ośmielę się zasugerować rozwiązanie:
zamiast szprycować ją klątwami, bezpieczniejsze dla niej będzie wyznanie prawdy.
W przeciwnym razie następną sowę będę zmuszony skierować do niej, a oboje
wiemy, że tak wrażliwy temat powinien zostać poruszony przez rodziców, nie
kolegę ze szkolnej ławki. A kiedy to zrobię, Victoria pozna całą prawdę na raz — nie
tylko na temat choroby, ale i o całej reszcie, Wasza Wysokość.
Zwrot na końcu
wiadomości wydał mi się osobliwy, lecz tej nie analizowałam już tak dokładnie.
Z bijącym sercem sięgnęłam po trzecią kopertę i w środku odkryłam pergamin
zawierający raczej notatkę niż pełnoprawny list.
Była krótka i sucha,
pozbawiona tych wszystkich ozdobników, jakimi częstował matkę Riddle.
Drogi
Panie,
ma
Pan rację, nie mam pojęcia, kim Pan jest i nie mam ochoty się tego dowiadywać.
Proszę zostawić moją rodzinę w spokoju, a jeżeli w jakiś sposób Panu
uchybiliśmy, proszę przedstawić swoje żądania i nie napastować nas
groźbami.
Earth
Hortus
Odpowiedź na to przyszła
bardzo szybko, bo zaraz na drugi dzień, ale i tu czekało mnie rozczarowanie,
ponieważ karteczka zawierała jedynie dwa słowa: chcę prawdy.
Zniecierpliwiona porwałam piątą kopertę i choć u moich stóp roiło się już od
listów, schludna wieża zdawała się nie maleć.
I czekała na mnie nie
jedna, a dwie takie.
Nie
rozumiem, jakiej prawdy się Pan domaga — matka pisała w
odpowiedzi. Każda rodzina ma prawo do własnych sekretów i nie widzę powodu,
by o ich wyjawianiu miał decydować jakiś „kolega ze szkoły” — ktoś,
kto sam trzyma w tajemnicy swoje personalia. Nie jestem w stanie traktować
poważnie anonimów, które może słać każdy. A stanem zdrowia mojej córki proszę
nie zaprzątać sobie głowy. Jeżeli Panu faktycznie zależy na jej dobru tak, jak
Pan twierdzi, to zapewne Pan wie, że niebawem wejdzie do znakomitej rodziny,
gdzie niczego jej nie zabraknie — bez względu na stan zdrowia.
Jeszcze raz uprzejmie proszę nie mącić jej szczęścia.
Tom zdawał się
świetnie bawić, grając na cierpliwości mojej matki. Znając go, spodziewałam się
jeszcze kilka takich wiadomości, ale następna koperta okazała się znacznie
grubsza — najgrubsza ze wszystkich, jakie do tej pory otworzyłam — i,
co zaskakujące, zawierała jego podpis.
Według daty w rogu
pergaminu wciąż trwały wakacje.
Tym razem już bez żadnych wstępów,
umizgów czy zwrotów grzecznościowych list zaczynał się jak bajka, której
Banialuka nigdy mi nie przeczytała.
Dawno,
dawno temu, za zielonymi wodami Nilu, pod kloszem starożytnych zaklęć i gdzieś
pośrodku złotych piasków Sahary stało Kemmhyt — jedno z czternastu
królestw powstałych po latach wojen i rozpadu Górnego i Dolnego Egiptu. A na
tronie ze złota nie zasiadał żaden król ani żadna królowa, ponieważ jego
prawowita następczyni ponad własne dziedzictwo postawiła brytyjską dekadencję i
męża hazardzistę.
Ma
Pani rację, Earth, każda rodzina ma swoją tajemnicę, a im starsza, tym kryje bardziej
pokręcone sekrety. I może nie poświęciłbym tej konkretnej więcej niż sekundę
zastanowienia, gdyby nie to, że nie dotyczy ona tylko Pani. Victoria ma prawo
znać prawdę. Ma prawo do wiedzy o własnym ojcu, dowiedzieć się prawdy o
własnych korzeniach, poznać swoje imię i, wiedząc to wszystko, podjąć decyzję
odnośnie swojego losu. Pani odrzuciła koronę, ale nie ma Pani prawa odbierać
jej Victorii — a właściwie Dżahmes-Meritamon, jeżeli chcemy być
dokładni. Wiem też, że dziecko, które zostawiła Pani w Kemmhyt, nie jest
prawowitym następcą tronu. I starożytna magia, jaka spowija to królestwo, też o
tym wie i prędzej czy później upomni się o to, co do niej należy. Proszę jej nie
lekceważyć, Earth. Proszę nie ograbiać córki z jej dziedzictwa i, dobrze radzę,
proszę nie lekceważyć tego listu.
TR
Przeczytałam to kilka
razy, czując rosnącą gulę w gardle. W głowie miałam kompletną pustkę. I choć
domyślałam się, że list miał być zrozumiały przede wszystkim dla mojej matki,
nie potrafiłam sobie wyobrazić, by nawet ona dała radę coś z tego wyciągnąć.
Następna koperta
przekonała mnie, że chyba jednak wyciągnęła, ponieważ zawierała jedynie prośbę
o jak najszybsze spotkanie. Tym razem Riddle nie śpieszył się z odpowiedzią,
ponieważ wysłał ją dopiero jesienią z datą najbliższej wycieczki do
Hogsmeade.
