30 grudnia 2009

27. Na tym polega dorosłość

 

Podział kraju na Egipt Górny i Dolny wynikał z geografii oraz rozwoju pierwszych społeczności nad Nilem i datuje się go na Okres Predynastyczny — IV tysiąclecie p.n.e. Tytułowe czternaście królestw wywodzi się od czternastu ściśle związanych z Dolnym Egiptem krain stanowiących dystrykty zarządzane przez głównych kapłanów bądź urzędników pochodzących z rodzin królewskich. 

Do czternastu królestw Górnego Egiptu należą: Ankhet, Chetheb, Djed-Raa, Echtimeuet, Hutamon, Kemmhyt z mniejszym dystryktem w Sacher, Nebetiah, Nefer-Iteb, Merimaat, Per-Kheperu, Suerchit Amos, Teminu, Ueh Mee, Waset-Neb. 

Nienawidziłam historii. 

Czytanie tego typu książek było jak piekło — mnóstwo dat, nazwisk i wydarzeń będących dla mnie słowami, które nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nienamacalne. Równie dobrze mogłam zagłębiać się w proces budowy samochodu — identycznie nudne i abstrakcyjne. 

Przeleciałam wzrokiem po mapce Górnego Egiptu z rozsianymi kropkami i cyframi przyporządkowanymi do poszczególnych królestw. Ostatni akapit luźno przedstawiał proces zanikania poszczególnych dystryktów, co stanowiło wprowadzenie do kolejnych rozdziałów poświęconych tytułowej czternastce. 

Zignorowałam podrozdziały dotyczące Ankhet, Chetheb, Djed-Raa, Echtimeuet i przeszłam prosto do części poświęconej Kemmhyt. Zaczęłam kartkować, ale tak, jak i przy poprzednich dystryktach, i na ten autor poświęcił niecałe cztery strony. 

Początek królestwa Kemmhyt datuje się na okres istnienia Średniego Państwa (2020 — 1760 p.n.e.), choć niektóre źródła podają pierwsze wzmianki o nim pod koniec Pierwszego Okresu Przejściowego (ok. 2050 roku p.n.e.). Położone na Pustyni Libijskiej na południowy zachód od Nilu, graniczy z jeziorem Nasera. Ze względu na przecinającą królestwo odnogę rzeki — Horachte — słynęło z wyjątkowo żyznej gleby aluwialnej. Góra Kemmhyt — serce królestwa centrum systemu administracyjnego wraz z domem królewskim — swoją nazwę wzięło od czarnych gór, których podziemia zamieszkiwały karłowate smoki. Płachtoskrzydłe Egipskie, charakterystyczne dla terenów Górnego Egiptu, miały służyć bogom Starej Wiary, lecz — podobnie jak wiele innych magicznych stworzeń (sfinksy i serpopardy) — zostały wyparte w głąb pustyni przez rozrastające się miasta. Ustrój, jaki panował w Kemmhyt od czasu Pierwszej Dynastii, jest określany jako monarchia teokratyczna (występująca w większości królestw Górnego Egiptu) z władcą symbolicznie zesłanym z nieba przez bogów Starej Wiary, jednak od VII wieku n.e. drugą najbardziej popularną religią stał się islam. 

Rozdział II — rys historyczny

Z królestwa „Czarnej Ziemi” wywodzą się dwaj czarodzieje, których imiona stały się sławne nie tylko w całym Egipcie, ale również daleko poza jego granicami. Khepra Meri-Ptah oraz Sokareth Hanif (znani w świecie jako Khepra VI Urodzajny oraz Sokareth I Długowieczny) mocno przyczynili się do rozpowszechnienia opinii na temat mieszkańców Kemmhyt jako ludu wojowniczego oraz wielkiej wiary. 

