17 stycznia 2010

28. Partnerzy w zbrodni

 

Karta, która wypadła mi z koperty na kolana, była co prawda może nieco zbyt różowa i ozdobna jak na Gaby, ale zaproszenie prezentowało się naprawdę zgrabnie i nowocześnie. Na wspomnienie tego, co w zeszłym roku odebrał z drukarni mój ojciec, wciąż robiło mi się niedobrze. 

Państwo Taciturn mają zaszczyt zaprosić na kameralne przyjęcie z okazji zaręczyn ich córki Gabrielli Taciturn z panem Julianem Fawleyem, które odbędzie się dnia dwudziestego szóstego grudnia o godzinie siódmej wieczorem w rezydencji rodzinnej przyszłej panny młodej, Taciturn Park. 

Oderwałam wzrok od tekstu i natychmiast natknęłam się na okrągłe z przejęcia oczy koleżanki. Wyglądała jak artystka oczekująca na opinię krytyka. 

— I jak? — zapytała na płytkim wdechu. — Przyszło przedwczoraj. Ostateczną akceptację zrzuciłam na rodziców, a Julianowi to wszystko jedno. Zależało mi, żebyś dostała jako pierwsza. 

Zrobiło mi się dziwnie słodko i ciepło, kiedy to powiedziała, a jednocześnie nie byłam w stanie spojrzeć jej po tym w oczy. 

 — Och… dziękuję — bąknęłam, wpatrując się w karteczkę. Gorąco na twarzy świadczyło o niechcianym rumieńcu zalewającym policzki. — Mogłaś dopisać mnie do zaproszenia rodziców… 

— Nie mogłam cię zaprosić razem z rodzicami! — zawołała ze śmiechem. — Jesteś przecież teraz wielką panią Hortus, dziedziczką Prince Village! 

Uśmiechnęłam się kwaśno, czując się jeszcze bardziej nieswojo. Dyskretnie się rozejrzałam, żeby się upewnić, czy nikt nie usłyszał, jak Gaby rozprawia o „wielkiej dziedziczce”, ale po naczelnych plotkarzach Slytherinu nie było już śladu. Przy wszystkich czterech stołach zostały spóźnialskie niedobitki i starsi uczniowie cieszący się wolnymi godzinami. 

— Oczywiście przyjdę — odpowiedziałam, starając się nie myśleć o ostatniej sowie. 

— Spójrz, możesz zabrać osobę towarzyszącą. Jaką tylko chcesz — wtrąciła, dźgając palcem dół zaproszenia. 

Diabelski głosik z tyłu głowy natychmiast zakomunikował, że to idealna okazja na wywołanie zamieszania, ale od czasu tamtego krępującego spotkania z Tomem przeszła mi ochota na skandale. 

— Przyjdę sama — oświadczyłam bez żalu. 

— Szkoda, ale łapię. Na twoim miejscu chyba też wolałabym nie dolewać oliwy do ognia. Rodzice już ustnie zaprosili Rowdych… 

— Zrozumiałe — przerwałam jej szybko, widząc, jak zaczęła się wiercić. — Uważam, że to bardzo dobrze, że tak szybko znalazł sobie nową narzeczoną. 

— Tak, tak… — mruknęła, po czym nagle poweselała. — A ja chciałabym cię poprosić, żebyś została moją pierwszą druhną. 

Natychmiast zapomniałam o zakłopotaniu i spojrzałam zdumiona na Gaby. Uśmiechała się, zagryzając wargi i wstrzymując oddech — jeszcze bardziej przejęta niż dziesięć minut temu, kiedy wręczała mi zaproszenie. 

— P-pierwszą druhną? — wydukałam tylko. — Jestem zaskoczona… 

— To nie bądź! To dzięki tobie wybrałam Juliana! Nie wyobrażam sobie innej głównej druhny. 

— Ja… — Przełknęłam, czując narastające przerażenie. — D-dobrze… to znaczy… Tak, zostanę twoją pierwszą druhną, dziękuję. Tylko może nie opowiadaj tej historii na przyjęciu… 

Urwałam, bo Gaby pisnęła i wychyliła się, żeby mnie przytulić. Znieruchomiałam w jej ramionach, ale nie wydawała się skrępowana moją sztywną reakcją, wciąż przejęta zbliżającym się przyjęciem. Ani się spostrzegła i już w następnej chwili gadała jak najęta o ozdobach, życzeniach co do pogody i problemach z krawcową, choć półtora roku temu śmiała się z Ivy, która robiła to samo. Nie miałam wiele do powiedzenia na ten temat, ale z przyjemnością słuchałam tych wynurzeń, zastanawiając się, czy kiedykolwiek sama doznam tego samego — ekscytacji na myśl o własnym ślubie.

Sama perspektywa świąt w domu rodzinnym sprawiała, że brzuch bolał mnie z nerwów. Do Bożego Narodzenia został dokładnie miesiąc, a kiedy Dafne przewróci w swoim kalendarzu ostatnią kartkę, wiedziałam, że to moment i trzeba będzie zacząć pakować kufry. 

Starałam się tego nie analizować, zwłaszcza że dziś wypadało moje pierwsze spotkanie z Tomem. Przeżywałam déjà vu, zmierzając wieczorem do jednej z opuszczonych klas w lochach — tej samej, w której w zeszłym roku ćwiczyliśmy oklumencję. Naszej klasy — jak zwykłam ją nazywać. 

Spodziewałam się, że już go tam zastanę, ale nie. Poza kilkoma ławkami i krzesłami stłoczonymi w jednym miejscu pod ścianą powitały mnie tam tylko girlandy pajęczyn i znajomy smród stęchlizny zmieszanej z kurzem. 

Nie musiałam jednak długo czekać, bo ledwo wysunęłam sobie jedno z krzeseł i rozebrałam się do spódnicy i koszuli, zawiasy skrzypnęły ochryple i do celi wsunął się Tom. Nie wyglądał, jakby się śpieszył. Omiótłszy z nostalgią wzrokiem wszystkie kąty, zaszczycił mnie spojrzeniem zapowiadającym dobrą zabawę. 

Dobrą zabawę, choć niekoniecznie dla mnie. 

— Czym jest ta druga „niespodzianka”? — zapytałam bez ostrzeżenia, zanim zdążył się przywitać. Zaskoczony uniósł brwi, więc dodałam szorstko: — W zeszłym roku mówiłeś, że kiedy opanuję oklumencję, czekają mnie dwie niespodzianki — rozumiem, że jedna z nich to te informacje, które rozpieprzyły moje poczucie tożsamości. A jak będę grzeczna, coś mi pokażesz. Co to jest? 

Zlustrował mnie wyzywająco, a kącik ust drgnął mu kpiarsko i już wiedziałam, że nie będzie poważny. 

— Ostatnio byłaś zdecydowanie niegrzeczna, więc mogę pokazać ci coś innego, jeśli chcesz — wtrącił, a mnie podskoczyło ciśnienie. 

I wcale nie z powodów, jakich oczekiwał. Spiorunowałam go surowym spojrzeniem, które oczywiście nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. 

— Chyba cofnęłam się w czasie do 1973 roku, bo słyszę Nicka i jego kumpli z drużyny — oznajmiłam. — Wystarczyło powiedzieć, że to jeszcze nie czas. Z tego, co pamiętam, miałeś mi pomóc opanować legilimencję. 

