9 grudnia 2008

4. Jeśli poprosisz


Kiedy dwie godziny później schodziłam z trybun, było mi tak niedobrze, że tylko się modliłam, aby nie zwymiotować, zanim znajdę się na dole. Nikt po mnie nie wyszedł, więc musiałam posuwać się stopień po stopniu, uważając, żeby nie patrzeć ponad barierkę, której kurczowo się trzymałam, jednocześnie próbując sobie nie wyobrażać, jak puszczam pawia pod nogi. Gdy moje stopy dotknęły trawy, żołądek miałam w gardle, a pod szatą byłam spocona jak mysz. Słońce już powoli zachodziło, tak że zobaczyłam tylko siedem czarnych sylwetek zmierzających przez trawnik w stronę szatni. Ich rozmowy niosły się echem po boisku, ale były zbyt rozmyte, żebym mogła coś z tego zrozumieć. Mdłości powoli ustępowały, lecz w gardle wciąż miałam wielką gulę; kręciłam się przez chwilę pod trybunami, zastanawiając się, czy wracać do szkoły. Zanim jednak podjęłam decyzję, wystraszył mnie Worple, który wypadł zza drewnianej ściany, dysząc straszliwie, jakby Nicolas kazał mu biegać dookoła boiska. Przez chwilę byłam nawet w stanie w to uwierzyć.
— Gdzie ty byłeś? — zapytałam cicho, starając się opanować drżenie całego ciała.
— Byłem… byłem w szopie — wyrzucił z siebie na wydechu i podparł się jedną ręką o ścianę trybun, a drugą chwycił się za bok. — No wiesz… miotły.
Twarz miał bladą, a mokre włosy przykleiły mu się do czoła; były tak rzadkie, że wyglądały, jakby dziecko narysowało je kredką na skórze. Odczekałam wspaniałomyślnie, aż chłopak złapie oddech, po czym bez słowa oboje ruszyliśmy przez trawnik; Ezdrasz sapał i charkał przez całą drogę do zamku, gdzie w końcu się rozstaliśmy, bo oświadczyłam, że powinnam już iść na dodatkowe zajęcia z eliksirów. Chyba mi nie uwierzył, ale tym razem go nie oszukałam. Rozstaliśmy się pod tajnym przejściem i poszłam dalej, gdzie znajdował się gabinet Slughorna. Był niewielki i nisko sklepiony, więc wszystkie kółka i większe spotkania Klubu Ślimaka odbywały się w dużej, nieużywanej klasie znajdującej się tuż obok. Okazało się, że znów przyszłam pierwsza, ale słyszałam stłumiony dźwięk gramofonu, co oznaczało, że profesor Slughorn znajdował się za drzwiami. Usiałam więc pod ścianą i zaczęłam grzebać w torbie, którą wzięłam ze sobą na trening drużyny — bardzo nie chciałam wracać po wszystkim do dormitorium, bo wiedziałam, że natknę się na kogoś znajomego i będę musiała znosić te spojrzenia. Cholera. Zapomniałam o kociołku, ale oczywiście obniosłam po Hogwarcie i błoniach dziennik ze snami, który znowu mieliśmy prowadzić na wróżbiarstwo.
W lochach było zimno i wilgotno, a brzęczenie gramofonu dochodzące zza drzwi gabinetu wtopiło się w ciszę; co jakiś czas słychać było tylko kapiącą gdzieś w oddali wodę. Nigdy nie byłam aż tak ambitna, żeby uczyć się czegoś na zaś, ale z braku zajęcia zaczęłam wypełniać dziennik z wróżbiarstwa — w trzeciej klasie Nott sprzedał mi patent na wymyślanie snów, co było o wiele łatwiejsze i szybsze od spisywania tych prawdziwych, zwłaszcza że ja naprawdę rzadko śniłam. Udało mi się zapisać zaledwie jedną stroną, bo usłyszałam odgłosy rozmów, a chwilę później z ciemności wyłoniła się grupka uczennic. Wydawało mi się, że były tam same dziewczyny, lecz poznałam tego ciemnoskórego chłopaka, który towarzyszył Gaby przed zaklęciami, a później pojawiła się także trójka młodszych uczniów, których widziałam na kółku pierwszy raz. Slughorn musiał dopiero ich zwerbować, bo trzymali się na uboczu i wyglądali na trochę zdenerwowanych. Natychmiast wstałam i schowałam wszystko do torby, ale nauczyciel przyszedł dopiero po kilku minutach. Wyłonił się ze swojego gabinetu z entuzjazmem wymalowanym na twarzy, przywitał się z każdym z osobna, otworzył drzwi i cofnął się, żeby nas przepuścić.
— Przepraszam za spóźnienie, moi drodzy, takie tam… nauczycielskie sprawki — powiedział i zaśmiał się do siebie, a przez klasę przeszedł cichy pomruk.
Każdy chciał mieć za sobą spotkanie organizacyjne i iść już na kolację, nie wyłączając Slughorna, który nawet nie usiadł przy biurku, tylko czekał przy tablicy, aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Klasa była duża, ale zawalona staroświeckimi, wiktoriańskimi meblami, które nie nadawały się już do użytku; rupiecie zostały zepchnięte do kąta pomieszczenia, ale to i tak wyglądało na zagracone. Nauczyciel szybko zrobił listę uczniów (na koniec dopisał spóźnioną Gaby Taciturn, która w ostatniej chwili wpadła do sali), po czym przeszliśmy do ustalania terminu odpowiadającego wszystkim. I profesor Slughorn został zalany litanią szlabanów, spotkań, prób i innych kółek, aż w końcu po prawie półgodzinnej dyskusji udało się nam ustalić środę i godzinę siedemnastą. Mnie odpowiadał każdy dzień, więc prawie wcale się nie odzywałam, po raz kolejny przytłoczona swoją beznadziejnością. Każdy coś robił. Każdy czymś się interesował. A to treningi quidditcha, to Mała Organizacja Szachowa, to Klub Gargulkowy, to kółko pojedynkowe… Ja natomiast siedziałam w dormitorium i nadrabiałam zaległości.
— No to co, skoro wszystkim odpowiada środa…
— Panie profesorze, mnie nie będzie w przyszłym tygodniu, mam szlaban u Bykowa — przerwała mu Gloria Jones z czwartej klasy, machając nad głową dwoma palcami.
