6 kwietnia 2010

Rozdział 34

Do Hogwartu wróciłam następnego ranka. Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy wemknęłam się cicho do dormitorium Ślizgonów. Matka zaproponowała, że mnie podrzuci, bo i tak ma coś do załatwienia w Hogsmeade, ale odmówiłam. Już doskonale potrafiłam się teleportować. No i wolałam, żeby matka raczej podholowała ojca do domu. Był tak spity, że ledwo trzymał się na nogach. W ogóle goście dużo wypili, Sokaris i Ivy w miarę się pilnowali, bo następnego dnia wyjeżdżali na miesiąc miodowy do Australii. Też sobie miejsce wybrali… Jadowite pająki, węże, skorpiony… Mogę liczyć na to, że w prezencie przywiozą mi taką czarną wdowę, a ja ją wsadzę ojcu w gacie? Może w końcu przestałby się pchać tam, gdzie nie powinien, kiedy go pająk pozbawi pewnego narządu?

Była godzina piąta rano, gdy zziębnięta i zmęczona po całonocnej imprezie wśliznęłam się do swojego łóżka. Midnight ułożył się obok mnie. Zawsze spał ze mną, chyba że akurat nocował u mnie Tom.
Mogę powiedzieć, że to całe wesele było tylko stratą czasu. Mojego czasu. Po co w ogóle mnie tam ciągnęli? Dla nich była to ważna i ekscytująca uroczystość, to jasne, dla mnie zaś noc stracona na siedzenie przy stoliku.


Ledwo zasnęłam, już musiałam wstać. Żelazny budzik zadzwonił, wydając z siebie przeraźliwy, drażniący dźwięk. Wzdrygnęłam się i usiadłam na łóżku. Mimo że przespałam te trzy godziny, byłam bardzo zmęczona. Powoli przebrałam się w szatę szkolną, co chwilę ziewając.
Spakowałam torbę i poszłam do salonu. Co prawda nie miałam nawet nadziei, że Tom tam będzie, o tej potrze na pewno siedział już w bibliotece. Zwykle wstawał bardzo wcześnie. Ale nie zaszkodziło przecież sprawdzić.
Ku mojemu zdumieniu zobaczyłam Riddle’a na drugim końcu salonu. A właściwie jego plecy. Dogoniłam go i chwyciłam za rękę. Tom wzdrygnął się.
- Victorio, ale masz zimne ręce – zauważył. – I strasznie kościste.
- Nie, zdaje ci się.
Riddle objął mnie w talii i wyprowadził z dormitorium.

- Jak się bawiłaś na weselu? – zapytał, kiedy weszliśmy do Wielkiej Sali. Parsknęłam śmiechem.
- Ty sobie żartujesz? – zadrwiłam. – Cały czas siedziałam przy stole. To był najnudniejszy ślub, na jakim byłam. Już pogrzeby są ciekawsze.
Usiadłam na swoim miejscu, a moja ręka instynktownie powędrowała w stronę dzbanka z kawą. Nalałam sobie trochę do szklanki i wypiłam jednym haustem. Riddle w tym czasie smarował sobie tosty dżemem. Ledwo nalał sobie do pucharu soku pomarańczowego, ja już wstałam.
- Zaraz, a ty dokąd? – spytał, z trudem przełykając kawałek tosta.
- Do łazienki, spójrz na mój stan, nie mogę tak iść na transmutację – odparłam. – Zjadłam śniadanie, o co ci chodzi? Myślałam, że dasz mi już spokój z tym jedzeniem.
Tom zmrużył oczy.
- Nie kłamię, zjadłam dwa tosty, minie trochę czasu, zanim znów zacznę normalnie jeść – dodałam.
Riddle nic nie powiedział, tylko odprowadził mnie wzrokiem do drzwi.