Tym razem i on zaczął się rozbierać — powoli i z charakterystyczną sobie nonszalancją, która dziś wyjątkowo działała mi na nerwy. Skrzyżowałam ręce na piersiach, czując rosnące napięcie. Nie potrafiłam opanować podrygującej stopy. 

— To będzie trudniejsze niż oklumencja — zaczął nieco podniesionym głosem, kładąc torbę i złożoną w kostkę szatę na krześle tuż obok mojej. — Znacznie trudniejsze. Będzie bolała cię po tym głowa, a kiedy nauczysz się, jak wchodzić i wychodzić z ludzkich głów, będziesz przytłoczona wszystkim, co tam zobaczysz i usłyszysz. Samo poruszanie się po umyśle jest trudne, bo umysł jest jak labirynt. Łatwo się zgubić, a kiedy w grę wchodzi obrona, walka o jej sforsowanie przypomina pojedynek. 

Skinęłam sztywno głową, starając się ignorować narastający ból brzucha. 

— Rozumiem ideę nauki wchodzenia, ale nie miałam pojęcia, że muszę nauczyć się wychodzić. Myślałam, że po prostu cofa się zaklęcie — powiedziałam, a mój głos wydał mi się nagle jakiś odległy i obcy. 

Riddle uśmiechnął się paskudnie. 

— Mówiłem, że to dużo trudniejsze. Jeżeli nie zajdziesz daleko, oczywiście możesz po prostu „cofnąć zaklęcie”, ale w czytaniu ludzkich umysłów chodzi głównie o to, żeby te osoby nie zorientowały się, że to robisz. Zwykłe przerwanie połączenia jest wyczuwalne. — Urwał, jakby oczekiwał, że będę drążyć, ale milczałam, więc ciągnął dalej. — Legilimencja jest płynna, ale teoretycznie możemy określić jej dwa rodzaje. Każdy czarodziej pragnący posiąść zdolność kontroli ludzkich umysłów będzie dążyć do jak najlepszego opanowania legilimencji intuicyjnej, czyli do nauki czytania człowieka. To nie tylko przeglądanie wspomnień z przeszłości, ale i słuchanie myśli, przeżywanie tych samych uczuć, inaczej mówiąc — poznanie całej percepcji. My jednak zaczniemy od legilimencji aktywnej. Jest łatwiejsza i opiera się głównie na rzucaniu zaklęcia. Formułkę już znasz. 

Wcale mnie to nie pocieszyło. 

— Nie uważasz, że to trochę niesprawiedliwe? — zapytałam. — Większość ludzi nie stosuje żadnej ochrony. Ćwiczenie na tobie trochę mija się z celem, skoro muszę nie tylko nauczyć się samego zaklęcia, ale i przebijania się przez ochronę? Dobrze wiesz, że nie mam żadnych szans z tobą wygrać. 

— Na czas ćwiczeń nie będę używał przeciwko tobie oklumencji. Oczywiście tylko na pierwszych poziomach — dodał, a oczy zamigotały mu zuchwale. — Choć nie zakładam, że nawet bez ochrony byłabyś w stanie dotrzeć głębiej. Aktywne próby sforsowania umysłu są łatwiejsze, tak, ale nie aż tak łatwe. Mogę śmiało założyć, że podczas kilku pierwszych spotkań nic się nie wydarzy. Będziesz sfrustrowana, ale to dobrze. 

Zanim w ogóle pozwolił mi spróbować, zrobił długi, szczegółowy wykład z praktycznymi wskazówkami dotyczącymi tego, jak się przygotować i jak ćwiczyć na co dzień, bo — podobnie jak podczas nauki oklumencji — sztuka przenikania do ludzkich myśli wymagała przede wszystkim ogromnej dyscypliny, skupienia i opanowania. Próby ataku i jego odparcia były tak naprawdę pojedynkiem na siłę woli. Pomagało skonkretyzowanie przedmiotu, który chciałam obejrzeć, a także utrzymywanie kontaktu wzrokowego i tortury, ale na samą myśl, że miałabym spróbować zrobić Tomowi to, co w zeszłym tygodniu zrobiłam Mulciberowi, żołądek kurczył mi się boleśnie. 

— Ostatnim poziomem — najbardziej skomplikowanym i pożądanym przez legilimentów — kontynuował — jest ingerencja w myśli swojej ofiary. Kontrola umysłu, podsyłanie fałszywych wizji i uczuć, czyli kontrola w białych rękawiczkach. 

— Czy to znaczy, że można w ten sposób… zmusić kogoś, żeby zrobił to, co chcesz? Coś jak Imperius? 

— W dużym uproszczeniu, ale jest w tym finezja, której brakuje Imperiusowi i wszystkim pochodnym, ponieważ zaszczepienie fałszywego wspomnienia lub uczucia jest jedynie trąceniem pierwszego klocka domino — wyjaśnił. — Cała reszta dzieje się sama, w pełni zależna od osoby, którą chcesz kontrolować, a jeśli zrobisz to dobrze, jest właściwie niewykrywalne. Żadnych skutków ubocznych. Ale to długa droga, nie ma przejścia na skróty. Jeżeli nie masz żadnych pytań, możemy zaczynać. 

Nawet jeżeli coś mglistego kłębiło mi się między uszami, natychmiast zniknęło, wystarczyło, że stanął z rękami splecionymi przed sobą. Bez różdżki. Bez czegokolwiek, czym mógłby się obronić, z głową lekko pochyloną i wzrokiem mówiącym: chodź i spróbuj, a się przekonasz. 

Widząc go takiego, wolałam, by wyciągnął różdżkę. 

— L-Legilimens — bąknęłam zupełnie zbita z tropu i oczywiście nic się nie wydarzyło. 

Wbrew temu, czego się spodziewałam, nie utrudniał, nie przerywał kontaktu wzrokowego. Czekał cierpliwie, nie komentując moich żałosnych prób wdarcia się do jego głowy. W pewnym momencie zaproponował, bym spróbowała zrobić to w sposób niewerbalny, ale z jednakowym skutkiem. Tylko głowa rozbolała mnie jeszcze mocniej — zgodnie z jego zapowiedzą, a był to ból, jakiego do tej pory nie doznałam, nawet podczas ćwiczenia oklumencji. Głęboki i przenikający, jakby ktoś wbijał mi igły w mózg. Tysiące igieł, jedna po drugiej. Już rozumiałam, dlaczego sztuka czytania w myślach nie cieszyła się popularnością, ale jednocześnie nie potrafiłam przestać, dopóki Riddle tego nie przerwał. 

— Wystarczy — zakomunikował. 

W dobrym momencie — ból był tak silny, że zrobiło mi się niedobrze. Utrzymanie podniesionych powiek również stanowiło wyzwanie, lecz prędzej zwymiotowałabym tu i teraz, niż pisnęła słowo skargi. Przysiadłam na krawędzi jednego ze stolików, obserwując, jak Riddle szperał za czymś w swojej torbie. 

— Jak mówiłem: to trudne — dodał bez cienia złośliwości w głosie. — Jeżeli cię to pocieszy, to magia umysłu z najwyższej półki. Nawet wielcy czarodzieje pokroju Slughorna nie są w tym biegli. 

— Skąd wiesz? 

— Powiedział na jednym ze spotkań Klubu Ślimaka dwa lata temu. 

W innej sytuacji zapytałabym, jak to możliwe, że wciąż pamiętał taki detal, ale mówienie nasilało kłucie dokładnie w centrum głowy, więc milczałam. Przymknęłam na chwilę oczy, wdychając powoli chłodne, stęchłe powietrze. 

