Karta,
która wypadła mi z koperty na kolana, była co prawda może nieco zbyt różowa i
ozdobna jak na Gaby, ale zaproszenie prezentowało się naprawdę zgrabnie i
nowocześnie. Na wspomnienie tego, co w zeszłym roku odebrał z drukarni mój
ojciec, wciąż robiło mi się niedobrze.
Państwo
Taciturn mają zaszczyt zaprosić na kameralne przyjęcie z okazji zaręczyn ich
córki Gabrielli Taciturn z panem Julianem Fawleyem, które
odbędzie się dnia dwudziestego szóstego grudnia o godzinie siódmej wieczorem w
rezydencji rodzinnej przyszłej panny młodej, Taciturn Park.
Oderwałam
wzrok od tekstu i natychmiast natknęłam się na okrągłe z przejęcia oczy
koleżanki. Wyglądała jak artystka oczekująca na opinię krytyka.
— I
jak? — zapytała na płytkim wdechu. — Przyszło przedwczoraj.
Ostateczną akceptację zrzuciłam na rodziców, a Julianowi to wszystko jedno.
Zależało mi, żebyś dostała jako pierwsza.
Zrobiło
mi się dziwnie słodko i ciepło, kiedy to powiedziała, a jednocześnie nie byłam
w stanie spojrzeć jej po tym w oczy.
— Och…
dziękuję — bąknęłam, wpatrując się w karteczkę. Gorąco na twarzy
świadczyło o niechcianym rumieńcu zalewającym policzki. — Mogłaś
dopisać mnie do zaproszenia rodziców…
— Nie
mogłam cię zaprosić razem z rodzicami! — zawołała ze śmiechem. — Jesteś
przecież teraz wielką panią Hortus, dziedziczką Prince Village!
Uśmiechnęłam
się kwaśno, czując się jeszcze bardziej nieswojo. Dyskretnie się rozejrzałam,
żeby się upewnić, czy nikt nie usłyszał, jak Gaby rozprawia o „wielkiej
dziedziczce”, ale po naczelnych plotkarzach Slytherinu nie było już śladu. Przy
wszystkich czterech stołach zostały spóźnialskie niedobitki i starsi uczniowie
cieszący się wolnymi godzinami.
— Oczywiście
przyjdę — odpowiedziałam, starając się nie myśleć o ostatniej
sowie.
— Spójrz,
możesz zabrać osobę towarzyszącą. Jaką tylko chcesz — wtrąciła,
dźgając palcem dół zaproszenia.
Diabelski
głosik z tyłu głowy natychmiast zakomunikował, że to idealna okazja na
wywołanie zamieszania, ale od czasu tamtego krępującego spotkania z Tomem
przeszła mi ochota na skandale.
— Przyjdę
sama — oświadczyłam bez żalu.
— Szkoda,
ale łapię. Na twoim miejscu chyba też wolałabym nie dolewać oliwy do ognia.
Rodzice już ustnie zaprosili Rowdych…
— Zrozumiałe — przerwałam
jej szybko, widząc, jak zaczęła się wiercić. — Uważam, że to bardzo
dobrze, że tak szybko znalazł sobie nową narzeczoną.
— Tak,
tak… — mruknęła, po czym nagle poweselała. — A ja
chciałabym cię poprosić, żebyś została moją pierwszą druhną.
Natychmiast
zapomniałam o zakłopotaniu i spojrzałam zdumiona na Gaby. Uśmiechała się,
zagryzając wargi i wstrzymując oddech — jeszcze bardziej przejęta niż
dziesięć minut temu, kiedy wręczała mi zaproszenie.
— P-pierwszą
druhną? — wydukałam tylko. — Jestem zaskoczona…
— To
nie bądź! To dzięki tobie wybrałam Juliana! Nie wyobrażam sobie innej głównej
druhny.
— Ja… — Przełknęłam,
czując narastające przerażenie. — D-dobrze… to znaczy… Tak, zostanę
twoją pierwszą druhną, dziękuję. Tylko może nie opowiadaj tej historii na
przyjęciu…
Urwałam,
bo Gaby pisnęła i wychyliła się, żeby mnie przytulić. Znieruchomiałam w jej
ramionach, ale nie wydawała się skrępowana moją sztywną reakcją, wciąż przejęta
zbliżającym się przyjęciem. Ani się spostrzegła i już w następnej chwili gadała
jak najęta o ozdobach, życzeniach co do pogody i problemach z krawcową, choć
półtora roku temu śmiała się z Ivy, która robiła to samo. Nie miałam wiele do
powiedzenia na ten temat, ale z przyjemnością słuchałam tych wynurzeń,
zastanawiając się, czy kiedykolwiek sama doznam tego samego — ekscytacji
na myśl o własnym ślubie.
Sama
perspektywa świąt w domu rodzinnym sprawiała, że brzuch bolał mnie z nerwów. Do
Bożego Narodzenia został dokładnie miesiąc, a kiedy Dafne przewróci w swoim
kalendarzu ostatnią kartkę, wiedziałam, że to moment i trzeba będzie zacząć
pakować kufry.
Starałam
się tego nie analizować, zwłaszcza że dziś wypadało moje pierwsze spotkanie z
Tomem. Przeżywałam déjà vu, zmierzając wieczorem do jednej z opuszczonych klas
w lochach — tej samej, w której w zeszłym roku ćwiczyliśmy
oklumencję. Naszej klasy — jak zwykłam ją nazywać.
Spodziewałam
się, że już go tam zastanę, ale nie. Poza kilkoma ławkami i krzesłami
stłoczonymi w jednym miejscu pod ścianą powitały mnie tam tylko girlandy
pajęczyn i znajomy smród stęchlizny zmieszanej z kurzem.
Nie
musiałam jednak długo czekać, bo ledwo wysunęłam sobie jedno z krzeseł i
rozebrałam się do spódnicy i koszuli, zawiasy skrzypnęły ochryple i do celi
wsunął się Tom. Nie wyglądał, jakby się śpieszył. Omiótłszy z nostalgią
wzrokiem wszystkie kąty, zaszczycił mnie spojrzeniem zapowiadającym dobrą
zabawę.
Dobrą
zabawę, choć niekoniecznie dla mnie.
— Czym
jest ta druga „niespodzianka”? — zapytałam bez ostrzeżenia, zanim
zdążył się przywitać. Zaskoczony uniósł brwi, więc dodałam szorstko: — W
zeszłym roku mówiłeś, że kiedy opanuję oklumencję, czekają mnie dwie
niespodzianki — rozumiem, że jedna z nich to te informacje, które
rozpieprzyły moje poczucie tożsamości. A jak będę grzeczna, coś mi pokażesz. Co
to jest?
Zlustrował
mnie wyzywająco, a kącik ust drgnął mu kpiarsko i już wiedziałam, że nie będzie
poważny.
— Ostatnio
byłaś zdecydowanie niegrzeczna, więc mogę pokazać ci coś innego, jeśli chcesz — wtrącił,
a mnie podskoczyło ciśnienie.
I
wcale nie z powodów, jakich oczekiwał. Spiorunowałam go surowym spojrzeniem,
które oczywiście nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
— Chyba
cofnęłam się w czasie do 1973 roku, bo słyszę Nicka i jego kumpli z drużyny — oznajmiłam. — Wystarczyło
powiedzieć, że to jeszcze nie czas. Z tego, co pamiętam, miałeś mi pomóc
opanować legilimencję.
