1 maja 2010

Rozdział 36

Dni mijały jak chwila, ja, pogrążona w obsesyjnej manii odchudzania, nie odczuwałam prawie upływu czasu. Nawet wielka uczta w Noc Duchów nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, była dla mnie po prostu kolejną z wielu chwil, podczas których można było w siebie napchać setki nie[potrzebnych kalorii. Pewnego dnia odkryłam, że nie muszę jeść jedynie mdłych, suchych tostów. Przerzuciłam się na niskokaloryczny jogurt. Nic mi to jednak nie dawało, nadal byłam gruba, wciąż śniły mi się te fałdy tłuszczu. Obsesyjnie uprawiałam różne sporty. Tylko nie pływałam. Nie dla tego, że było już zimno, pochmurno i padał deszcz ze śniegiem. Po prostu wstydziłam się mojego wyglądu. Zawsze widziałam się w lustrze jako świnię, utuczoną na rzeź. Midnight już ze mną nie chciał spać. Pewnie dla tego, że zajmowałam za dużo miejsca. Do cholery, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Stosowałam ścisłą dietę, nie jadłam prawie nic, biegałam… a nie chudłam. Wręcz przeciwnie, ale nadal uparcie się odchudzałam, w nadziei, że któregoś dnia zobaczę jakiś efekt.

Nie dość, że nie było efektów w odchudzaniu, to jeszcze bardzo pogorszyłam się w nauce. Chodziłam jak zamroczona, dnie zlewały mi się w jedno, byłam żywym trupem. Nie chciałam już widywać się z Tomem. Kiedy dawniej przeszkadzała mi jego praca, teraz byłam bardzo zadowolona, że nie ma dla mnie czasu. Czasem nawet specjalnie unikałam jego towarzystwa, żeby się wywinąć od krępujących pytać. Kontakt między nami prawie całkiem się urwał. I wcale nie było mi z tego powodu przykro. On miał swoje życie, ja swoje.


Zanim się spostrzegłam, nastał listopad. A dokładniej jego połowa. Poczułam się tak, jakbym się obudziła z głębokiego snu. Nie wiem, co się takiego stało. Po prostu pewnego wieczora zorientowałam się, że klęczę przy sedesie w jednej z kabin w łazience dla dziewczyn. Na chwiejnych nogach dowlokłam się do umywalki i spojrzałam w lustro. Wyglądałam na bardzo zmęczoną życiem. Tak też się czułam. Odkręciłam kurek i nabrałam wody w dłonie, żeby umyć sobie twarz.