— Wywar Morphei. Radziłbym, żebyś nie nadużywała, jest silnie uzależniający. 

Podsunął mi na wyciągniętej ręce malutką fiolkę pełną mętnego, białawego płynu. Nie bacząc na dalsze sprawianie wrażenia, natychmiast ją porwałam i odkorkowałam. 

— Wiem, jak się z tym obchodzić — odparłam i wlałam sobie zawartość do gardła. Został po tym posmak rozmokniętej kredy, ale po bólu nie został ślad, a głowa zrobiła się przyjemnie lekka. Zignorowałam poczucie, że mogłabym w tym momencie jednym spojrzeniem przebić najbardziej wymyślne tarcze ochronne Riddle’a, obiecując sobie, że zaraz po kolacji położę się spać. — Kiedy następny raz? 

Otaksował mnie badawczo. 

— Wtorek? 

— Wtorek. 

 

*

 

Sprawa zaczynała się przeciągać. 

Nie żeby nie lubił tych ich wieczornych rozmów, owszem, były interesujące, ale czuł, że powoli kurczył mu się czas. Pierwsze nocne przymrozki i listopadowe ulewy nieustannie o tym przypominały. 

Teraz już właściwie nie przestawało padać. Nawet Szkocja nie pamiętała tak fatalnej jesieni, choć oglądanie wichury ze szczytu Wieży Astronomicznej kwadrans przed północą miało swój klimat. Zwłaszcza kiedy robiło się to w towarzystwie ducha.  

Mieli nad sobą niewielkie zadaszenie, ale niewiele pomagało. Deszcz zacinał ostro, ledwo widoczny na tle czarnego nieba. I tylko raz na jakiś czas gęstą, lodowatą ciemność przeszywały bielą ostre zygzaki błyskawic — gdzieś daleko, bardzo daleko na południu. Riddle nie ociekał wodą. Po dżentelmeńsku wyczarował przed nimi niewidzialną tarczę, która odpychała krople, choć przecież nie musiał — ostatecznie Helena nie czuła dyskomfortu wynikającego z bycia przemoczoną. Siedzieli bardzo blisko siebie pod ścianą— tak blisko, że czuł na swoim ramieniu zimno od dotyku jej ramienia. Od tamtego spotkania w Holu Hieroglifów coś się między nimi zmieniło i właśnie to go tak frustrowało. 

No cóż. Żeby wyjąć, trzeba włożyć. 

— Sekret za sekret — odezwał się, patrząc w dal. 

Poczuł na swoim profilu jej zaskoczone spojrzenie. Poznała go już na tyle, by przeanalizować za i przeciw, choć i on wiedział o niej wystarczająco, by zdawać sobie sprawę z trawiącej Helenę ciekawości. Czekał. Odległy huk grzmotów zdawał się narastać. 

— Dobrze. Zaczynaj — zgodziła się zaskakująco miękkim głosem. 

Dopiero wtedy zerknął na nią z ukosa, czując niechciane łomotanie serca. Dobrze wiedział, jak ubrać to w słowa, by wywołać współczucie. Mógł nawet się zgodzić, że już tak bardzo go to nie piekło, ale wciąż nie potrafił nic poradzić na te niechciane ludzkie odruchy. Na to cholerne szybsze tętno i skręcający się żołądek. 

Ale on przecież był kimś więcej niż człowiekiem i nawet jeżeli dręczyły go te obrzydliwe ludzkie przypadłości, potrafił znakomicie je maskować. 

— Jestem Ślizgonem — zaczął — ale nie znam swojego ojca. Wychowałem się…

— …w mugolskim sierocińcu — dopowiedziała, powodując kolejne nieprzyjemne tąpnięcie w jego żołądku. Nie odpowiedział, czując niemożliwy do zatrzymania skurcz na twarzy. A Helenie chyba spodobało się to, co zobaczyła, bo dołeczki w policzkach pogłębiły się w uśmiechu. — Nie tylko ty rozmawiasz czasem z Krwawym Baronem. Wiem o tym od dawna. Jeżeli chcesz usłyszeć mój sekret, musisz dać mi coś innego. Coś, o czym nikt nie wie. 

Natychmiast się opanował. Nie był pewien, co bardziej nim wstrząsnęło — nielojalność Barona czy to, że Helena utrzymała to przed nim w tajemnicy do momentu, kiedy potrzebowała tej informacji. Miała w sobie więcej ślizgońskiej przebiegłości, niż się spodziewał. 

Ale nie więcej niż on. 

Przywołał na twarz najbardziej przekonujący wyraz rozbawienia, którym oszukałby samego Dumbledore’a, a Ravenclaw szybko to podłapała, bo prawie niedostrzegalna zmarszczka na jej czole się wygładziła i dziewczyna wybuchnęła cichym, powściągliwym śmiechem — identycznie jak śmiała się Hortus. Albo Dżahmes, jak już mógł zacząć ją nazywać. 

— Po zakończeniu Hogwartu planuję tu zostać — rzekł. — Jako nauczyciel. Nikomu o tym nie powiedziałem, nawet mojemu opiekunowi na poradach zawodowych. Jesteś pierwsza. 

Dokładnie to chciała usłyszeć, choć poza satysfakcją dostrzegł w tych migdałowych oczach coś jeszcze — błysk nadziei. To przywróciło Tomowi nieco wewnętrznego spokoju, choć na zewnątrz był jak zwykle niewzruszony. Odpowiedział uśmiechem na uśmiech, tak, jak należało zrobić, by dać Ravenclaw do zrozumienia, że wiedział. 

— Sekret za sekret — powtórzył cicho. 

Gdyby miała serce, teraz zapewne trzepotałoby w jej piersi jak ptak wrzucony do klatki. Zaskakujące, w jak ludzki sposób się poruszyła. Jakby wzięła ten jeden uspokajający oddech, jaki się bierze na moment przed wyznaniem czegoś krępującego. A kiedy już otworzyła usta… 

— Zginęłam z ręki Barona, ale to nie jest ani podniosła, ani romantyczna historia — powiedziała w końcu, nie patrząc mu w oczy. — Zginęłam, ponieważ ukradłam mojej matce jeden bardzo cenny przedmiot. Matka wysłała Barona, by mnie odnalazł i przyprowadził z powrotem, ale odmówiłam. Wtedy pchnął mnie mieczem, a kiedy do niego dotarło, co zrobił, odebrał sobie życie. 

W Riddle’u zamarło serce. 

— Co to było? Coś, za co warto było oddać życie? 

— Dobrze wiesz co. 

Wciąż na niego nie patrzyła. Uśmiech zgasł na jej drżących ustach i znów przez dłuższą chwilę Tom słyszał tylko szum deszczu i wycie wiatru. Rozświetlające niebo błyskawice zamarły, jakby zdawały sobie sprawę z powagi rozmowy, której się przysłuchiwały. Podniecenie eksplodowało w żołądku Ślizgona, ale on wiedział, że musiał być ostrożny i delikatny. Cholernie ostrożny i kurewsko delikatny — teraz, kiedy ważyły się losy diademu. 

Nie czuł presji — i wcale nie o dziwo. Robił to już wiele razy i robił to dobrze. 