— U profesora Bykowa, panno Jones — poprawił ją. — Dobrze, pewnie i tak dopiero zaczniemy… Coś jeszcze? Ktoś jeszcze nie może za tydzień? No, to zmykajcie, zdążymy jeszcze na kolację…
Wszyscy stłoczyliśmy się przy drzwiach, bo każdy chciał wyjść pierwszy, a nauczyciel zabrał się za gaszenie lamp, które w odróżnieniu od pochodni wiszących w lochach płonęły zwyczajnym, pomarańczowym ogniem, a nie tym zimnym i gazowym. Slughorn nie znosił mroku i wszystkiego, co ponure, na każdym kroku dając nam to do zrozumienia — chyba nigdy nie chodził w czarnej szacie, za to prawie zawsze widywałam go ubranego w kolorowe spodnie i bogato zdobione kamizelki z aksamitu lub brokatu.
W Wielkiej Sali nie było już prawie nikogo, pozostali tylko ci, którzy albo się spóźnili, albo lubili sobie więcej podjeść. Weszliśmy dużą grupą, ale szybko rozdzieliliśmy się między cztery stoły; usiadłyśmy z Gaby obok siebie, choć od kółka nie zamieniłyśmy ze sobą ani słowa. Byłam rozdarta, bo nadal jej nie ufałam, ale cieszyłam się na jakiekolwiek towarzystwo.
— Jak pierwszy trening? — odezwała się.
— Hmm?
— Trening quidditcha. Dzisiaj był pierwszy, prawda?
— Ach… Dobrze. Chyba dobrze.
Zrobiło mi się gorąco i zapiekły mnie policzki. Spodziewałam się, że taka gaduła jak Gaby natychmiast będzie chciała podzielić się ze mną jakimiś nowinkami, interesowało ją raczej mówienie, w słuchaniu nie była zbyt dobra, ale teraz pytała mnie… Mnie. Jak gdybym mogła powiedzieć jej coś, o czym nie wiedziała. Od kiedy zaczął się ten semestr, nieustannie miałam wrażenie, że byłam ostatnią osobą, która może się o czymś dowiedzieć. Jakby ktoś wcisnął mnie za grubą szybę.
— Chyba? — zdziwiła się i pochłonęła kanapkę w dwóch dużych kęsach.
— Mam lęk wysokości, nie lubię patrzeć na miotły — odparłam i chyba pierwszy raz naprawdę się uśmiechnęłam. — Zwłaszcza kiedy są w powietrzu.
Gaby roześmiała się głośno, nie zwracając uwagi na nienaturalną ciszę, która panowała o tej porze w Wielkiej Sali, a ja poczułam się trochę urażona, ponieważ nie uważałam swojego lęku za coś śmiesznego, ale dziewczyna szybko wyjaśniła mi swój wybuch:
— Przepraszam… To dlatego nie chodzisz na mecze! W sumie… zwykle jest nudno, tylko czasami zdarzają się jakieś… yyy… upadki. W tamtym roku Carrow wybiła Nickowi zęba, wiedziałaś o tym?
Znów zaczęła się śmiać, ale ja nie widziałam w tym nic zabawnego. Pani Pomfrey pewnie odczarowała mu zęba z powrotem, a godzinę później nikt już o tym nie pamiętał, bo trzeba było oblać mecz — wynik nigdy nie miał znaczenia, bo każdy mecz kończył się małym przyjęciem w naszym dormitorium, chociaż w zeszłym roku mieliśmy wiele okazji do świętowania zwycięstwa, ponieważ nasza drużyna kolejny raz zdobyła Puchar Quidditcha. Niestety nie przełożyło się to na punkty dla domu, bo Krukoni ostatecznie i tak okazali się lepsi.
Przez resztę kolacji podawała mi przykłady wypadków, o których słyszała albo których była świadkiem, a ja udawałam, jak bardzo mnie to bawiło, choć wolałam, żeby zmieniła temat. Kiedy skończyłam jeść, z niezadowoleniem stwierdziłam, że Gaby też zjadła i postanowiła pójść ze mną do pokoju wspólnego; nie chciałam już jej słuchać, ale nie miałam pojęcia, jak to zwerbalizować. Skończyło się na tym, że razem zeszłyśmy do lochów i przeszłyśmy przez tajne przejście, a ja miałam nadzieję, że spotka w salonie dużo bardziej godne towarzystwo.
— A ty nie masz żadnych lęków? — zapytałam nieśmiało, kiedy przechodziłyśmy obok płaskorzeźby z kościotrupami.
— Ależ mam! — zawołała, uśmiechając się promiennie, nieadekwatnie do poruszonego tematu. — Brzydzi mnie krew, bebechy… Zawsze na eliksirach ktoś musi mi pokroić szczura czy żabę…
— I możesz tak spokojnie oglądać mecze? Skoro są takie brutalne…
Ale nie było mi dane poznać motywów Gaby, bo faktycznie zobaczyła swoje koleżanki (wszystkie były młodsze od niej), pomachała do nich i natychmiast wystrzeliła w ich stronę. Choć zmęczyło mnie jej towarzystwo, zrobiło mi się przykro, że nawet się ze mną nie pożegnała. Przygaszona i zrezygnowana powlekłam się do dormitorium, a przynajmniej taki miałam zamiar, bo drogę zagrodził mi Nicolas. Wyglądał na spokojnego, chociaż nie spodobał mi się ten uśmiech, z którym mnie przywitał.
— Nie przyszłaś na kolację, Worple mówił, że włóczysz się po lochach — powiedział cicho, ale usłyszałam w jego głosie nutkę groźby. Delikatnie chwycił mnie za ramię i pociągnął w kierunku wejścia do sypialni chłopców. — Myślisz, że pozwolę się oszukiwać?
Weszliśmy na korytarz, który był identyczny jak ten, który prowadził do pokojów dziewcząt. Choć słychać było przytłumione rozmowy dochodzące zza zamkniętych drzwi, nas nikt nie mógł podsłuchać — Rowdy pierwszy raz tak doskonale nad sobą panował.
— Przecież już wybrałaś…
— Wybrałam — przytaknęłam, spuściwszy głowę. — Byłam na kolacji, dopiero wróciłam… 
— A wcześniej? Nott? Rosier? Riddle? Kto?