Czym prędzej podążyłam do najbliższej damskiej łazienki. Na szczęście nikogo w niej nie było. Weszłam do pierwszej lepszej kabiny i zamknęłam drzwi na zasuwkę. Nie mogłam tego w sobie dłużej tłumić, czułam się przez ten posiłek gruba, miałam wyrzuty sumienia, że dziś zjadłam tyle na śniadanie, a wczoraj skonsumowałam kawałek tortu i innych rzeczy z nudów, niż powinnam. Musiałam się tego pozbyć.

Łazienkę opuściłam lekka i o wiele spokojniejsza na duchu. Pozbyłam się wszystkiego, co by mi przeszkodziło w chudnięciu.
Gdy dotarłam pod klasę McGonagall, Tom już tam był. Wyglądał tak, jakby na mnie cały czas czekał. Ręce miał skrzyżowane na piersiach, stukał palcem w przedramię, wpatrując się we mnie podejrzliwie.
- A gdzie to się tak długo było? – zapytał. – Bo wyglądasz, jakbyś wracała skądś tam.
- Czyli? – spytałam. – Byłam w kiblu, jak mówiłam, ale spotkałam tam Bellę i się trochę zagadałyśmy.
Było to oczywiście kłamstwo, ale przecież musiałam coś wymyśleć, dlaczego mnie tyle czasu nie było. Zdaje mi się jednak, że Tom coś podejrzewał, musiałam jakoś zatuszować sprawę.
- Ach. Ja tam nie widziałem, żeby szła do łazienki – stwierdził, nadal przyglądając mi się podejrzliwie.
Przewróciłam teatralnie oczami.
- No jasne, że jej nie widziałeś – odpowiedziałam takim tonem, jakby to było oczywiste. – To damska toaleta, facetom wstęp wzbroniony. Chyba, że ty czujesz się kobietą.
Wzruszyłam ramionami i weszłam do klasy za Elizabeth Nott.
Przez całą transmutację Tom, zamiast transmutować szopa, przyglądał mi się z uwagą. Rozproszona tym, dźgnęłam swojego w oko, podczas gdy McGonagall przechodziła obok mojego stolika, za co odjęła Slytherinowi pięć punktów.
- I co, dumny jesteś z siebie? – wysyczałam, kiedy opuszczaliśmy klasę, żeby pójść na numerologię, której nauczał teraz Dumbledore.
Nie musiałam pytać. Riddle wyglądał na zachwyconego. Cóż, jego nowa taktyka nie odniosła jednak żadnych rezultatów, bo ja ani myślałam przerwać diety. Podczas numerologii humor go nieco opuścił, zaś na eliksirach był już tym samym spokojnym i milczącym Tonem.

Po lekcji Slughorn kazał mi na chwilę zostać.
- O co chodzi, panie profesorze? – zapytałam, myśląc gorączkowo, co mogłam przeskrobać. Może McGonagall doniosła mu, że dziabnęłam szopa różdżką w oko i będę miała kłopoty z tego powodu. Ale szlabanu mi chyba nie da, prawda?
- To nic złego, nie bój się – wyjaśnił, widząc niepokój, malujący się na mojej twarzy. – Sądząc po twoich postępach na moich lekcjach, chciałbym zaproponować ci udział w dodatkowych zajęciach dla bardziej utalentowanych uczniów.
Uniosłam lekko brwi.
- A zaproponował pan to Tomowi? – spytałam. – Jest o wiele lepszy ode mnie.
- Nie, moja droga, Tom nie potrzebuje żadnych dodatkowych lekcji, i bez nich wie dużo więcej.
- No cóż – mruknęłam. – Jeśli uczestniczy w tym więcej uczniów, to czemu nie.
Slughorn od razu się cały rozpromienił.
- To cudownie, możesz przyjść jutro o osiemnastej? – spytał, niby przypadkiem obejmując mnie w talii ręką i prowadząc do wyjścia. – W sali numer szesnaście.
- Tak.
Pożegnał mnie i poszedł w stronę wyjścia, aby udać się do Wielkiej Sali na obiad. Ja nie byłam głodna. Poszłam do salonu Ślizgonów, żeby napisać pracę domową dla Dumbledore’a. Jutro nie będę miała na to czasu, poza tym gdybym poszła na obiad, Tom zmuszałby mnie do jedzenia. A ja nie miałam najmniejszej ochoty się z nim kłócić.