Wyszłam z łazienki i ledwo doszłam do końca korytarza, ktoś za mną zawołał. Wzdrygnęłam się, a serce niespokojnie załomotało mi w piersiach. Odwróciłam głowę i zauważyłam Toma, idącego przyspieszonym krokiem w moim kierunku. Uśmiechnęłam się blado, ale się nie zatrzymałam.
Riddle dogonił mnie w połowie korytarza, niedaleko klasy numerologii.
- Gdzie byłaś? – spytał.
- W łazience. Źle się czuję.
Tom objął mnie w pocieszającym geście ramieniem, ale odsunęłam go od siebie. Ten spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Przepraszam, że nie poświęcam ci już czasu – powiedział. – Ale jestem bardzo zajęty.
- Nie przeszkadza mi to – odparłam, wzruszając ramionami. – Właściwie to nawet lepiej, nie muszę słuchać twojego ględzenia.
Tom puścił mimo uszu tą uwagę. Przez chwilę szliśmy w milczeniu.
- Idziesz na kolację? – spytał w końcu.
- Nie.
- Wczoraj też nie byłaś – zauważył.
Wzruszyłam tylko ramionami. Nie wiem, po co w ogóle z nim o tym rozmawiałam. Skoro ma tak ważne problemy, to powinien sam pójść na tą swoją głupią kolację.
Tom zatrzymał mnie i ustawił pod ścianą, żebym mu nie mogła zwiać. Poczułam ukłucie strachu, kiedy przysunął się do mnie, żeby lepiej mi się przyjrzeć.
- Wiem, że tobie się to nie podoba – zaczął o wiele mniej radosnym tonem. – Ale obserwowałem cię. Przez ten cały czas, kiedy się do mnie nie odzywałaś. Victorio, co się z tobą dzieje? Dlaczego jesteś taka chłodna?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie jestem chłodna – odparłam. – Jesteś tak zajęty, że nie mam zamiaru ci przeszkadzać. Nawet nie wiem, czemu poświęcasz tyle czasu. Może innej dziewczynie?
Tom parsknął wymuszonym śmiechem, choć zauważyłam, że to oskarżenie bardzo go dotknęło.
- Już raz o tym rozmawialiśmy – rzekł. – I nie masz powodów do zazdrości.
Pochylił się, żeby pocałować mnie w szyję. Poczułam, jak jego ręce oplatają mnie w talii.
- Nie jestem zazdrosna – odpowiedziałam. - Gdybym była, to bym ci powiedziała i załatwiła tą laskę.
Tom jednak nie słuchał już tego. Odsunął się ode mnie z wyrazem zdziwienia i obrzydzenia na twarzy. Przesunął ręką po moich żebrach.
- Victorio – w jego głosie zabrzmiała chłodna stanowczość. – Możesz mi to wyjaśnić?
- Wiem, wiem, jeszcze nie widać efektów, ale sumiennie stosuję dietę – odpowiedziałam. – Nic ci nie chciałam mówić bo byś się wściekał, ale…
- I miałaś rację – przerwał mi, zdenerwowany już całkowicie. – Jestem wściekły! Przecież ci powiedziałem, że nie musisz stosować żadnych diet!
- Ale ty nie rozumiesz…
Tom uderzył mnie w twarz z otwartej dłoni. Natychmiast umilkłam. Chlaśnięcie potoczyło się echem po pustym korytarzu. Nie śmiałam się odezwać, tylko patrzyłam z przerażeniem na Riddle’a, pogrążona w głębokim szoku.
- Czy ty rozumiesz – zaczął drżącym z trudem tłumionej złości głosem. – Że mogłaś umrzeć? Anoreksja to śmiertelna choroba! Nie wierzę, że ty mogłaś być tak słaba, aby przejmować się takimi detalami jak waga! Przez to twoje odchudzanie może się w tobie rozwinąć wiele schorzeń!

Wymienił mi ponad dwadzieścia chorób, między innymi bezpłodność, kłopoty z pamięcią i niewydolność nerek. Innych nazw już nie mogłam zapamiętać, brzmiały jednak na tyle groźnie, aby mną wstrząsnąć.

- Ale ja to zrobiłam dla ciebie – odezwałam się cicho, patrząc na niego błagalnym wzrokiem.
Tom spojrzał na mnie z odrazą, jakby patrzył na wyjątkowo duży stos odchodów.
- Tysiąc razy bardziej wolałbym przytulić stukilogramowego paszteta, niż takiego kościotrupa jak ty – warknął.
Chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale za nami rozległy się czyjeś kroki.
- Co tu się dzieje? – był to głos Dumbledore’a, który właśnie wyłonił się zza zakrętu.
- Nic – odburknął Tom, patrząc spode łba w niebieskie oczy profesora. Chwycił mnie za ramię i dodał cicho: - Chodź.
Pociągnął mnie w stronę schodów.

