Podział
kraju na Egipt Górny i Dolny wynikał z geografii oraz rozwoju pierwszych
społeczności nad Nilem i datuje się go na Okres Predynastyczny — IV
tysiąclecie p.n.e. Tytułowe czternaście królestw wywodzi się od czternastu
ściśle związanych z Dolnym Egiptem krain stanowiących dystrykty zarządzane
przez głównych kapłanów bądź urzędników pochodzących z rodzin
królewskich.
Do
czternastu królestw Górnego Egiptu należą: Ankhet, Chetheb, Djed-Raa,
Echtimeuet, Hutamon, Kemmhyt z mniejszym dystryktem w Sacher, Nebetiah,
Nefer-Iteb, Merimaat, Per-Kheperu, Suerchit Amos, Teminu, Ueh Mee,
Waset-Neb.
Nienawidziłam
historii.
Czytanie tego typu
książek było jak piekło — mnóstwo dat, nazwisk i wydarzeń będących
dla mnie słowami, które nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nienamacalne.
Równie dobrze mogłam zagłębiać się w proces budowy samochodu — identycznie
nudne i abstrakcyjne.
Przeleciałam wzrokiem
po mapce Górnego Egiptu z rozsianymi kropkami i cyframi przyporządkowanymi do
poszczególnych królestw. Ostatni akapit luźno przedstawiał proces zanikania
poszczególnych dystryktów, co stanowiło wprowadzenie do kolejnych rozdziałów poświęconych
tytułowej czternastce.
Zignorowałam
podrozdziały dotyczące Ankhet, Chetheb, Djed-Raa, Echtimeuet i przeszłam prosto
do części poświęconej Kemmhyt. Zaczęłam kartkować, ale tak, jak i przy
poprzednich dystryktach, i na ten autor poświęcił niecałe cztery strony.
Początek
królestwa Kemmhyt datuje się na okres istnienia Średniego Państwa (2020 — 1760
p.n.e.), choć niektóre źródła podają pierwsze wzmianki o nim pod koniec
Pierwszego Okresu Przejściowego (ok. 2050 roku p.n.e.). Położone na Pustyni
Libijskiej na południowy zachód od Nilu, graniczy z jeziorem Nasera. Ze względu
na przecinającą królestwo odnogę rzeki — Horachte — słynęło
z wyjątkowo żyznej gleby aluwialnej. Góra Kemmhyt — serce królestwa
centrum systemu administracyjnego wraz z domem królewskim — swoją nazwę
wzięło od czarnych gór, których podziemia zamieszkiwały karłowate smoki.
Płachtoskrzydłe Egipskie, charakterystyczne dla terenów Górnego Egiptu, miały
służyć bogom Starej Wiary, lecz — podobnie jak wiele innych
magicznych stworzeń (sfinksy i serpopardy) — zostały wyparte w głąb
pustyni przez rozrastające się miasta. Ustrój, jaki panował w Kemmhyt od czasu
Pierwszej Dynastii, jest określany jako monarchia teokratyczna (występująca w
większości królestw Górnego Egiptu) z władcą symbolicznie zesłanym z nieba
przez bogów Starej Wiary, jednak od VII wieku n.e. drugą najbardziej popularną
religią stał się islam.
Rozdział
II — rys historyczny
Z
królestwa „Czarnej Ziemi” wywodzą się dwaj czarodzieje, których imiona stały
się sławne nie tylko w całym Egipcie, ale również daleko poza jego granicami.
Khepra Meri-Ptah oraz Sokareth Hanif (znani w świecie jako Khepra VI Urodzajny
oraz Sokareth I Długowieczny) mocno przyczynili się do rozpowszechnienia opinii
na temat mieszkańców Kemmhyt jako ludu wojowniczego oraz wielkiej wiary.
Zamknęłam książkę i
zapobiegawczo przykryłam ją pierwszym lepszym podręcznikiem. Głowa bolała mnie
od ogromu imion i dat. Czysta abstrakcja. I choć przecież od początku nie
zaprzeczałam istnieniu jakiegoś plemienia na drugim końcu świata i
tysiące lat temu, ba, nie negowałam, jakoby część mojej rodziny MOGŁA się
stamtąd wywodzić, nie dopuszczałam do siebie, że jakieś echa starożytności były
słyszalne dziś. I czy w ogóle utrzymanie istnienia takiego miejsca było
możliwe? Skoro tak, to kto tam teraz rządził? Czy rządził ktokolwiek? I
czy właśnie tam znajduje się teraz mój ojciec?
Za dużo tu
niejasności.
Przez jakiś czas
gapiłam się bezmyślnie w ciemne okno biblioteki i wytężałam umysł. Nawet jeżeli
matka kiedykolwiek rzuciła coś na temat swoich tajemniczych wypraw, nie byłam w
stanie sobie tego przypomnieć. Już sam fakt, że istniały jakieś tajemnicze
wyprawy, dał mi sporo do myślenia, choć równie dobrze Earth Hortus mogła
zaszywać się w Prince Village, żeby nie oglądać mężczyzny, z którym zmuszona
była żyć.
Mogłam myśleć do
skutku, ale wiedziałam, że sama i tak tego nie rozwiążę. Chyba nigdy dotąd tak
bardzo nie pragnęłam porozmawiać z babcią.
Koniec października
zastał mnie nadzwyczaj niespodziewanie, zwieńczony jak co roku przyjęciem
halloweenowym. Wraz z początkiem siódmej klasy spodziewałam się, że ostatni rok
szkolny spędzę na cieszeniu się świeżo odzyskaną swobodą, wolna od Sokarisa i
jego świty. Jednak — podobnie jak przez ostatnie sześć lat — przeżyłam
imprezę z dala od serca zamieszania, siedząc samotnie z piwem kremowym w fotelu
przed kominkiem. W tym roku postawiłam na kostiumową klasykę — poszarpaną,
długą do ziemi gotycką suknię, czarno-białą perukę, dramatyczny makijaż i
blizny narysowane kredką do oczu. Midnight początkowo oszalał na widok piór,
cekinów, paciorków i fantazyjnych nakryć głowy, ale ostatecznie skończył
rozłożony na moich kolanach, leniwie trącając łapami zwieszające się z mojego
kołnierza potargane frędzle czarnego materiału.
Nie potrafiłam skupić
się na dobrej zabawie. Miałam wrażenie, jakbym obserwowała własnych przyjaciół
przez grubą szybę, oddzielona od świata, w którym do niedawna potrafiłam się
odnaleźć, a teraz czułam się jak wrzucona w pustą przestrzeń kosmosu.
Jakby ktoś jednym
ruchem wymazał część mojej tożsamości.
Bycie Victorią Hortus
rzadko kiedy niosło ze sobą przyjemność lub powód do dumy, ale przynajmniej
dawało pewną stabilność. Okazało się, że posiadanie jakiejkolwiek świadomości ja
było lepsze niż jej brak. I nie chodziło tylko o listy i o to, co
przeczytałam w Czternastu Królestwach Cogswella. Wciąż siedziała mi w
głowie awantura z dnia pokazu. Po części nie dziwiłam się matce, że ostatecznie — a
przynajmniej tak to wyglądało — nie potraktowała gróźb Toma poważnie.
Poznałam tę prawdę i co? Nic się nie zmieniło. Nawet nie wiedziałam, od czego
zacząć, a jedyne, co wiedziałam o sobie na pewno, to to, że byłam
tchórzem.
Drgnęłam na widok
osoby zagłębiającej się w fotelu obok. Riddle pojawił się jak zwykle
bezszelestnie, co tym razem stanowiło problemu, zważywszy na harmider i dźwięki
muzyki wypełniającej pokój. Ślizgon się nie przebrał. Miał na sobie zwykłą
szkolną szatę, jego twarzy nie znaczył ani ślad makijażu — oczywiście
jak zwykle był ponad to, obserwując z oddali podpite towarzystwo. Zlustrował
mnie wzrokiem, a między brwiami chwilowo pojawiła się pionowa zmarszczka, gdy
próbował zgadnąć, w kogo się wcieliłam.
— Jesteś
narzeczoną Frankensteina — rzekł, a gdy przytaknęłam, spytał: — W
takim razie gdzie twój przyszły mąż?
Wskazałam niedbale na
grupkę dziewczyn siedzących na najdłuższej kanapie w samym środku salonu. Gaby — pomalowana
szarą farbą, z groteskowymi śrubami po obu stronach szyi i identycznymi co u
mnie bliznami — dokazywała najbardziej, wyraźnie podchmielona.
Transmutowała swoje włosy w krótką, czarną szczecinę, a obszerna peleryna, jaką
miała na sobie, mocno przypominała zaczarowaną szatę do quidditcha.
— Tam, nie jest
zbyt wierny i podrywa Kleopatrę — odparłam i uśmiechnęłam się krzywo. — Mulciber
uznał ten pomysł za bardzo zabawny.
— Ale ty chyba
nie bawisz się za dobrze.
Wzruszyłam ramionami
i wbiłam wzrok w butelkę.
— Przeczytałam
książkę — zaczęłam z wahaniem. — Ciągle o tym myślę. To
bardzo… nieprawdopodobne, nie uważasz?