Przestraszyłam się spokoju, z jakim to powiedział. Choć ściskał mnie za ramię zdecydowanie zbyt mocno, nie trząsł się już, nie rzucał, nie wywracał oczami. Teraz bardziej niż zwykle przypominał ojca, który bardzo rzadko krzyczał, ale to stoickie opanowanie wystarczało, żeby odebrać mi mowę. Co dziwniejsze, już przestałam się obawiać, że Nick mnie uderzy, ale nie zmieniło to mojego strachu. Zaczęłam się bać, że wymyśli coś gorszego, a groźby Hortusa się spełnią i któregoś dnia naprawdę pojawi się w Hogwarcie, żeby zabrać mnie do domu.
— Nikt, byłam na kółku… u prof-fesora Slughorna. — Przełknęłam ślinę. — Naprawdę. Możesz zapytać Gaby Taciturn…
Nick milczał przez chwilę, a twarz mu stężała. Czekałam na jego komentarz jak na wyrok. Pierwszy raz powiedziałam prawdę, ale bałam się bardziej niż wtedy, kiedy kłamałam.
— No dobra — mruknął. — Ale to sprawdzę. Uważaj sobie…
Pogroził grubym palcem (znów przypominając ojca) i wrócił do salonu, pozostawiając mnie samą na korytarzu. Kiedy i ja wyszłam do pokoju wspólnego, płonąc na twarzy jak piwonia, miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzyli, a w dormitorium zapadło całkowite milczenie, choć jak przez grubą szybę słyszałam typowe wieczorne rozmowy, śmiechy i formułki ćwiczonych zaklęć. Miałam ochotę się rozpłakać — Bóg jeden wiedział, co mogli sobie pomyśleć Ślizgoni, kiedy zobaczyli mnie opuszczającą sypialnię chłopców tuż za Nicolasem. Poszłam prosto do dormitorium dziewcząt, prawie się chwiejąc na odrętwiałych nogach; w środku nie spotkałam nikogo i dopiero wtedy mogłam odetchnąć. Spojrzałam na swoje dłonie: były sine z zimna, z poobgryzanymi paznokciami — musiałam to zrobić podczas oglądania treningu, chociaż matka starała się oduczyć mnie tego nawyku, bijąc po rękach. Przycisnęłam je do rozgrzanych policzków, a chłód przyniósł chwilową ulgę.
W łazience nie było już śladu po porannym bałaganie, który zrobiła Gaby. Wszystkie ręczniki wisiały równiutko na żelaznych kołkach przy prysznicu, lustro lśniło czystością, a przybory toaletowe, które Taciturn zostawiła na umywalce, zniknęły. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi na haczyk i powoli rozebrałam się do naga, czując na całym ciele gęsią skórkę; chwilę później wskoczyłam pod ciepły strumień wody i stałam tak przez dobre pół godziny, które mogłam bez poczucia winy zmarnować na ponowne analizowanie ostatniej sytuacji. Choć faktycznie podjęłam już decyzję — tak, wyjdę za Nicolasa — nie mogłam znaleźć w niej niczego, co uczyniłoby mnie prawdziwie szczęśliwą. Wmawianie sobie, jak dobrze czułam się ze swoją dojrzałością, przyniosło jednorazową ulgę, o której już dawno zdążyłam zapomnieć. Prawie czułam, jak coś pod skórą wiło się i skręcało, chcąc wydrzeć się na zewnątrz za każdym razem, kiedy myślałam o grudniu — bo wtedy miałam zostać panią Rowdy, a myślałam o tym prawie cały czas. Nie potrafiłam przyjąć, że do końca szkoły zostało mi jeszcze tak dużo czasu, a ja już miałam mieć męża, choć jeszcze niedawno bawiłam się lalkami z naszym domowym skrzatem. Próbowałam sobie wyobrazić obrączkę na moim palcu i to, co miała symbolizować — miłość, wierność i uczciwość; woda lała mi się na głowę, a ja stałam zgarbiona i powtarzałam w kółko: Victoria Regina Rowdy, Victoria Regina Rowdy, Victoria Regina Rowdy… To brzmiało obco, bo chciałam, aby tak było. Postanowiłam, że skoro już pogodziłam się ze swoją powinnością, znajdę w Nicku jakieś cechy, za które można go polubić, wszak każdy musi mieć jakąś zaletę.
Wyszłam spod prysznica wygrzana i z wielką motywacją do działania, a zimno, które wcześniej wywoływało nieprzyjemne dreszcze, tym razem przyjemnie kontrastowało z gorącem. Jednak kiedy zaczęłam się wycierać, spostrzegłam, że chyba przesadziłam z temperaturą, bo skóra w wielu miejscach była mocno zaczerwieniona. Przetarłam dłonią zaparowane lusterko i cofnęłam się pod samą ścianę, żeby widzieć więcej niż twarz i szyję. Istotnie, zauważyłam kilka plam na dekolcie, brzuchu i na barkach, po których spływało najwięcej wody, ale w oczy rzuciło mi się coś znacznie gorszego — ja sama. Chyba faktycznie musiało coś być w słowach Sokarisa, bo choć twarz miałam szczupłą, a piersi małe, talia była szeroka, a nogi otłuszczone; pomacałam brzuch — niby czułam kości  biodrowe, ale skóra wydawała się taka miękka, jakby… gąbczasta. Odwróciłam się tyłem do lusterka i pochyliłam się, żeby zbadać uda: dostrzegłam, że były pofałdowane i trochę szorstkie w dotyku. Mimo że świetnie znałam budowę swego ciała, dopiero teraz dostrzegłam, jak była nieidealna. Nie miałam nawet dwudziestu lat, a już zaczynałam przypominać starszą panią. Daleko mi było do matki, którą zawsze obserwowałam z ogromnym zachwytem — wysoka, bardzo zgrabna, o pięknych, kościstych ramionach, które ojciec bardzo często kazał jej zasłaniać, z długą szyją ozdabianą kolią lub opaską z diamentami — zawsze, gdy nastąpiła ku temu okazja — i choć nie była klasyczną, bladolicą pięknością, jej lekko egzotyczna uroda miała licznych wielbicieli. Nawet delikatnie zrośnięte brwi stanowiły doskonałą oprawę dla czystych, zielonych oczu — jedynego atutu, który po niej odziedziczyłam.