Tym
razem i on zaczął się rozbierać — powoli i z charakterystyczną sobie
nonszalancją, która dziś wyjątkowo działała mi na nerwy. Skrzyżowałam ręce na
piersiach, czując rosnące napięcie. Nie potrafiłam opanować podrygującej
stopy.
— To
będzie trudniejsze niż oklumencja — zaczął nieco podniesionym głosem,
kładąc torbę i złożoną w kostkę szatę na krześle tuż obok mojej. — Znacznie
trudniejsze. Będzie bolała cię po tym głowa, a kiedy nauczysz się, jak wchodzić
i wychodzić z ludzkich głów, będziesz przytłoczona wszystkim, co tam zobaczysz
i usłyszysz. Samo poruszanie się po umyśle jest trudne, bo umysł jest jak
labirynt. Łatwo się zgubić, a kiedy w grę wchodzi obrona, walka o jej
sforsowanie przypomina pojedynek.
Skinęłam
sztywno głową, starając się ignorować narastający ból brzucha.
— Rozumiem
ideę nauki wchodzenia, ale nie miałam pojęcia, że muszę nauczyć się wychodzić.
Myślałam, że po prostu cofa się zaklęcie — powiedziałam, a mój głos
wydał mi się nagle jakiś odległy i obcy.
Riddle
uśmiechnął się paskudnie.
— Mówiłem,
że to dużo trudniejsze. Jeżeli nie zajdziesz daleko, oczywiście możesz po
prostu „cofnąć zaklęcie”, ale w czytaniu ludzkich umysłów chodzi głównie o to,
żeby te osoby nie zorientowały się, że to robisz. Zwykłe przerwanie połączenia
jest wyczuwalne. — Urwał, jakby oczekiwał, że będę drążyć, ale
milczałam, więc ciągnął dalej. — Legilimencja jest płynna, ale
teoretycznie możemy określić jej dwa rodzaje. Każdy czarodziej pragnący posiąść
zdolność kontroli ludzkich umysłów będzie dążyć do jak najlepszego opanowania
legilimencji intuicyjnej, czyli do nauki czytania człowieka. To nie tylko
przeglądanie wspomnień z przeszłości, ale i słuchanie myśli, przeżywanie tych
samych uczuć, inaczej mówiąc — poznanie całej percepcji. My jednak
zaczniemy od legilimencji aktywnej. Jest łatwiejsza i opiera się głównie na
rzucaniu zaklęcia. Formułkę już znasz.
Wcale
mnie to nie pocieszyło.
— Nie
uważasz, że to trochę niesprawiedliwe? — zapytałam. — Większość
ludzi nie stosuje żadnej ochrony. Ćwiczenie na tobie trochę mija się z celem,
skoro muszę nie tylko nauczyć się samego zaklęcia, ale i przebijania się przez
ochronę? Dobrze wiesz, że nie mam żadnych szans z tobą wygrać.
— Na
czas ćwiczeń nie będę używał przeciwko tobie oklumencji. Oczywiście tylko na
pierwszych poziomach — dodał, a oczy zamigotały mu zuchwale. — Choć
nie zakładam, że nawet bez ochrony byłabyś w stanie dotrzeć głębiej. Aktywne
próby sforsowania umysłu są łatwiejsze, tak, ale nie aż tak łatwe. Mogę
śmiało założyć, że podczas kilku pierwszych spotkań nic się nie wydarzy. Będziesz
sfrustrowana, ale to dobrze.
Zanim
w ogóle pozwolił mi spróbować, zrobił długi, szczegółowy wykład z praktycznymi
wskazówkami dotyczącymi tego, jak się przygotować i jak ćwiczyć na co dzień, bo — podobnie
jak podczas nauki oklumencji — sztuka przenikania do ludzkich myśli
wymagała przede wszystkim ogromnej dyscypliny, skupienia i opanowania. Próby
ataku i jego odparcia były tak naprawdę pojedynkiem na siłę woli. Pomagało
skonkretyzowanie przedmiotu, który chciałam obejrzeć, a także utrzymywanie
kontaktu wzrokowego i tortury, ale na samą myśl, że miałabym spróbować zrobić
Tomowi to, co w zeszłym tygodniu zrobiłam Mulciberowi, żołądek kurczył mi się
boleśnie.
— Ostatnim
poziomem — najbardziej skomplikowanym i pożądanym przez legilimentów — kontynuował — jest
ingerencja w myśli swojej ofiary. Kontrola umysłu, podsyłanie fałszywych wizji
i uczuć, czyli kontrola w białych rękawiczkach.
— Czy
to znaczy, że można w ten sposób… zmusić kogoś, żeby zrobił to, co chcesz? Coś
jak Imperius?
— W
dużym uproszczeniu, ale jest w tym finezja, której brakuje Imperiusowi i
wszystkim pochodnym, ponieważ zaszczepienie fałszywego wspomnienia lub uczucia
jest jedynie trąceniem pierwszego klocka domino — wyjaśnił. — Cała
reszta dzieje się sama, w pełni zależna od osoby, którą chcesz kontrolować, a
jeśli zrobisz to dobrze, jest właściwie niewykrywalne. Żadnych skutków
ubocznych. Ale to długa droga, nie ma przejścia na skróty. Jeżeli nie masz
żadnych pytań, możemy zaczynać.
Nawet
jeżeli coś mglistego kłębiło mi się między uszami, natychmiast zniknęło,
wystarczyło, że stanął z rękami splecionymi przed sobą. Bez różdżki. Bez
czegokolwiek, czym mógłby się obronić, z głową lekko pochyloną i wzrokiem
mówiącym: chodź i spróbuj, a się przekonasz.
Widząc
go takiego, wolałam, by wyciągnął różdżkę.
— L-Legilimens — bąknęłam
zupełnie zbita z tropu i oczywiście nic się nie wydarzyło.
Wbrew
temu, czego się spodziewałam, nie utrudniał, nie przerywał kontaktu wzrokowego.
Czekał cierpliwie, nie komentując moich żałosnych prób wdarcia się do jego
głowy. W pewnym momencie zaproponował, bym spróbowała zrobić to w sposób
niewerbalny, ale z jednakowym skutkiem. Tylko głowa rozbolała mnie jeszcze
mocniej — zgodnie z jego zapowiedzą, a był to ból, jakiego do tej
pory nie doznałam, nawet podczas ćwiczenia oklumencji. Głęboki i przenikający,
jakby ktoś wbijał mi igły w mózg. Tysiące igieł, jedna po drugiej. Już
rozumiałam, dlaczego sztuka czytania w myślach nie cieszyła się popularnością,
ale jednocześnie nie potrafiłam przestać, dopóki Riddle tego nie
przerwał.
— Wystarczy — zakomunikował.
W
dobrym momencie — ból był tak silny, że zrobiło mi się niedobrze.
Utrzymanie podniesionych powiek również stanowiło wyzwanie, lecz prędzej
zwymiotowałabym tu i teraz, niż pisnęła słowo skargi. Przysiadłam na krawędzi
jednego ze stolików, obserwując, jak Riddle szperał za czymś w swojej
torbie.
— Jak
mówiłem: to trudne — dodał bez cienia złośliwości w głosie. — Jeżeli
cię to pocieszy, to magia umysłu z najwyższej półki. Nawet wielcy czarodzieje
pokroju Slughorna nie są w tym biegli.
— Skąd
wiesz?
— Powiedział
na jednym ze spotkań Klubu Ślimaka dwa lata temu.
W
innej sytuacji zapytałabym, jak to możliwe, że wciąż pamiętał taki detal, ale
mówienie nasilało kłucie dokładnie w centrum głowy, więc milczałam. Przymknęłam
na chwilę oczy, wdychając powoli chłodne, stęchłe powietrze.