— To musi być potworne — tkwić tu przez wieki ze swoim oprawcą — wyszeptał ze współczuciem, lecz bez sztucznej ckliwości. Miękko, ale niezbyt miękko. W idealnie wyważony sposób. Helenie wystarczyła jedna kropla. 

— Jak widzisz, nie jestem taka dobra i szlachetna, jak myślałeś. 

Pokręcił głową i obrócił ją tak, że prawie zetknęli się nosami. Teraz już była zmuszona na niego spojrzeć. Prosto w oczy, bez możliwości ucieczki. 

— Taka właśnie jesteś. Głód wiedzy to czysta ambicja, nie ma w tym nic złego. Dobrze to rozumiem — rzekł, po czym uniósł rękę. Powoli, bardzo powoli, zbliżył palce na cal od policzka Heleny, po czym dodał z westchnieniem — ni do niej, ni do siebie: — Tysiąc lat. Śmierć i tysiąc lat… 

Już wygrał. Mówiły mu to te wielkie, migdałowe oczy. 

 

*

 

Znów byłam przed nim. 

Oczywiście chodziło mi po głowie, co tak bardzo zajmowało jego myśli, że notorycznie znikał i się spóźniał, ale po ponad sześciu latach znajomości — intensywnej, nie da się ukryć — nauczyłam się, że chyba wolałam nie pytać. 

I wcale nie dlatego, że byłam jedną z tych dziewczyn, które przymykały oczy na inne. W przypadku Riddle’a zawsze świadczyło to o czymś dużo bardziej mrocznym, a ja ostatnio miałam dość mroku we własnym życiu, by angażować się w cudzy. Nawet przywołałam na twarz coś na kształt uśmiechu, kiedy Ślizgon pojawił się w progu i wcale nie wyglądał na zdyszanego. Wręcz przeciwnie. Prezentował się jak zwykle nienagannie, jak gdyby dopiero co odkleił się od lustra. 

— Znasz datę najbliższej wycieczki do Hogsmeade? — zapytałam. 

— Wycieczki do Hogsmeade? — powtórzył i choć wyjątkowo nie zrobił tego ironicznie, poczułam narastającą irytację, bo wiedziałam, dlaczego to robił. 

— Do Hogsmeade. Jesteś prefektem naczelnym, powinieneś wiedzieć takie rzeczy — odparłam niezbyt uprzejmie, więc dodałam już nieco spokojniej: — Muszę załatwić coś poza szkołą. 

Nie uraził go mój ostry ton, ba, chyba przypadł mu do gustu, bo uśmiechnął się diabelsko, odkładając torbę na przygotowane krzesło. 

— Posmakowałaś w wagarach? 

— To żadne wagary, dopóki nie opuszczam lekcji. To dorosłość, dzięki której, ach, mogę robić różne rzeczy bez proszenia innych o zgodę. 

Zachichotał, ale nie drążył dalej, tylko podał mi datę — czternastego grudnia prawie dokładnie na tydzień przed świętami. Znów poczułam delikatny skurcz w żołądku, ale nie było czasu na rozmyślanie. Riddle już pozbywał się wierzchniej części szaty, więc i ja zrobiłam to samo. Domyślałam się, że przeżywając nieuchronnie zbliżające się ferie w domu, nie zrobię spektakularnych postępów w legilimencji, ale myślami wciąż błądziłam gdzieś w okolicy klubu „Lancelot”, a przez to nasunęło mi się coś jeszcze. 

— Nie zapytałeś, jak poszła rozmowa z ojcem — mruknęłam, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam Toma wpatrującego się we mnie dziwnie przenikliwym wzrokiem. 

Dużo bardziej przenikliwym niż zwykle. 

— Uznałem, że powiesz, kiedy będziesz chciała. 

— Och — wyrwało mi się. To, co go zajmowało, musiało być dużo bardziej mroczne, niż zakładałam, ale i ja nie drążyłam. Powie, kiedy będzie chciał. — No więc… Przyznał się. Ojciec. Hortus… sama już nie wiem. Ale niczego się nie dowiedziałam. Kazał mi rozmawiać z matką. Wygląda na to, że wszystkie drogi prowadzą do niej. Ale zanim się z nią spotkam, przyszło mi do głowy, że może warto jeszcze porozmawiać ze Świerzbkiem. Chciałabym dowiedzieć się czegoś o Dianie. Skoro jest siostrą mojej matki, musi wiedzieć więcej… 

— Dobrze wiesz, że nie uciekniesz od tego. 

Przysiadłam na krawędzi biurka, obejmując się ciasno ramionami. Wiedziałam, że maglowanie tego do niczego nie doprowadzi, ale potrzeba rozmowy na ten temat paliła mnie niczym ogień. 

— Chyba nie pokazała mu całej korespondencji — mruknęłam. — Bez tej całej historii o Kemmhyt, bez zamieszanej w sprawę babci… jakby moja matka przeżyła wakacyjny romans podczas trwania małżeństwa. A jednocześnie… wydawał się tym strasznie przejęty i… i chyba mu ulżyło, że nareszcie może to z siebie wyrzucić. To normalne, że jest mi go żal? 

Spojrzałam na niego z desperacją, choć zdawałam sobie sprawę, że ostatnie, co mogłam ujrzeć w oczach Toma, to współczucie dla Hortusa. I nie pomyliłam się, choć okazał znacznie mniej pogardy, niż się spodziewałam. 

— On też cię oszukiwał — rzekł zimno. — Znęcał się nad tobą, ponieważ nie potrafił poradzić sobie z niewierną żoną. Nie zaprzeczaj, widziałem to. Ostatnie, czego jest godzien, to twojego współczucia.  

Nie było z nim dalszej dyskusji i wcale nie dlatego, że brakowało mi argumentów. Wiedziałam, że miał rację. Czułam w kościach tę niesprawiedliwość, złość na samą siebie, że byłam taka — słaba, naiwna, empatyczna wobec osób, które powinnam już dawno przekreślić. 

Po takiej rozmowie nasza lekcja nie mogła skończyć się inaczej — a raczej to ta lekcja skończyła mnie, tak, że godzinę później jedyna głowa, w jaką udało mi się zaingerować, to moja własna. Miałam nadzieję, że przywyknę do rozrywającego czaszkę bólu, ale nie. Ba, miałam wrażenie, że było jeszcze gorzej, zwłaszcza że Tom poza wywarem Morphei wyciągnął jeszcze paczkę słodyczy. Poczęstował mnie wielką tabliczką czekolady, dając do zrozumienia, że powinnam zjeść całą, podczas gdy on ograniczył się do kociołkowego pieguska. 

— To normalne — obwieścił na widok mojej złej, nadąsanej miny. — Jesteś tak daleko od swojej strefy komfortu, jak się da. Jednorazowe znokautowanie Mulcibera nie sprawi, że nagle z ofiary staniesz się drapieżnikiem. 

— Nie jestem ofiarą — zaprotestowałam automatycznie, ale Riddle tylko wzruszył ramionami, sadowiąc się bezpośrednio na podłodze pod ścianą, więc dodałam: — No dobrze, w takim razie jak mam to zmienić? Nie da się wyrzucić do kosza prawie dwudziestu lat wychowania, określonych wzorców… nie mówiąc o temperamencie. 

— Akurat temperamentu ci nie brakuje — rzekł z błyskiem w oku. — Na twoim miejscu zacząłbym od wyrzucenia z głowy takich pomysłów jak żałowanie Hortusa i chodzenia na paluszkach wokół matki. 

Usiadłam pod ścianą naprzeciwko. 