— Kto jak kto,
ale ty powinnaś być otwarta na różnice kulturowe. Zjeździłaś chyba ze
trzydzieści krajów, co?
— Nie chodzi o
różnice kulturowe. Po prostu trudno mi uwierzyć, że ja mam z tym coś
wspólnego.
— Wiesz, że
właśnie dlatego tak cię wychowała. Żebyś nie potrafiła uwierzyć, że możesz być
kimś więcej niż żoną brytyjskiego snoba.
Popatrzyliśmy sobie w
oczy, a ja znów nie mogłam zaprzeczyć. Momentami zdawał się znać ich wszystkich
lepiej niż ja.
— Czego
dokładnie dowiedziałeś się z myśli mojej matki? — zapytałam prawie
szeptem, ale Tom pokręcił głową.
— Powiem ci,
jeżeli ona tego nie zrobi, ale uważam, że najpierw powinnaś zapytać matkę — odparł.
Westchnęłam
zrezygnowana i opadłam ciężko na oparcie fotela, choć dokładnie tego się
spodziewałam. Wątpiłam, by chodziło o sam fakt, że to była sprawa między mną a Earth.
Chciał sprawdzić, ile przy okazji nakłamie, by później wyciągnąć konsekwencje
ze złamanej umowy. A ja nie miałam mu tego za złe. We mnie samej aż się
gotowało.
— Do tej pory
nikt się ze mną nie kontaktował. Chyba ostatecznie nie uwierzyła, że mówisz
poważnie. Z drugiej strony… wierzy, że ma jeszcze czas — mruknęłam i
tym razem to on wzruszył ramionami.
— I wcale im się
nie dziwię. Na jednej szali ceniona rodzina czystej krwi, na drugiej dzieciak z
mugolskiego sierocińca… — zawiesił głos, choć wyraźnie dosłyszałam w
nim nutkę groźby.
— A mnie głupio
jest skonfrontować ją z jej własnymi listami — dokończyłam. — Nawet
nie wiem, od czego zacząć. Chyba… chyba najpierw wolałabym poznać wersję ojca,
chociaż zrobienie tego za plecami matki jest niemożliwe. Nawet gdybym wysłała
mu sowę z propozycją spotkania w Hogsmeade, ona natychmiast się o tym
dowie.
Wtem Riddle
uśmiechnął się diabelsko, jak zwykł to czynić, gdy coś szło dokładnie po jego
myśli.
— W dorosłości
dobre jest to, że możesz zrobić wszystko bez proszenia innych o zgodę. Nigdzie
nie jest napisane, że w dniu wycieczki dorosły uczeń musi trzymać się ściśle
granic Hogsmeade. Może teleportować się, dokąd chce.
— Ale i tak
muszę się z nim umówić…
Nie dał mi
dokończyć.
— Ach, gdyby
istniał ktoś, kto jest ci całkowicie oddany — rzucił ironicznie. — Jakiś
sługa, który musi wykonywać twoje polecenia i mógłby ustalić, czy w dniu
Hogsmeade twój ojciec ma jakieś ważne spotkanie i czy przewiduje przerwę na
papierosa…
— Świerzbek!
Wyglądał na
rozbawionego. Nic więcej nie powiedział, ponieważ dobrze wiedziałam, co dalej
robić. Halloweenowa impreza już dawno nie wydawała mi się tak nieinteresująca.
I choć ciężki zegar na gzymsie kominka wskazywał dopiero kwadrans po
dziewiątej, wróciłam do dormitorium, żeby jak najszybciej pozbyć się peruki i
fałszywych blizn. Zasuwając za sobą zasłony otaczające łóżko, wcale nie czułam,
żeby chciało mi się spać. Wręcz przeciwnie. Serce biło niespokojnie w okolicy
przełyku, kiedy leżałam na wznak z szeroko otwartymi oczami i wpatrywałam się
we wnętrze baldachimu, starając się wszystko opracować.
Pierwsza część planu
wymagała skontaktowania się ze Świerzbkiem. Próbę wezwania skrzata podjęłam
zaraz następnego dnia między piątkowymi eliksirami i obiadem. Wybrałam na to
jedną z opuszczonych klas — tak daleko od Wielkiej Sali, jak się
dało. Wielokrotnie widziałam, jak Hortus przywoływał w ten sposób Partacza,
nawet kiedy byliśmy poza domem, ale robiąc to sama, czułam się bardzo
dziwnie.
Przysiadłam sztywno
na brzeżku jednej ze szkolnych ławek i nasłuchiwałam przez moment, aby się
upewnić, że cisza panująca na korytarzu, nie zdradzała obecności jakichś
wścibskich uszu. Złośliwy deszcz bębniący w okna wszystko zagłuszał.
— Ś-Świerzbek…? — bąknęłam
w przestrzeń.
Przez chwilę
zastanawiałam się, czy nie zrobiłam tego zbyt cicho, ale zanim powtórzyłam
imię, po drugiej stronie pomieszczenia zmaterializował się skrzat.
Mimo że właśnie tego
się spodziewałam, drgnęłam na dźwięk aportacji.
— Prze-przepraszam,
że ci przeszkadzam, ale potrzebuję poza Hogwartem kogoś, kto mógłby pomóc mi
coś… ustalić — wydukałam, patrząc, jak przyglądał mi się z
uwagą.
Twarz miał
niezmiennie bardzo pomarszczoną i nieprzyjemną, ale kiedy się odezwał, zrobił
to głosem zaskakująco innym od tego, jaki zapamiętałam, kiedy służył babci
Jane.
— Świerzbek i
tak nie ma teraz dużo do roboty — rzekł. — W czym Świerzbek
może panience usłużyć?
— Ja… eee… — Odchrząknęłam
bezgłośnie. — Czy byłbyś w stanie dowiedzieć się, jak wygląda jedna
sobota listopada mojego ojca? Dokładnie dziewiąty listopada. Czy ma jakieś
zaplanowane spotkania, gdzie, o której godzinie… Chciałabym się z nim spotkać,
ale w taki sposób, żeby nikt się nie zorientował, że to ja. Zwłaszcza moi
rodzice.
Choć instrukcje,
jakie mu podałam, nawet mnie wydały się nie do końca jasne, skrzat nie dał tego
po sobie poznać. Nad wyraz czujne, piwne oczy wystające spod obwisłych powiek
lśniły rozumnie w sposób, jakiego nie widziałam do tej pory u żadnego skrzata — nawet
u Banialuki. Może właśnie dlatego nie potrafiłam wydawać mu poleceń tak po
prostu.
Świerzbek o nic
więcej nie pytał. Przytaknął tylko i oświadczył, że może wysłać mi zwrotną
sowę, jeżeli sobie tego życzę — wszystko niesamowicie uprzejmie, ale bez
typowej skrzaciej usłużności.
— Tak, dziękuję — odparłam
z większym przekonaniem. — A, i… Świerzbku, w przyszłości będę
chciała cię o coś zapytać. I prosiłabym, żebyś pod żadnym pozorem tego nikomu
nie powtarzał.
— Tak jest,
panienko — mruknął. — Świerzbek będzie czekał.
Nie teleportował się,
dopóki nie powiedziałam, że może odejść. Zostawił mnie jeszcze bardziej rozbitą
i zaniepokojoną, choć pierwsza faza planu poszła gładko. Podejrzanie zbyt
gładko, zwłaszcza że sowa przyleciała z Prince Village zaledwie dwa dni po naszym
spotkaniu i zawierała wszystko, czego potrzebowałam.
Rozwijając maleńki
rulonik, zdałam sobie sprawę, że choć wychowałam się wśród skrzatów domowych,
nie miałam pojęcia, czy skrzaty domowe potrafiły pisać i czytać. W dzieciństwie
Banialuka często opowiadała mi bajki, ale nigdy nie widziałam jej z książką w
ręce. Świerzbek — zatrudniony w gospodarstwie moich ekscentrycznych
dziadków — miał nieco więcej swobód, więc możliwe, że potrafił
sklecić po angielsku jakąś prostą wiadomość, ale spodziewałam się czegoś
przybliżonego do dziecięcych gryzmołów, dlatego uniosłam brwi na widok ślicznie
wykaligrafowanego listu.
Łaskawa
Panienka Victoria Hortus,
Świerzbek
ustalił, co następuje: ojciec Panienki nie pracuje 9 listopada. Pan zamierza
spędzić przedpołudnie w Klubie dla Czarodziejów „Lancelot”, a następnie w
towarzystwie Teda Greengrassa udać się na obiad.
Świerzbek
czeka na dalsze instrukcje.
Treść listu
spowodowała w moim żołądku nieprzyjemne sensacje. Choć nie miałam dla skrzata
żadnych „dalszych instrukcji”, odesłałam sowę z krótkim podziękowaniem i
przypomniałam o zachowaniu naszej tajemnicy.
Zatem tak miało być.
Wszystko układało się nadzwyczaj pomyślnie — przynajmniej do czasu
samego spotkania. Na samą myśl zrobiło mi się zimno ze strachu. Z ojcem nigdy
nic nie układało się pomyślnie. Jeżeli coś mogło pójść nie tak, to z
całą pewnością tak się stanie, bo Hortus nie należał do osób przewidywalnych.