— Wywar
Morphei. Radziłbym, żebyś nie nadużywała, jest silnie uzależniający.
Podsunął
mi na wyciągniętej ręce malutką fiolkę pełną mętnego, białawego płynu. Nie
bacząc na dalsze sprawianie wrażenia, natychmiast ją porwałam i
odkorkowałam.
— Wiem,
jak się z tym obchodzić — odparłam i wlałam sobie zawartość do
gardła. Został po tym posmak rozmokniętej kredy, ale po bólu nie został ślad, a
głowa zrobiła się przyjemnie lekka. Zignorowałam poczucie, że mogłabym w tym
momencie jednym spojrzeniem przebić najbardziej wymyślne tarcze ochronne
Riddle’a, obiecując sobie, że zaraz po kolacji położę się spać. — Kiedy
następny raz?
Otaksował
mnie badawczo.
— Wtorek?
— Wtorek.
*
Sprawa
zaczynała się przeciągać.
Nie
żeby nie lubił tych ich wieczornych rozmów, owszem, były interesujące, ale
czuł, że powoli kurczył mu się czas. Pierwsze nocne przymrozki i listopadowe
ulewy nieustannie o tym przypominały.
Teraz
już właściwie nie przestawało padać. Nawet Szkocja nie pamiętała tak fatalnej
jesieni, choć oglądanie wichury ze szczytu Wieży Astronomicznej kwadrans przed
północą miało swój klimat. Zwłaszcza kiedy robiło się to w towarzystwie ducha.
Mieli
nad sobą niewielkie zadaszenie, ale niewiele pomagało. Deszcz zacinał ostro,
ledwo widoczny na tle czarnego nieba. I tylko raz na jakiś czas gęstą, lodowatą
ciemność przeszywały bielą ostre zygzaki błyskawic — gdzieś daleko,
bardzo daleko na południu. Riddle nie ociekał wodą. Po dżentelmeńsku wyczarował
przed nimi niewidzialną tarczę, która odpychała krople, choć przecież nie
musiał — ostatecznie Helena nie czuła dyskomfortu wynikającego
z bycia przemoczoną. Siedzieli bardzo blisko siebie pod ścianą— tak
blisko, że czuł na swoim ramieniu zimno od dotyku jej ramienia. Od tamtego
spotkania w Holu Hieroglifów coś się między nimi zmieniło i właśnie to go tak
frustrowało.
No
cóż. Żeby wyjąć, trzeba włożyć.
— Sekret
za sekret — odezwał się, patrząc w dal.
Poczuł
na swoim profilu jej zaskoczone spojrzenie. Poznała go już na tyle, by
przeanalizować za i przeciw, choć i on wiedział o niej wystarczająco, by zdawać
sobie sprawę z trawiącej Helenę ciekawości. Czekał. Odległy huk grzmotów zdawał
się narastać.
— Dobrze.
Zaczynaj — zgodziła się zaskakująco miękkim głosem.
Dopiero
wtedy zerknął na nią z ukosa, czując niechciane łomotanie serca. Dobrze
wiedział, jak ubrać to w słowa, by wywołać współczucie. Mógł nawet się zgodzić,
że już tak bardzo go to nie piekło, ale wciąż nie potrafił nic poradzić na te
niechciane ludzkie odruchy. Na to cholerne szybsze tętno i skręcający się
żołądek.
Ale
on przecież był kimś więcej niż człowiekiem i nawet jeżeli dręczyły go te
obrzydliwe ludzkie przypadłości, potrafił znakomicie je maskować.
— Jestem
Ślizgonem — zaczął — ale nie znam swojego ojca. Wychowałem
się…
— …w
mugolskim sierocińcu — dopowiedziała, powodując kolejne nieprzyjemne
tąpnięcie w jego żołądku. Nie odpowiedział, czując niemożliwy do zatrzymania
skurcz na twarzy. A Helenie chyba spodobało się to, co zobaczyła, bo dołeczki w
policzkach pogłębiły się w uśmiechu. — Nie tylko ty rozmawiasz czasem
z Krwawym Baronem. Wiem o tym od dawna. Jeżeli chcesz usłyszeć mój sekret,
musisz dać mi coś innego. Coś, o czym nikt nie wie.
Natychmiast
się opanował. Nie był pewien, co bardziej nim wstrząsnęło — nielojalność
Barona czy to, że Helena utrzymała to przed nim w tajemnicy do momentu, kiedy
potrzebowała tej informacji. Miała w sobie więcej ślizgońskiej przebiegłości,
niż się spodziewał.
Ale
nie więcej niż on.
Przywołał
na twarz najbardziej przekonujący wyraz rozbawienia, którym oszukałby samego
Dumbledore’a, a Ravenclaw szybko to podłapała, bo prawie niedostrzegalna
zmarszczka na jej czole się wygładziła i dziewczyna wybuchnęła cichym,
powściągliwym śmiechem — identycznie jak śmiała się Hortus. Albo
Dżahmes, jak już mógł zacząć ją nazywać.
— Po
zakończeniu Hogwartu planuję tu zostać — rzekł. — Jako
nauczyciel. Nikomu o tym nie powiedziałem, nawet mojemu opiekunowi na poradach
zawodowych. Jesteś pierwsza.
Dokładnie
to chciała usłyszeć, choć poza satysfakcją dostrzegł w tych migdałowych oczach
coś jeszcze — błysk nadziei. To przywróciło Tomowi nieco wewnętrznego
spokoju, choć na zewnątrz był jak zwykle niewzruszony. Odpowiedział uśmiechem
na uśmiech, tak, jak należało zrobić, by dać Ravenclaw do zrozumienia, że
wiedział.
— Sekret
za sekret — powtórzył cicho.
Gdyby
miała serce, teraz zapewne trzepotałoby w jej piersi jak ptak wrzucony do
klatki. Zaskakujące, w jak ludzki sposób się poruszyła. Jakby wzięła ten jeden
uspokajający oddech, jaki się bierze na moment przed wyznaniem czegoś
krępującego. A kiedy już otworzyła usta…
— Zginęłam
z ręki Barona, ale to nie jest ani podniosła, ani romantyczna historia — powiedziała
w końcu, nie patrząc mu w oczy. — Zginęłam, ponieważ ukradłam mojej
matce jeden bardzo cenny przedmiot. Matka wysłała Barona, by mnie odnalazł i
przyprowadził z powrotem, ale odmówiłam. Wtedy pchnął mnie mieczem, a kiedy do
niego dotarło, co zrobił, odebrał sobie życie.
W
Riddle’u zamarło serce.
— Co
to było? Coś, za co warto było oddać życie?
— Dobrze
wiesz co.
Wciąż
na niego nie patrzyła. Uśmiech zgasł na jej drżących ustach i znów przez
dłuższą chwilę Tom słyszał tylko szum deszczu i wycie wiatru. Rozświetlające
niebo błyskawice zamarły, jakby zdawały sobie sprawę z powagi rozmowy, której
się przysłuchiwały. Podniecenie eksplodowało w żołądku Ślizgona, ale on
wiedział, że musiał być ostrożny i delikatny. Cholernie ostrożny i kurewsko
delikatny — teraz, kiedy ważyły się losy diademu.
Nie
czuł presji — i wcale nie o dziwo. Robił to już wiele razy i
robił to dobrze.