Po drodze do lochu mijaliśmy uczniów, zmierzających do Wielkiej Sali na kolację. Na początku przez myśl przemknęło mi, czy by nie uciec, ale Tom tylko syknął do mnie, wzmacniając uścisk na moim nadgarstku:
- Nawet nie myśl o ucieczce, bo i tak nic z tego nie będzie. Nie pozwolę, żebyś się zagłodziła na śmierć.
Dotarliśmy do dormitorium Ślizgonów. Tom podał hasło i wszedł do środka, ciągnąc mnie za sobą. Przeszedł przez opustoszały salon, zaprowadził mnie do swojej sypialni, zdarł ze mnie szatę i ustawił przed lustrem.
- Widzisz? – zapytał mnie, ale kiedy nic mu nie odpowiedziałam, potrząsnął mną i powtórzył z o wiele większą agresją: - Widzisz?! Wyglądasz gorzej od inferiusa!
Nic nie widziałam. Patrzyłam na siebie w lustrze i widziałam tylko masę tłuszczu. Wolałam się jednak nie odzywać, żeby bardziej Toma nie zdenerwować.
- Spójrz na to – dodał, wskazując na moje ręce. – Gdybym mocniej ścisnął, pokruszyłyby się jak chrust. Ubierz się.
Stanowczość w jego głosie zbyt mnie przeraziła, żebym śmiała zaprotestować. Pospiesznie ubrałam się, obserwowana przez rozgniewanego Riddle’a. Kiedy skończyłam, wyprowadził mnie z dormitorium. Zaparłam się obiema nogami, gdy zobaczyłam, że prowadzi mnie do Wielkiej Sali, do której wchodzili i wychodzili uczniowie.
- Nie zapieraj się, nic ci to nie da – wysyczał mi do ucha Tom i pchnął mnie mocniej w stronę drzwi.
- Nie rozumiesz, że ja potrzebuję zachęty, wsparcia? – spytałam.
- Zachętę i wsparcie mogłem ci zapewnić, kiedy umarła Katy – powiedział. – Choćbym miał cię pilnować dzień i noc, nie spać i nie chodzić na lekcje, cały czas będę cię pilnował. Żeby to było jasne.
Nic nie powiedziałam. Poczułam się, jakby ktoś przyłożył mi poduszkę do twarzy. Byłam spętana przez obecność Toma i tych wszystkich uczniów. Chciałam, żeby mnie zostawił samą sobie.

Riddle posadził mnie przy stole Ślizgonów. Nalał mi na talerz trochę parującej zupy i utkwił wzrok we mnie. Zerknęłam na niego. Czułam się tu niepewnie, tak jakby się na mnie patrzyła cała szkoła.
- Spokojnie – powiedział Tom lekceważącym tonem i skrzyżował ręce na piersiach. – Mamy czas.
Coś jakoś słabo mu szła motywacja do jedzenia. Siedzieć i się gapić to każdy potrafi. Podparłam się na łokciu i utkwiłam wzrok w zupie. Ohyda. Nienawidzę zupy ogórkowej. Obrzydliwe rozmoknięte kawałki warzyw zanurzone w gęstej, zielonej breji.

Cierpliwość Toma skończyła się zaledwie po dwudziestu minutach.
- Pospiesz się – odezwał się niecierpliwie, rozglądając się po prawie już pustej Wielkiej Sali. – Nie mam zamiaru tu spędzić całego wieczora.
- Myślałam, że jesteś taki mądry – odparłam znudzona już tym całym przedsięwzięciem. – Jeśli po pięciu minutach nie zjadłam, to nie zjem i po kolejnych pięciu, a co dopiero po dziesięciu.
Tom znów się zdenerwował.
- Cholera jasna – zaklął tak głośno, że profesor McGonagall odwróciła głowę w nasza stronę. – Albo to zjesz, albo osobiście wleję ci tę zupę do gardła.
Mimo jego zaciętej miny i groźby w głosie, ja zaśmiałam się tylko i wskazałam mu podbródkiem na stół nauczycielski.
- Tam siedzi połowa grona pedagogicznego, w tym Dumbledore – odparłam. – Śmiało, zrób to.
Riddle tylko przyglądał mi się uważnie, nic nie mówiąc, więc wstałam i opuściłam Wielką Salę. Byłam tego dnia zaledwie o śniadaniu, dlatego nie czułam się na siłach, aby powtórzyć coś na jutrzejsze lekcje. Opadłam zmęczona na swoje łóżko i nawet nie zdążyłam przykryć kocem, bo od razu zasnęłam.