Co prawda w głowie miałam już ułożony zarys fazy numer dwa, ale nie
przywiązywałam się zbytnio do jej przebiegu.
*
Najtrudniejsze
okazało się czekanie. Co prawda nie narzekałam na nadmiar wolnego czasu,
ponieważ zbliżający się finisz pierwszego semestru obfitował w kolokwia, eseje
i prace domowe, ale i nawał zadań nie potrafił uciszyć głosiku szepczącego mi
uparcie nad uchem: spotkacie się i co? I co wtedy? Co powiesz, jeśli
wszystkiemu zaprzeczy?
Na naukę legilimencji
było już za późno i jedyne, na co mogłam liczyć, to że ojciec jak zwykle straci
nad sobą panowanie.
W dzień Hogsmeade
lało jak z cebra. Jesień utraciła resztkę swojej czarowności i teraz zamiast
pięknego, kasztanowo-złotego dywanu z liści przed szkołą czekało szarobure,
błotniste bajoro. Sam widok targanych wiatrem czarnych gałęzi powodował zimny
dreszcz na plecach, a po wyściubieniu nosa na zewnątrz było tylko gorzej.
Udając, że przed wycieczką musiałam załatwić jeszcze jedną sprawę w gabinecie
nauczyciela eliksirów, odczekałam jakieś pół godziny, aż wszyscy uczniowie
opuszczą szkołę i dopiero wtedy sama wyruszyłam w podróż. Zapadając się w
błocie po kostki, pokonałam może jedną trzecią drogi. O tej porze ścieżka do
wioski była już porządnie rozdeptana i wyobrażałam sobie, że jeżeli deszcz się
utrzyma, powrót do zamku będzie męczarnią.
Choć nie polubiłam
teleportacji, zmaterializowanie się w centrum Londynu z dala od tej koszmarnej
szkockiej wichury okazało się wcale nie takie trudne. Odetchnęłam z ulgą i
usunęłam sobie z trzewików olbrzymie muldy błota. Tutaj również padało.
Chodniki lśniły od deszczu, a wilgoć napierała na okna sklepowych witryn, ale
deszcz nie zacinał z taką siłą, a wiatr ledwo trącał parasole przechodniów
umykających przed nasilającą się ulewą. Na gałęziach niektórych drzew dało się
jeszcze wypatrzeć pojedyncze kolorowe liście.
Rozejrzałam się w
poszukiwaniu tablicy z napisem „Lancelot”. Choć nigdy tu nie byłam,
spodziewałam się, że powinnam szukać czegoś ciężkiego, ciemnego i eleganckiego
i dokładnie to zobaczyłam. Między niepozornym sklepem z antykami i księgarnią
pojawiła się znikąd ściana z czerwonej cegły, a w niej olbrzymie dębowe drzwi z
mosiężną klamką oraz imponujący szyld z czarnego metalu przedstawiający konia w
galopie. Nad nim bez trudu zauważyłam wymyślne litery z zawijasami układające
się w hasło: Lancelot — Klub dla Czarodziejów: tradycja, elita,
dyskrecja.
Przerażenie
eksplodowało mi w żołądku.
Naprawdę tu byłam. I
naprawdę zamierzałam to zrobić.
Obserwowałam przez
chwilę wysokie drzwi widoczne wyłącznie dla oczu czarodzieja. Nigdy nie
zaglądałam w podobne miejsce, ale dobrze wiedziałam, że nawet gdybym połknęła
eliksir wielosokowy z włosem najbardziej zniewalającej kobiety na świecie,
czający się za drzwiami ochroniarz i tak by mnie nie wpuścił, więc należało
wywabić ojca na zewnątrz.
W
końcu tradycja, elita i dyskrecja.
Naciągnęłam mocniej
kaptur na głowę i z gulą w gardle zatrzymałam się na chodniku, żeby zapukać. Po
chwili w drzwiach stanął niezbyt wysoki, wiekowy i bardzo elegancki pan z siwymi
wąsami i ostrym jak brzytwa przedziałkiem. Czarodziej miał na sobie prostą,
czarną szatę ze stójką i maleńkiego, wyszytego srebrną nicią konia na
piersi.
— W czym mogę
pomóc? — zapytał głębokim, zaskakująco młodym głosem.
Sposób, w jaki
świdrował mnie znad prostokątnych okularów w drucianych oprawkach, sprawiał, że
na ułamek sekundy straciłam rezon, ale w mig się otrząsnęłam.
Confundus,
pomyślałam, patrząc mu w oczy. Starałam się przy tym nie mrugać.
— P-prosiłabym,
by przekazać panu Henrykowi Hortusowi, że ruda dziewczyna czeka na niego w
kawiarni naprzeciwko — powiedziałam rezolutnie głosem nieco wyższym
niż zazwyczaj.
Nie byłam pewna, czy
zaklęcie zadziałało, zwłaszcza że nigdy dotąd nie rzuciłam go niewerbalnie na
czarodzieja, ale grzecznie odeszłam, kiedy staruszek zamknął mi drzwi przed
nosem. Dłonie wciąż miałam mokre od potu, gdy składałam zamówienie w
restauracji dokładnie po drugiej stronie ulicy — również wyłaniającej
się spomiędzy dwóch innych lokali dopiero w momencie, gdy moje stopy dotknęły
chodnika.
Kelner — identycznie
dystyngowany jak doorman w „Lancelocie” — niby przypadkiem
zaprowadził mnie do stolika przy oknie wychodzącym dokładnie na drzwi klubu.
Bez słowa przyjął zamówienie i zniknął prawie bezszelestnie, a ja uśmiechnęłam
się do siebie, zastanawiając się, jak często podobne sytuacje miały tu miejsce.
Rozejrzałam się po
sali, starając się opanować nerwy.
Wystrój przywodził na
myśl skrzyżowanie dormitorium Ślizgonów z typowym mrocznym późnowiktoriańskim
wnętrzem, w jakich lubował się ojciec. Ciemna boazeria na ścianach pochłaniała
tę odrobinkę światła wpadającą z zewnątrz przez szprosowe okna, podobnie dywany
i kotary w kolorze butelkowej zieleni. Choć sala była wysoka i przestronna, ten
efekt znikał przytłoczony obecnością masywnych stolików, wygodnych, obitych
czarną skórą krzeseł i regałów z litego drewna pełnych książek ze złoconymi
grzbietami i bibelotów żywcem wyjętych z gabinetu Henryka Hortusa.
Już dawno nie
widziałam czegoś bardziej dosłownego.
Ta myśl dodała mi
nieco odwagi i zrobiła to w idealnym momencie, bo w następnej chwili po drugiej
stronie ulicy jak spod ziemi wyrósł ojciec. Obserwowałam z nieco ściśniętym
gardłem, jak wciskał sobie na głowę kapelusz i drobił krótkimi nóżkami, żeby
umknąć przed strugami deszczu. Poprawiłam się na krześle, czekając, aż nieco
zdumiony pracownik przyprowadzi go do mojego stolika.
Cholera.
Zapomniałam skonfundować kelnera.
Ale niedopowiedzenie
związane z kolorem włosów szybko odeszło w zapomnienie, wystarczyło jedno
spojrzenie Hortusa, by ten zupełnie stracił animusz.
— Victoria? — wyrwało
mu się. — To ty? Co ty tu robisz?
— Mamy
Hogsmeade. Chciałam się z tobą zobaczyć — odparłam krótko. — Zamówiłam
nam coś do picia.
Nachmurzył się,
widocznie próbując ukryć rozczarowanie, chociaż zmarszczki na jego czole
świadczyły o czymś jeszcze. Przysiadł sztywno na krześle naprzeciwko,
podskubując wąsa. W tym samym czasie przy naszym stoliku po raz trzeci pojawił
ten sam mężczyzna, lewitując przed sobą srebrną tacę. Podziękowałam skinieniem głowy,
gdy wprawnym ruchem napełnił obie szklanki bursztynowym płynem.
— Proszę
zostawić butelkę — dodałam cicho, podczas gdy ojciec uniósł
brwi.
Nie skomentowałam
tego. Odczekałam, aż znów zostaniemy sami, ale nawet po tym, jak kelner zniknął
w drzwiach prowadzących do przystającej sali, czułam pewną blokadę — jakby
pęcherzyk powietrza zaklinował mi się w gardle, uniemożliwiając mówienie.
Musiałam odetchnąć.
— Nie mogę
zapomnieć o tym, co powiedziałeś po pokazie u Greengrassów — odezwałam
się w końcu i z zaskoczeniem odkryłam, że zabrzmiałam naprawdę spokojnie. — O
tym, że nie jestem twoją córką. To prawda?
Czy spodziewał się,
że właśnie to pytanie teraz padnie? Chyba tak, bo nie zamarł w bezruchu, nie
wytrzeszczył oczu ani nie zrobił niczego, co wskazywałoby na to, że wprawiłam
go w osłupienie. Zarechotał tylko po swojemu — choć dopiero po
dłuższej chwili — i machnął lekceważąco ręką, bełkocząc coś o jakichś
głupich nieporozumieniach, trudnym czasie w pracy i stresie związanym z
organizacją wesela. Zamarł dopiero w momencie, gdy wyciągnęłam z torby związany
wstążeczką plik listów.