— To
musi być potworne — tkwić tu przez wieki ze swoim oprawcą — wyszeptał
ze współczuciem, lecz bez sztucznej ckliwości. Miękko, ale niezbyt miękko. W
idealnie wyważony sposób. Helenie wystarczyła jedna kropla.
— Jak
widzisz, nie jestem taka dobra i szlachetna, jak myślałeś.
Pokręcił
głową i obrócił ją tak, że prawie zetknęli się nosami. Teraz już była zmuszona
na niego spojrzeć. Prosto w oczy, bez możliwości ucieczki.
— Taka
właśnie jesteś. Głód wiedzy to czysta ambicja, nie ma w tym nic złego. Dobrze
to rozumiem — rzekł, po czym uniósł rękę. Powoli, bardzo powoli,
zbliżył palce na cal od policzka Heleny, po czym dodał z westchnieniem — ni
do niej, ni do siebie: — Tysiąc lat. Śmierć i tysiąc lat…
Już
wygrał. Mówiły mu to te wielkie, migdałowe oczy.
*
Znów
byłam przed nim.
Oczywiście
chodziło mi po głowie, co tak bardzo zajmowało jego myśli, że notorycznie
znikał i się spóźniał, ale po ponad sześciu latach znajomości — intensywnej,
nie da się ukryć — nauczyłam się, że chyba wolałam nie pytać.
I
wcale nie dlatego, że byłam jedną z tych dziewczyn, które przymykały oczy na
inne. W przypadku Riddle’a zawsze świadczyło to o czymś dużo bardziej mrocznym,
a ja ostatnio miałam dość mroku we własnym życiu, by angażować się w cudzy.
Nawet przywołałam na twarz coś na kształt uśmiechu, kiedy Ślizgon pojawił się w
progu i wcale nie wyglądał na zdyszanego. Wręcz przeciwnie. Prezentował się jak
zwykle nienagannie, jak gdyby dopiero co odkleił się od lustra.
— Znasz
datę najbliższej wycieczki do Hogsmeade? — zapytałam.
— Wycieczki
do Hogsmeade? — powtórzył i choć wyjątkowo nie zrobił tego
ironicznie, poczułam narastającą irytację, bo wiedziałam, dlaczego to
robił.
— Do
Hogsmeade. Jesteś prefektem naczelnym, powinieneś wiedzieć takie rzeczy — odparłam
niezbyt uprzejmie, więc dodałam już nieco spokojniej: — Muszę
załatwić coś poza szkołą.
Nie
uraził go mój ostry ton, ba, chyba przypadł mu do gustu, bo uśmiechnął się
diabelsko, odkładając torbę na przygotowane krzesło.
— Posmakowałaś
w wagarach?
— To
żadne wagary, dopóki nie opuszczam lekcji. To dorosłość, dzięki której, ach,
mogę robić różne rzeczy bez proszenia innych o zgodę.
Zachichotał,
ale nie drążył dalej, tylko podał mi datę — czternastego grudnia
prawie dokładnie na tydzień przed świętami. Znów poczułam delikatny skurcz w
żołądku, ale nie było czasu na rozmyślanie. Riddle już pozbywał się wierzchniej
części szaty, więc i ja zrobiłam to samo. Domyślałam się, że przeżywając nieuchronnie
zbliżające się ferie w domu, nie zrobię spektakularnych postępów w
legilimencji, ale myślami wciąż błądziłam gdzieś w okolicy klubu „Lancelot”, a
przez to nasunęło mi się coś jeszcze.
— Nie
zapytałeś, jak poszła rozmowa z ojcem — mruknęłam, a kiedy się
odwróciłam, zobaczyłam Toma wpatrującego się we mnie dziwnie przenikliwym
wzrokiem.
Dużo
bardziej przenikliwym niż zwykle.
— Uznałem,
że powiesz, kiedy będziesz chciała.
— Och — wyrwało
mi się. To, co go zajmowało, musiało być dużo bardziej mroczne, niż zakładałam,
ale i ja nie drążyłam. Powie, kiedy będzie chciał. — No więc…
Przyznał się. Ojciec. Hortus… sama już nie wiem. Ale niczego się nie
dowiedziałam. Kazał mi rozmawiać z matką. Wygląda na to, że wszystkie drogi
prowadzą do niej. Ale zanim się z nią spotkam, przyszło mi do głowy, że może
warto jeszcze porozmawiać ze Świerzbkiem. Chciałabym dowiedzieć się czegoś o
Dianie. Skoro jest siostrą mojej matki, musi wiedzieć więcej…
— Dobrze
wiesz, że nie uciekniesz od tego.
Przysiadłam
na krawędzi biurka, obejmując się ciasno ramionami. Wiedziałam, że maglowanie
tego do niczego nie doprowadzi, ale potrzeba rozmowy na ten temat paliła mnie niczym
ogień.
— Chyba
nie pokazała mu całej korespondencji — mruknęłam. — Bez tej
całej historii o Kemmhyt, bez zamieszanej w sprawę babci… jakby moja matka
przeżyła wakacyjny romans podczas trwania małżeństwa. A jednocześnie… wydawał
się tym strasznie przejęty i… i chyba mu ulżyło, że nareszcie może to z siebie
wyrzucić. To normalne, że jest mi go żal?
Spojrzałam
na niego z desperacją, choć zdawałam sobie sprawę, że ostatnie, co mogłam
ujrzeć w oczach Toma, to współczucie dla Hortusa. I nie pomyliłam się, choć
okazał znacznie mniej pogardy, niż się spodziewałam.
— On
też cię oszukiwał — rzekł zimno. — Znęcał się nad tobą,
ponieważ nie potrafił poradzić sobie z niewierną żoną. Nie zaprzeczaj,
widziałem to. Ostatnie, czego jest godzien, to twojego współczucia.
Nie
było z nim dalszej dyskusji i wcale nie dlatego, że brakowało mi argumentów.
Wiedziałam, że miał rację. Czułam w kościach tę niesprawiedliwość, złość na samą
siebie, że byłam taka — słaba, naiwna, empatyczna wobec osób,
które powinnam już dawno przekreślić.
Po
takiej rozmowie nasza lekcja nie mogła skończyć się inaczej — a
raczej to ta lekcja skończyła mnie, tak, że godzinę później jedyna głowa, w
jaką udało mi się zaingerować, to moja własna. Miałam nadzieję, że przywyknę do
rozrywającego czaszkę bólu, ale nie. Ba, miałam wrażenie, że było jeszcze
gorzej, zwłaszcza że Tom poza wywarem Morphei wyciągnął jeszcze paczkę
słodyczy. Poczęstował mnie wielką tabliczką czekolady, dając do zrozumienia, że
powinnam zjeść całą, podczas gdy on ograniczył się do kociołkowego
pieguska.
— To
normalne — obwieścił na widok mojej złej, nadąsanej miny. — Jesteś
tak daleko od swojej strefy komfortu, jak się da. Jednorazowe znokautowanie
Mulcibera nie sprawi, że nagle z ofiary staniesz się drapieżnikiem.
— Nie
jestem ofiarą — zaprotestowałam automatycznie, ale Riddle tylko
wzruszył ramionami, sadowiąc się bezpośrednio na podłodze pod ścianą, więc
dodałam: — No dobrze, w takim razie jak mam to zmienić? Nie da się
wyrzucić do kosza prawie dwudziestu lat wychowania, określonych wzorców… nie
mówiąc o temperamencie.
— Akurat
temperamentu ci nie brakuje — rzekł z błyskiem w oku. — Na
twoim miejscu zacząłbym od wyrzucenia z głowy takich pomysłów jak żałowanie
Hortusa i chodzenia na paluszkach wokół matki.