Rano ktoś brutalnie mną potrząsnął, wyrywając mnie ze snu. Zamrugałam i otworzyłam gwałtownie oczy. Zobaczyłam Toma, siedzącego na brzegu mojego łóżka.
- Co? O co chodzi? – mruknęłam, rozglądając się dookoła. – Która godzina?
- Szósta.
Westchnęłam ciężko i z powrotem opadłam na poduszki.
- Po co mnie tak wcześnie budzisz? – spytałam.
- Źle wczoraj zacząłem – usłyszałam.
To wyznanie i w ogóle przyznanie się do błędu bardzo mną wstrząsnęło, mimo to nadal nie otwierałam oczu.
- Brawo za spostrzegawczość – odpowiedziałam. – Pięć punktów dla Slytherinu.
Tom zaklął pod nosem. Z pewnością podniosłam mu ciśnienie, ale on natychmiast się opanował. Usłyszałam, jak głęboko oddycha, żeby znów nie wybuchnąć.
- Dobra, wstawaj już, nie ma czasu – powiedział, szturchając mnie w bok.
- Daj mi spokój, jestem zmęczona.
- Nic dziwnego, skoro się tak głodzisz – mruknął. – I nie wiem jak wcześnie byś poszła spać, nic ci to nie da.
Usiadłam na łóżku z potężnym ziewnięciem.
- Skąd wiesz, że poszłam wcześnie spać? – spytałam.
- Bo o dziewiątej do ciebie zajrzałem i już spałaś – wyjaśnił takim tonem, jakby to było oczywiste, chociaż przecież chłopakom nie można wchodzić do sypialni dziewczyn. Więc albo Tom nauczył się skutecznie łamać to zaklęcie, albo jest dziewczyną. – A przecież to jeszcze wczesna pora.
- Aha.
Stwierdziwszy, że już nie zasnę, czy Tom będzie tu siedział, czy też nie, zwlokłam się z łóżka i zaczęłam szukać ubrań. Riddle wysilił się, aby nie skomentować moich wystających zewsząd kości, odwrócił tylko wzrok, jakby go mój wygląd obrażał.

- Słuchaj – zaczął, kiedy przechodziliśmy przez salon Ślizgonów. – Wiem, że to może długo potrwać… wiesz, zanim wrócisz do normalności. Jeśli chcesz coś z tym zrobić, musisz być cierpliwa i też coś z siebie dać.
Pokiwałam tylko milcząco głową. Wątpiłam, żeby to się udało. Mdliło mnie na widok czy samo wspomnienie jedzenia, nie mówiąc już o przyjęciu pokarmu. Ale skoro Tom chce za wszelką cenę próbować… Nie mam powodu, żeby się z nim wykłócać. Jestem już zmęczona jego wiecznymi pretensjami, niech choć raz coś będzie tak, jak on chce.

Usiadłam na swoim miejscu. O tej porze w Wielkiej Sali było niewielu uczniów, pięciu czy sześciu… Byli to głównie szóstoklasiści i siódmoklasiści, zbyt zajęci nauką, aby wylegiwać się do późna.
Tom spojrzał na mnie oczekująco.
- Nie patrz tak na mnie, bo za chwilę stąd wyjdę – powiedziałam mu.
- Dobra, niech ci będzie – mruknął. – Ale zjedz coś, chociaż jednego tosta.
Prychnęłam pogardliwie.
- Tak, jasne – zadrwiłam. – A zwierzątek z balonika nie chcesz?
Wzięłam jednak tego tosta, posmarowałam go masłem i utkwiłam w nim zniechęcony wzrok. Tom znów na mnie zerknął; tym razem w jego oczach dostrzegłam zniecierpliwienia, którego chyba nawet nie starał się ukryć.
- Nie spiesz się – powiedział uprzejmym głosem.
- Ty nie znasz tego uczucia, kiedy cię mdli na widok jedzenia – odparłam. – Więc proszę, żebyś przestał na mnie warczeć.
Riddle nic nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami.
- Przecież mówię do ciebie spokojnie – mruknął i zaczął coraz ciszej mamrotać pod nosem, że uchwyciłam jedynie kilkakrotnie powtórzone słowo „czepia się o byle co” i „głupoty”.
Ugryzłam kawałek tosta i żułam go przez długą chwilę, przyglądając się Dumbledore’owi rozmawiającemu z McGonagall.