— A teraz?
Przez długą, pełną
napięcia chwilę wpatrywał się w koperty swoimi podpuchniętymi, przekrwionymi
oczkami basseta, po czym sięgnął po szklankę whisky i opróżnił ją jednym
haustem. Gdy sobie dolewał, ręce trzęsły mu się tak, że rozchlapał trochę na
stół. Ojciec wydał mi się jednocześnie wściekły i zmieszany.
Świadomość, że kłamał
i wypierał się do samego końca, dopóki nie pokazałam mu namacalnych dowodów na
to, że wiedziałam, okazała się bardziej bolesna niż samo zatajenie prawdy.
Serce tłukło mi się o żebra z zawziętością zamkniętego w klatce dzikiego ptaka,
ale nawet się nie poruszyłam.
— Ach, tak, tak… — mamrotał
zagniewany. — Rozmawiałaś o tym z matką?
Byłam pewna, że
usłyszałam w tym nutkę goryczy.
— Nie. Chciałam
najpierw pomówić z tobą. To prawda?
— Prawda — rzucił
zjadliwie, nie patrząc mi w oczy.
Oboje zamilkliśmy.
Żałowałam, że nie wybrałam bardziej zatłoczonego miejsca albo innej pory, tak,
by dźwięki tła zabiły ciszę. Nie potrafiłam jej znieść. Dopiero teraz do mnie
dotarło, że od początku w to uwierzyłam. Od pierwszego listu Toma, a nawet jeszcze
wcześniej — dużo wcześniej, zanim Hortus wygarnął mi wszystko po tych
cholernych pokazach. Czekałam tylko na potwierdzenie, a teraz, gdy w końcu
nadeszło, nie poczułam nic. Zupełnie nic.
Sięgnęłam po szklankę
i upiłam odrobinę.
— Ten chłopak o
wszystkim ci powiedział, tak? — zapytał rozjuszony. — Ten
wścibski, mały… mały…
— Tak jest. I
dobrze zrobił, bo to moje życie. Mam prawo wiedzieć takie rzeczy — odparłam
i zmusiłam się, by znów na niego spojrzeć. Poraziło mnie, jak bardzo twarz
sflaczała mu w ciągu tych kilku sekund. — Czy jest jeszcze coś, o
czym powinnam wiedzieć?
Poruszył się wściekle
i jeszcze raz sięgnął po szkło. Przyszło mi do głowy, że to niewiarygodne, jak
bardzo stałam się nieczuła na jego rozdrażnienie. Jeszcze rok temu
podskakiwałam na każdy gwałtowny ruch, zastygałam, kiedy Hortus ciskał tym, co
akurat wpadło mu w ręce. Pragnęłam zniknąć, wsiąknąć w ścianę, gdy podnosił
głos, a teraz siedziałam chłodna i nieruchoma, obserwując, jak zirytowany
kręcił się na krześle.
Jak matka.
— Nie zamierzam
tłumaczyć ci się z tego, jak wygląda moje małżeństwo. Bez względu na to, czyja
jesteś — warknął tak cicho, że musiałam się pochylić, by go usłyszeć.
Już nie uciekał wzrokiem. Oczy wyłaziły mu z orbit, czoło pokryły kropelki
potu, a żyła na skroni pulsowała szybko. I nadal nic. Zero strachu. — To
ja cię wychowałem. To ja łożyłem na twoje utrzymanie…
— A ja nie
zamierzam się w to wtrącać — przerwałam mu. — Chcę tylko
prawdy. Od kiedy wiesz?
— Od początku — odparł,
ignorując to bezczelnie wcięcie się w zdanie. — Wielce uczona
rodzinka twojej matki miała mnie za durnia… i może po części słusznie, ale nie
byłem aż tak głupi, by nie zauważyć, co się dzieje. Te jej… wycieczki, sowy…
znajomości… Ale to i tak bez znaczenia. Jesteś dorosła i i tak zrobisz wszystko
tak, jak będziesz chciała. Bez patrzenia, co jest dobre dla całej rodziny, bez
brania pod uwagę mojego zdania… a jak chcesz wiedzieć więcej, gadaj z matką… i
zrób z tą wiedzą, co uważasz za stosowne, ale jeżeli to wyjdzie na jaw,
zobaczysz… przekonasz się, że ty też dostaniesz po uszach… wszyscy dostaniemy…
Cierpienie w jego
głosie wstrząsnęło mną. Wstrząsnęło bardziej niż wszystko, czego do tej pory
się dowiedziałam. Przełknęłam szybko i poczułam, że zamrożenie, w jakie
popadłam, zaczęło ustępować. Tym razem to ja poruszyłam się nerwowo w skórzanym
fotelu i odchrząknęłam bezgłośnie.
— Nie mam
takiego zamiaru — zapewniłam go. — Skoro wiedziałeś,
dlaczego z nami zostałeś? Dlaczego… dlaczego zgodziłeś się, żebym ja została?
Dlaczego nie odesłałeś mnie do… do mojego ojca?
Z trudem przepchnęłam
to słowo przez gardło, a i on wzdrygnął się lekko, gdy padło.
— To nie jest…
nie jest takie proste — wycedził przez zaciśnięte zęby. Znów uciekł
spojrzeniem na plamy whisky na blacie. — I… i życzę ci, żebyś nie
musiała się nigdy o tym przekonywać. O tym, jak to jest wychowywać… i… i żyć w
tym wszystkim.
Byłam przekonana, że
więcej na mnie nie spojrzy, ale nie. Dźwignął wzrok z takim wysiłkiem, jakby
ważył tonę. Pot perlił się obficie już nie tylko na czole Hortusa, ale na całej
jego twarzy, osiadł na brwiach i w głębokiej bruździe między nimi. Nawet oczy
zrobiły się wilgotne — pragnęłam wierzyć, że również z tego powodu.
Nagle zdałam sobie sprawę, że wolałabym, by ojciec na mnie nakrzyczał,
zwymyślał za wtykanie nosa w sprawy dorosłych albo żeby stwierdził, że świetnie
się składa — że to dobrze, że tamten wścibski łachmaniarz zaczął
węszyć i nareszcie on, Henryk Hortus, może pozbyć się znienawidzonego
bękarta.
Ale nic takiego nie
padło.
— A czy… jest
jeszcze coś, co matka przede mną zataiła? — zapytałam.
— Niby co
dokładnie?
— Cokolwiek…
coś, co jeszcze powinnam wiedzieć.
— Nic więcej nie
wiem. Ale czy jest jeszcze coś… — urwał i wzruszył ramionami.
Wyglądał na wyczerpanego. — O to musisz zapytać matkę. Miała swoje
sprawy, którymi zdecydowała nie dzielić się z nikim. Możliwe, że nigdy jej nie
poznałem, a ty możesz mi wierzyć albo nie, ale żyła tak, jak chciała. Albo tak,
jak chciała jej matka, ale to już ich sprawa. Oni wszyscy trzymali się na
uboczu. Twój dziadek, twoja babka i twoja matka. Cholerne dziwaki.
Znów popatrzyliśmy sobie
w oczy i byłam pewna, że naprawdę nie miał pojęcia o Kemmhyt. Podziękowałam mu
skinieniem głowy, bo nic więcej nie potrafiłam z siebie wydusić. Siedzieliśmy
jeszcze przez chwilę w milczeniu, każde wpatrzone w inny punkt, ale ta cisza
nie była już tak nieznośna. Zawisła dookoła nas jak bezbarwny kir, naznaczona
zmęczeniem i wypaleniem, dopóki ojciec jej nie przerwał. Wstał, rzucił na
stolik kilka galeonów i wyszedł bez słowa, ale kiedy drzwi się za nim zamknęły,
spostrzegłam, że nie wrócił do Lancelota. Okręcił się na pięcie i zniknął, a ja
jeszcze długo gapiłam się w miejsce, z którego się teleportował. Miałam
wrażenie, że rozpadało się na dobre. Woda lała się strumieniami po szybie, a
droga i chodniki powoli zmieniały się w rwący strumyk. Czas działał na moją
niekorzyść. Czułam, że powrót do Hogwartu będzie katorgą, zwłaszcza jeżeli mnie
zniesie, ale nie miałam siły się ruszyć. Gapiłam się niewidzącym wzrokiem w
okno i tylko ręka ze szklanką od czasu do czasu wędrowała to w górę, to w dół,
dopóki nie wypiłam dość, by było mi wszystko jedno.
A
więc to już. Powie jej. Możliwe, że już jej mówi.
Bardzo chciałam się
rozpłakać. Liczyłam, że kiedy już dostanę jakieś potwierdzenie, to sprawi, że
rosnące przez ostatnie tygodnie napięcie nareszcie znajdzie ujście, ale było
tylko gorzej. Otrzymałam jedną odpowiedź, to prawda, lecz ta odpowiedź urodziła
kolejne pytania. Kim był tamten człowiek? Czy wciąż żył? Mieszkał w Kemmhyt?
Miał jakieś inne dzieci? Czy wiedział o moim istnieniu, korespondował z matką,
a może widywali się, kiedy ta znikała „u babci”? I babcia Jane… Czy o wszystkim
wiedziała? A ja? Kim ja byłam?