Zżerała mnie
ciekawość, do czego doszli na tamtym spotkaniu, ale najwidoczniej nie wszystko
poszło po myśli Toma, bo ledwo miesiąc później wysłał kolejną sowę — również
całkowicie pozbawioną przymilnego tonu.
Chyba
się nie zrozumieliśmy — zakomunikował już w pierwszym
zdaniu. Przyśpieszenie ślubu wbrew woli Pani córki nic nie da, ponieważ do
ślubu i tak nie dojdzie. I tylko od Pani zależy rozmiar skandalu, jakim się to
skończy, ponieważ nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. W Hogwarcie jest
mnóstwo sów — jedną z nich mogę wysłać również do Pani męża, a z
tego, co słyszałem o panu Hortusie, wnioskuję, że również może być
zainteresowany tematem ojca Dżahmes — nim lub rozmiarem jego licznych
krypt w Banku Gringotta.
Matka również
porzuciła okrągłe słówka.
Mój
mąż wie o wszystkim i to wystarczy, ale już rozumiem, skąd to całe zamieszanie.
Żałuję tylko, że nie poprosił Pan otwarcie, to oszczędziłoby nam wielu
nieprzyjemności. Jeżeli Pańskie listy wynikają z problemów finansowych, moja
matka wspierała swego czasu organizacje świadczące wsparcie dla ubogich, ale
uzdolnionych uczniów. Jestem skłonna udzielić Panu każdej formy pomocy, jakiej
Pan potrzebuje.
Opuściłam pergamin. Serce waliło jak
oszalałe. Elementy układanki wciąż się ze sobą nie składały, ale sam fakt, że
matka ukrywała tajemnicę, którą chciała utrzymać za wszelką cenę — nawet
za pomocą przekupstwa — sprawił, że gniew uderzył mi do głowy.
Jestem
skłonna udzielić Panu każdej formy pomocy, jakiej Pan potrzebuje.
Przełknęłam gorycz i
sięgnęłam po list zamykający pierwszą wieżę kopert.
Obawiam
się, że bardzo by Pani chciała tak to rozumieć, ale oboje wiemy, że nie
interesuje mnie złoto. Zdaję sobie sprawę, że pańska sfera jest przyzwyczajona
do takiego rozwiązywania problemów, ale ja nie jestem osobą, którą można kupić.
Wydaje mi się, że podczas naszego spotkania dałem to Pani wyraźnie do
zrozumienia. Obawiam się, że powiedziałem i napisałem wszystko, co powinna Pani
wiedzieć. Reszta zależy od Pani. Proszę się dobrze zastanowić, czy chce Pani
zaprzepaścić resztkę reputacji, jaka została Pani rodzinie. Ma Pani czas do
końca ostatniego semestru. Później to ja wyjawię Dżahmes całą prawdę, wszystko
bez wyjątku, a wtedy straci Pani córkę na zawsze.
PS
Do małżeństwa z Rowdym i tak nie dojdzie. Z czystej życzliwości radzę zawczasu
odwołać tę farsę.
Na to nie przyszła
już żadna odpowiedź, choć Tom wysłał do domu ojca jeszcze dwie sowy, w których
przypominał o upływającym czasie. Dopiero na trzeciej kopercie zobaczyłam
znajome TR, Hogwart. Przebrnęłam przez gorzkie żale matki spowodowane
nieudanym ślubem, złośliwości Toma dotyczące romansu z egipskim arystokratą,
straszenie Riddle’a zaprzepaszczeniem dobrze zapowiadającej się kariery i to
przeciąganie liny trwało aż do czerwca 1974.
Drzwi skrzypnęły po
mojej prawej.
Nerwy miałam pod wierzchem i to pod ich
wpływem natychmiast zerwałam się na nogi. Wyszarpnęłam różdżkę z kieszeni, ale
w progu stał nieruchomo tylko autor tego całego zamieszania. W żółtym świetle
samotnej lampy wyglądał jak widmo z tą swoją bladą twarzą i czujnymi,
błyszczącymi oczami, które spuścił w dół na podłogę na — jak się
okazało — upuszczone przeze mnie listy.
— Jak ci się
podoba urodzinowy prezent? — zapytał cicho i wsunął się do środka,
zamykając za sobą drzwi.
Tak
na wszelki wypadek, przemknęło mi przez myśl.
— Jak mi się…
podoba? — wydukała. Miałam trudności ze skleceniem zdania. — Myślałam,
że ty i moja matka… że wy…
Dopiero teraz
pozwolił sobie na cień uśmiechu. Przeszedł przez salę i schylił się, żeby pomóc
mi pozbierać rozsypane kartki.
— Że co? Że coś
nas łączy?
— Tak, a zamiast
wyjaśnień dajesz mi pudło jakichś niestworzonych historii, jakieś… nie
rozumiem, coś o starożytnych krainach, o romansach mojej matki… Tam nic się nie
trzyma kupy…!
Przerwał
porządkowanie kopert. Oczy błyszczały mu intensywnie jak w długo tłumionej
ekscytacji, która nareszcie znalazła ujście.
— Jak to nic? — zapytał
szeptem. — A te wszystkie znaleziska w domu twojej babki? Zaginione
dziecko na fotografii? Twoja niby-choroba, to, jak przez całe życie traktował
cię ojciec? W mojej opinii wszystko do siebie pasuje. A znając prawdę,
księżniczko Dżahmes-Meritamon, to zaskakujące, jak słabo twoja matka to
zamaskowała. Wystarczyło pięć minut w jej głowie na dworcu King’s Cross.