Zamknęłam książkę i zapobiegawczo przykryłam ją pierwszym lepszym podręcznikiem. Głowa bolała mnie od ogromu imion i dat. Czysta abstrakcja. I choć przecież od początku nie zaprzeczałam istnieniu jakiegoś plemienia na drugim końcu świata i tysiące lat temu, ba, nie negowałam, jakoby część mojej rodziny MOGŁA się stamtąd wywodzić, nie dopuszczałam do siebie, że jakieś echa starożytności były słyszalne dziś. I czy w ogóle utrzymanie istnienia takiego miejsca było możliwe? Skoro tak, to kto tam teraz rządził? Czy rządził ktokolwiek? I czy właśnie tam znajduje się teraz mój ojciec? 

Za dużo tu niejasności. 

Przez jakiś czas gapiłam się bezmyślnie w ciemne okno biblioteki i wytężałam umysł. Nawet jeżeli matka kiedykolwiek rzuciła coś na temat swoich tajemniczych wypraw, nie byłam w stanie sobie tego przypomnieć. Już sam fakt, że istniały jakieś tajemnicze wyprawy, dał mi sporo do myślenia, choć równie dobrze Earth Hortus mogła zaszywać się w Prince Village, żeby nie oglądać mężczyzny, z którym zmuszona była żyć. 

Mogłam myśleć do skutku, ale wiedziałam, że sama i tak tego nie rozwiążę. Chyba nigdy dotąd tak bardzo nie pragnęłam porozmawiać z babcią.

Koniec października zastał mnie nadzwyczaj niespodziewanie, zwieńczony jak co roku przyjęciem halloweenowym. Wraz z początkiem siódmej klasy spodziewałam się, że ostatni rok szkolny spędzę na cieszeniu się świeżo odzyskaną swobodą, wolna od Sokarisa i jego świty. Jednak — podobnie jak przez ostatnie sześć lat — przeżyłam imprezę z dala od serca zamieszania, siedząc samotnie z piwem kremowym w fotelu przed kominkiem. W tym roku postawiłam na kostiumową klasykę — poszarpaną, długą do ziemi gotycką suknię, czarno-białą perukę, dramatyczny makijaż i blizny narysowane kredką do oczu. Midnight początkowo oszalał na widok piór, cekinów, paciorków i fantazyjnych nakryć głowy, ale ostatecznie skończył rozłożony na moich kolanach, leniwie trącając łapami zwieszające się z mojego kołnierza potargane frędzle czarnego materiału.

Nie potrafiłam skupić się na dobrej zabawie. Miałam wrażenie, jakbym obserwowała własnych przyjaciół przez grubą szybę, oddzielona od świata, w którym do niedawna potrafiłam się odnaleźć, a teraz czułam się jak wrzucona w pustą przestrzeń kosmosu. 

Jakby ktoś jednym ruchem wymazał część mojej tożsamości. 

Bycie Victorią Hortus rzadko kiedy niosło ze sobą przyjemność lub powód do dumy, ale przynajmniej dawało pewną stabilność. Okazało się, że posiadanie jakiejkolwiek świadomości ja było lepsze niż jej brak. I nie chodziło tylko o listy i o to, co przeczytałam w Czternastu Królestwach Cogswella. Wciąż siedziała mi w głowie awantura z dnia pokazu. Po części nie dziwiłam się matce, że ostatecznie — a przynajmniej tak to wyglądało — nie potraktowała gróźb Toma poważnie. Poznałam tę prawdę i co? Nic się nie zmieniło. Nawet nie wiedziałam, od czego zacząć, a jedyne, co wiedziałam o sobie na pewno, to to, że byłam tchórzem. 

Drgnęłam na widok osoby zagłębiającej się w fotelu obok. Riddle pojawił się jak zwykle bezszelestnie, co tym razem stanowiło problemu, zważywszy na harmider i dźwięki muzyki wypełniającej pokój. Ślizgon się nie przebrał. Miał na sobie zwykłą szkolną szatę, jego twarzy nie znaczył ani ślad makijażu — oczywiście jak zwykle był ponad to, obserwując z oddali podpite towarzystwo. Zlustrował mnie wzrokiem, a między brwiami chwilowo pojawiła się pionowa zmarszczka, gdy próbował zgadnąć, w kogo się wcieliłam. 