Zdążywszy już dawno wyschnąć, ubrałam się w długą koszulę nocną, opatuliłam dodatkowo grubym szlafrokiem i opuściłam łazienkę, a światło samo zgasło, kiedy zamknęłam drzwi. Siedząc samotnie na łóżku, długo czesałam włosy i zastanawiałam się, co począć w związku ze swoim odkryciem. Mogłam jak zwykle nie zrobić nic i po prostu unikać luster albo dla odmiany poczynić jakieś kroki, aby nareszcie utrzeć nosa Sokarisowi i wyglądać lepiej, w końcu tego ode mnie wymagano. Chyba… chyba nie miałam żadnych atutów poza spolegliwością, ale to nie wystarczało, bo gdyby było inaczej, pewnie mogłabym liczyć na lepszego męża.

Wieczorem byłam podekscytowana i pełna optymizmu, lecz kiedy o piątej trzydzieści poderwałam się z łóżka na irytujący dźwięk budzika, okazało się, że ze wczorajszych motywacji niewiele zostało. Szybko wyłączyłam głośne dzwonienie, żeby nie obudzić koleżanek, i padłam z powrotem na poduszki, czując piasek pod powiekami i ciążącą senność. Miałam ochotę odwrócić się na drugi bok i odpuścić, ale coś natarczywego szturchało mnie w nowonarodzoną ambicję, zrzędząc, że podczas śniadania będę tego żałować. Wiedziałam, że za moment zasnę, więc z trudem usiadłam na materacu, rozsunęłam ciężkie kotary i wysunęłam się z łóżka, drżąc z zimna i mrugając intensywnie, żeby pozbyć się tego okropnego pieczenia w oczach. Odpuściłam sobie poranną toaletę, umyłam tylko zęby, aby pozbyć się tego porannego oddechu, przebrałam się w jakieś cieplejsze mugolskie ubrania, które wydawały mi się odpowiednie, po czym cichutko wyślizgnęłam się z sypialni. Na korytarzu i w salonie — w przeciwieństwie do naszego dormitorium — było całkiem ciemno, więc musiałam świecić różdżką, żeby się nie potknąć, choć i tak dwa razy utknęłam na pufie, której ktoś nie odłożył na miejsce. W lochach paliły się pochodnie, lecz ich gazowe, niebieskie płomyki dawały mało światła, a świadomość, że nikt jeszcze nie kręcił się po korytarzach (może poza jakimś duchem) sprawiała, że cierpła mi skóra; cały czas miałam wrażenie, że ktoś obserwował mnie z mroku. Prawie biegiem wspięłam się po wąskich schodach i wpadłam do holu. Tutaj też panowała ciemność, bo do wschodu słońca pozostała jeszcze grubo ponad godzina, ale przestronność tego pomieszczenia nie budziła już takiego lęku jak ciasne, nisko sklepione lochy; śmielej przeszłam przez salę, mając nadzieję, że na zewnątrz będzie chociaż odrobinę jaśniej. Naparłam na wysokie, dębowe drzwi, ale ani drgnęły, spróbowałam też zaklęcia — nic. Przeklęłam w myślach i kopnęłam kilka razy w metal, którym obito drewno, ale niczego nie wskórałam, jedynie stłukłam sobie duży palec u nogi. Wpadłam w jeszcze większą złość, lecz nie śmiałam zwerbalizować tego, co w chwili gniewu przyszło mi do głowy. Usiadłam pod grubą, zmurszałą framugą, podciągnęłam kolana pod brodę i czekałam. Wielki zegar nad schodami wskazywał godzinę piątą czterdzieści pięć. Tom czasami wymykał się z Traversem i innymi na błonia, kiedy była już cisza nocna, ale ja nigdy im nie towarzyszyłam i jakoś nie pomyślałam, żeby zapytać, jak albo którędy opuszczali szkołę. Drzwi najprawdopodobniej zamykały się w okolicy dwudziestej pierwszej, kiedy wszyscy uczniowie powinni siedzieć w swoich dormitoriach, ale kiedy się otwierały? Może o jakiejś pełnej godzinie? Postanowiłam poczekać do szóstej, w końcu kosztowało mnie to jeszcze kilka minut siedzenia pod ścianą, a już dawno odechciało mi się spać, więc najwyżej wrócę do nicnierobienia troszkę później.
Nie pożałowałam. Pokrążyłam trochę pod kamienną ścianą, spróbowałam jeszcze rzucić zaklęcie na drzwi, a kiedy wybiła godzina szósta, wraz z ostatnim cichym uderzeniem zegara zamek kliknął mechanicznie i drewno ustąpiło. Uderzył mnie w twarz chłody, nocny podmuch powietrza. Choć wrzesień wciąż był ciepły i słoneczny, poczułam mocny zapach mrozu i prawie natychmiast zadrżałam. Zacisnęłam zęby i pobiegłam na błonia, żeby zrobić rozgrzewkę.
Tak naprawdę nigdy nie uprawiałam sportu i bardzo szybko odkryłam, że moja kondycja była fatalna, lecz okazało się, że niska temperatura prawie natychmiast przestała mi przeszkadzać. Pobiegłam nad jezioro, co chwilę przystając i maszerując, bo kłuło mnie w boku, a gardło piekło żywym ogniem, ale wytrwałam prawie do wschodu słońca. Co jakiś czas ocierałam twarz rękawami szerokiego, wełnianego swetra, ale i tak lało się ze mnie strumieniami, a włosy przyklejały się do mokrego czoła i policzków. Żałowałam, że ich nie spięłam. Mimo wszystko poranek okazał się nie tak zimny, a błonia nie tak mroczne, ponieważ gwiazdy bledły, a niebo nad wodą szybko przeszło z fioletu w delikatny róż, więc nie żałowałam, że pokonałam lenistwo. Co więcej, byłam z siebie naprawdę dumna — pierwszy raz od długiego czasu. Zmęczona i zlana potem, ale jednocześnie bardzo szczęśliwa wróciłam do szkoły, ostatni raz zerkając na małą, czerwoną plamkę wznoszącą się powoli nad horyzontem. Teraz już powoli i bez szaleństw wspięłam się na niewielkie wzniesienie, minęłam drzewo, pod którym starsi uczniowie spędzali wolny czas, kiedy zaczynało robić się cieplej, i już ruszyłabym w stronę drzwi (nie przypominałam sobie, abym zostawiła je uchylone), gdyby nie niska, okrągła postać, która mnie wystraszyła. Prawie poczułam serce w gardle, ale prędko się zorientowałam, że niedaleko wejścia natknęłam się na profesora Slughorna.
— Dzień dobry! — zawołałam na tyle donośnym głosem, na ile pozwalał mi ból gardła.