Chwycił moją rękę,
ale instynktownie ją wyszarpnęłam. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego i
nie było to ani trochę przyjemne. Mieszanina zniecierpliwienia, niedowierzania,
frustracji, przerażenia i czegoś niedokończonego — jak gdyby Riddle
wyrwał mnie z transu. Pierwszy raz czułam się poirytowana jego obecnością.
Chciałam, by ze wszystkiego się wytłumaczył i jednocześnie nie dopuszczałam do
siebie żadnego słowa, które tam padło.
Żadnego z wyjątkiem
tego o ojcu.
— Mogłeś się
pomylić — wychrypiałam.
— Dobrze wiesz,
że nie. Od dawna czułaś, że coś jest nie tak. Powiedz mi, że nie.
Patrzyliśmy sobie w
oczy — on już zupełnie spokojny, ja coraz bardziej sparaliżowana
kotłującymi się emocjami. Zmęczenie z sekundy na sekundę podbijało
derealizację, tak, że postać Toma zaczęła wydawać się nieprawdopodobna,
dziwaczna, a mdłe światło zdawało się falować, absurdalnie wpływając na
wrażenie zakrzywienia czasu.
Czułam się tak,
jakbym spędziła w tej celi całe życie i nic poza nią nie istniało.
Musiałam na chwilę
ukryć twarz w dłoniach, żeby odciąć się od atakujących mnie z każdej strony
bodźców, ale gdy po chwili podniosłam głowę, płomień lampy migał niecierpliwie,
Ślizgon wciąż klęczał naprzeciwko mnie, a listy wystawały mu z rąk niczym
olbrzymi bukiet piwonii. Na czole Riddle’a pojawiła się bruzda zwiastująca
zniecierpliwienie, ale prawie natychmiast zniknęła i twarz na powrót stała się
niewzruszona.
— W takim razie
skończ listy, a później porozmawiamy — rzekł, wyraźnie siląc się na
spokój. — Dochodzi pierwsza, połóż się spać, a jutro…
— Nie — przerwałam
mu zapalczywie. Czułam się, jakbym miała gorączkę. — Nie. Muszę to
skończyć… przeczytać od razu. Zostaw mnie samą. Proszę.
Ostatnie słowo
wydusiłam z trudem, bardziej automatycznie niż z chęci, bo w tym samym momencie
odkryłam, że wcale nie czułam potrzeby, by Tom nie poczuł się urażony. I chyba
naprawdę się tak nie poczuł, bo skinął tylko głową i bez żalu opuścił
celę.
— Dlaczego? — zawołałam,
nim drzwi się zamknęły.
Nie wiedziałam
dlaczego co. Dlaczego zburzył mi spokój w życiu? Dlaczego dopiero teraz?
Dlaczego nie zabrał oferowanego złota? Tom przystanął z ręką na framudze i
spojrzał z ukosa bez śladu ironii.
— Musiałaś
poznać prawdę. Bez względu na to, co z nią zrobisz, masz prawo wiedzieć.
— Tak
po prostu?
— Tak
po prostu.
I odszedł, tak, jak
tego chciałam.
Godzina
duchów, rozbrzmiało mi ponownie w uszach, kiedy w celi znów
zapanowała głucha cisza.
Odetchnęłam i
usiadłam na podłodze, nie dbając o kurz i zimno kamienia. Jeszcze chwilę
wcześniej bardzo chciałam wrócić do czytania, ale teraz nie miałam pojęcia, jak
się za to zabrać. Czułam się potwornie rozbita. Jak w zwolnionym tempie
sięgnęłam po kopertę ze szczytu drugiej kolumny — tym razem
zaadresowanej do Wool’s.
Nie pamiętałam, czy
kiedykolwiek przeczytałam jakąś książkę na jedno posiedzenie, ale znów wpadłam
w trans i kwadrans po drugiej skończyłam. W pudle nie został ani jeden list. Z
dalszych wiadomości nie dowiedziałam się niczego nowego, choć w pewnym momencie — możliwe,
że po konsultacji z ojcem — matka próbowała w odwecie szantażować
Toma, który szybko jej uświadomił, że nie powinna tego robić.
Nikogo
w towarzystwie nie zaskoczy kolejny romans Pani męża, ale spodziewam się, że
chyba wszyscy wolelibyśmy, by tożsamość aktualnej kochanki pozostała tajemnicą.
Zwłaszcza teraz, kiedy wokół nazwiska Hortus zebrało się sporo kontrowersji.
Córka pracująca w podłej knajpie na Nokturnie, zrujnowany ślub, wesele
pierworodnego syna — romans pana domu z charłaczką byłby doskonałym
zwieńczeniem sezonu. Proszę więcej nie węszyć i skupić się na własnym sumieniu.
Z przykrością muszę Panią powiadomić, że czas się kurczy. Jeżeli chce Pani
zrobić to po swojemu, proszę się nie ociągać.
Nie mogłam uwierzyć,
że matka nie poznała się na Tomie po tej trwającej półtora roku korespondencji.
Naprawdę wierzyła, że nie będzie miał odwagi mi powiedzieć. Do ostatniego dnia,
do samego końca, nawet w Prince Village, nie zająknęła się na temat jakiegoś
sekretu. Spławiła mnie, gdy zapytałam o Dianę, powieka jej nie drgnęła, kiedy
opowiadałam o moim pobycie w domu babci Jane.
A no właśnie, babcia
Jane.
Jeszcze jedno
ukłucie.