Jeszcze rok temu
marzyłam o tym, by pojawił się ktoś, kto by mnie uratował. Jakiś inny ojciec,
który okazałby się przeciwieństwem Hortusa, a teraz, kiedy nauczyłam się radzić
sobie z tym, co miałam, moje życie nagle przewróciło się do góry nogami.
*
Drugim
i ostatnim władcą Dolnego i Górnego Egiptu pochodzącym z Kemmhyt był Sokareth
Hanif (ok. 1520 — 751 p.n.e.). Źródła nie są w stanie zbyt wiele
powiedzieć na temat życia króla przed sześćdziesiątym trzecim rokiem życia.
Kapłan Seta był znany ze swoich upodobań do praktykowania czarnej magii, czemu
prawdopodobnie można przypisywać nienaturalnie długi żywot. Pozwolił mu on na
zgromadzenie zasobów i posłuchu wśród ludu na południu kraju, dzięki czemu po
pięciuset latach doprowadził do wybuchu wojny domowej zwanej Bitwą Braci. Już w
pierwszym roku jej trwania (957 p.n.e.) pokonał w pojedynku faraona Rahotepu
III, ale potyczki trwały w całym kraju jeszcze przez trzy kolejne lata do
śmierci ostatniego z potomków Rahotepu III — księżniczki
Tiaret.
Okres
panowania Sokaretha I oraz Bitwa Braci zostały przedstawione w rozdziale VI — Najczarniejsi
Czarnoksiężnicy Górnego i Dolnego Egiptu.
Śmierć
króla Sokaretha I Hanifa oraz wielki pożar świątyni Seta (nazywany Boską
Pożogą) zakończyły Czas Boga na Ziemi, dając początek trwającej trzydzieści
sześć lat wojnie domowej nie tylko w Górnym, ale i Dolnym Egipcie (751 — 715
p.n.e.). Podział na Ta Mehu (Egipt Dolny) i Ta Shemau
(Egipt Górny) nigdy wcześniej i nigdy później nie był tak wyraźnie zaznaczony.
Atoti Khamudi zasiadający wówczas na tronie królestwa Ueh Mee (792 — 756
p.n.e.) po zjednoczeniu się z królestwem Echtimeuet i Chetheb na krótki czas
(758 — 756 p.n.e.) przejął władzę nad Egiptem Dolnym i Górnym, ale
jego rządy miały niewielki wpływ na przerwanie działań wojennych na terenie
całego kraju. Dopiero przejęcie władzy przez Szabakę w 715 roku p.n.e.
zakończyło Czas Podzielonej Korony, dając wytchnienie pokrwawionym ziemiom Ta
Mehu i Ta Shemau.
Sokareth Hanif. Hanif — jak
nazwisko mojej babci. Wyglądało na to, że naprawdę pochodziłam ze starego rodu.
Starszego niż Hortus, zważywszy na małe „p.n.e.” przy datach. Teraz, kiedy
ojciec potwierdził przynajmniej część informacji z listów, nie potrafiłam
przestać rozmyślać o tożsamości mojego prawdziwego ojca. Musiał być
czystej krwi, inaczej tiara przydziału nie umieściłaby mnie w Slytherinie.
Ostatnio często przed snem wracałam wspomnieniami do ceremonii przydziału,
starając się wyłapać coś z rozmowy, jaką wtedy odbyłyśmy w mojej głowie, ale
ostatecznie doszłam do wniosku, że nic znaczącego nie mogło tam paść. Nie w tym
temacie.
Maglowałam też
spotkanie z Hortusem. Spodziewałam się jakiejś reakcji, sowy czy informacji od
profesora Slughorna, że rodzice wystosowali pismo z prośbą o spotkanie przed
przerwą świąteczną, ale nic takiego się nie wydarzyło. Minął jeden dzień,
drugi, trzeci, później tydzień i poza codzienną pocztą i pocztówką z Paryża
wysłaną przez Sokarisa nie pojawiła się żadna sowa. Gdybym nieco bardziej
kwestionowała swoje zdrowie psychiczne, byłabym skłonna przypuszczać, że
wymyśliłam sobie tamto spotkanie.
Frustracja pęczniała
we mnie z dnia na dzień, choć zważywszy na to, jak bardzo matka w
korespondencji z Tomem szła w zaparte, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby
chciała po prostu przeczekać najgorsze. Z niezadowoleniem odkryłam, że musiała
znać mnie lepiej, niż podejrzewałam, ponieważ sama nie miałam pojęcia, w jaki
sposób z nią o tym rozmawiać. Wybuchowy, lecz przewidywalny temperament Hortusa
paradoksalnie okazał się łatwiejszy do rozgryzienia, a i problem wydawał się
znacznie mniej abstrakcyjny. Ostatecznie zatajanie istnienia nieślubnych dzieci
jest o wiele bardziej powszechne od ukrywania starożytnego królestwa na drugim
końcu świata. Na samo wyobrażenie uniesionych brwi matki coś przewracało mi się
w żołądku.
Czy
to prawda, że pochodzimy z rodziny królewskiej, a mój prawdziwy ojciec mieszka
w państwie, w którym ludzie nadal wierzą w bogów z głowami zwierząt?
Musiałam potrząsnąć
własną głową, żeby pozbyć się ciarek zażenowania.
Moje wyniki w nauce
bardzo szybko zaczęły się pogarszać, ale pierwszy raz było mi wszystko jedno.
Zobojętniałam na to, co w przeszłości uwielbiałam, nawet na lekcje eliksirów, a
od listopadowej wycieczki do Hogsmeade przestały mnie interesować również
prywatne zajęcia z profesorem Slughornem. Życie w ciągłym napięciu wybitnie mi
nie służyło. Zrobiłam się rozkojarzona i drażliwa, nieustannie łapałam się na
tym, że czegoś oczekiwałam, choć już dawno pogodziłam się z myślą, że ani
ojciec, ani matka nie raczą się ze mną skontaktować. Z czasem zaczęłam
podejrzewać, że Hortus mógł przed nią zataić, że w ogóle doszło do tamtego
spotkania, a z każdym kolejnym dniem w mojej głowie kłębiły się coraz
wyraźniejsze plany.
Skoro nie zamierzali
zaczynać rozmowy z własną córką, należało ich do tego zmusić. Może nawet
angażując w to grono pedagogiczne. Wszystko, byle zrobił to ktoś inny,
tylko nie ja.
Na samą myśl o
poważnym złamaniu szkolnego regulaminu żołądek ściskał mi się ze strachu, ale
pierwszy raz doświadczałam jeszcze jednego zupełnie nowego uczucia.
Podniecenia.
Przez ostatnie lata
unikałam kłopotów — przynajmniej starałam się unikać, a
wszystkie szlabany i ujemne punkty wynikały bardziej z przypadku lub mojej
głupoty niż z celowych działań. Tym razem miałam uczynić to z rozmysłem. I
zrobić coś naprawdę okropnego, żeby profesor Slughorn był zmuszony powiadomić
pana i panią Hortus.
I nie chodziło tylko
o samą karę.
Czułam, że tylko w
ten sposób byłam w stanie wyrwać się z marazmu, dlatego też bardzo chętnie
dołączyłam do najbliższego spotkania tajnej grupy pojedynków. Nie spodziewałam
się po sobie niczego spektakularnego. Nawet trochę liczyłam na to, że Travers
albo Mulciber trochę mnie poturbują, zwłaszcza że podczas gdy ja przesiadywałam
bezczynnie w fotelu przed kominkiem, oni ślęczeli nad książkami i chowali się w
nieużywanych klasach, żeby rzucać na siebie nawzajem zaklęcia, których się
nauczyli.
Nie angażowałam się w
dyskusje. Byłam w bojowym nastroju i czułam, że naprawdę niewiele brakowało,
bym mogła dziś potraktować kogoś w sposób, jakiego później pożałuję, natomiast bardzo
chętnie przyjęłam od Mulcibera propozycję walki.
Zbliżające się
grudniowe zaliczenia nie wpłynęły na ilość uczestników. Sala w lochach jak
zwykle cała wypełniła się ćwiczącymi parami, światła lamp rozproszyły
przytłaczający mrok, ale ja wciąż nie potrafiłam wyrzucić z głowy wizji tamtego
pamiętnego wieczora, dziesiątek listów u moich stóp i liter migających przed
oczami.
Zamrugałam
energicznie.
Stanęłam naprzeciwko
Waldena nabuzowana jak nigdy. Uśmieszek pod cienkim wąsikiem wydał mi się
jeszcze bardziej kołtuński niż zwykle, kiedy chłopak zdejmował wierzchnią
szatę, żeby nie plątała mu się pod nogami. Nie odpowiedziałam mu tym samym.
Wargi miałam zaciśnięte zdecydowanie zbyt mocno jak na rozgrzewkowy
pojedynek.
— Dam ci
popalić, Hortus — rzucił Ślizgon, szczerząc koślawe jedynki. — Przedwczoraj
powaliłem Traversa i potrzebowałem na to sześciu sekund, czaisz? Sześciu.
— Dobrze, że
mówisz — mruknęłam, nie kryjąc ironii. — W ciągu ostatniej
godziny chwaliłeś się tym tylko cztery razy.