Nauczyciel wzdrygnął się, a z ręki wyleciało mu coś małego i szarego, upadło na starą trawę i zostało zdeptane przez skórzane kozaki profesora. Kiedy podeszłam bliżej, od razu poczułam zapach fajki — nie mogłam pomylić tego smrodu z żadnym innym, ponieważ mój ojciec nagminnie kurzył to świństwo. Nie pamiętałam go bez cygara w zębach.
— Och… dzień dobry, panno Hortus… czekałem tu na… — wyjąkał, zerkając w stronę drzwi wejściowych, a ja uśmiechnęłam się na tyle szeroko, na ile pozwalała mi skostniała z zimna twarz. — A co ty tu robisz o tej porze? Na brodę Merlina, dziecko, jeszcze nie ma ósmej!
Ruszyliśmy powoli w stronę wejścia.
— Chciałam trochę pobiegać, wie pan… chciałabym trochę…
— Tylko mi nie mów, że się odchudzasz. — Popatrzył na mnie srogo i pogroził palcem. — Bo teraz wszystkie dziewczęta tylko o tym, że za dużo tu, za dużo tam… A ty nie masz z czego chudnąć, gdyby to ode mnie zależało, to bym cię nawet trochę podkarmił.
Znowu się uśmiechnęłam, nie za bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć. Wzruszyłam więc ramionami i mruknęłam pod nosem:
— Niee, troszeczkę… tak dla zdrowia.
— To dobrze. Wiesz, jak sprawdzić, czy masz problem z nadwagą? Wychylasz się i patrzysz, czy widzisz stopy. — Zerknął znad swego wielkiego brzucha i zachichotał, aż zatrzęsły mu się wąsy. — No cóż, chyba mam za krótką szyję!
Wybuchnął śmiechem, aż echo wyłapało to z progu i rozniosło po całym holu; ja też pozwoliłam sobie na chichot, ale zdecydowanie cichszy i o wiele dyskretniejszy. Zakryłam usta ręką, podczas gdy profesor rżał na całe gardło, aż znaleźliśmy się w sali wejściowej. Nauczyciel zaklaskał kilkakrotnie, rozcierając przy tym zmarznięte ręce i oświadczył, że pewnie spotkamy się na śniadaniu, a ja pożegnałam się z nim lekkim skłonieniem głowy i skierowałam swe kroki do lochów. Kiedy słońce przenikało przez strzeliste, wypełnione witrażami okna w holu, a z Wielkiej Sali dobiegały pierwsze przytłumione odgłosy rozmów, nie czułam już tego nieprzyjemnego dreszczu na plecach — śmiało zeszłam na dół i udałam się do dormitorium Ślizgonów. Była niedziela, więc w salonie nie spotkałam jeszcze nikogo, choć domyślałam się, że za chwilę się to zmieni; wpadłam cicho do sypialni dla szóstoklasistek, modląc się, aby wszystkie dziewczęta jeszcze spały. Nie wiedziałam, jak miałabym się wytłumaczyć z mojej wczesnej pobudki, mugolskich ciuchów i spoconej, zaczerwienionej twarzy, ale nie musiałam tego robić, bo wszystkie trzy łóżka niezmiennie otaczały zasłony, a pogrążony w zielonkawym półmroku pokój wypełniały trzy regularne oddechy. Zabrałam szkolną szatę i wślizgnęłam się do łazienki. Nie bez trudu zdjęłam z siebie ciasne, sztruksowe spodnie i resztę mugolskich ubrań, które porzuciłam bezładnie niedaleko toalety, po czym weszłam pod prysznic. Uczucie ciepłej wody na ciele po takim wysiłku było niesamowicie przyjemne; oparłam się plecami o chłodną ścianę i przymknęłam oczy. Ból w nogach i pośladkach powoli narastał, a ja zdałam sobie sprawę, że chyba trochę przesadziłam podczas pierwszego biegania — wiedziałam, że jutro będzie dziesięć razy gorzej. Niestety nie mogłam zbyt długo cieszyć się z porannego prysznica, ponieważ chwilę później usłyszałam, jak Margaret zaczęła się dobijać, więc musiałam się pospieszyć. Zwolniłam jej łazienkę jakieś dziesięć minut później, ale dziewczyna i tak nie omieszkała trzasnąć drzwiami w ramach zademonstrowania wściekłości.
Ciuchy, w których biegałam, pozostawiłam w koszu na pranie, więc nie musiałam paradować z nimi przez całą sypialnię; dobrze zrobiłam, ponieważ Gaby już wstała (zza jedynych zaciągniętych kotar nadal dobiegało ciche chrapanie Dafne). Zastałam blondynkę grzebiącą w kufrze, mruknęła tylko ciche cześć, jakby była czymś zirytowana. 
Zanim udałam się na śniadanie, postanowiłam ostatni raz zawalczyć o swoją wolność. Usiadłam na łóżku i zaczęłam pisać list do matki. Choć domyślałam się, że najprawdopodobniej nic z tego nie wyjdzie, przynajmniej będę miała pewność, że zrobiłam wszystko, co mogłam. Zastanawiałam się, jak ująć myśli. Błagać? Przedstawić jakieś racjonalne argumenty? Zbuntować się? Gryzłam na przemian pióro i paznokcie, pisząc i kreśląc po kartce, aż wszystkie moje współlokatorki zdążyły wstać, odprawić poranne rytuały i pójść na śniadanie, ale w końcu udało mi się sporządzić odpowiedni list. Przepisałam go na czysty pergamin i przygotowałam do wysłania, teraz wystarczyło tylko pójść do sowiarni; postanowiłam to zrobić przed śniadaniem, bo coś nieprzyjemnie mi podpowiadało, że po wejściu do Wielkiej Sali będę skazana na towarzystwo Sokarisa. Schowałam więc kopertę do kieszeni i prędko przeszłam najpierw przez dormitorium Ślizgonów, potem przez lochy i hol, starając się patrzeć cały czas przed siebie. W sali wejściowej na głównych schodach minęłam się z kilkoma młodszymi uczniami, dlatego bardzo się wystraszyłam, kiedy usłyszałam za plecami jakiś donośny, męski głos, który nie mógł należeć do żadnego z trzecioklasistów:
— Victoria, a ty gdzie?