Ona też nic nie
powiedziała, choć przecież nienawidziła Hortusów. Widziała, jak traktował mnie
ojciec, krytykowała Rowdych i moje małżeństwo z Nickiem, a nie powiedziała ani
słowa. Nie wierzyłam w historię o ukrytych na pustyni państwach. Zaginione
księżniczki i starożytne królestwa są tylko w bajkach, ale to, co Riddle pisał
o moim ojcu… i to, że matka ani raz nie zaprzeczyła…
Nie musiałam się nad
tym zastanawiać, bo w tym jednym wszystko pasowało.
Ostatnia koperta
zawierała kopię listu Toma, ale w środku znajdowała się wyłącznie prośba o
kolejne spotkanie oraz data ostatniej wycieczki do Hogsmeade. Tamtej
wycieczki. Co ustalili? Cokolwiek to było, przeważyło szalę, ponieważ na dnie
kartonu nie znalazłam już niczego. Żadnej prośby, żadnego ostrzeżenia o
kończącym się czasie ani tym bardziej o zmianie terminu wyjawienia sekretu.
Kręciłam się jeszcze
chwilę po komnacie i dopiero w momencie, kiedy lampy wypaliły się na tyle, że
słowa zaczęły zlewać mi się w całość, pozbierałam z ziemi wszystkie listy i
wyślizgnęłam się na korytarz.
Spodziewałam się, że
po takich rewelacjach nie będę mogła zasnąć, zwłaszcza że gdy wracałam do
ciemnego dormitorium, litery migały mi przed oczami, a w uszach natarczywie
szumiało, ale wystarczyło, że przyłożyłam głowę do poduszki, bym natychmiast
odpłynęła.
Wtorek był
ciężki.
Najpierw spóźniłam
się na wróżbiarstwo, podczas eliksirów spaliłam bazę swojego antidotum, a na
koniec zapomniałam tłumaczenia na starożytne runy, ale nie przejęłam się
dodatkowym fragmentem tekstu, jaki dostałam do przełożenia na następną lekcję.
Sen nie przerwał wczorajszej derealizacji, a ja tkwiłam w tym dziwnym
otępieniu, zamknięta między codziennym szkolnym życiem i treścią listów.
Dopiero gdy podczas obiadu Mulciber palnął głośno, że wczoraj musiałam z kimś
mocno zabalować, natychmiast ucięłam to błaznowanie — o dziwo — obrzuciwszy
go zupełnie trzeźwym, ostrym spojrzeniem.
Nie potrafiłam
wyrzucić z głowy tych dziwacznych rewelacji. Trzymałam się kurczowo myśli, że
to jedynie głupi dowcip, choć dobrze wiedziałam, że takie żarty nie były w
stylu Riddle’a.
Żarty
może nie, ale przecież niejednokrotnie uciekał się do paskudnych działań, żeby
kogoś zmanipulować.
Kogoś tak, ale nie
mnie.
Czyżby?
No dobrze, ale jaki
miałby w tym cel? U Riddle’a zawsze wszystko było po coś.
I wtedy podstępny
głosik w głowie się zamykał. Bardzo chciałam dostrzec w tym wszystkim jakąś
logikę, ale im mocniej się w to zagłębiałam, tym bardziej traciło sens.
Nawet gdyby, ZAŁÓŻMY — kłóciłam
się sama ze sobą — to Kemchet, jak zwał, tak zwał, istniało, a matka
należała do „rodziny królewskiej”, już dawno wyrzuciłaby ojca z domu albo sama
by się wyniosła, nie byłaby zależna od Hortusa i nie pozwoliłaby, aby tak mnie
traktował. Nie. Nawet jeżeli w dawnych czasach Egipt podzieliły jakieś wojny,
nie miało to żadnego związku z Hortusami, Hanifami ani Prince’ami, a wszystkie
ekscentryczne przedmioty, jakie widziałam w domu babci, należały do dziadka
Lawrence’a.
Siedziałam w
bibliotece nad nietkniętym tłumaczeniem i mieliłam to w nieskończoność, gapiąc
się pusto w krople spływające po szybie. Ocknęłam się dopiero w momencie, gdy
na mój stolik padł długi cień.
— Skończyłaś? — zapytał
Tom, a ja nieprzytomnie skinęłam głową.
Pergamin, nad którym
ślęczałam, był zupełnie pusty.
Nie pytając o
pozwolenie, Riddle spoczął na krześle po drugiej stronie, ale poczułam, że to
właśnie on był osobą, którą chciałam przy sobie mieć. Nawet jeżeli mielibyśmy
milczeć, choć milczenie w tej sytuacji wydało mi się jeszcze bardziej
obciążające. A Ślizgon jakby to przewidział, bo nie czekał, aż pierwsza się
odezwę, wychylił się tylko nieco do przodu i wskazał długim palcem na stronę
zapełnioną runami, spod której wystawał rożek Historii powszechnej Afryki
Percivala Foggingtona. Poczułam ciepło oblewające policzki.
— Tam niczego
nie znajdziesz — dodał i wyciągnął z torby opasłą, styraną życiem
książkę w grubej oprawie.
Bez słowa wzięłam ją
do ręki. Na okładce widniał sztampowy do bólu obrazek słońca wyłaniającego się
zza trzech piramid, a pod nimi rozciągał się napis: Czternaście Królestw — Historia
Starożytnego Egiptu Barnaby Cogswella. Zdumiona zajrzałam do środka i
pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to charakterystyczna pieczęć z nietoperzem,
jakie widywałam już wcześniej w grymuarach z antykwariatu przy ulicy
Śmiertelnego Nokturnu.