— Liczyłam na radę w stylu „trenuj to zaklęcie najpierw na żabach, później na myszach, a później możesz przesiąść się na gołębie” — mruknęłam i westchnęłam ciężko, po czym wsunęłam do ust kostkę czekolady i ssałam ją przez chwilę w ciszy, analizując to wszystko. — A ty jak się nauczyłeś? 

— Moja nauka to w pewnym sensie jedna droga — rzekł bez zastanowienia, jakby już dawno miał gotową odpowiedź. — Tam jedno wynika z drugiego. Po prostu eksperymentuję i ty też powinnaś zacząć to robić, jeżeli chcesz widzieć rezultaty. „Zakuwanie” nic ci nie da. Musisz najpierw sama poznać własną moc, swoje silne i słabe strony, a później korzystać z tej wiedzy przy jej rozwijaniu. Owszem, możesz bezmyślnie uczyć się na pamięć inkantacji, ale to nie różni się niczym od przerysowywania tego, co widzisz. Możesz zrobić to mniej lub bardziej solidnie, ale samo w sobie nie ma nic do powiedzenia w temacie sztuki. 

Zmiął w dłoni papierek po kociołkowych pieguskach i wsunął do kieszeni, a ja, chcąc nie chcąc, musiałam przyznać, że był jakiś sens w tym, co mówił, więc przytaknęłam. Z niechęcią spojrzałam na resztę czekolady i zawinęłam z powrotem w sreberko, ale gdy chciałam mu ją oddać, pokręcił głową. Pewien chłód niczym ostrzeżenie błysnął mu w oczach. 

— Zakładam, że tamten przejaw słabości był jednorazowy — powiedział, rozpierając się wygodnie. — To nie przystoi księżniczce. 

Wybuchnęłam nerwowym śmiechem, każąc mu przestać, choć byłam pewna, że nie żartował. 

— Swoją drogą — dodałam, czując, że tylko humor mnie uratuje — jeśli to prawda, to wchodzisz jeszcze głębiej w mezalians. Jak ci się to podoba? 

Sposób, w jaki na mnie po tym spojrzał, dał mi do zrozumienia, że chyba mu się podobało. W każdym razie nie zachowywał się jak ktoś doszczętnie upokorzony, kiedy chwilę później samowolnie rozpinał guziki mojej bluzki. 

I na tym opierały się nasze wszystkie spotkania w lochach. Pieprzyliśmy się, jedliśmy i ćwiczyliśmy legilimencję — to ostatnie z niezmiennie frustrująco marnym dla mnie skutkiem, ale byłam zmotywowana. Nie pamiętałam, bym kiedykolwiek tak pragnęła się czegoś nauczyć. 

A jednak — nie szło mi. Po czwartej lekcji wciąż nie widziałam żadnych efektów i gdyby nie wygrany pojedynek z Mulciberem, znów zaczęłabym podejrzewać, że jednak miałam w sobie coś z charłaka. Podziwiałam Toma za cierpliwość. Ja już dawno ją straciłam. 

Był piątek, dochodziła północ, a ja znów osiągnęłam okrągłe zero. Od jakiegoś kwadransa siedzieliśmy w milczeniu pod ścianą — na wpół rozebrani, stygnąc po kolejnym podsumowaniu jeszcze jednej nieudanej lekcji. Zrobiło mi się przyjemnie błogo, choć surowe, obskurne wnętrze porzuconej klasy było przeciwieństwem przytulności. Długie palce Riddle’a sunęły łagodnie po moim ramieniu, bezmyślnie kolejny raz pokonując tę samą drogę. Oparta plecami o jego klatkę piersiową, czułam jej powolne, rytmiczne unoszenie się i opadanie, ale wiedziałam, że nie spał. Głęboko się nad czymś zastanawiał — zresztą jak i ja, kiedy tylko przytrafiał mi się moment bezczynności. Gdzieś z tyłu głowy wypływały na powierzchnię oglądane setki razy wizualizacje pierwszej rozmowy z matką. Jej zimny, konfrontujący wzrok, nieruchoma twarz, kiedy — jak wiele razy w swojej wyobraźni — domagałam się wyjaśnień. Zdałam sobie sprawę, że im częściej odtwarzałam tę scenę, tym słabiej żołądek wywracał mi się na lewą stronę. 

Tymczasem zalegającą ciszę przerwał pełen zadumy głos Ślizgona. 

— Opowiedz mi o tamtej nocy. 

Drgnęłam zdumiona. Nie musiał mówić jaśniej. 

— Dlaczego? 

— Po prostu. Chcę wiedzieć. 

Znów się zamyśliłam. Nigdy to między nami nie zawisło, może poza tą jedną chwilą na dziedzińcu, kiedy kazałam Riddle’owi się wynosić, kiedy Katy umarła. Czy coś z tego w nim zostało? Wyglądało na to, że tak, skoro pytał, choć już dawno straciłam rachubę, co wynikało z wyrachowania, a co z potrzeby serca. O ile jakąkolwiek posiadał. Uzmysłowiłam sobie, że zrobiło mi się dużo lepiej, kiedy pogodziłam się z tym, że nie miał sumienia. 

— Nie dojrzałeś tego w mojej głowie, chociaż tyle razy w niej grzebałeś? — spytałam z nutką ironii, ale zaprzeczył. 

— Czasem umysł blokuje niektóre wspomnienia. 

Spodziewałam się, że będę potrzebowała odetchnąć. Zastanowić się, skoro te niewypowiedziane słowa i rozgoryczenie siedziały we mnie przez tyle miesięcy, ale odkryłam, że właściwie… nie poczułam nic. Może tylko odrobinę satysfakcji na myśl, że przez chwilę miałam nad nim tę przewagę, wiedząc. 

— Niewiele pamiętam. Właściwie tylko… krew i ciszę. I świadomość, że wszystko muszę zrobić sama — urwałam. Jego dłoń nie przestawała snuć się po moim ramieniu, ale już nie bez życia. Świadomie. — Miałam do ciebie żal. Nadal mam. Właściwie to… nienawidzę cię za to.

— Wiem o tym. 

— Nie dlatego, że do tego doprowadziłeś — dodałam, oddychając szybko. — Tylko dlatego, że zostawiłeś mnie z tym samą. 

Czułam, że już za późno na tę rozmowę. Drzwi zostały zamknięte, a może zawsze były, tylko jedyne, czego pragnęłam, to sprawić, żeby i jego zabolało? Tylko czy sumienie, którego nie miał, mogło boleć? 

— Najwidoczniej tak musiało się stać — powiedziałam szeptem. — Na początku to sobie wyrzucałam, ale teraz wiem, że mogę cię za to winić. I dobrze mi z tym. 

Obróciłam się niezręcznie w jego ramionach, żeby móc na niego spojrzeć, ale o dziwo nie znalazłam tam ani śladu ironii. Zamknął mnie w mocnym uścisku — bez żalu, bez współczucia, jakby i on nie zamierzał napierać na te drzwi. 

— Czeka cię jeszcze dużo trudów, księżniczko Dżahmes-Meritamon — rzekł. 

Roześmiałam się jak zawsze, kiedy zwracał się do mnie w ten sposób. 

— Nie mów tak! To krępujące! — zawołałam cicho, ale nie przestawał, bez przerwy to powtarzał, uśmiechając się podle, więc i ja zaczęłam go przedrzeźniać: — Riddle, Riddle, Tom Riddle! 

