Do Hogwartu wróciłam następnego ranka.
Było jeszcze bardzo wcześnie, gdy wemknęłam się cicho do dormitorium Ślizgonów.
Matka zaproponowała, że mnie podrzuci, bo i tak ma coś do załatwienia w
Hogsmeade, ale odmówiłam. Już doskonale potrafiłam się teleportować. No i
wolałam, żeby matka raczej podholowała ojca do domu. Był tak spity, że ledwo
trzymał się na nogach. W ogóle goście dużo wypili, Sokaris i Ivy w miarę się
pilnowali, bo następnego dnia wyjeżdżali na miesiąc miodowy do Australii. Też
sobie miejsce wybrali… Jadowite pająki, węże, skorpiony… Mogę liczyć na to, że
w prezencie przywiozą mi taką czarną wdowę, a ja ją wsadzę ojcu w gacie? Może w
końcu przestałby się pchać tam, gdzie nie powinien, kiedy go pająk pozbawi
pewnego narządu?
Była godzina piąta rano, gdy zziębnięta i
zmęczona po całonocnej imprezie wśliznęłam się do swojego łóżka. Midnight
ułożył się obok mnie. Zawsze spał ze mną, chyba że akurat nocował u mnie Tom.
Mogę powiedzieć, że to całe wesele było
tylko stratą czasu. Mojego czasu. Po co w ogóle mnie tam ciągnęli? Dla nich
była to ważna i ekscytująca uroczystość, to jasne, dla mnie zaś noc stracona na
siedzenie przy stoliku.
Ledwo zasnęłam, już musiałam wstać.
Żelazny budzik zadzwonił, wydając z siebie przeraźliwy, drażniący dźwięk. Wzdrygnęłam
się i usiadłam na łóżku. Mimo że przespałam te trzy godziny, byłam bardzo
zmęczona. Powoli przebrałam się w szatę szkolną, co chwilę ziewając.
Spakowałam torbę i poszłam do salonu. Co
prawda nie miałam nawet nadziei, że Tom tam będzie, o tej potrze na pewno
siedział już w bibliotece. Zwykle wstawał bardzo wcześnie. Ale nie zaszkodziło
przecież sprawdzić.
Ku mojemu zdumieniu zobaczyłam Riddle’a
na drugim końcu salonu. A właściwie jego plecy. Dogoniłam go i chwyciłam za
rękę. Tom wzdrygnął się.
- Victorio, ale masz zimne ręce –
zauważył. – I strasznie kościste.
- Nie, zdaje ci się.
Riddle objął mnie w talii i wyprowadził z
dormitorium.
- Jak się bawiłaś na weselu? – zapytał,
kiedy weszliśmy do Wielkiej Sali. Parsknęłam śmiechem.
- Ty sobie żartujesz? – zadrwiłam. – Cały
czas siedziałam przy stole. To był najnudniejszy ślub, na jakim byłam. Już
pogrzeby są ciekawsze.
Usiadłam na swoim miejscu, a moja ręka
instynktownie powędrowała w stronę dzbanka z kawą. Nalałam sobie trochę do
szklanki i wypiłam jednym haustem. Riddle w tym czasie smarował sobie tosty
dżemem. Ledwo nalał sobie do pucharu soku pomarańczowego, ja już wstałam.
- Zaraz, a ty dokąd? – spytał, z trudem
przełykając kawałek tosta.
- Do łazienki, spójrz na mój stan, nie
mogę tak iść na transmutację – odparłam. – Zjadłam śniadanie, o co ci chodzi?
Myślałam, że dasz mi już spokój z tym jedzeniem.
Tom zmrużył oczy.
- Nie kłamię, zjadłam dwa tosty, minie
trochę czasu, zanim znów zacznę normalnie jeść – dodałam.
Riddle nic nie powiedział, tylko
odprowadził mnie wzrokiem do drzwi.