Usiadłam
pod ścianą naprzeciwko.
— Liczyłam
na radę w stylu „trenuj to zaklęcie najpierw na żabach, później na myszach, a
później możesz przesiąść się na gołębie” — mruknęłam i westchnęłam
ciężko, po czym wsunęłam do ust kostkę czekolady i ssałam ją przez chwilę w
ciszy, analizując to wszystko. — A ty jak się nauczyłeś?
— Moja
nauka to w pewnym sensie jedna droga — rzekł bez zastanowienia, jakby
już dawno miał gotową odpowiedź. — Tam jedno wynika z drugiego. Po
prostu eksperymentuję i ty też powinnaś zacząć to robić, jeżeli chcesz widzieć
rezultaty. „Zakuwanie” nic ci nie da. Musisz najpierw sama poznać własną moc,
swoje silne i słabe strony, a później korzystać z tej wiedzy przy jej
rozwijaniu. Owszem, możesz bezmyślnie uczyć się na pamięć inkantacji, ale to
nie różni się niczym od przerysowywania tego, co widzisz. Możesz zrobić to
mniej lub bardziej solidnie, ale samo w sobie nie ma nic do powiedzenia w
temacie sztuki.
Zmiął
w dłoni papierek po kociołkowych pieguskach i wsunął do kieszeni, a ja, chcąc
nie chcąc, musiałam przyznać, że był jakiś sens w tym, co mówił, więc
przytaknęłam. Z niechęcią spojrzałam na resztę czekolady i zawinęłam z powrotem
w sreberko, ale gdy chciałam mu ją oddać, pokręcił głową. Pewien chłód niczym
ostrzeżenie błysnął mu w oczach.
— Zakładam,
że tamten przejaw słabości był jednorazowy — powiedział, rozpierając
się wygodnie. — To nie przystoi księżniczce.
Wybuchnęłam
nerwowym śmiechem, każąc mu przestać, choć byłam pewna, że nie żartował.
— Swoją
drogą — dodałam, czując, że tylko humor mnie uratuje — jeśli
to prawda, to wchodzisz jeszcze głębiej w mezalians. Jak ci się to
podoba?
Sposób,
w jaki na mnie po tym spojrzał, dał mi do zrozumienia, że chyba mu się
podobało. W każdym razie nie zachowywał się jak ktoś doszczętnie upokorzony,
kiedy chwilę później samowolnie rozpinał guziki mojej bluzki.
I na
tym opierały się nasze wszystkie spotkania w lochach. Pieprzyliśmy się,
jedliśmy i ćwiczyliśmy legilimencję — to ostatnie z niezmiennie
frustrująco marnym dla mnie skutkiem, ale byłam zmotywowana. Nie pamiętałam,
bym kiedykolwiek tak pragnęła się czegoś nauczyć.
A
jednak — nie szło mi. Po czwartej lekcji wciąż nie widziałam żadnych
efektów i gdyby nie wygrany pojedynek z Mulciberem, znów zaczęłabym
podejrzewać, że jednak miałam w sobie coś z charłaka. Podziwiałam Toma za
cierpliwość. Ja już dawno ją straciłam.
Był
piątek, dochodziła północ, a ja znów osiągnęłam okrągłe zero. Od jakiegoś
kwadransa siedzieliśmy w milczeniu pod ścianą — na wpół rozebrani,
stygnąc po kolejnym podsumowaniu jeszcze jednej nieudanej lekcji. Zrobiło mi
się przyjemnie błogo, choć surowe, obskurne wnętrze porzuconej klasy było
przeciwieństwem przytulności. Długie palce Riddle’a sunęły łagodnie po moim
ramieniu, bezmyślnie kolejny raz pokonując tę samą drogę. Oparta plecami o jego
klatkę piersiową, czułam jej powolne, rytmiczne unoszenie się i opadanie, ale
wiedziałam, że nie spał. Głęboko się nad czymś zastanawiał — zresztą
jak i ja, kiedy tylko przytrafiał mi się moment bezczynności. Gdzieś z tyłu
głowy wypływały na powierzchnię oglądane setki razy wizualizacje pierwszej
rozmowy z matką. Jej zimny, konfrontujący wzrok, nieruchoma twarz, kiedy — jak
wiele razy w swojej wyobraźni — domagałam się wyjaśnień. Zdałam sobie
sprawę, że im częściej odtwarzałam tę scenę, tym słabiej żołądek wywracał mi
się na lewą stronę.
Tymczasem
zalegającą ciszę przerwał pełen zadumy głos Ślizgona.
— Opowiedz
mi o tamtej nocy.
Drgnęłam
zdumiona. Nie musiał mówić jaśniej.
— Dlaczego?
— Po
prostu. Chcę wiedzieć.
Znów
się zamyśliłam. Nigdy to między nami nie zawisło, może poza tą jedną chwilą na
dziedzińcu, kiedy kazałam Riddle’owi się wynosić, kiedy Katy umarła. Czy coś z
tego w nim zostało? Wyglądało na to, że tak, skoro pytał, choć już dawno
straciłam rachubę, co wynikało z wyrachowania, a co z potrzeby serca. O ile
jakąkolwiek posiadał. Uzmysłowiłam sobie, że zrobiło mi się dużo lepiej, kiedy
pogodziłam się z tym, że nie miał sumienia.
— Nie
dojrzałeś tego w mojej głowie, chociaż tyle razy w niej grzebałeś? — spytałam
z nutką ironii, ale zaprzeczył.
— Czasem
umysł blokuje niektóre wspomnienia.
Spodziewałam
się, że będę potrzebowała odetchnąć. Zastanowić się, skoro te niewypowiedziane
słowa i rozgoryczenie siedziały we mnie przez tyle miesięcy, ale odkryłam, że
właściwie… nie poczułam nic. Może tylko odrobinę satysfakcji na myśl, że przez
chwilę miałam nad nim tę przewagę, wiedząc.
— Niewiele
pamiętam. Właściwie tylko… krew i ciszę. I świadomość, że wszystko muszę zrobić
sama — urwałam. Jego dłoń nie przestawała snuć się po moim ramieniu,
ale już nie bez życia. Świadomie. — Miałam do ciebie żal. Nadal
mam. Właściwie to… nienawidzę cię za to.
— Wiem
o tym.
— Nie
dlatego, że do tego doprowadziłeś — dodałam, oddychając szybko. — Tylko
dlatego, że zostawiłeś mnie z tym samą.
Czułam,
że już za późno na tę rozmowę. Drzwi zostały zamknięte, a może zawsze były,
tylko jedyne, czego pragnęłam, to sprawić, żeby i jego zabolało? Tylko czy
sumienie, którego nie miał, mogło boleć?
— Najwidoczniej
tak musiało się stać — powiedziałam szeptem. — Na początku
to sobie wyrzucałam, ale teraz wiem, że mogę cię za to winić. I dobrze mi z
tym.
Obróciłam
się niezręcznie w jego ramionach, żeby móc na niego spojrzeć, ale o dziwo nie
znalazłam tam ani śladu ironii. Zamknął mnie w mocnym uścisku — bez
żalu, bez współczucia, jakby i on nie zamierzał napierać na te drzwi.
— Czeka
cię jeszcze dużo trudów, księżniczko Dżahmes-Meritamon — rzekł.
Roześmiałam
się jak zawsze, kiedy zwracał się do mnie w ten sposób.