Odpuściłam pod wpływem zmieniającego się spojrzenia Ślizgona, ale nie stało się ono bardziej srogie. Wręcz przeciwnie. Przybrało dziwnie łagodny wyraz, nadając jego twarzy pewnej młodzieńczości — jak gdyby Tom Marvolo Riddle naprawdę miał dopiero osiemnaście lat. 

— Nie odrzucaj swojej krwi. Porozmawiaj z matką — powiedział. 

Poruszyłam się nerwowo, jakby coś, co od dawna próbowało ze mnie wyjść, nareszcie znalazło na to sposób. Oddychanie stało się nagle o wiele trudniejsze. 

— Boję się — wydusiłam przez zaciśnięte gardło. Nie byłam w stanie pozbyć się tego nerwowego uśmiechu. 

Zaskakująco — nie obśmiał tego. Powiódł dłońmi najpierw po moich plecach, przez ramiona aż do twarzy. Spokojnie, kojąco — jak nie on, a ja uczepiłam się tego jak obietnicy dającej nadzieję, że to naprawdę dobrze się skończy. 

— Niepotrzebnie. — Nawet głos miał jakiś inny. — Dopuść do siebie, że możesz być kimś więcej niż nauczycielką eliksirów. 

 

*

 

Czuł pewne rozdrażnienie, kończąc ich cotygodniowe spotkanie. Co prawda spuścił niezły łomot Mulciberowi i Avery’emu, ale wyjątkowo bez żadnej satysfakcji. Był z nich zadowolony — choć obaj zgubili po kilka zębów, coraz mniej przypominali chłystków sprzed roku. Robili postępy. Zresztą nie tylko oni, każdy dawał z siebie wszystko, jak gdyby ostatnie miesiące obecności przywódcy w Hogwarcie uświadomiły im, że niedługo wszystko się skończy. 

Uśmiechał się, kiedy o tym myślał. 

Ach, gdyby wiedzieli… chciałby zobaczyć ich miny, kiedy znów go tu zobaczą. Ostatecznie profesor Dippet nie miał powodu, żeby mu odmówić. Ubóstwiał Riddle’a. 

Dziś walczył tylko w ramach rozgrzewki. Dużo bardziej wciągnął się w dyskusję z Traversem na temat nekromancji, a dokładniej ożywiania martwych ciał. Toma od początku pociągała koncepcja armii inferiusów i naprawdę by się zdziwił, gdyby Ministerstwo Magii nie posiadało czegoś podobnego w Departamencie Tajemnic. Oczywiście w szkole mógł tylko pomarzyć o dostępie do książek poświęconych tego rodzaju czarnej magii, ale nic straconego. Na wszystko przyjdzie czas, również na armię żywych trupów. 

W każdym razie jest to pomysł do zapisania na później. 

Zamknąwszy celę za Nottem i Macnairem, zerknął na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Dzisiejszy skład był typowo męski — Bella odrabiała szlaban u woźnego, a Dżahmes wciąż przesiadywała u Slughorna. Od kiedy miał ją regularnie co wtorek i piątek, czuł się znacznie bardziej spokojny, choć ich numerki w kantorku odpowiadały za to tylko w połowie — machina ruszyła i wszystko szło zgodnie z planem. Sam był zaskoczony, ale nie bał się przyznać, że należało mu się. Po półtora roku szarpania się z kretyńskim aranżowanym małżeństwem, ściganiem Rowdy’ego z pałką, podjudzaniem Sokarisa Hortusa i wysłaniu setek sów — w końcu mógł odetchnąć. 

Był pierdolonym mistrzem odroczonej gratyfikacji. 

Zignorował mijane przejście do dormitorium Ślizgonów. Po burzliwych dyskusjach i dudniących nad głową zaklęciach nie miał ochoty na towarzystwo. Powędrował prosto do biblioteki, rozkoszując się ciszą i pomarańczowym półmrokiem opustoszałych korytarzy. Pani Mortemore zmierzyła go badawczym spojrzeniem, gdy pchnął jedno skrzydło ciężkich drzwi. Jęk zawiasów zabrzmiał rozdzierająco na tle cichutkiego skrzypienia stalówek i szelestu kartek. 

Zamierzał zostać tu do zamknięcia i wyjątkowo skupić się na czymś innym niż na nauce, choć testy semestralne zbliżały się wielkimi krokami. Oszacował, że praca nad nowym zaklęciem zajmie mu jeszcze jeden, góra dwa wieczory. Rozkładając sobie książki na jednym z wielu wolnych stolików, czuł się jak pracownik biura reklamowego, ale przecież nie wszystko musiało być mroczne i patetyczne, a jego sympatycy potrzebowali symbolu, który by ich połączył. Czegoś na kształt znaku rozpoznawczego. 

Do kompletu dobrze znanych sobie podręczników dorzucił jeszcze dwa z Działu Ksiąg Zakazanych. Dobrze wiedział, jak połączyć inkantację z efektem, ale Tomowi nie chodziło tylko o to, żeby wyczarować sam wzór. Znak miał przenikać duszę. Zagnieździć się w niej głęboko, w sposób niemożliwy do wyrwania, a następnie reagować. Być poddanym swemu stwórcy. Natknął się kiedyś na wzmiankę o wężu, którego jad nie dawał zabliźnić się ranie — ta koncepcja wyjątkowo przypadła Riddle’owi do smaku i teraz kartkował Najniebezpieczniejsze Trucizny Świata Eliasa Umbraxisa. Gdzieś w środek ktoś wcisnął niechlujnie kartę wypożyczeń i Ślizgon uśmiechnął się kątem ust na widok podpisu na samym dole listy: Victoria Hortus, siódmy rok. Niestety niewiele mu pomogła — oznaczyła rozdział poświęcony truciznom wytwarzanym przez ludzki organizm, ale jakieś dziesięć minut później Tom i tak znalazł to, czego szukał. 

Oczywiście czysty jad był zbyt toksyczny, ale gdyby stworzyć mieszankę, którą można byłoby zakropić wyryty w skórze znak, tak, by ślad nigdy się nie zagoił? By przypominał o lojalności… może ułatwiał komunikację? 

Tak, to był właściwy kierunek. 

Przeczytał niedługi rozdział i szybko spisał na świstku nazwy gatunków. 

Żmija rogata mała, żmija sawannowa, żmija grzechotnikowata afrykańska.

Spodziewał się znaleźć coś na temat w dziale poświęconym magicznym stworzeniom, ale to już nie dziś. Do zamknięcia biblioteki zostało pół godziny, a Tom potrzebował wzoru, który musiał zostać połączony z zaklęciem. 

Poszedł za koncepcją węża. W jego życiu wszystko się do nich sprowadzało — węże szepczące do niego w dzieciństwie, utwierdzające go w jego wyjątkowości, ceremonia przydziału, jego własna krew bezpośrednio związana z Salazarem Slytherinem… 

Przymknął powieki i oczami wyobraźni zobaczył wyraźnie fragment wspomnienia sprzed dwóch lat — przestronną salę skąpaną w mroku i delikatnej, zielonej poświacie. Grube kolumny podpierające sufit okręcone setkami kamiennych węży, w sercu komnaty pod ścianą gigantyczny posąg jego przodka, tak wielki, że sama głowa wypełniłaby pół biblioteki, a potem — pod wpływem szeptu Riddle’a — otwierające się usta. Zgrzyt, a potem olbrzymi wąż wysuwający się z nich na nieruchomą brodę, oplatający sobą głowę, ześlizgujący się z niej, szeleszcząc łuskami o szorstki kamień. Wysuwający się z otchłani gardła Slytherina na podłogę, wprost do stóp Toma, gotów, by mu służyć. 