Czym prędzej podążyłam do najbliższej
damskiej łazienki. Na szczęście nikogo w niej nie było. Weszłam do pierwszej
lepszej kabiny i zamknęłam drzwi na zasuwkę. Nie mogłam tego w sobie dłużej
tłumić, czułam się przez ten posiłek gruba, miałam wyrzuty sumienia, że dziś
zjadłam tyle na śniadanie, a wczoraj skonsumowałam kawałek tortu i innych
rzeczy z nudów, niż powinnam. Musiałam się tego pozbyć.
Łazienkę opuściłam lekka i o wiele
spokojniejsza na duchu. Pozbyłam się wszystkiego, co by mi przeszkodziło w
chudnięciu.
Gdy dotarłam pod klasę McGonagall, Tom
już tam był. Wyglądał tak, jakby na mnie cały czas czekał. Ręce miał
skrzyżowane na piersiach, stukał palcem w przedramię, wpatrując się we mnie
podejrzliwie.
- A gdzie to się tak długo było? –
zapytał. – Bo wyglądasz, jakbyś wracała skądś
tam.
- Czyli? – spytałam. – Byłam w kiblu, jak
mówiłam, ale spotkałam tam Bellę i się trochę zagadałyśmy.
Było to oczywiście kłamstwo, ale przecież
musiałam coś wymyśleć, dlaczego mnie tyle czasu nie było. Zdaje mi się jednak,
że Tom coś podejrzewał, musiałam jakoś zatuszować sprawę.
- Ach. Ja tam nie widziałem, żeby szła do
łazienki – stwierdził, nadal przyglądając mi się podejrzliwie.
Przewróciłam teatralnie oczami.
- No jasne, że jej nie widziałeś –
odpowiedziałam takim tonem, jakby to było oczywiste. – To damska toaleta, facetom wstęp wzbroniony. Chyba, że ty czujesz się kobietą.
Wzruszyłam ramionami i weszłam do klasy
za Elizabeth Nott.
Przez całą transmutację Tom, zamiast
transmutować szopa, przyglądał mi się z uwagą. Rozproszona tym, dźgnęłam
swojego w oko, podczas gdy McGonagall przechodziła obok mojego stolika, za co
odjęła Slytherinowi pięć punktów.
- I co, dumny jesteś z siebie? –
wysyczałam, kiedy opuszczaliśmy klasę, żeby pójść na numerologię, której
nauczał teraz Dumbledore.
Nie musiałam pytać. Riddle wyglądał na
zachwyconego. Cóż, jego nowa taktyka nie odniosła jednak żadnych rezultatów, bo
ja ani myślałam przerwać diety. Podczas numerologii humor go nieco opuścił, zaś
na eliksirach był już tym samym spokojnym i milczącym Tonem.
Po lekcji Slughorn kazał mi na chwilę
zostać.
- O co chodzi, panie profesorze? –
zapytałam, myśląc gorączkowo, co mogłam przeskrobać. Może McGonagall doniosła
mu, że dziabnęłam szopa różdżką w oko i będę miała kłopoty z tego powodu. Ale
szlabanu mi chyba nie da, prawda?
- To nic złego, nie bój się – wyjaśnił,
widząc niepokój, malujący się na mojej twarzy. – Sądząc po twoich postępach na
moich lekcjach, chciałbym zaproponować ci udział w dodatkowych zajęciach dla
bardziej utalentowanych uczniów.
Uniosłam lekko brwi.
- A zaproponował pan to Tomowi? – spytałam.
– Jest o wiele lepszy ode mnie.
- Nie, moja droga, Tom nie potrzebuje
żadnych dodatkowych lekcji, i bez nich wie dużo więcej.
- No cóż – mruknęłam. – Jeśli uczestniczy
w tym więcej uczniów, to czemu nie.
Slughorn od razu się cały rozpromienił.
- To cudownie, możesz przyjść jutro o
osiemnastej? – spytał, niby przypadkiem obejmując mnie w talii ręką i prowadząc
do wyjścia. – W sali numer szesnaście.
- Tak.
Pożegnał mnie i poszedł w stronę wyjścia,
aby udać się do Wielkiej Sali na obiad. Ja nie byłam głodna. Poszłam do salonu
Ślizgonów, żeby napisać pracę domową dla Dumbledore’a. Jutro nie będę miała na
to czasu, poza tym gdybym poszła na obiad, Tom zmuszałby mnie do jedzenia. A ja
nie miałam najmniejszej ochoty się z nim kłócić.