Nie wyglądał na
zawstydzonego tą uwagą.
— Tylko uczciwie
ostrzegam.
Ustawiliśmy się
naprzeciwko siebie w najmniej zatłoczonej części sali. Po prawej walczyli
Rosier i Nott, po lewej miałam ścianę, w kącie Crabbe i Goyle nadal pracowali
nad swoim zaklęciem. Brwi Mulcibera drgnęły prowokująco i pierwsze iskry świsnęły
w powietrzu, nim wyprostował się z ukłonu. Bez trudu zablokowałam zaklęcie
spowalniające i odpowiedziałam tym samym. Odskoczył, rechocząc jak wariat.
Odbijaliśmy w ten sposób piłeczkę przez następną minutę czy dwie, a ja pierwszy
raz poczułam w sobie jakiś ruch. Coś żywego w okolicy serca, przypominającego
jakieś małe, wijące się stworzenie — silne i muskularne, ale nadal
bardzo ospałe. Na widok liny wystrzelonej przez Ślizgona nie użyłam zaklęcia
tarczy. Skoczyłam do przodu, machnęłam różdżką jak lassem i z powodzeniem
przejęłam kontrolę nad sznurem, tak, że Walden w ostatniej chwili musiał go
spopielić. Smród spalenizny zadrapał mnie w gardle, ale powstrzymałam kaszel.
Coś mocnego i gorącego uderzyło mi do głowy, a zaskoczenie na twarzy Mulcibera
tylko to wzmocniło. Poczułam ukłucie dzikiego podniecenia. Podniecenia, które — jak
wielki młot — uderzyło w tamę i ta zaczęła pękać.
Ascendio.
BUM!
Impedimenta.
BUM!
Mobilicorpus.
BUM!
Redactum
Skullus.
Większość albo
odbijał, albo chybiały celu, ale ogarnęła mnie gorączka, nad którą nie
potrafiłam zapanować. Nigdy dotąd nie myślałam o używaniu takich zaklęć. Nie
miałam pojęcia, czy w ogóle byłam w stanie zmusić do tego różdżkę, a teraz
wypluwałam je jedno po drugim, nie bacząc na to, co się wydarzy, jeżeli któreś
trafi. Klątwa po klątwie, aż w powietrzu zawisło coś więcej niż tylko smród
spalonych lin — coś ciemnego, aksamitnego i przeszywającego jak
wtedy, gdy Tom walczył z Traversem albo Black. Jednak ta świadomość nie
blokowała. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, jakby coś się ze mnie wylewało — cały
jad, całe gromadzone przez ostatnie dni napięcie. Temperatura musiała skoczyć o
kilka stopni, choć powietrze w lochu wciąż wydawało się zimne i stęchłe.
Zaklęcia śmigały tam i z powrotem, emocje mieniły się kolorami na spoconej
twarzy Mulcibera jak światełka na choince — ekscytacja, złość,
pogarda, radość. Szaleństwo. Podskakiwał, młócąc ramionami jak wiatrak, ale to
nie wystarczyło. Byłam jak w transie. Jakby opętał mnie zły duch albo jakieś
mroczne bóstwo wzięło moje ciało we władanie. Nie panowałam już nad tym, jakie
klątwy wywrzaskiwałam — miałam głęboko w poważaniu zaklęcia
niewerbalne.
— Diffindo! — Błysnęło
i na policzku Waldena pojawiło się spore nacięcie. — Sanguis
Imperium!
Normalnie coś
przewróciłoby mi się w żołądku na ten widok, cofnęłabym zaklęcie i odskoczyła z
piskiem, ale nie tym razem. Mulciber wrzasnął, gdy krew na jego twarzy ożyła i
momentalnie potroiła swoją objętość. Wydłużyła się i skręciła niczym powróz — całkowicie
zależny od mojej woli. Poczułam jakieś dziwaczne połączenie z tym czymś
mnożącym się bez opamiętania, bo już chyba nie z krwią. Substancja zrobiła się
czarna i pod wpływem szarpnięcia różdżki oderwała się od nacięcia, po czym
zaczęła się zapadać pod własnym ciężarem, formując przypominającą głaz
kulę.
Ślizgon wrzeszczał
jak opętany, ale prawie tego nie słyszałam. Dudnienie bijącego serca odbijało
się echem w moich uszach, w głowie szumiało mi tak, jakbym znalazła się na
granicy huraganu. Kostniejący kamień odpłynął od Waldena i sam — ni
to pod wpływem mojego życzenia, ni własnej woli — z nienaturalną
prędkością uderzył chłopaka prosto w brzuch. Mulciber osunął się na kolana, głaz
roztrzaskał się na maleńkie kawałeczki, ale to nie był koniec. Jeszcze nie.
— Wingardium
Leviosa! — wychrypiałam, a mój przeciwnik uderzył plecami w
kamienny sufit i sekundę później już leżał rozłożony na podłodze.
W sali zrobiło się na
moment nienaturalnie cicho, aż chłopcy, którzy się nam przypatrywali, wydali z
siebie zgodne pomruki podziwu. Potrzebowałam chwili, by do mnie dotarło, czego
się dopuściłam, ale ukłucie wyrzutów sumienia było prawie niewyczuwalne.
Dyszałam jak po szaleńczym biegu, a kiedy się rozejrzałam, okazało się, że
przyglądali nam się wszyscy, nie tylko Crabbe i Goyle. Rosier i Nott przerwali
swój pojedynek, żeby pomóc Mulciberowi dźwignąć się na nogi, pozostali otoczyli
nas luźnym półkolem i gapili się z otwartymi ustami, niektórym kąciki już
zaczynały drgać, jakby nie wiedzieli, czy mieli prawo się śmiać, czy nie.
— Hortus… psia
kość, nie próżnowałaś ostatnio… — mruknął któryś Ślizgon, ktoś inny
klepnął mnie w ramię, jeszcze inny rzucił jakieś szyderstwo pod adresem
Waldena.
— Strach się
bać!
— O kurwa, a
taka niby z ciebie cicha woda, Hortus!
Sposób, w jaki poturbowałam
Mulcibera, wzbudził raczej wesołość niż obawy, ale nie dbałam o to. Burza wciąż
we mnie szalała. Upewniwszy się, że mój rywal nie odniósł poważniejszych
urazów, odnalazłam wzrokiem Toma. Dopiero po dłuższej chwili zaczęłam sobie
uświadamiać, że nie powinnam była używać niektórych zaklęć — jedyna
zasada tych potajemnych spotkań. Żadnej magii, przez którą można skończyć w
Azkabanie.
Ale wyraz jego twarzy
nie świadczył o tym, że miałam kłopoty. Jako jeden z pierwszych wrócił do
swoich zajęć, ale kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, uniósł z aprobatą
brwi. Odpowiedziałam mu uśmiechem. Rozpierała mnie nie tylko duma, bo to
ruchliwe, mroczne coś, co obudziło się podczas pojedynku z Mulciberem,
nie poszło z powrotem spać.
Potrzebowałam chwili,
by po tym ochłonąć i wszystko przemyśleć, ale oczywiście nie znalazłam na to
ani minuty, ponieważ Nott i Mulciber (kiedy już doszedł do siebie) jeszcze
przez trzy kwadranse zamęczali mnie rozmowami na temat miejsc, w których
ćwiczyłam, stosowanych technik i czasu potrzebnego do opanowania zaklęć
balansujących na granicy czarnej magii. Odpowiedzi wymyślałam na bieżąco, choć
sama miałam mętlik w głowie, a buzująca gdzieś w okolicy żołądka energia nie
zamierzała się wyciszyć, jak gdyby zmaltretowanie Waldena jej nie wystarczało. Chciała
więcej. Dlatego gdy spotkanie dobiegło końca, wymknęłam się z sali jako jedna z
pierwszych, lecz nie pobiegłam prosto do dormitorium.
Wślizgnęłam się do
klasy eliksirów — ciemnej, dawno opustoszałej i wysprzątanej po
dzisiejszych przygodach z nieudanymi miksturami. W powietrzu wciąż unosił się
delikatny, słodkawy zapach środków czystości pani Skower. Przylgnęłam plecami
do ściany przy drzwiach tak, by przez wąską szparę widzieć korytarz i idących nim
Ślizgonów. Serce tłukło mi się w gardle jak oszalałe — znacznie
bardziej niż podczas pojedynku z Mulciberem.
Oczywiście zakładałam
taki scenariusz, że zobaczę go w towarzystwie Traversa lub Black.
Nie, nie Mulcibera.
Toma. Ale to świeżo przebudzone coś podpowiadało mi, że wróci sam. I tak
w rzeczywistości było. Kiedy ostatnia grupka minęła klasę eliksirów, musiałam
jeszcze chwilę odczekać, zanim w polu widzenia pojawiła się ostatnia postać.
Szedł nieśpiesznie z jedną ręką w kieszeni, lewą swobodnie bawiąc się
różdżką.
— Riddle — syknęłam
i pchnęłam nieco drzwi, by poszerzyć szczelinę.
Bez trudu mnie
odnalazł, a choć wciąż miał tę samą obojętną minę, oczy mu się zwęziły.