Odwróciłam się powoli, wcisnąwszy spocone dłonie do kieszeni szaty. Na najniższym stopniu stał Nicolas i wpatrywał się we mnie uważnie tymi malutkimi oczkami. Automatycznie trochę się cofnęłam, żeby zwiększyć dystans, choć chłopak nie wyglądał ani na rozeźlonego, ani zniecierpliwionego.
— A… list wysłać — mruknęłam, uśmiechając się krzywo. Wyciągnęłam na wszelki wypadek kopertę, żeby mu pokazać. — Do mamy.
— To ja… ten… pójdę z tobą, co nie?
Skinęłam głową i poczekałam u szczytu schodów, aż mnie dogoni. Byłam trochę zaskoczona jego słowami, bo Rowdy chyba bardzo chciał zabrzmieć męsko, ale stracił całą pewność siebie. Już od dawna przypuszczałam, że jego śmiałość zależała w dużej mierze od tego, ilu kumpli mu towarzyszyło, choć nie spędziliśmy sam na sam ani jednej chwili, bym mogła to ocenić. Teraz zaś miałam ku temu okazję, jak i do tego, aby spróbować znaleźć w nim coś dobrego.

Sowiarnia znajdowała się na szczycie Zachodniej Wieży, gdzie zapuszczałam się bardzo rzadko z prostego powodu — było sakramencko wysoko, zimno, a w oknach nie zamontowano szyb, aby ptaki mogły swobodnie wlatywać i wylatywać. Choć Nick przez całą drogę ani raz się do mnie nie odezwał (dzięki czemu okazał się całkiem do zniesienia), naprawdę doceniłam jego obecność, kiedy znaleźliśmy się w połowie wąskich, mocno krętych schodów. Choć w kamiennych ścianach znajdowały się okna, przez które widziałam coraz bardziej oddalającą się ziemię, nie poprosiłam go o pomoc; wystarczyło, że po prostu był. Szedł tuż za mną, słyszałam głośne szuranie jego trzewików, ale trzymał wystarczający dystans, by mnie nie dotknąć. Kiedy znaleźliśmy się w sowiarni, dysząc i sapiąc (ja starałam się robić to bezgłośnie), przystąpiłam do wyboru ptaka. Szkolne sowy miały na nogach cieniutkie, srebrne obrączki z maleńkim „H”, żeby nie pomylić ich z tymi, które miały właścicieli.
— Czemu nie weźmiesz tej? — zapytał Rowdy i wskazał paluchem na ogromnego puchacza. — To jest sowa Sokarisa, co nie?
— Tak, ale nie chcę, żeby wiedział, że ją wzięłam. — Uznałam, że najlepiej będzie postawić na szczerość. Wybrałam ładnego, białego ptaka o okrągłych, czarnych oczach i wywabiłam go z gniazda na pokrytą zaschniętymi odchodami barierkę. — Nie chce, żebym korespondowała z mamą, bo myśli, że nadajemy na ojca. A ty często piszesz do domu?
Kątem oka zauważyłam, że Nick tylko wzruszył ramionami i zaczął się przechadzać, uważając, żeby nie poślizgnąć się na świeżych kupach. Ja tymczasem kończyłam przywiązywać kopertę do łuskowatej nóżki sowy. Atmosfera, nie wiedzieć czemu, gęstniała z minuty na minutę, więc tylko rzuciłam przelotne spojrzenie za odlatującą płomykówką i szybko skierowałam się ku wyjściu, jednak Rowdy zagrodził mi drogę.
— Czekaj no — mruknął, a twarz dziwnie mu stężała. — Ty się boisz wysokości, co nie?
Kiwnęłam głową, pełna podziwu, że w końcu to zauważył; wypełnił mnie niepokój, kiedy tak przez chwilę staliśmy i nie odzywaliśmy się do siebie. Zachowanie Nicka było co najmniej dziwne, przez co zaczęłam rzucać dyskretne, tęskne spojrzenia w kierunku wyjścia, ale nie śmiałam się ruszyć. W końcu chłopak chwycił koślawo rękaw mojej szaty, mówiąc, że skoro tak, to chciałby mi coś pokazać. Pozwoliłam się poprowadzić do kolejnej klatki schodowej, na której było już tak ciasno i stromo, że musiałam trzymać się barierki; sama świadomość, że znalazłam się chyba wyżej niż dotychczas, spowodowała zawroty głowy. Nick otworzył grube, nieheblowane drzwi, a sekundę później znaleźliśmy się na blankach. Kiedy zobaczyłam po lewej stronie jezioro, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi; cofnęłam się automatycznie o krok, ale Rowdy mocno trzymał mnie za rękę. 
— Tak mi przyszło do głowy… że jak pobędziesz w wysokim, ale ładnym miejscu, to ci przejdzie — dodał.
W uszach mi szumiało, więc przez chwilę miałam wrażenie, że się przesłyszałam, ale Nicolas uśmiechnął się krzywo, jakby nigdy wcześniej tego nie robił. Nie miałam pojęcia, co na to odpowiedzieć, ba, co o tym pomyśleć. Niezręczność między nami prysła; zrozumiałam, że wynikała z jego niezdecydowania. Odwzajemniłam uśmiech, choć równie kwaśno i niepewnie, bo owe… imponujące widoki wciąż mroziły mi krew w żyłach. Gdybym nie miała lęku wysokości, faktycznie mogłabym przyznać, że było pięknie. Pozwoliłam podprowadzić się bliżej zmurszałych zębów, choć chwiałam się, jakbym szła po linie, ale Ślizgon cierpliwie dostosował swój krok do mojego. Zaskakująco mocno wiało, tak że szata i włosy tańczyły, jak im się podobało, ale był to chłodny i pachnący wiatr, a słońce grzało prawie jak w lecie, pięknie oświetlając błonia, które widać było z tej wysokości jak na dłoni.
Nick przez chwilę kiwał się na stopach, po czym mruknął, starając się opanować jąkanie:
— Wtedy… w dormitorium… tego… nie chciałem cię… no wiesz… Przepraszam.
Kiedy na niego spojrzałam, wpatrywał się w dal, ale jego oczy zaszły mgłą, cały się też spiął, a ja nie miałam pojęcia, jak powinnam się zachować. Dzisiejszy Nicolas w niczym nie przypominał tego, którego znałam. W starą skórę wstąpił jakiś inny duch! Milczeliśmy przez długą chwilę, spoglądając na wschodzące słońce i powoli tonące w jego promieniach błonia (ja starałam się patrzeć jak najdalej, bo kiedy zerkałam w dół, robiło mi się niedobrze), próbując przeanalizować zaistniałą sytuację. To było trudne nie tylko dla niego, dla mnie też, bo właśnie wysłałam do matki list, w którym skarżyłam się przede wszystkim na grubiaństwo Nicka — po tym, co wyznał, zaczynałam tego żałować.