- Victorio, przestań się modlić nad tym tostem – odezwał się po piętnastu minutach Tom znad swojego podręcznika do numerologii. Dawno już zjadł swoje śniadanie. – Ile można jeść jedną kromkę chleba?
- Już jedną zjadłam i zaczęłam drugą, ale mogę już jej nie jeść – odpowiedziałam cicho, patrząc beznamiętnie na ugryzionego tosta.
- Nie, dobrze – przerwał mi szybko Riddle. – Skończ. Mamy czas.
I pogrążył się znowu w lekturze.
Z trudem dokończyłam tego tosta. Tom z radością wstał i przeciągnął się, żeby rozprostować kości. Do lekcji pozostało półtorej godziny, dlatego Riddle natychmiast pognał do biblioteki, ciągnąc mnie za sobą.

- Nie chcę iść do biblioteki – powiedziałam mu.
- Na widok książek też masz odruch wymiotny? – wydyszał, wspinając się po schodach. – Czy zdajesz sobie sprawę, że jeśli nie nadrobisz zaległości, możesz zawalić sobie oceny?
- Mam to gdzieś.
- Fajnie.
Wszedł do biblioteki, nadal mocno ściskając mój nadgarstek. Było tu o wiele więcej uczniów, niż na śniadaniu. Z nadąsaną miną usiadłam z Tomem przy stoliku, a ten rozłożył na nim książki.
- Masz, skończ wypracowanie dla McGonagall, a ja je później poprawię – powiedział szeptem, wciskając mi w ręce jakiś podręcznik.
- Chyba chciałeś powiedzieć zacznij – mruknęłam, szukając w torbie pergaminu i pióra. – W ogóle nie mam pojęcia, co robimy na lekcjach.
- Więcej się odchudzaj, to będziesz wiedzieć.

*

Z pomocą Toma udało mi się nadrobić zaległości w nauce. Nie myślałam już o odchudzaniu przez cały czas, chociaż zdarzały mu się momenty, że czułam wyrzuty sumienia. Widziałam siebie w lustrze i wiedziałam, że przedobrzyłam. Jednak to siedziało gdzieś we mnie, ta świadomość, że choroba może powrócić. Ale dziwnie się czułam, kiedy sobie uświadomiłam, że to już koniec mojej diety. Tom mi cały czas powtarzał, że przedtem wyglądałam dobrze, ale jakoś nie mogłam w to uwierzyć.

- Już nigdy nie będę mogła się odchudzić? – spytałam któregoś dnia.
- Będziesz mogła, ale jeśli to będzie naprawdę potrzebne – odpowiedział. – Chociaż to mało prawdopodobne. Przecież nie urośniesz do rozmiarów Jęczącej Marty.
Fakt. Teraz, jak tak na to patrzę, sądzę, że mój przypadek nie był taki straszny. Elizabeth Nott wyglądała o niebo gorzej ode mnie. Ten jej brak talii i nogi jak kloce…

~*~

Długo pisałam ten rozdział. Chciałam już zakończyć ten temat „ludzkiego” problemu Victorii. Nareszcie mogę przejść do mojej ulubionej fabuły i metamorfozy bohaterki. Zapowiadam, że będzie ciekawie. Ale póki co…
No, i już po egzaminach. Nie dałam się radioaktywnym biedronkom i węglowi kamiennemu xD Dedykacja dla Amandy :*

PS: Cóż, chciałam także oznajmić, że Onet polecił poprzedni odcinek. Cieszę się, że ten zaszczyt spotkał mnie w tak małym odstępie czasu po raz kolejny.