— Jesteś narzeczoną Frankensteina — rzekł, a gdy przytaknęłam, spytał: — W takim razie gdzie twój przyszły mąż? 

Wskazałam niedbale na grupkę dziewczyn siedzących na najdłuższej kanapie w samym środku salonu. Gaby — pomalowana szarą farbą, z groteskowymi śrubami po obu stronach szyi i identycznymi co u mnie bliznami — dokazywała najbardziej, wyraźnie podchmielona. Transmutowała swoje włosy w krótką, czarną szczecinę, a obszerna peleryna, jaką miała na sobie, mocno przypominała zaczarowaną szatę do quidditcha. 

— Tam, nie jest zbyt wierny i podrywa Kleopatrę — odparłam i uśmiechnęłam się krzywo. — Mulciber uznał ten pomysł za bardzo zabawny. 

— Ale ty chyba nie bawisz się za dobrze. 

Wzruszyłam ramionami i wbiłam wzrok w butelkę. 

— Przeczytałam książkę — zaczęłam z wahaniem. — Ciągle o tym myślę. To bardzo… nieprawdopodobne, nie uważasz? 

— Kto jak kto, ale ty powinnaś być otwarta na różnice kulturowe. Zjeździłaś chyba ze trzydzieści krajów, co? 

— Nie chodzi o różnice kulturowe. Po prostu trudno mi uwierzyć, że ja mam z tym coś wspólnego. 

— Wiesz, że właśnie dlatego tak cię wychowała. Żebyś nie potrafiła uwierzyć, że możesz być kimś więcej niż żoną brytyjskiego snoba. 

Popatrzyliśmy sobie w oczy, a ja znów nie mogłam zaprzeczyć. Momentami zdawał się znać ich wszystkich lepiej niż ja.

— Czego dokładnie dowiedziałeś się z myśli mojej matki? — zapytałam prawie szeptem, ale Tom pokręcił głową.

— Powiem ci, jeżeli ona tego nie zrobi, ale uważam, że najpierw powinnaś zapytać matkę — odparł. 

Westchnęłam zrezygnowana i opadłam ciężko na oparcie fotela, choć dokładnie tego się spodziewałam. Wątpiłam, by chodziło o sam fakt, że to była sprawa między mną a Earth. Chciał sprawdzić, ile przy okazji nakłamie, by później wyciągnąć konsekwencje ze złamanej umowy. A ja nie miałam mu tego za złe. We mnie samej aż się gotowało.

— Do tej pory nikt się ze mną nie kontaktował. Chyba ostatecznie nie uwierzyła, że mówisz poważnie. Z drugiej strony… wierzy, że ma jeszcze czas — mruknęłam i tym razem to on wzruszył ramionami. 

— I wcale im się nie dziwię. Na jednej szali ceniona rodzina czystej krwi, na drugiej dzieciak z mugolskiego sierocińca… — zawiesił głos, choć wyraźnie dosłyszałam w nim nutkę groźby. 

— A mnie głupio jest skonfrontować ją z jej własnymi listami — dokończyłam. — Nawet nie wiem, od czego zacząć. Chyba… chyba najpierw wolałabym poznać wersję ojca, chociaż zrobienie tego za plecami matki jest niemożliwe. Nawet gdybym wysłała mu sowę z propozycją spotkania w Hogsmeade, ona natychmiast się o tym dowie. 

Wtem Riddle uśmiechnął się diabelsko, jak zwykł to czynić, gdy coś szło dokładnie po jego myśli. 