Przesunęłam się, by go wpuścić — tylko odrobinę zaskoczonego tym
nietypowym miejscem. Omiótł wzrokiem ciemne kąty, jak gdyby w którymś
spodziewał się ujrzeć Slughorna.
— No, no, Hortus — przemówił
cicho, nie szczędząc ironii. — Faktycznie cicha z ciebie…
— Zamknij się.
Umilkł z mieszanką
zdumienia i rozdrażnienia na twarzy, ale tę natychmiast wykrzywił diabelski
uśmieszek, kiedy tylko zdjęłam wierzchnią część szaty i cisnęłam na najbliższy
blat.
Z lekko uniesioną
brwią obserwował, jak powoli osunęłam się na kolana i zabrałam się za
rozpinanie mu spodni. Dłonie lekko mi przy tym drżały, lecz ów potwór, pod
wpływem którego roztrzaskałam Mulcibera o sufit, pozbawił mnie wszelkich hamulców.
Nie zastanawiałam się. Pierwszy raz nie analizowałam, tylko wzięłam się do
pracy, jakby to była najbardziej zwyczajna część każdego mojego dnia. Zawahałam
się tylko przez ułamek sekundy, kiedy czarny materiał opadł, choć przecież
dobrze wiedziałam, co i jak należało zrobić. Niewątpliwa korzyść z posiadania
męskiego grona przyjaciół. Riddle chwycił mnie za włosy. Był już gotowy, jego
penis błyskawicznie stwardniał, nim jeszcze wzięłam go do ust, a chwilę potem
poczułam szybkie pulsowanie. Odkrywszy jej nadzwyczajną wrażliwość, zaczęłam
ssać i pieścić językiem główkę, a i we mnie zaczęło się coś budzić, gdy pod
wpływem wczepionych w moje włosy palców zwiększyłam tempo. Tak, zdecydowanie
coś narastało — ponownie jak godzinę temu w sali tortur, lecz w
zupełnie innym miejscu. Nie byłam pewna, czy robiłam to dobrze, ale chyba tak,
bo po chwili do moich uszu dotarły urywane jęki. Zerknęłam do góry,
spodziewając się ujrzeć wpatrzone we mnie oczy — jak zwykle czujne i
pełne czegoś piekielnego — ale Tom powieki miał zaciśnięte, o dziwo,
a twarz napiętą, jakby z czymś walczył. W końcu zupełnie niespodziewanie
przerwał to — zdecydowanie zbyt energicznie — odciągając mi
głowę mocno za kark. Pierś unosiła mu się ciężko i opadała, lecz zanim zdążyłam
sobie wyrzucić, że popełniłam jakiś błąd, chwycił mnie za szyję i podciągnął.
Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo jego usta już były na moich.
I tak oto w ułamku
sekundy utraciłam całą kontrolę. Bez najmniejszego trudu wrzucił mnie na
biurko, nie dbając o bolesność twardego lądowania na blacie. Riddle zdjął z
siebie zewnętrzną część szaty. Pobudzana tą pęczniejącą, wewnętrzną ciemnością,
sama oplotłam go nogami i przyciągnęłam. Nie opierał się i w następnej chwili
już we mnie był — zdecydowanie bardziej desperacko niż zwykle, nie
patrząc już na to, jakie dźwięki z siebie wydawał.
Jakie oboje
wydawaliśmy.
Nie zastanawiałam
się, jak wyglądałam czy co sobie pomyśli, widząc mnie taką, choć chyba właśnie
taką chciał mnie oglądać — bez sztywnego gorsetu konwenansów, płonącą
pożądaniem i autentycznością. Coś błysnęło w jego oczach, gdy — chyba,
bo nie byłam tego pewna — pośród tych wszystkich załamanych jęków w
moich ustach zapodziało się gdzieś jego imię.
— Już ci mówiłem — sapnął
ciężko. Nie przerywał, jego ruchy stawały się coraz bardziej niekontrolowane,
twarz mu płonęła, jedynie oczy lśniły niesamowicie trzeźwo, przewiercały na
wylot. — Nie mów „Tom”.
W innej sytuacji
pewnie potraktowałabym to poważniej, ale i on nie wydał się tym urażony, kiedy
się roześmiałam. Myślałam tylko o tym, by wciąż mnie pieprzył, coraz bardziej
przypierając do blatu. To było nieopanowane. Pierwszy raz podsycane niczym
więcej jak tylko gonitwą za przyjemnością.
— Więc
jak?
Popatrzyliśmy sobie w
oczy — tym razem odrobinę bardziej serio.
— Marvolo.
Znów zachichotałam,
ale dużo ciszej. Już nie chciało mi się śmiać.
— Dobrze,
Marvolo — wyszeptałam i podźwignęłam się na łokciach, by znów go
pocałować. Pozbyć się dźwięku tego nowego imienia z własnych ust.
Zmiany. Wszędzie
dookoła zmiany, a ja pragnęłam, by chociaż jedno pozostało stałe. Pragnęła tylko tego, by zamknąć się w tej klasie już
na zawsze. Już zawsze czuć się tak, jak czułam się teraz — potężna,
zdecydowana, wolna. Widzieć jego przyjemność zależną wyłącznie ode mnie.
By czas się tu
zatrzymał.
*
Następnego dnia
wszystko wróciło. Dokładnie podczas porannej sowiej poczty, kiedy jedna ze
wspaniałych płomykówek ojca wylądowała miękko na szczycie dzbanka z sokiem
dyniowym. Formalność, z jaką wyciągnęła nóżkę z listem, absurdalnie przywiodła
mi na myśl matkę. Czując narastającą panikę, trzęsącymi się palcami rozsupłałam
sznureczek, a ptak natychmiast zamachał skrzydłami i odleciał, nie czekając na
odpowiedź. Przełknęłam nerwowo. Gula w gardle nie przesunęła się ani o cal. Nie
mogłam oddychać, ale to nie były złe nerwy. Poza strachem doświadczyłam w
żołądku czegoś jeszcze. Jakiegoś radosnego, prawie euforycznego ucisku.
A
więc to już. To się naprawdę stało. Powiedział jej, że wiem.
Koperta ujawniła list
wypełniony pismem, na widok którego wnętrzności skurczyły mi się boleśnie, ale
odważnie rozprasowałam pergamin ręką i zaczęłam czytać.
Victorio,
zdaję
sobie sprawę, że wraz z ojcem nie okazaliśmy należycie radości z wyróżnienia,
jakie Cię spotkało, dlatego pragnę, aby teraz to wybrzmiało. Otrzymaliśmy od
profesora Slughorna sowę, w której chwali Twoje postępy na drodze do
seminarium. Jesteśmy z ojcem zadowoleni z Twoich szkolnych stopni i wspieramy
Cię w dalszej nauce. Bez względu na to, jaką drogę w przyszłości obierzesz,
dobre wyniki z owutemów nie są żadną przeszkodą — nawet w życiu
małżeńskim.
Chciałabym
Cię również zawiadomić, że na dniach otrzymasz zaproszenie na przyjęcie
zaręczynowe Gabrielli, które odbędzie się podczas ferii bożonarodzeniowych.
Domyślam się, że doszły Cię słuchy dotyczące Rowdych i jako Twoja matka
rozumiem niezręczność sytuacji, ale pragnęłabym uprzedzić Twoją ewentualną
pochopną decyzję o pozostaniu w Hogwarcie na Boże Narodzenie. Twoja obecność na
przyjęciu wywoła mniejszy szum, niż gdybyś miała się na nim nie pojawić.
Dorosłość to nie tylko podejmowanie decyzji. To również, a może przede
wszystkim ponoszenie ich konsekwencji.
mama
Krew uderzyła mi do
głowy z taką mocą, że nie potrafiłam opanować rwanego sapnięcia. Przed oczami
pojawiły się mroczki — dokładnie tak, jak wtedy w sali tortur. I znów
nad listem od matki.
Drżącymi rękami
przeszukiwałam kopertę i drugą stronę pergaminu, rzuciłam na nie wszystkie
znane mi przeciwzaklęcia na uroki maskujące, ale nic się nie stało. Nic. Ani
słowa o korespondencji z Tomem czy o moim spotkaniu z Hortusem, za to dwa
tłuste akapity na temat jakiegoś głupiego przyjęcia zaręczynowego i pochwał od
Slughorna.
Coś we mnie
pękło.
Miałam ochotę zerwać
się od stołu, wrzeszczeć, wykrzyczeć prawdę każdemu, kto chciałby słuchać, a
potem pobiec do sowiarni, napisać do gazety albo do ministerstwa. Cokolwiek,
byleby dotarło do matki, że wiem.
Ale zamiast pełnej
dramatu sceny śniadanie przebiegło do końca według swojego nudnego rytmu.
Najpierw dyskretnie doprowadziłam się do porządku, wsunęłam karteczkę z
powrotem do koperty, kopertę do torby, a później — jak co wtorek — wybrałam
się na wróżbiarstwo.
Choć prawie nic nie
zjadłam, czułam się tak, jakbym połknęła coś wielkiego i zatrutego.
Nie potrafiłam tego
pojąć. Cała rodzina Hortusów — od wieków bez wyjątku — trafiała
do Slytherinu. Earth również była Ślizgonką, ród jej ojca jeszcze sprzed
powstania Hogwartu wiązano z nazwiskiem Salazara Slytherina. Gdzie ich
ślizgońska odwaga, gdzie duma i spryt? Wściekłość rozsadzała mnie od środka.