— Dobrze — wykrztusiłam w końcu. — To… macie dzisiaj trening? Czy będziesz się uczył? 
Nie miałam pojęcia, o czym z nim rozmawiać, ale on wydał się tak samo skrępowany.
— Chyba uczył, Slughorn dał mi O. Z eseju, co nie? Nie jest ci zimno?
— Trochę…
Dużo śmielej niż wcześnie chwycił moje dłonie i zamknął w swoich, a ja poczułam się tak, jakby oblazły mnie mrówki; nie miałam pojęcia, w co wbić wzrok. Czułam na sobie spojrzenie Nicka, chociaż starałam się patrzeć wszędzie, tylko nie na niego. Sytuacja stała się cholernie krępująca, aczkolwiek trochę zmiękłam, kiedy uświadomiłam sobie, ile go to musiało kosztować.
— Ale masz lodowate ręce — mruknął; poczułam gulę w gardle. — Idziemy na śniadanie? 
Nie odpowiedziałam, ale chętnie wróciłam do sowiarni, a potem schodami z powrotem do szkoły, rada, że chłopak w końcu mnie puścił. Przez całą drogę do Wielkiej Sali nie mogłam przestać o tym myśleć: tamten dotyk nie był nieprzyjemny, ale w samym Rowdym tkwiło coś, co mnie od niego odrzucało, chociaż przecież musiał przemyśleć swoje postępowanie, skoro wysilił się na przeprosiny. To zabrzmiało tak szczerze, jak właściwie mogłabym sobie wyobrazić jakąś jego skruchę, gdyby wcześniej pomyślała, że to możliwe. Domyślałam się, że przy kolegach znowu powróci ten gruboskórny Nick, który będzie głuchy na docinki Sokarisa i nie zrobi nic, kiedy jego kumple zaczną mnie podszczypywać. Jednak — pojawiła się taka myśl, która ukazała nadchodzące wesele w jaśniejszym świetle — może wtedy, kiedy zostanę jego żoną, nauczy się mnie szanować zawsze, a nie tylko w chwili spokoju?
Kiedy zeszliśmy na dół, na korytarzach i w holu spotkaliśmy o wiele więcej ludzi; na zegarze nad głównymi schodami powoli dochodziła dziewiąta. Oboje weszliśmy do Wielkiej Sali i powędrowaliśmy w stronę stołu Ślizgonów, przy którym kątem oka dostrzegłam wszystkich z gromadki Toma — siedzieli w tym samym miejscu, co zwykle, więc nie sposób było ich przeoczyć — ale nie śmiałam nawet na nich spojrzeć, bo potwornie się bałam, że zniszczę to, co powoli zaczęło się budować. Z ciężkim sercem usiadłam na ławie obok Ezdrasza, a Nick wcisnął się między mnie i Gaby, która nie wyglądała na zachwyconą tym faktem, ale tylko przewróciła oczami. Dopiero kiedy poczułam zapach jedzenia, zdałam sobie sprawę, jak byłam głodna, lecz cały czas miałam w pamięci to, jak cudowną lekkość dawał pusty żołądek. Ostatecznie skusiłam się na kanapkę z serem. Kolejnym zaskoczeniem tego ranka był Nick, który uprzejmie i bez słowa dolał mi herbaty — nie mogłam nie obdarzyć go za to uśmiechem, tym razem znacznie prawdziwszym niż wcześniej na blankach. Jednak najbardziej zadowolony z tego wszystkiego wydawał się Sokaris. Przez resztę śniadania nie powiedział o mnie ani słowa, a ogólnie rzecz biorąc, zachowywał się tak, jakbym nie istniała, flirtował tylko z Ivy i kilka razy niewinnie obśmiał Ezdrasza, a na koniec pozwolił mi iść do biblioteki. Wstając, ucieszyłam się, że nareszcie zaskarbiłam sobie zaufanie brata, ale nie zdążyłam nawet dojść do progu, kiedy usłyszałam sapanie Nicolasa. Nie wystraszyłam się, lecz już trochę przytłaczała mnie jego obecność, niezręczne milczenie, a nawet silenie się na uprzejmość.
— I tak miałem iść do biblioteki, co nie?
W tej chwili uświadomiłam sobie, że tak już będzie zawsze.

Dotarliśmy do biblioteki dopiero po dobrym kwadransie; choć znajdowała się na piątym piętrze, ruchome schody zacięły się pomiędzy trzecim a czwartym i za nic nie chciały nas wypuścić, więc razem z jakąś dziewczynką z pierwszej albo drugiej klasy musiałyśmy je prosić, żeby się poruszyły. Nick tylko stał i przypatrywał się nam z dłońmi wciśniętymi w kieszenie, a żyła na jego skroni pęczniała, ale na szczęście schodom przeszły humory i mogliśmy iść dalej. Na korytarzu nie natknęliśmy się nikogo więcej, choć w bibliotece spotkaliśmy całkiem sporo osób. Zdecydowaną większość stanowili uczniowie z piątych klas, czemu nie mogłam się dziwić — w zeszłym roku sama byłam na ich miejscu i już od września pilnie przygotowywałam się do SUM-ów. Przeszliśmy z Rowdym przez główny korytarz (przywitałam się cicho z panią Mortemore, Nick przeszedł obok jej kontuaru bez słowa) i zajęliśmy jeden z wolnych stolików przy uchylonym oknie. Do środka napływało delikatnie chłodne powietrze, przynosząc ze sobą zapach suchych liści. Tak naprawdę nie chciałam ani się uczyć, ani pisać wypracowania, raczej miałam nadzieję poćwiczyć zaklęcia niewerbalne na najbliższą obronę przed czarną magią, podczas której mieliśmy zacząć ich używać; natomiast Rowdy mruknął coś niezrozumiałego, odłożył torbę i zniknął między jakimiś regałami, czego nie zdążyłam już zarejestrować.