— Nie
mów tak! To krępujące! — zawołałam cicho, ale nie przestawał, bez
przerwy to powtarzał, uśmiechając się podle, więc i ja zaczęłam go
przedrzeźniać: — Riddle, Riddle, Tom Riddle!
Odpuściłam
pod wpływem zmieniającego się spojrzenia Ślizgona, ale nie stało się ono
bardziej srogie. Wręcz przeciwnie. Przybrało dziwnie łagodny wyraz, nadając
jego twarzy pewnej młodzieńczości — jak gdyby Tom Marvolo Riddle naprawdę
miał dopiero osiemnaście lat.
— Nie
odrzucaj swojej krwi. Porozmawiaj z matką — powiedział.
Poruszyłam
się nerwowo, jakby coś, co od dawna próbowało ze mnie wyjść, nareszcie znalazło
na to sposób. Oddychanie stało się nagle o wiele trudniejsze.
— Boję
się — wydusiłam przez zaciśnięte gardło. Nie byłam w stanie pozbyć
się tego nerwowego uśmiechu.
Zaskakująco — nie
obśmiał tego. Powiódł dłońmi najpierw po moich plecach, przez ramiona aż do
twarzy. Spokojnie, kojąco — jak nie on, a ja uczepiłam się tego jak
obietnicy dającej nadzieję, że to naprawdę dobrze się skończy.
— Niepotrzebnie. — Nawet
głos miał jakiś inny. — Dopuść do siebie, że możesz być kimś więcej
niż nauczycielką eliksirów.
*
Czuł
pewne rozdrażnienie, kończąc ich cotygodniowe spotkanie. Co prawda spuścił
niezły łomot Mulciberowi i Avery’emu, ale wyjątkowo bez żadnej satysfakcji. Był
z nich zadowolony — choć obaj zgubili po kilka zębów, coraz mniej
przypominali chłystków sprzed roku. Robili postępy. Zresztą nie tylko oni,
każdy dawał z siebie wszystko, jak gdyby ostatnie miesiące obecności przywódcy
w Hogwarcie uświadomiły im, że niedługo wszystko się skończy.
Uśmiechał
się, kiedy o tym myślał.
Ach,
gdyby wiedzieli… chciałby zobaczyć ich miny, kiedy znów go tu zobaczą.
Ostatecznie profesor Dippet nie miał powodu, żeby mu odmówić. Ubóstwiał
Riddle’a.
Dziś
walczył tylko w ramach rozgrzewki. Dużo bardziej wciągnął się w dyskusję z
Traversem na temat nekromancji, a dokładniej ożywiania martwych ciał. Toma od
początku pociągała koncepcja armii inferiusów i naprawdę by się zdziwił, gdyby
Ministerstwo Magii nie posiadało czegoś podobnego w Departamencie Tajemnic.
Oczywiście w szkole mógł tylko pomarzyć o dostępie do książek poświęconych tego
rodzaju czarnej magii, ale nic straconego. Na wszystko przyjdzie czas, również
na armię żywych trupów.
W
każdym razie jest to pomysł do zapisania na później.
Zamknąwszy
celę za Nottem i Macnairem, zerknął na zegarek. Dochodziła dwudziesta.
Dzisiejszy skład był typowo męski — Bella odrabiała szlaban u
woźnego, a Dżahmes wciąż przesiadywała u Slughorna. Od kiedy miał ją regularnie
co wtorek i piątek, czuł się znacznie bardziej spokojny, choć ich numerki w
kantorku odpowiadały za to tylko w połowie — machina ruszyła i
wszystko szło zgodnie z planem. Sam był zaskoczony, ale nie bał się przyznać,
że należało mu się. Po półtora roku szarpania się z kretyńskim aranżowanym
małżeństwem, ściganiem Rowdy’ego z pałką, podjudzaniem Sokarisa Hortusa i
wysłaniu setek sów — w końcu mógł odetchnąć.
Był
pierdolonym mistrzem odroczonej gratyfikacji.
Zignorował
mijane przejście do dormitorium Ślizgonów. Po burzliwych dyskusjach i
dudniących nad głową zaklęciach nie miał ochoty na towarzystwo. Powędrował
prosto do biblioteki, rozkoszując się ciszą i pomarańczowym półmrokiem
opustoszałych korytarzy. Pani Mortemore zmierzyła go badawczym spojrzeniem, gdy
pchnął jedno skrzydło ciężkich drzwi. Jęk zawiasów zabrzmiał rozdzierająco na
tle cichutkiego skrzypienia stalówek i szelestu kartek.
Zamierzał
zostać tu do zamknięcia i wyjątkowo skupić się na czymś innym niż na nauce,
choć testy semestralne zbliżały się wielkimi krokami. Oszacował, że praca nad
nowym zaklęciem zajmie mu jeszcze jeden, góra dwa wieczory. Rozkładając sobie
książki na jednym z wielu wolnych stolików, czuł się jak pracownik biura
reklamowego, ale przecież nie wszystko musiało być mroczne i patetyczne, a jego
sympatycy potrzebowali symbolu, który by ich połączył. Czegoś na kształt znaku
rozpoznawczego.
Do
kompletu dobrze znanych sobie podręczników dorzucił jeszcze dwa z Działu Ksiąg
Zakazanych. Dobrze wiedział, jak połączyć inkantację z efektem, ale Tomowi nie
chodziło tylko o to, żeby wyczarować sam wzór. Znak miał przenikać duszę.
Zagnieździć się w niej głęboko, w sposób niemożliwy do wyrwania, a następnie
reagować. Być poddanym swemu stwórcy. Natknął się kiedyś na wzmiankę o wężu,
którego jad nie dawał zabliźnić się ranie — ta koncepcja wyjątkowo
przypadła Riddle’owi do smaku i teraz kartkował Najniebezpieczniejsze
Trucizny Świata Eliasa Umbraxisa. Gdzieś w środek ktoś wcisnął niechlujnie
kartę wypożyczeń i Ślizgon uśmiechnął się kątem ust na widok podpisu na samym
dole listy: Victoria Hortus, siódmy rok. Niestety niewiele mu pomogła — oznaczyła
rozdział poświęcony truciznom wytwarzanym przez ludzki organizm, ale jakieś
dziesięć minut później Tom i tak znalazł to, czego szukał.
Oczywiście
czysty jad był zbyt toksyczny, ale gdyby stworzyć mieszankę, którą można byłoby
zakropić wyryty w skórze znak, tak, by ślad nigdy się nie zagoił? By
przypominał o lojalności… może ułatwiał komunikację?
Tak,
to był właściwy kierunek.
Przeczytał
niedługi rozdział i szybko spisał na świstku nazwy gatunków.
Żmija
rogata mała, żmija sawannowa, żmija grzechotnikowata afrykańska.
Spodziewał
się znaleźć coś na temat w dziale poświęconym magicznym stworzeniom, ale to już
nie dziś. Do zamknięcia biblioteki zostało pół godziny, a Tom potrzebował
wzoru, który musiał zostać połączony z zaklęciem.
Poszedł
za koncepcją węża. W jego życiu wszystko się do nich sprowadzało — węże
szepczące do niego w dzieciństwie, utwierdzające go w jego wyjątkowości,
ceremonia przydziału, jego własna krew bezpośrednio związana z Salazarem
Slytherinem…
Przymknął
powieki i oczami wyobraźni zobaczył wyraźnie fragment wspomnienia sprzed dwóch
lat — przestronną salę skąpaną w mroku i delikatnej, zielonej
poświacie. Grube kolumny podpierające sufit okręcone setkami kamiennych węży, w
sercu komnaty pod ścianą gigantyczny posąg jego przodka, tak wielki, że sama
głowa wypełniłaby pół biblioteki, a potem — pod wpływem szeptu
Riddle’a — otwierające się usta. Zgrzyt, a potem olbrzymi wąż
wysuwający się z nich na nieruchomą brodę, oplatający sobą głowę, ześlizgujący się
z niej, szeleszcząc łuskami o szorstki kamień. Wysuwający się z otchłani gardła
Slytherina na podłogę, wprost do stóp Toma, gotów, by mu służyć.