— Może tego nie
zauważyłeś, ale nie żyjemy w starożytności — zakomunikowałam martwym
głosem, a oczy Toma rozbłysły.
— Jesteś
ostatnio wyjątkowo przekorna — rzucił złośliwie i uśmiechnął się
kątem ust. — Wystarczyło, byś dostała w spadku dom, trochę złota i
robisz się skostniała jak cała reszta wyższej sfery.
Nie poruszyło mną to
tak, jak oczekiwał, ale wystarczyło, żebym westchnęła i zatrzymała książkę. W
głowie myśli obijały się o siebie, próbując wyciągnąć z tego całego chaosu
jakąś wiarygodną wymówkę, byle tylko nie konfrontować się z kolejnym faktem. Z
niechęcią przewróciłam pierwszą stronę na spis treści, a niepozorny podręcznik
do historii wydał mi się nagle czymś piekielnie skomplikowanym, niemożliwym do
ogarnięcia.
Tego było za
dużo.
— Mam dużo nauki — zaczęłam. — Chyba
nie muszę ci przypominać, że w tym roku zdajemy owutemy…
— Przeczytaj to — przerwał
mi z tym samym zapałem co wczoraj. — A później zapytaj Hortusa o
swego prawdziwego ojca.
— Ale… — Urwałam,
widząc, że zaczynał zbierać się do wyjścia. Ogarnęła mnie panika. — Ale
obiecałeś, że najpierw my porozmawiamy…!
Nie rozumiałam,
dlaczego nadal uśmiechał się w ten sposób — pobłażliwie jak do
dziecka, które nie chciało przyjąć do wiadomości, że po nocy następował dzień,
a po dniu noc.
— Dopóki nie
uwierzysz, ta rozmowa nie będzie miała sensu — rzekł. — Spodziewałem
się, że nie uwierzysz mi na słowo. I bardzo dobrze.
Posłałam mu długie,
rozpaczliwe spojrzenie, ale nie potrafiłam temu zaprzeczyć. Znów miał rację.
Zrezygnowana wypuściłam ciężko powietrze. Przypuszczałam, że odejdzie, ale
kiedy podniosłam głowę, nadal tam stał i patrzył tak, jak gdyby dokładnie tego
się spodziewał. I chyba naprawdę tak było.
Mój umysł doznał
nagłego przebudzenia.
— Stąd ten
fałszoskop? — spytałam cicho i choć Riddle nie przytaknął, znałam
odpowiedź. — Ale… niby jak miałam się tego wszystkiego
domyślić?
— To nie był
znak dla ciebie, tylko dla niego — odparł bardzo z siebie zadowolony. — I
chyba podziałał, co?
Tym razem odszedł na
dobre, więcej się nie oglądając, a chwilowa cisza, jaka zapanowała w mojej
głowie przez tę krótką rozmowę, znów została wyparta przez drażniące brzęczenie
myśli. Kolejny raz boleśnie odczułam śmierć Jane. Chociaż — teraz miałam
już pewność — i ona trzymała przede mną to wszystko w tajemnicy,
intuicja podpowiadała mi, że ostatecznie babcia zdobyłaby się na szczerość.
Nie byłam w stanie
przestać odtwarzać w głowie tamtej sceny zaraz po pokazie hipogryfów i w końcu
cierpki uśmiech zadrgał mi na ustach. Ach, Riddle, Riddle. Jak zwykle wszystko
przewidział — jakby urodził się pieprzonym wróżbitą.
Ponownie spojrzałam
na brzydką okładkę z piramidami i z dławiącym uczuciem niepokoju otworzyłam na
drugiej stronie, gdzie widniał podtytuł pierwszej części: Górny i Dolny
Egipt — historia Trzech Rozłamów.
*
Październik powoli
dobiegał końca. Deszcz zacinał o ciemne, strzeliste okna, wiatr szalejący na
błoniach odzierał drzewa z resztek czerwonych i złotych liści, zwiastując
nadejście jeszcze bardziej mokrego i zimnego listopada. Choć pogoda nie
zachęcała do wyściubiania nosa z dormitorium, cała szkoła postanowiła spędzić ten
dzień na zewnątrz, walcząc z wichurą na szczytach trybun otaczających boisko do
quidditcha.
Tom nie pojmował tej
fascynacji. Tak naprawdę nigdy nawet nie próbował.
Do Holu Hieroglifów,
którym spacerował, nie docierały żadne dźwięki z zewnątrz. I choć Riddle nie
był sam, od wysokich ścian odbijały się echem wyłącznie odgłosy jednej pary
stóp. Czuł na sobie intensywny wzrok Heleny i wiedział, że lada moment podzieli
się z nim czymś, co, jak sądziła, zaskoczy go. I stało się dokładnie tak, jak
przewidywał. Kiedy tylko przysiedli na murku w wąskiej wnęce, dziewczyna zagadnęła:
— Wiedziałeś, że
za tamtym filarem znajduje się ukryte przejście, które prowadzi do dormitorium
Ślizgonów?
Uśmiechnął się do
niej zaczepnie. Siedzieli tak blisko siebie, że ramię Ravenclaw nachodziło na
jego, sprawiając wrażenie, jakby zanurzył je w lodowatej wodzie. Nigdy nie dał
Helenie tego odczuć, choć dreszcze nieustannie przebiegały go po plecach.
Kolejna słabość do wyeliminowania — ludzki,
upadlający brak odporności na zmiany temperatur.