Opróżniając kociołek ze swojej kolejnej porażki, z mściwą satysfakcją
wyobrażałam sobie, jak profesor Slughorn słał drugą sowę do posiadłości ojca — tym
razem odwołującą wszystkie peany na temat swojej ulubionej uczennicy. Podczas
obiadu nadal niczego nie tknęłam, a pod koniec starożytnych runów robiłam
wszystko, żeby nie wybiec z klasy. Czułam się tak, jakbym siedziała na kuli
ognia, która w każdej chwili mogła eksplodować. Było mi niewygodnie. Każdy
organ ożył, miałam wrażenie, że jeszcze chwila i dostanie nóg, wyskoczy na
przez usta albo zrobi sobie dziurę na zewnątrz.
Wydawało mi się, że
pojedynek z Mulciberem odbył się tysiące lat temu, w innym życiu albo
czasoprzestrzeni i dotyczył kogoś innego.
Najtrudniejsze jak
zwykle okazało się robienie dobrego wrażenia. Dopiero gdy ciszę zakłócił
dzwonek, nareszcie wydostałam się z klasy, ale nie tak, jak podpowiadały mi
emocje. Grzecznie zanotowałam temat pracy domowej, przybory zgarnęłam do torby,
a klasę opuściłam bez zbędnego pośpiechu, ostrożnie przeciskając się między
ławkami, by nikogo przypadkiem nie potrącić.
Tak, jak
trzeba.
Wieczór w dormitorium
pełnym relaksujących się Ślizgonów był jak jeden z tych abstrakcyjnych snów,
podczas których latasz wśród okraszonych kwieciem chmur i wszystko ma
nieprawdopodobnie jaskrawe kolory. Pozorny spokój podszyty niepokojem. Derealizacja
nie do zniesienia. Próbowałam się uczyć, uciekać w powieści, położyć się spać,
ale burza, która rozgorzała we mnie na dobre, nie pozwalała usiedzieć na
miejscu. Nie byłam w stanie dłużej z tym walczyć.
Wymknięcie się po
godzinie policyjnej do kuchni okazało się bardzo łatwe, kiedy miało się
osiemnaście lat. Żaden prefekt nie łypał podejrzliwie na siódmoklasistkę
zmierzającą do wyjścia, choć zegar na gzymsie kominka wskazywał już grubo po
dwudziestej drugiej. Ręce trzęsły mi się okropnie, kiedy łaskotałam gruszkę na
obrazie z wielką misą owoców i chociaż robiłam to już tyle razy, dopiero teraz
poczułam się jak złodziej na moment przed rabunkiem.
Skrzaty domowe jak
zwykle okazały się szalenie uprzejme. Uśmiechały się, rozpłaszczały ryjkowate
nosy w ukłonach i dyskretnie uzupełniały talerze dokładnie tymi łakociami, na jakie
akurat miałam ochotę, ale im więcej jadłam, tym bardziej było mi obojętne, co
wpadało do żołądka. Marzyłam, by te wszystkie słodkości wyparły truciznę, którą
wypełnił mnie list od matki, ale zrobiła się z tego tylko obrzydliwa, lepka
kula — jeszcze cięższa i jeszcze bardziej paląca. Czułam się
koszmarnie. Porównywalnie źle do dnia, kiedy uciekłam przez okno na dzień przed
ślubem, ale tym razem to nie był tylko strach i brak nadziei.
Złość.
Wszechogarniająca wściekłość, której nie potrafiłam z siebie wyrzucić — nawet
wtedy, kiedy niedługo później w najbliższej łazience w dormitorium wyrzucałam z
siebie wszystko to, co chwilę wcześniej pochłonęłam w kuchni. Organizm sam
wiedział, co robić, wystarczyło włożyć do gardła końcówkę szczoteczki do zębów,
by cała trucizna znalazła ujście. Buchnęło słodko-kwaśnym smrodem, żołądek
przeszył ostry ból — jak zwykle na moment przed nadejściem
ulgi.
Ale ulga nie
nadeszła. Doznałam co prawda pewnego wyciszenia spowodowanego znużeniem i
przeciągającym się napięciem, ale czułam, że i to było chwilowe.
Nie miałam pojęcia,
ile czasu spędziłam na podłodze w toalecie, jak długo myłam twarz lodowatą wodą
i szorowałam zęby. Dopiero gdy na białym wnętrzu umywalki pojawiły się
zabarwione krwią plwociny, przepłukałam usta i odetchnęłam z trudem, jak gdyby
ktoś zdjął mi z pleców ogromny ciężar.
Problem w tym, że
ciężar wciąż na nich zalegał.
Wyślizgnęłam się z
łazienki naprzeciwko płaskorzeźby z tańczącymi kościotrupami. Na mój widok
złapały się za ręce i zaczęły wirować bez opamiętania, jakby zostały przyłapane
na obijaniu się. Starając się nie robić hałasu, wsunęłam się na palcach do
salonu, ale okazał się cichy i pogrążony w prawie całkowitej ciemności. Jedynie
lampki pod sufitem dawały bardzo niewiele zielonkawego światła — wystarczająco,
żeby można było przejść przez dormitorium, nie potykając się o meble. Może nie
czułam się dostatecznie ukojona, ale byłam przekonana, że łóżko…
— Co ty
wyprawiasz?
Serce podjechało mi
do gardła i ja też podskoczyłam, rozglądając się w panice po najciemniejszych
kątach, ale właściciel tego cichego, zjadliwego głosu uniósł się z jednego z
foteli przy wygaszonym palenisku. Przełknęłam nerwowo, czując charakterystyczny
palący ból, ale nie śmiałam się skrzywić. Obserwowałam, jak Riddle przemierzał
ten niewielki kawałek między nami — powoli, bardzo powoli, przypominając
przygotowujące się do ataku dzikie zwierzę.
Nie odpowiedziałam.
Zapadła pełna napięcia cisza, a ja — może nie do końca widząc,
bardziej czując — nieomal wzdrygnęłam się pod wpływem tego
przeszywającego spojrzenia. Najpierw na szczoteczce do zębów, której nie
zdążyłam schować, później na twarzy. Piekący rumieniec wstydu rozlał mi się po
policzkach, gdy zdałam sobie sprawę, że Tom musiał wszystko usłyszeć.
Gdzie podziała się moja
ślizgońska duma, gdy próbowałam uciec?
Prawdopodobnie chwilę
wcześniej spuściłam ją w kiblu.
Ale Riddle nie
zamierzał tak tego zakończyć. Znów wyrósł jak spod ziemi, chwycił mnie za
gardło i przyparł do ściany. Mocno. Bardzo mocno, bez cienia litości, jak robi
się to z osobą, której chce się zagrozić. A sposób, w jaki zacisnął palce na
mojej szyi, pozwolił mi uwierzyć, że robił to już wcześniej wiele razy. Znów
przełknęłam, tym razem z trudem, próbując obrócić głowę. Wszystko, byle nie
patrzeć w te bezlitosne oczy, ale od tego nie było ucieczki.
— Do reszty
zwariowałaś? — wysyczał z odrazą. — Zamierzasz wybrać się
na tamten świat?
Dotknął czegoś
wrażliwego, ale wciąż uparcie milczałam. Zaczynałam drżeć, choć nie potrafiłam
wydać z siebie dźwięku. Gromadzone od tygodni napięcie zupełnie pozbawiło mnie
kontroli nad własnym ciałem, a Riddle jakby to wyczuł, bo naparł jeszcze
mocniej, wciskając mi kciuk w miękki punkt pod brodą.
Już nie uciekałam.
Pragnęłam zapaść się w ścianę, scalić się z nią.
— Chcesz
skończyć jak te głupie, żałosne mugolaczki w Wool’s? — naciskał kąśliwie.
W nieprzyjaznym,
zielonkawym mroku dormitorium wyglądał jak upiór.
Czułam, że powinnam
mu odpowiedzieć. Zaprzeczyć albo potwierdzić, sama już nie wiedziałam, jak
chciałam, żeby to się skończyło. I dopiero po długiej, bardzo bolesnej chwili
drżenie przerodziło się w bezgłośne łkanie — ciężkie, niemożliwe do
opanowania. Łzy przysłoniły mi obraz, rozmazały zarys twarzy Riddle’a, czyniąc
ją jeszcze bardziej demoniczną, ale nie zamknęłam oczu. Szczoteczka wysunęła
się z ręki i upadła gdzieś na podłogę, kiedy wydusiłam z siebie w
desperacji:
— Naucz mnie,
żeby… żeby… Już nikt… nikt nigdy mnie nie okłamie.
~*~
Jaki powrót do angstu z samego początku opowiadania, aż miło. To jest chyba pierwszy rozdział, od kiedy zabrałam się za betowanie wszystkich opowiadań, który pisałam wyrywkowo, ale strasznie prokastynowałam z tymi fragmentami o Kemmhyt. Musiałam zebrać do kupy wszystkie informacje, które wymyśliłam przez lata, załatać dziury, a potem to napisać. Piekło Frozenki — trzeba było pisać. XD