Coś musnęło kark Ślizgona — chłodne, zwiewne i ulotne. 

Otworzył oczy. Dłoń powędrowała w stronę okładki, którą niby przypadkiem zakrył — idealnie w momencie, kiedy zza jego pleców wyłonił się duch kobiety. Zamiótł majestatycznie kurtyną długich, prostych włosów i opadł z gracją na wolną ławkę po przeciwnej stronie stołu. Dziewczyna jak zwykle czarowała uśmiechem. 

Z wyjątkowym trudem zmusił się, by go odwzajemnić. Nie miał dziś ochoty na jej towarzystwo. 

— Zważywszy na częstotliwość twoich wizyt, zakładam, że przeczytałeś już wszystko, co ma ci do zaoferowania szkolna biblioteka — odezwała się nienaturalnie miękkim głosem. 

— Prawie — odparł krótko. — Ale tylko dlatego, że niektóre przeczytałem kilkakrotnie. 

— Na przykład tę? 

Dotknęła dłonią jego ręki, a on posłusznie ją odsunął, ukazując podniszczoną okładkę z pentagramem i częściowo złuszczone litery układające się w tytuł: Charakter pierwotnych rytuałów. Oczy Heleny nieco się rozszerzyły, choć nie przestawały wpatrywać się w Toma. 

— Będziesz tworzył zaklęcie? — zagaiła. 

Poczuł pierwszy impuls irytacji, ale zdusił go w zarodku. Parsknął cicho pod nosem, może nieco zbyt ironicznie, ale przecież znała go już na tyle, by nie wierzyć w szczerość wszystkich jego anielskich uśmiechów przyklejonych na stałe do ust. 

— Masz mnie — przyznał. 

— Wiesz, że to nielegalne? 

Nie wyglądała na zgorszoną, wręcz przeciwnie — był przekonany, że w jej w oczach błysnęła ciekawość. Pogłębił więc uśmieszek i odparł: 

— Mówiłem, nie jestem tak dobry, jak ci się wydaje. Jeśli mnie złapią, powiem, że mi pomagałaś. 

— Partnerzy w zbrodni — wtrąciła, chichocząc. — Co to będzie? 

— Jeszcze nie jestem pewny. Dopiero zaczynam zabawę z tym rodzajem nauki. Może przypadnie mi do gustu, a może nie, przekonamy się. 

Śledził, jak z cieniem rozrzewnienia przesuwała powoli wzrokiem po otwartych książkach, by na koniec zatrzymać się na różdżce tuż przy nadgarstku Toma. Dziewczyna westchnęła. Jej twarz miała przez moment taki wyraz, jak gdyby Helena zamierzała pochwycić narzędzie. 

— Nawet sobie nie wyobrażasz, jak za tym tęsknię — szepnęła z westchnieniem. Wychyliła się nieco, tak, by podeprzeć się na łokciach. — Nie chcę się chwalić, ale byłam w tym całkiem dobra. Oczywiście daleko mi było do matki, brakowało mi pewnej kreatywności, ale chyba nie trafiłam na zaklęcie, którego nie potrafiłam rozgryźć. I… zdarzyło mi się trochę eksperymentować. Raz czy dwa… 

Nostalgia. Teraz wyraźnie to słyszał. Słodycz cierpienia połączony z cierpkim żalem — mocne, przeszywające uczucie, którego i on w przeszłości doświadczył, a teraz silnie wybijało się z niej. Z odcisku duszy przeżywającego wydarzenia sprzed setek lat. 

Tak silne, że było w stanie wyrwać z nieruchomej piersi Heleny kolejną imitację westchnienia. 

Odłożył na bok znaki, jadowite węże, sięgnął po Charakter pierwotnych rytuałów i otworzył książkę na rozdziale poświęconym magii kamieni. Nie interesowały go ani trochę, ale czuł, że pewnych rejonów zainteresowań nie powinien przed nią odsłaniać. 

— Ceremonialne układy struktur mineralnych. Próbowałaś tego? — zapytał, porzucając swój mglisty ton. — Jest z roku, w którym skończyłaś Hogwart. 

— Och, nie, kamienie to nie mój konik, ale był czas, że pasjonowały mnie rytuały związane z żywiołami — odpowiedziała z ożywieniem, a twarz rozbłysła jej czymś podobnym do perłowej poświaty. — W szczególności woda. To niebezpieczny i często niedoceniany żywioł w magii rytualnej, chociaż ciebie jako Ślizgona zapewne bardziej pociąga ogień. Otwórz tę książkę na rozdziale czternastym. Tak, właśnie tę, Modele interakcji w układach rytualnych. 

Najpierw zalała go skomplikowaną teorią, a później pełna zapału zaczęła snuć opowieść dotyczącą własnych doświadczeń, czego Riddle zawsze chętnie słuchał — były jak okno na świat, do którego nikt nigdy już się nie cofnie. Nie przerywał jej nawet wtedy, kiedy światła między kolejnymi regałami gasły, a skrzypienie butów pani Mortemore stało się jedynym odgłosem naruszającym świętą ciszę jej królestwa. 

Węże i znaki mogły poczekać. 

 

~*~

 

Mam jeszcze dwa rozdziały napisane na zaś, więc wpadną pewnie jeszcze przed NaNoWriMo. Powoli rozpisuję już sobie czasy po Hogwarcie i już się nie mogę doczekać. Czuję, że szkolne obyczaje trochę już mnie ograniczają, ale wiem, że będę trochę za tym tęsknić.

37 komentarzy:

  1. ~wiki-pedia
    17 stycznia 2010 o 14:45

    Kurdeeeee……….. dlaczemu nie pojawiają się moje komentarze.????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 17 stycznia 2010 o 14:50
      Może piszesz niecenzuralne słowa? xD Albo Onet ma przyćmienie jakieś xD

      Usuń
  2. ~Eles.
    17 stycznia 2010 o 14:48

    Łah, dziękuję za dedykację. Tak jakoś czytam, czytam, czytam… I koniec xD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 17 stycznia 2010 o 14:51
      Wiem, że rozdział nieciekawy xD Ale przecież wakacje mają, więc się nudzą xD

      Usuń
  3. ~Nadine
    17 stycznia 2010 o 15:41

    i jak Ci poszły egzaminy? Też pisałam :) rozdział fajny :) dobrze, że Tom i Victoria się pokłócili. Nie pasuje do nich takie ciągłe zgadzanie się ze sobą. :) Będzie druga część, jako potomka Voldzia, czy skończysz na tym??? pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:06
      Nie nażekam, choć pochwalę się, że z polskiego miałam najwięcej z tych trzech egzaminów, bo 41 punktów xD Zastanowię się, czy dać im jeszcze potomka xD Musiałabym chyba napisać jego historię, chyba że dałabym jeden rozdział jako epilog xD

      Usuń
  4. ~Kada113
    17 stycznia 2010 o 16:18

    uh… współczuję wszystkim. osobom piszącym testów i stresu, a pozostałym tego, że pozostali nauczyciele ganiają ich po całej szkole ;) Jak ci poszły? Trzymam za ciebie kciuki. Pomyśleć, że mnie to czeka za dwa lataXD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:09
      Nie narzekam. Ale stresu praktycznie wcale nie miałam, tak jak przed występem na Noworocznym Darze, czy coś… ja w ogóle jestem bardzo spokojna, bezstresowa, że się tak wyrażę xD