*
Na drugi dzień, w czwartek, za pięć minut
szósta, spakowałam swój kociołek, podręcznik do eliksirów i ruszyłam w stronę
wyjścia. W połowie drogi zatrzymał mnie Tom. Objął mnie obiema rękami, dzięki
czemu nie mogłam go minąć ani się mu wyrwać.
- Gdzie idziesz? – spytał.
- Slughorn kazał mi przyjść, założył
jakieś kółko, gdzie „bardziej uzdolnieni uczniowie” mają się dokształcać z
eliksirów – wyjaśniłam. – Ach, ciebie nie zaprosił, bo stwierdził, że za dużo
umiesz. Pytałam go.
Tom wzruszył ramionami.
- Aha, fajnie – mruknął, mało przejęty tą
sprawą. – Ale ty nic mi nie powiedziałaś.
- Wyleciało mi z głowy.
Było to prawdą, bo wczorajszego wieczora
odkryłam nową fałdkę tłuszczu, więc musiałam się jej jakoś pozbyć, dlatego do
pierwszej w nocy robiłam tysiąc trzysta brzuszków. Tego dnia ledwo mogłam się
schylić, tak mnie wszystko bolało.
- Nie wiem, kiedy będę, nie czekaj na
mnie – powiedziałam, pocałowałam go w usta i wyszłam z dormitorium Ślizgonów.
Droga do klasy numer szesnaście nie
zajęła mi dużo czasu, mimo że zatrzymał mnie Tom. Była to jedyna w lochu klasa,
której nikt od dawna nie używał. Bo reszta opuszczonych sal była zbyt daleko,
żeby którykolwiek z uczniów się tam zapuszczał, nie zgubiwszy uprzednio drogi
powrotnej. Zapukałam więc i weszłam do środka.
W klasie siedziała tylko trójka uczniów.
Jakiś Puchon z czwartej klasy i dwie Krukonki, jedna z piątej, druga z siódmej
klasy. Slughorn uśmiechnął się szeroko na mój widok.
- Cieszę się, że przyszłaś – powitał
mnie. – Czekamy jeszcze na Lily i Billa.
Jakąś minutę później do drzwi ktoś
nieśmiało zapukał, po czym weszły dwie osoby. Owa nieprzyjemna Gryfonka z
pierwszej klasy i William Yaxley, trzynastoletni Ślizgon.
- Dobry wieczór wszystkim – przemówił
Slughorn. – Teraz, kiedy już jesteśmy w komplecie, pragnę wam przedstawić
Victorię Hortus. Choć zapewne już ją znacie.
Tylko Lily Evans dała do zrozumienia, że
mnie nie zna, unosząc brwi. Znów poczułam okropną niechęć do tej dziewczyny.
Slughorn powiedział nam, że dziś mamy mu
przygotować eliksir roztapiający. Każda osoba, która go spożyła, dostawała tak
wysokiej gorączki, że jej kości i mięśnie mogły się roztopić, jeśli szybko nie
podało się antidotum. Co prawda nie mam pojęcia co gorączka ma do konsystencji
i stanu skupienia kości i mięśni, ale nie protestowałam, tylko zabrałam się do
ważenia mikstury.
Po dwóch godzinach roboty Slughorn ocenił
mój wywar na zachwycający. Tylko starsza z Krukonek, Muriel Key zrobiła go
lepiej ode mnie. Z lubością obserwowałam jak Lily Evans z zawiedzioną miną
pakuje swoje rzeczy do kociołka i opuszcza klasę bez pożegnania. Dobrze tak
smarkuli, niech wie, kto tu rządzi.
~*~
Coś ostatnio za często tu notki dodaję,
może powinnam zrobić sobie przerwę, hmm? Nie będę się rozgadywać, bo muszę
jeszcze skończyć gazetkę o Katyniu na historię. Dedykacja dla Arancio :*
PS: Jak się podoba nowy szablon? Zrobiłam
go, aby pasował do najnowszych odcinków xD