Coś
musnęło kark Ślizgona — chłodne, zwiewne i ulotne.
Otworzył
oczy. Dłoń powędrowała w stronę okładki, którą niby przypadkiem zakrył — idealnie
w momencie, kiedy zza jego pleców wyłonił się duch kobiety. Zamiótł
majestatycznie kurtyną długich, prostych włosów i opadł z gracją na wolną ławkę
po przeciwnej stronie stołu. Dziewczyna jak zwykle czarowała uśmiechem.
Z
wyjątkowym trudem zmusił się, by go odwzajemnić. Nie miał dziś ochoty na jej
towarzystwo.
— Zważywszy
na częstotliwość twoich wizyt, zakładam, że przeczytałeś już wszystko, co ma ci
do zaoferowania szkolna biblioteka — odezwała się nienaturalnie
miękkim głosem.
— Prawie — odparł
krótko. — Ale tylko dlatego, że niektóre przeczytałem
kilkakrotnie.
— Na
przykład tę?
Dotknęła
dłonią jego ręki, a on posłusznie ją odsunął, ukazując podniszczoną okładkę z
pentagramem i częściowo złuszczone litery układające się w tytuł: Charakter
pierwotnych rytuałów. Oczy Heleny nieco się rozszerzyły, choć nie
przestawały wpatrywać się w Toma.
— Będziesz
tworzył zaklęcie? — zagaiła.
Poczuł
pierwszy impuls irytacji, ale zdusił go w zarodku. Parsknął cicho pod nosem,
może nieco zbyt ironicznie, ale przecież znała go już na tyle, by nie wierzyć w
szczerość wszystkich jego anielskich uśmiechów przyklejonych na stałe do
ust.
— Masz
mnie — przyznał.
— Wiesz,
że to nielegalne?
Nie
wyglądała na zgorszoną, wręcz przeciwnie — był przekonany, że w jej w
oczach błysnęła ciekawość. Pogłębił więc uśmieszek i odparł:
— Mówiłem,
nie jestem tak dobry, jak ci się wydaje. Jeśli mnie złapią, powiem, że mi
pomagałaś.
— Partnerzy
w zbrodni — wtrąciła, chichocząc. — Co to będzie?
— Jeszcze
nie jestem pewny. Dopiero zaczynam zabawę z tym rodzajem nauki. Może przypadnie
mi do gustu, a może nie, przekonamy się.
Śledził,
jak z cieniem rozrzewnienia przesuwała powoli wzrokiem po otwartych książkach,
by na koniec zatrzymać się na różdżce tuż przy nadgarstku Toma. Dziewczyna
westchnęła. Jej twarz miała przez moment taki wyraz, jak gdyby Helena
zamierzała pochwycić narzędzie.
— Nawet
sobie nie wyobrażasz, jak za tym tęsknię — szepnęła z westchnieniem.
Wychyliła się nieco, tak, by podeprzeć się na łokciach. — Nie chcę
się chwalić, ale byłam w tym całkiem dobra. Oczywiście daleko mi było do matki,
brakowało mi pewnej kreatywności, ale chyba nie trafiłam na zaklęcie, którego
nie potrafiłam rozgryźć. I… zdarzyło mi się trochę eksperymentować. Raz czy
dwa…
Nostalgia.
Teraz wyraźnie to słyszał. Słodycz cierpienia połączony z cierpkim żalem — mocne,
przeszywające uczucie, którego i on w przeszłości doświadczył, a teraz silnie
wybijało się z niej. Z odcisku duszy przeżywającego wydarzenia sprzed setek
lat.
Tak
silne, że było w stanie wyrwać z nieruchomej piersi Heleny kolejną imitację
westchnienia.
Odłożył
na bok znaki, jadowite węże, sięgnął po Charakter pierwotnych rytuałów i
otworzył książkę na rozdziale poświęconym magii kamieni. Nie interesowały go
ani trochę, ale czuł, że pewnych rejonów zainteresowań nie powinien przed nią
odsłaniać.
— Ceremonialne
układy struktur mineralnych. Próbowałaś tego? — zapytał, porzucając
swój mglisty ton. — Jest z roku, w którym skończyłaś Hogwart.
— Och,
nie, kamienie to nie mój konik, ale był czas, że pasjonowały mnie rytuały
związane z żywiołami — odpowiedziała z ożywieniem, a twarz rozbłysła
jej czymś podobnym do perłowej poświaty. — W szczególności woda. To
niebezpieczny i często niedoceniany żywioł w magii rytualnej, chociaż ciebie
jako Ślizgona zapewne bardziej pociąga ogień. Otwórz tę książkę na rozdziale
czternastym. Tak, właśnie tę, Modele interakcji w układach rytualnych.
Najpierw
zalała go skomplikowaną teorią, a później pełna zapału zaczęła snuć opowieść
dotyczącą własnych doświadczeń, czego Riddle zawsze chętnie słuchał — były
jak okno na świat, do którego nikt nigdy już się nie cofnie. Nie przerywał jej
nawet wtedy, kiedy światła między kolejnymi regałami gasły, a skrzypienie butów
pani Mortemore stało się jedynym odgłosem naruszającym świętą ciszę jej
królestwa.
Węże
i znaki mogły poczekać.
~*~
Mam jeszcze dwa
rozdziały napisane na zaś, więc wpadną pewnie jeszcze przed NaNoWriMo. Powoli
rozpisuję już sobie czasy po Hogwarcie i już się nie mogę doczekać. Czuję, że
szkolne obyczaje trochę już mnie ograniczają, ale wiem, że będę trochę za tym
tęsknić.
~wiki-pedia
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 14:45
Kurdeeeee……….. dlaczemu nie pojawiają się moje komentarze.????
17 stycznia 2010 o 14:50
UsuńMoże piszesz niecenzuralne słowa? xD Albo Onet ma przyćmienie jakieś xD
~Eles.
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 14:48
Łah, dziękuję za dedykację. Tak jakoś czytam, czytam, czytam… I koniec xD.
17 stycznia 2010 o 14:51
UsuńWiem, że rozdział nieciekawy xD Ale przecież wakacje mają, więc się nudzą xD
~Nadine
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 15:41
i jak Ci poszły egzaminy? Też pisałam :) rozdział fajny :) dobrze, że Tom i Victoria się pokłócili. Nie pasuje do nich takie ciągłe zgadzanie się ze sobą. :) Będzie druga część, jako potomka Voldzia, czy skończysz na tym??? pozdrawiam :)
19 stycznia 2010 o 20:06
UsuńNie nażekam, choć pochwalę się, że z polskiego miałam najwięcej z tych trzech egzaminów, bo 41 punktów xD Zastanowię się, czy dać im jeszcze potomka xD Musiałabym chyba napisać jego historię, chyba że dałabym jeden rozdział jako epilog xD
~Kada113
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 16:18
uh… współczuję wszystkim. osobom piszącym testów i stresu, a pozostałym tego, że pozostali nauczyciele ganiają ich po całej szkole ;) Jak ci poszły? Trzymam za ciebie kciuki. Pomyśleć, że mnie to czeka za dwa lataXD
19 stycznia 2010 o 20:09
UsuńNie narzekam. Ale stresu praktycznie wcale nie miałam, tak jak przed występem na Noworocznym Darze, czy coś… ja w ogóle jestem bardzo spokojna, bezstresowa, że się tak wyrażę xD
~indecesive
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 16:36
rozdział super, nic dodać nic ująć :) też miałam testy próbne xdd masakra to dopiero bd na prawdziwych. Pozdrawiam i czekam na next ;)
19 stycznia 2010 o 20:11
UsuńNa prawdziwym teście będzie stresik, nie duży, ale będzie xD
~Olka
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 18:00
Ale ten dom Gantów to ruina,że też Viktoria nie bała się tam wejść…nawet z Tomem.Czekam na next.Pozdrawiam.