      Usuń
  5. ~indecesive
    17 stycznia 2010 o 16:36

    rozdział super, nic dodać nic ująć :) też miałam testy próbne xdd masakra to dopiero bd na prawdziwych. Pozdrawiam i czekam na next ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:11
      Na prawdziwym teście będzie stresik, nie duży, ale będzie xD

      Usuń
  6. ~Olka
    17 stycznia 2010 o 18:00

    Ale ten dom Gantów to ruina,że też Viktoria nie bała się tam wejść…nawet z Tomem.Czekam na next.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:13
      Czego by się miała bać? Ja się tam ruin nie boję xD

      Usuń
  7. ~Monsmornia
    17 stycznia 2010 o 22:38

    Rozdział bardzo spokojny ale ciekawy. Czyli ,że nie zabije jej tylko dlatego żeby przedłużyć ród Slytherin’a ?No cóż ,Tom jest Tomem i grzechem niewybaczalnym było by robienie z niego uczuciowego chłopaczka.Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie wielkiego Lorda Voldemorta bawiącego swoje dzieci.To było by…dziwne a zarazem takie urocze.xD Będę wyczekiwać kolejnego rozdziału.Mnie testy gimnazjalne czekają za rok…ugh. Strasznie się ich boję :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:17
      Zastanawiałam się właśnie, kto by się zajmował dziećmi, gdy bym się zdecydowałą im je w końcu zrobić, jakby już Tom stał się Voldkiem xD Pewnie Śmierciożercy, Bella by mogła karmić piersią xD Ja się tak bałam próbnych, w listopadzie albo w grudniu na przykład, że nie spałam w nocy, ale jak już same testy przyszly, to w ogóle nie było stresu. Nawet powiem szczerze, że na humanistyczny się prawie spóźniłam, bo zaspałam, na matematyczny też, a na angielski utknęłam w szatni, bo nie dałam rady zawiązać butów, taka była podłoga śliska xD

      Usuń
  8. ~Elizabeth Schmitt
    18 stycznia 2010 o 18:05

    Haha, fajne. Ja tam bym nie weszła do tego domu, chyba, że wymagałaby tego moja reputacja xD.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:18
      Etam. Koło mnie jest taki cudny, stary dom, podobno się kiedyś spalił i pijak jakiś tam spłonął ;/

      Usuń
  9. ~Mania
    19 stycznia 2010 o 16:02

    Witam.Obecnie nie mam czasu, ale na pewno bardzo chętnie przeczytam.Grafika bardzo ładna. Zapraszam na http://www.manialand.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  10. ~Amanda
    19 stycznia 2010 o 19:26

    No, oczywiście, że piękny, ale czemu taki krótki?! Acha, i jak napiszesz książkę, to obiecaj mi że mi ją wyślesz, dobrze? I ma, oczywiście, być romantyczna. Uważam że Tom powinien był jej wyznać miłość. Normalna sierota z niego że tego nie zrobił. Przy tej gadce o dziecku był taki idealny moment… Więc Victoria jest już w ciąży? Czy jeszcze nie? I kiedy następny rozdział?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 stycznia 2010 o 20:28
      Jeszcze nie, to ile razy z nim niby spała, odkąd poroniła? Raz? No, góra dwa xD

      Usuń
    2. ~Amanda
      19 stycznia 2010 o 22:00

      Hej, niektóre dziewczyny po pierwszym razie zachodzą w ciążę! To jest bardzo możliwe! I niech będą bliźniaki! Śliczne, słodkie dzieciaczki ;)

      Usuń
    3. 19 stycznia 2010 o 23:10
      No przecież wiem, nie mam 11 lat xD Nieno, jakbyś mi w myślach czytała xD Ale jak bliźniaki, to nie tej samej płci xD

      Usuń
    4. ~Amanda
      20 stycznia 2010 o 17:42

      Okej, zgadzam się. Ale dziewczynkę nazwij Julia. Albo Mira. Albo Lidia. Albo Maja. Albo Marie Jane. Albo po angielsku Lidia, czyli Lydia. xD Ojej ile się tego nazbierało!Napisałaś już następny rozdział?

      Usuń
    5. ~Amanda
      20 stycznia 2010 o 17:42

      Okej, zgadzam się. Ale dziewczynkę nazwij Julia. Albo Mira. Albo Lidia. Albo Maja. Albo Marie Jane. Albo po angielsku Lidia, czyli Lydia. xD Ojej ile się tego nazbierało!Napisałaś już następny rozdział?

      Usuń
    6. 21 stycznia 2010 o 20:32
      Już mam imię xD

      Usuń
    7. ~Amanda
      21 stycznia 2010 o 22:38

      A jakie? Dla dziewczynki czy chłopczyka? :)

      Usuń
    8. 22 stycznia 2010 o 18:01
      Nie powiem xD

      Usuń
  11. ~alice.
    19 stycznia 2010 o 23:26

    No tak. xD Tom ja zwykle szczery. xD „Nie zabiję Cię, po komu zrobię dziecko? ” xD (tak, to sobie przetłumaczyłam. ;dd) Mógłby ją trochę po oszukiwać „kocham Cię!” czy coś. xD chociaż nie, to nie jego styl. xD Blee, blee, blee! Pajęczynyy. ;| Pająki lubię, a pajęczyn się boję. xD Aż mnie zatrzęsło.. ;d super. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~Monsmorde
      20 stycznia 2010 o 01:17

      Bardzo podobają mi się twoje opowiadania.Świetnie przedstawiasz w nich Toma.Tutaj jest taki bardziej ludzki a zarazem pozostaje sobą i ta jego szczerość jest powalająca!W sumie ciekawie by było gdyby mieli dzieci.Juz widzę Voldzia zmieniającego pieluche albo czytającego dzieciom bajkę na dobranoc.haha!Jakież to urocze!(www.sonea-riddle.blog.onet.pl)(www.katherine-prinsley.blog.onet.pl)

      Usuń
    2. 21 stycznia 2010 o 20:44
      Nie lubię, kiedy tak się bohaterom uczucia odbiera xD Jak będziesz chciała, to zobaczysz, jak założę jeszcze jedno opowiadanie, ale Selene Snape muszę skończyć xD

      Usuń
    3. 21 stycznia 2010 o 20:41
      No, właśnie, Tom sobie tak pomyślał, ale powiedział inaczej, żeby mniej bolało xD

      Usuń
  12. ~Jaenelle
    4 lutego 2010 o 12:49

    Fajnie. Mi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
  13. ~Amanda
    7 lutego 2010 o 14:25

    A więc co z nowym rozdziałem, hę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 9 lutego 2010 o 15:12
      Na feriach dodam. Gdyby nie szlaban, to by tutaj był już rozdział numer 32 xD

      Usuń
  14. ~carmen37
    7 lutego 2010 o 21:11

    hah, no to Riddle zaszpanował xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 10 lutego 2010 o 15:10
      Tak jest, osi agn al szczyt lansu xD

      Usuń
  15. Eles____
    14 lutego 2010 o 21:24

    Serdecznie zapraszam na nowy rozdział {corka-ciemnego-zla} Pt.: „Czarne Serce”.

    OdpowiedzUsuń