— Myślisz, że w
jaki sposób się wymykam? — zapytał. — Przez sześć lat udało
mi się poznać wiele sekretów tego zamku. Żałuję, że został mi na to jeszcze
tylko rok.
Udawał, że patrzył
przed siebie, ale zdążył spostrzec, jak kąciki półprzezroczystych ust opadły — leciutko,
prawie niedostrzegalnie, ale na tyle wyraźnie, by nadać tej pięknej, surowej
twarzy onieśmielający wyraz.
Riddle polubił te
spotkania — mimo wszystko, choć on sam starał się nie myśleć w ten
sposób o ludziach, z którymi miewał takie spotkania. Mógł kogoś podziwiać,
cenić, pożądać, ale lubić?
Nie. To kolejna
obrzydliwie ludzka cecha — również do wyeliminowania.
A jednak rozmowy z
Heleną, choć początkowo miały być jedynie zwykłą koniecznością na drodze do
celu — okazały się naprawdę przyjemne. I nie tylko dlatego, że miała
miły dla ucha, spokojny, niski głos i urokliwą aparycję. Umysł Ravenclaw
intrygował go. Tom starał się żyć dobrze z każdym znaczącym duchem Hogwartu i
żaden z nich nie uchronił się od wpływu wieków, które uczyniły z nich
komicznych dekadentów.
Ona była inna. Na
tyle inteligentna, że wszystkie rozmowy w pewnym sensie stanowiły dla niego
wyzwanie — coś, czego Riddle nie doświadczał, dyskutując z żywym
towarzystwem. Teraz, kiedy czuł, że była wobec niego znacznie mniej nieufna,
chętniej poruszał tematy założycieli i tego, jak w praktyce uprawiano magię za
czasów jej życia. Dzisiaj również o to zagaił, a Ravenclaw — jak
każdy duch, któremu okazywano zainteresowanie wydarzeniami sprzed śmierci — szybko
się rozchmurzyła. Nawet brwi utraciły swoją charakterystyczną surowość, gdy
zaczęła opowiadać o własnych eksperymentach z zaklęciami.
— W czasach,
kiedy żyłam, istniało znacznie mniej formułek — ciągnęła. — Magia
była mocno intuicyjna, tym bardziej, że różdżki w biednych rodzinach nie były
powszechne. Po części ze względu na dostępność, nie przypominam sobie, by w
Wielkiej Brytanii istniał ktoś poza Ollivanderami, kto tworzyłby różdżki… ale i
ceny. Dzisiejsze siedem galeonów to nic. Zanim powstał Hogwart, jeszcze w
dzieciństwie mojej matki, wiem, że w ubogich rodzinach można było sobie
pozwolić najwyżej na jedną różdżkę, z której korzystał gospodarz. Oczywiście
dla Slytherina takie wykluczenie było czymś abstrakcyjnym.
Stłumił pragnienie
pociągnięcia tematu swego przodka.
— Ostatnio cenię
sobie magię bezróżdżkową. To dość odświeżające — rzekł, a ona
przytaknęła z zapałem. — Zazdroszczę ci, że mogłaś obserwować rozwój
magii. Coraz łatwiejszy dostęp do różdżek, wzrastającą i przemijającą
popularność zaklęć, kształtowanie się całych pokoleń uczniów… Nie wyobrażam
sobie na to lepszego miejsca niż Hogwart.
— Wszystko ma
swoje plusy i minusy.
Uśmiechnęła się blado
i choć nie wyglądała, jakby ją to uraziło, zdał sobie sprawę, że jednak nie
była tak twarda, jak chciała, by o niej myślał.
— Och…
przepraszam za mój brak wyczucia — dodał szybko, udając skrępowanie. — Ale
ostatnio czuję, wybacz mi śmiałość, że jest między nami jakieś…
porozumienie.
Z powagą wytrzymała
jego wzrok, choć półprzezroczyste policzki pociemniały nieco, tak, że
prześwitujące przez nią hieroglifowe płyty stały się prawie niewidoczne.
— Bez obaw, nie
jestem przewrażliwiona na punkcie własnej śmierci — odparła. — Nie
żyję od prawie dziewięciuset pięćdziesięciu lat, możesz sobie wyobrazić, że
zdążyłam przyswoić ten fakt. Chciałabym, by inni byli tak nietaktowni jak
ty.
A jednak pozwoliła
sobie na cień ironii.
Nie odpowiedział od
razu. Obrócił się tylko bokiem i jego kolana przeniknęły przez jej. Kolejny
lodowaty dreszcz. Tom wychylił się lekko, tak, że nie miała dokąd uciekać przed
jego przenikliwym spojrzeniem, choć wyglądało na to, że Helena wcale nie
zamierzała uciekać.
— Tylko ci się
tak wydaje. Doszukujesz się we mnie dobrych cech, bo jesteś szlachetna i pełna
dobroci, ale ja jestem Ślizgonem z krwi i kości — odparł prawie
szeptem, a atmosfera między nimi zgęstniała. Resztki uśmiechu spełzły z twarzy
dziewczyny, ramiona uniosły się jak pod wpływem ciężkiego westchnienia, gdy
wpatrywali się w siebie z pełną fascynacji intensywnością, dopóki Riddle nie
dodał: — Jestem chorobliwie ambitny, egocentryczny i zuchwały. I
zawsze dostaję to, czego chcę. Bez względu na koszty.