19 stycznia 2010 o 20:13
UsuńCzego by się miała bać? Ja się tam ruin nie boję xD
~Monsmornia
OdpowiedzUsuń17 stycznia 2010 o 22:38
Rozdział bardzo spokojny ale ciekawy. Czyli ,że nie zabije jej tylko dlatego żeby przedłużyć ród Slytherin’a ?No cóż ,Tom jest Tomem i grzechem niewybaczalnym było by robienie z niego uczuciowego chłopaczka.Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie wielkiego Lorda Voldemorta bawiącego swoje dzieci.To było by…dziwne a zarazem takie urocze.xD Będę wyczekiwać kolejnego rozdziału.Mnie testy gimnazjalne czekają za rok…ugh. Strasznie się ich boję :/
19 stycznia 2010 o 20:17
UsuńZastanawiałam się właśnie, kto by się zajmował dziećmi, gdy bym się zdecydowałą im je w końcu zrobić, jakby już Tom stał się Voldkiem xD Pewnie Śmierciożercy, Bella by mogła karmić piersią xD Ja się tak bałam próbnych, w listopadzie albo w grudniu na przykład, że nie spałam w nocy, ale jak już same testy przyszly, to w ogóle nie było stresu. Nawet powiem szczerze, że na humanistyczny się prawie spóźniłam, bo zaspałam, na matematyczny też, a na angielski utknęłam w szatni, bo nie dałam rady zawiązać butów, taka była podłoga śliska xD
~Elizabeth Schmitt
OdpowiedzUsuń18 stycznia 2010 o 18:05
Haha, fajne. Ja tam bym nie weszła do tego domu, chyba, że wymagałaby tego moja reputacja xD.
19 stycznia 2010 o 20:18
UsuńEtam. Koło mnie jest taki cudny, stary dom, podobno się kiedyś spalił i pijak jakiś tam spłonął ;/
~Mania
OdpowiedzUsuń19 stycznia 2010 o 16:02
Witam.Obecnie nie mam czasu, ale na pewno bardzo chętnie przeczytam.Grafika bardzo ładna. Zapraszam na http://www.manialand.blog.onet.pl
~Amanda
OdpowiedzUsuń19 stycznia 2010 o 19:26
No, oczywiście, że piękny, ale czemu taki krótki?! Acha, i jak napiszesz książkę, to obiecaj mi że mi ją wyślesz, dobrze? I ma, oczywiście, być romantyczna. Uważam że Tom powinien był jej wyznać miłość. Normalna sierota z niego że tego nie zrobił. Przy tej gadce o dziecku był taki idealny moment… Więc Victoria jest już w ciąży? Czy jeszcze nie? I kiedy następny rozdział?
19 stycznia 2010 o 20:28
UsuńJeszcze nie, to ile razy z nim niby spała, odkąd poroniła? Raz? No, góra dwa xD
~Amanda
Usuń19 stycznia 2010 o 22:00
Hej, niektóre dziewczyny po pierwszym razie zachodzą w ciążę! To jest bardzo możliwe! I niech będą bliźniaki! Śliczne, słodkie dzieciaczki ;)
19 stycznia 2010 o 23:10
UsuńNo przecież wiem, nie mam 11 lat xD Nieno, jakbyś mi w myślach czytała xD Ale jak bliźniaki, to nie tej samej płci xD
~Amanda
Usuń20 stycznia 2010 o 17:42
Okej, zgadzam się. Ale dziewczynkę nazwij Julia. Albo Mira. Albo Lidia. Albo Maja. Albo Marie Jane. Albo po angielsku Lidia, czyli Lydia. xD Ojej ile się tego nazbierało!Napisałaś już następny rozdział?
~Amanda
Usuń20 stycznia 2010 o 17:42
Okej, zgadzam się. Ale dziewczynkę nazwij Julia. Albo Mira. Albo Lidia. Albo Maja. Albo Marie Jane. Albo po angielsku Lidia, czyli Lydia. xD Ojej ile się tego nazbierało!Napisałaś już następny rozdział?
21 stycznia 2010 o 20:32
UsuńJuż mam imię xD
~Amanda
Usuń21 stycznia 2010 o 22:38
A jakie? Dla dziewczynki czy chłopczyka? :)
22 stycznia 2010 o 18:01
UsuńNie powiem xD
~alice.
OdpowiedzUsuń19 stycznia 2010 o 23:26
No tak. xD Tom ja zwykle szczery. xD „Nie zabiję Cię, po komu zrobię dziecko? ” xD (tak, to sobie przetłumaczyłam. ;dd) Mógłby ją trochę po oszukiwać „kocham Cię!” czy coś. xD chociaż nie, to nie jego styl. xD Blee, blee, blee! Pajęczynyy. ;| Pająki lubię, a pajęczyn się boję. xD Aż mnie zatrzęsło.. ;d super. <3
~Monsmorde
Usuń20 stycznia 2010 o 01:17
Bardzo podobają mi się twoje opowiadania.Świetnie przedstawiasz w nich Toma.Tutaj jest taki bardziej ludzki a zarazem pozostaje sobą i ta jego szczerość jest powalająca!W sumie ciekawie by było gdyby mieli dzieci.Juz widzę Voldzia zmieniającego pieluche albo czytającego dzieciom bajkę na dobranoc.haha!Jakież to urocze!(www.sonea-riddle.blog.onet.pl)(www.katherine-prinsley.blog.onet.pl)
21 stycznia 2010 o 20:44
UsuńNie lubię, kiedy tak się bohaterom uczucia odbiera xD Jak będziesz chciała, to zobaczysz, jak założę jeszcze jedno opowiadanie, ale Selene Snape muszę skończyć xD
21 stycznia 2010 o 20:41
UsuńNo, właśnie, Tom sobie tak pomyślał, ale powiedział inaczej, żeby mniej bolało xD
~Jaenelle
OdpowiedzUsuń4 lutego 2010 o 12:49
Fajnie. Mi się podobało.
4 lutego 2010 o 15:09
UsuńCieszę się xD
~Amanda
OdpowiedzUsuń7 lutego 2010 o 14:25
A więc co z nowym rozdziałem, hę?
9 lutego 2010 o 15:12
UsuńNa feriach dodam. Gdyby nie szlaban, to by tutaj był już rozdział numer 32 xD
~carmen37
OdpowiedzUsuń7 lutego 2010 o 21:11
hah, no to Riddle zaszpanował xD
10 lutego 2010 o 15:10
UsuńTak jest, osi agn al szczyt lansu xD
Eles____
OdpowiedzUsuń14 lutego 2010 o 21:24
Serdecznie zapraszam na nowy rozdział {corka-ciemnego-zla} Pt.: „Czarne Serce”.