Ustawiłam przed sobą drewniany piórnik i zaczęłam wypowiadać w myślach Wingardium Leviosa, ale ten ani drgnął. Nicolas zdążył wrócić, rozłożyć się po drugiej części stolika z przyniesionymi książkami i zacząć kreślić piórem po kartce, a ja nadal usiłowałam lewitować piórnik, zaciskając zęby, aby oprzeć się pokusie wypowiedzenia formułki na głos. Nic nie mogło mnie tu rozproszyć — w bibliotece słychać było tylko skrobanie po pergaminie, szelest przewracanych kartek i stłumione przez regały kroki. Cieszyłam się, że mogłam spędzić niedzielne przedpołudnie w innym miejscu niż moja sypialnia czy salon Ślizgonów, bo w najbliższym czasie mogłam liczyć jedynie na taką rozrywkę przeplataną cotygodniowymi kółkami z profesorem Slughornem. On też wymagał od nas używania zaklęć niewerbalnych, kiedy to tylko było konieczne, aby wyrobić w nas, jak mawiał, przydatny na późniejszych lekcjach nawyk. 
Siedzenie i wpatrywanie się w nieruchomy piórnik powoli zaczynało nudzić. Udało mi się go w końcu lewitować, lecz musiałam przyznać przed samą sobą — wypowiedziałam formułkę szeptem. Byłam załamana, do tego jakiś dzieciak musiał mnie obserwować, bo co jakiś czas czułam na karku nieprzyjemny dreszcz.
— Jak nic nie robisz, możesz to odnieść na miejsce — mruknął Nick, zatrzasnął książkę i wcisnął mi ją w ręce. — Jakiś… ech, powyrywał z dziesięć stron, idź do Działu Sztuczek i przynieś mi taką samą.
Nawet nie podniósł głowy znad pracy domowej, tylko zawzięcie pisał, najwyraźniej nie chcąc zgubić myśli. Zapełnił już prawie stopę pergaminu, ale stawiał ogromne litery, więc wydawało mi się, że w ten sposób nie oszuka profesora Flitwicka.
Zabrałam książkę i posłusznie udałam się do Działu Sztuczek, który znajdował się tuż przy kontuarze pani Mortemore, ale bibliotekarka nawet nie podniosła oczu znad gazety, kiedy zaczęłam szperać między książkami. Sto sposobów na perukę dla ptaka — zostało jeszcze cztery egzemplarze, a Nick musiał wybrać akurat ten z wyrwanymi stronami (no tak, tamten miał najporządniejszą okładkę, prawie żadnego zagięcia). Sięgnęłam po jeden z nich i na wszelki wypadek przejrzałam, czy nie miał jakichś ubytków. Nagle czyjaś silna ręka chwyciła mnie i wciągnęła za kolejny regał, gdzie nie mogły dotrzeć spojrzenia Rowdy’ego i pani Mortemore. Wydałam z siebie zduszony okrzyk, ale szybko się opanowałam, kiedy zobaczyłam przed sobą wysoką postać Toma. Był sam, a w dłoni trzymał jakieś opasłe tomisko ze złuszczającą się okładką (wyglądała jak oprawiona w wężową skórę), które — tak mi się wydawało — zabrał z Działu Ksiąg Zakazanych. Jako prefekt i wybitny uczeń miał lepszy dostęp do niedozwolonych książek, z którymi bardzo często go widywałam.
— Przepraszam — wyrwało mi się, a ładnie wyprofilowane brwi Ślizgona powędrowały ku górze.
— Za co? — zapytał, ale nie odpowiedziałam i odwróciłam wzrok od jego przenikliwego spojrzenia, więc dodał: — Teraz jesteś jego popychadłem, co? Odnosisz, przynosisz książki… a ja wiem, co zrobił.
Nachylił się, żeby zajrzeć mi w oczy i dotknął smukłą, ciepłą dłonią mojego policzka; westchnienie ugrzęzło mi gdzieś w gardle, a wszystkie starania o przyzwyczajenie się do Nicka i jego specyfiki zaczęły ulatywać jak powietrze przez dziurę w balonie. Wiedziałam, że jeśli jeszcze chwilę tak postoimy, znowu ulegnę, a później będę przez to cierpieć, jednak nie odnalazłam w sobie dość siły, żeby się wyrwać z tego delikatnego uścisku.
— Przeprosił — wyszeptałam, z trudem panując nad drżeniem głosu. — Nic nie rozumiesz… nie mogę…
— Ależ możesz — przerwał mi i odsunął się na normalną odległość, choć nadal niezmiennie czułam te oszałamiające iskierki, które od niego biły. — Tylko odstąp od własnej słabości. Nie chcesz się przekonać, ale tak się stanie. Te przeprosiny nic nie znaczą, bo on znów cię uderzy. To może się skończyć, jeśli tylko poprosisz…
Urwał, a jego brwi znowu drgnęły znacząco. W tym momencie stał się dla mnie jedynie twarzą — bladą, spokojną, bez śladu niepotrzebnego grymasu, z patrzącymi przekonująco oczami i pełnymi wargami, które nigdy nie drżały w zdenerwowaniu. To piękne oblicze, zwykle tak plastyczne i pełne emocji, które akurat pasowały do sytuacji, tym razem stało się maską z kamienia. Przez chwilę wydawało mi się, że faktycznie ulegnę, pójdę za nim, nawet wychyliłam się tak, jakbym już chciała zrobić krok… ale słabość, ta słabość, którą wmawiał mi Riddle, zwyciężyła.
Pomyślałam o tym, co stało się w sowiarni i na blankach…
Odwróciłam się na pięcie i uciekłam w bezpieczne miejsce w polu widzenia Nicka, czując łzy nabiegające do oczu. Serce biło mi tak, jakbym pobiegła do dormitorium Ślizgonów i z powrotem; chyba jeszcze raz powtórzyłam jakieś przeprosiny, ale byłam zbyt roztrzęsiona, żeby to sobie przypomnieć. Drżącymi rękami położyłam książkę na stoliku (chyba trochę zbyt głośno, niż zamierzałam) i usiadłam, żeby grzebać w torbie za czymś niewiadomym, by tylko zająć czymś dłonie. Chciałam myśleć, że spotkanie Toma było tylko snem.

~*~

Wiem, że długo mnie nie było, ale nauki mam w cholerę. Z nieba spadły mi też dwa dodatkowe blogi, a „Wiedźmin” tak kusząco spogląda z pulpitu… Sami rozumiecie, uległam i zagrałam. Następny odcinek powinien się pojawić jeszcze w tym tygodniu. Pozdrowionko. xD