W oczach Heleny
błysnął brak zgody na to, co powiedział — jak w oczach wielu głupich
dziewczyn, które przez lata próbowały go zmieniać i naprawiać, bo uczucia
odbierały im zdolność racjonalnego myślenia. I jakoś żadnej się nie udało, choć
Tom — dokładnie tak, jak mówił — wiele zyskiwał dzięki tym
znajomościom. Nie skłamał. Do tej pory każda, która myślała, że będzie w stanie
go uzdrowić, płakała. A te najbardziej przyziemne, racjonalne płakały
najbardziej.
Oczywiście
zaprzeczyła, a kiedy się zaśmiał, i na jej twarzy pojawiło się coś na kształt
wstydliwego uśmieszku, jakby zdała sobie sprawę z rejonów, w jakie zmierzała
ich rozmowa.
— Nigdy nie
widziałam u ciebie czegoś podobnego — powiedziała.
— Cieszę się, że
masz o mnie tak dobre zdanie — wyznał. Spostrzegł delikatny ruch,
więc i on wychylił się jeszcze w jej stronę, nie spuszczając wzroku z tych
zmrużonych, wpatrzonych w niego oczu. Ciężar intymności między nimi wydawał się
niemal fizycznie odczuwalny i Riddle już wiedział, że to był ten moment.
Przełknął szybko i dodał z wahaniem: — Od dawna zastanawiałem się,
czy…
Urwał przekonująco
zmieszany.
— Czy? — ponagliła
go cicho.
— Mogę? — zapytał
i wolno sięgnął po białą dłoń spoczywającą na podołku dziewczyny.
Długie, zgrabne palce — bardzo
podobne do palców Ślizgona — drgnęły, ale Ravenclaw jej nie cofnęła.
W pełnej napięcia ciszy patrzyła, jak ręka chłopaka zatrzymała się na
półprzezroczystym grzbiecie i zaczęła delikatnie sunąć to w górę, to w dół,
jakby w pierwszej niepewnej pieszczocie, która — choć nie niosła ze
sobą niczego więcej poza kolejną falą przejmującego zimna — Helenie
musiała sprawić przyjemność. Dostrzegł to na jej ciemniejącej twarzy, w
delikatnym zaciśnięciu ust, a w oczach pojawił się ten sam blask pożądania,
jaki widywał tak często w dziesiątkach innych oczu. Tym razem jednak nie
przypieczętuje tego tak jak zwykle, ale było coś ekscytującego w koncepcji tej
platonicznej relacji.
Wyzwanie.
~*~
To nie był łatwy
rozdział, ale jestem zaskoczona, że uwinęłam się z nim tak szybko. Muszę
częściej pisać na sceny, a nie na słowa, dużo szybciej mi wszystko idzie.
Powoli wkraczam w świat łatania dziur fabularnych i konieczności zapamiętywania
wielu małych duperelek, które będą potrzebne za kilkadziesiąt rozdziałów, bo
sobie w gimnazjum wymyśliłam światotwórstwo, zamiast trzymać się świata Rowling
jak normalna autorka fanfików. XD
kroliki505@vp.pl
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 18:31
Pierwsza xD. Liz Schmitt
22 grudnia 2009 o 22:03
UsuńBrawo xD
kroliki505@vp.pl
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 18:38
Super notka xD. Liz Schmitt
22 grudnia 2009 o 22:04
UsuńJednym słowem O.o”
~wiki-pedia
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 18:48
Druga ????
22 grudnia 2009 o 22:04
UsuńOui xD
~wiki-pedia
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 19:12
Łaaaaaał ……fajną mają babcię xD Hehehehe…..Holy-Dolly xDD Fajny szablon ;]
22 grudnia 2009 o 22:05
UsuńMoja babcia jest fajniejsza, dzisiaj wywaliłam jej kwiatek przez przypadek i strasznie się ziemia nasypała na podłogę, a ta spokojnie powiedziała, żebym przyniosła odkurzacz xD Za to moja mama by chyba dostała wścieklizny xD
~alice.
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 19:13
aaa! xD Dedykacja dla mnie? ;> Dziękuję, dziekuję! ;**Facetka z sierocińca chce bawić się w P-prostytutkę? ;dd / A fuu! fuu! ;pCiekawe jak babcia zareagowałaby, gdyby dowiedziała się, że jej wnuczka spała chłopakiem, a w dodatku była w ciąży. xD Ah, to musiałby być niesamowity widok. xDBosskie! <3
22 grudnia 2009 o 22:06
UsuńPoplułaby się i tyle xD
~alice.
Usuń22 grudnia 2009 o 22:07
a ja myślałam, że z łóżka spadłaby. xD
22 grudnia 2009 o 22:14
UsuńŻeby tylko tyle xD
~Natka
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 19:36
Cudowne… Jakoś niedobrze mi się zrobiło, gdy usłyszałam o rudej i obrzydliwym staruchu… Mam nadzieję, że jego żona się dowie i z nim skończy!
22 grudnia 2009 o 22:08
UsuńNo właśnie, miałam takie samo odczucie, kiedy to pisałam xD Ale wiesz, nie można pisać tylko o przyjemnych rzeczach xD Earth nie może z nim skończyć, gdyby mogła, już by to dawno zrobiła. Chcesz znać różnicę ich wieku? Za sekundę zalinkuję drzewo genealogiczne, to będziesz wiedzieć, kto z jakiego jest pokolenia xD Victoria i tak miała dobrze, bo kazali jej wychodzić za mąż za faceta o 1 rok starszego xD
klaudia1009@autograf.pl
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 20:13
możesz mi powiedzieć jak ja albo ty, to robisz, że muszę zawsze natrafić na ten moment, kiedy zmieniasz szablon?