*

Na drugi dzień, w czwartek, za pięć minut szósta, spakowałam swój kociołek, podręcznik do eliksirów i ruszyłam w stronę wyjścia. W połowie drogi zatrzymał mnie Tom. Objął mnie obiema rękami, dzięki czemu nie mogłam go minąć ani się mu wyrwać.
- Gdzie idziesz? – spytał.
- Slughorn kazał mi przyjść, założył jakieś kółko, gdzie „bardziej uzdolnieni uczniowie” mają się dokształcać z eliksirów – wyjaśniłam. – Ach, ciebie nie zaprosił, bo stwierdził, że za dużo umiesz. Pytałam go.
Tom wzruszył ramionami.
- Aha, fajnie – mruknął, mało przejęty tą sprawą. – Ale ty nic mi nie powiedziałaś.
- Wyleciało mi z głowy.
Było to prawdą, bo wczorajszego wieczora odkryłam nową fałdkę tłuszczu, więc musiałam się jej jakoś pozbyć, dlatego do pierwszej w nocy robiłam tysiąc trzysta brzuszków. Tego dnia ledwo mogłam się schylić, tak mnie wszystko bolało.

- Nie wiem, kiedy będę, nie czekaj na mnie – powiedziałam, pocałowałam go w usta i wyszłam z dormitorium Ślizgonów.
Droga do klasy numer szesnaście nie zajęła mi dużo czasu, mimo że zatrzymał mnie Tom. Była to jedyna w lochu klasa, której nikt od dawna nie używał. Bo reszta opuszczonych sal była zbyt daleko, żeby którykolwiek z uczniów się tam zapuszczał, nie zgubiwszy uprzednio drogi powrotnej. Zapukałam więc i weszłam do środka.
W klasie siedziała tylko trójka uczniów. Jakiś Puchon z czwartej klasy i dwie Krukonki, jedna z piątej, druga z siódmej klasy. Slughorn uśmiechnął się szeroko na mój widok.
- Cieszę się, że przyszłaś – powitał mnie. – Czekamy jeszcze na Lily i Billa.

Jakąś minutę później do drzwi ktoś nieśmiało zapukał, po czym weszły dwie osoby. Owa nieprzyjemna Gryfonka z pierwszej klasy i William Yaxley, trzynastoletni Ślizgon.
- Dobry wieczór wszystkim – przemówił Slughorn. – Teraz, kiedy już jesteśmy w komplecie, pragnę wam przedstawić Victorię Hortus. Choć zapewne już ją znacie.
Tylko Lily Evans dała do zrozumienia, że mnie nie zna, unosząc brwi. Znów poczułam okropną niechęć do tej dziewczyny.
Slughorn powiedział nam, że dziś mamy mu przygotować eliksir roztapiający. Każda osoba, która go spożyła, dostawała tak wysokiej gorączki, że jej kości i mięśnie mogły się roztopić, jeśli szybko nie podało się antidotum. Co prawda nie mam pojęcia co gorączka ma do konsystencji i stanu skupienia kości i mięśni, ale nie protestowałam, tylko zabrałam się do ważenia mikstury.

Po dwóch godzinach roboty Slughorn ocenił mój wywar na zachwycający. Tylko starsza z Krukonek, Muriel Key zrobiła go lepiej ode mnie. Z lubością obserwowałam jak Lily Evans z zawiedzioną miną pakuje swoje rzeczy do kociołka i opuszcza klasę bez pożegnania. Dobrze tak smarkuli, niech wie, kto tu rządzi.

~*~

Coś ostatnio za często tu notki dodaję, może powinnam zrobić sobie przerwę, hmm? Nie będę się rozgadywać, bo muszę jeszcze skończyć gazetkę o Katyniu na historię. Dedykacja dla Arancio :*

PS: Jak się podoba nowy szablon? Zrobiłam go, aby pasował do najnowszych odcinków xD