22 grudnia 2009 o 22:13
UsuńNie wiem, ale i tak nie trafiłaś centralnie, bo po pierwsze mój specjalnej troski brat: a. nie dał mi dokończyć linkować szablonub. prawdopodobnie usunął mi drzewo genealogiczne, które robiłam przez półtorej godziny. Zawieszam tego bloga. Mam dość.
~Olka
OdpowiedzUsuń22 grudnia 2009 o 22:07
Fajny rozdział i ładny szablon…….Ale byłaby wpadka,jakby go żona przyłapała na zdradzie.Czekam na ciąg dalszy.Pozdrawiam.
22 grudnia 2009 o 22:13
UsuńWiększa by była, gdyby Holly i Henryk wpadli xD
~Monsmornia
OdpowiedzUsuń23 grudnia 2009 o 01:27
Ha!Jak zwykle notka wręcz wspaniała.Ta scena trochę obleśna, ale cóż.Masz talent pisarski.Czekam na kolejną notkę i życzę wesołych świąt.
23 grudnia 2009 o 09:00
UsuńObleśna? Żeby tylko… xD
~Amanda
OdpowiedzUsuń23 grudnia 2009 o 12:04
No tak, pan Hortus nie próżnuje. A tej godnej pani spodobał się najstarszy zawód świata. Tez uważam ze jest do niego wprost stworzona xDTa scena była trochę przerażająca. ;) Ale wiesz, przynajmniej nie było to szczegółowo opisane xD. Mam pytanie; czy ta pani użyła jakiejś antykoncepcji? Czy może zadecyduje się zajść w ciąże? ;PAha, a w tym drzewie genealogicznym naprawdę jest napisane ze Vicky i Tom maja córkę o imieniu Katy, czy zupełnie oślepłam?PS; śliczny szablon :)
23 grudnia 2009 o 12:19
UsuńRzadnego azbezpieczenia! Całkowity spontan xD Tak, mają córkę. Każdemu mam mówić, że ten „+” coś ma im pówić? To znaczy, że to jest to dziecko, które nie żyje. Jeszcze Victoria nie wie, że to była dziewczynka i że da jej tak na imię, ale się dowie. Za kilka rozdziałów xD Więc ci, którzy to drzewo nieszczęsne widzeli, są jakby do przodu xD
~Amanda
Usuń23 grudnia 2009 o 16:33
Niezły plan! ;) Podoba mi się. W ogóle ciąża w literaturze jakoś mi przypadła do gustu. A czy za te parę rozdziałów mogę liczyć na nową ciążę? Prooooszę? Jak dla mnie to może być nawet Dippet! (Tylko czy on ma macicę, oto jest pytanie xD)
23 grudnia 2009 o 16:41
UsuńNo bez przesady. Możesz liczyć, ale nie tutaj. Na innym opowiadaniu. Zgaduj, w którym i kto xD
~Amanda
Usuń24 grudnia 2009 o 15:15
Um… Selene Snape?? xD Prawdopodobne…
25 grudnia 2009 o 09:22
UsuńOna, czy ktoś z jej otoczenia? xD
~Amanda
Usuń25 grudnia 2009 o 16:11
Z otoczenia? Naprawdę? xD
~Amanda
Usuń25 grudnia 2009 o 16:12
… może jej tatuś…? :P
25 grudnia 2009 o 19:27
UsuńTak, tatuś zajdzie w ciążę. Strzelaj dalej xD
~Eles.
Usuń27 grudnia 2009 o 12:07
Um, Charity, czy jak tej namolnej blonfynie tam jest! Rany Boskie … Jakoś nie wyobrażam sobie Snape’a mówiącego do różowego bobaska „A gugugu! Ktio jeśt tiutaj tiaki śłodziutki?” … Nie no, brak słów xD
27 grudnia 2009 o 16:05
UsuńA ja potrafię sobie to wyobrazić, i, wierz mi, jest to bardzo zabawna wizja xD
andziaa131@buziaczek.pl
OdpowiedzUsuń28 grudnia 2009 o 21:02
Serdecznie zapraszam na nowy rozdział {corka-ciemnego-zla} Pt.: „Mój Dracula” ~Eles.
~Ironiczna.
OdpowiedzUsuń28 grudnia 2009 o 23:47
SPAM! Nie boisz się szczerości? Chcesz zobaczyć opinię o Twoim blogu bez „ochów” i „achów” ? Od krytyki nikt jeszcze nie umarł… Wejdź i zgłoś się! http://www.oceny-may.blog.onet.pl
~Merimaat
OdpowiedzUsuń20 sierpnia 2011 o 15:56
Twoje pomysły nie należą do banalnych. Babcia, wiecznie skarżąca się na zdrowie już zyskała moją sympatię. Ojciec jest okropny, jak mógł zdradzić własną żonę? Ja chyba nigdy nie pojmę takich osób.Victoria jest strasznie zbuntowaną nastolatką, co momentami nieco wkurza, ale może w tym jej urok.Pomysł z chatką i tymi wyprawami Toma całkiem, całkiem. :)
21 sierpnia 2011 o 18:10
UsuńHmm, powiem tak – staram się wplatać w opowiadania jak najdziwniejsze rzeczy i sytuacje, bo to się staje ciekawe, może nieco kontrowersyjne, ale mimo wszystko – ciekawe.