— W dorosłości dobre jest to, że możesz zrobić wszystko bez proszenia innych o zgodę. Nigdzie nie jest napisane, że w dniu wycieczki dorosły uczeń musi trzymać się ściśle granic Hogsmeade. Może teleportować się, dokąd chce. 

— Ale i tak muszę się z nim umówić… 

Nie dał mi dokończyć. 

— Ach, gdyby istniał ktoś, kto jest ci całkowicie oddany — rzucił ironicznie. — Jakiś sługa, który musi wykonywać twoje polecenia i mógłby ustalić, czy w dniu Hogsmeade twój ojciec ma jakieś ważne spotkanie i czy przewiduje przerwę na papierosa…

— Świerzbek!

Wyglądał na rozbawionego. Nic więcej nie powiedział, ponieważ dobrze wiedziałam, co dalej robić. Halloweenowa impreza już dawno nie wydawała mi się tak nieinteresująca. I choć ciężki zegar na gzymsie kominka wskazywał dopiero kwadrans po dziewiątej, wróciłam do dormitorium, żeby jak najszybciej pozbyć się peruki i fałszywych blizn. Zasuwając za sobą zasłony otaczające łóżko, wcale nie czułam, żeby chciało mi się spać. Wręcz przeciwnie. Serce biło niespokojnie w okolicy przełyku, kiedy leżałam na wznak z szeroko otwartymi oczami i wpatrywałam się we wnętrze baldachimu, starając się wszystko opracować. 

Pierwsza część planu wymagała skontaktowania się ze Świerzbkiem. Próbę wezwania skrzata podjęłam zaraz następnego dnia między piątkowymi eliksirami i obiadem. Wybrałam na to jedną z opuszczonych klas — tak daleko od Wielkiej Sali, jak się dało. Wielokrotnie widziałam, jak Hortus przywoływał w ten sposób Partacza, nawet kiedy byliśmy poza domem, ale robiąc to sama, czułam się bardzo dziwnie. 

Przysiadłam sztywno na brzeżku jednej ze szkolnych ławek i nasłuchiwałam przez moment, aby się upewnić, że cisza panująca na korytarzu, nie zdradzała obecności jakichś wścibskich uszu. Złośliwy deszcz bębniący w okna wszystko zagłuszał. 

— Ś-Świerzbek…? — bąknęłam w przestrzeń.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zrobiłam tego zbyt cicho, ale zanim powtórzyłam imię, po drugiej stronie pomieszczenia zmaterializował się skrzat. 

Mimo że właśnie tego się spodziewałam, drgnęłam na dźwięk aportacji. 

— Prze-przepraszam, że ci przeszkadzam, ale potrzebuję poza Hogwartem kogoś, kto mógłby pomóc mi coś… ustalić — wydukałam, patrząc, jak przyglądał mi się z uwagą. 

Twarz miał niezmiennie bardzo pomarszczoną i nieprzyjemną, ale kiedy się odezwał, zrobił to głosem zaskakująco innym od tego, jaki zapamiętałam, kiedy służył babci Jane. 

— Świerzbek i tak nie ma teraz dużo do roboty — rzekł. — W czym Świerzbek może panience usłużyć? 

— Ja… eee… — Odchrząknęłam bezgłośnie. — Czy byłbyś w stanie dowiedzieć się, jak wygląda jedna sobota listopada mojego ojca? Dokładnie dziewiąty listopada. Czy ma jakieś zaplanowane spotkania, gdzie, o której godzinie… Chciałabym się z nim spotkać, ale w taki sposób, żeby nikt się nie zorientował, że to ja. Zwłaszcza moi rodzice. 

Choć instrukcje, jakie mu podałam, nawet mnie wydały się nie do końca jasne, skrzat nie dał tego po sobie poznać. Nad wyraz czujne, piwne oczy wystające spod obwisłych powiek lśniły rozumnie w sposób, jakiego nie widziałam do tej pory u żadnego skrzata — nawet u Banialuki. Może właśnie dlatego nie potrafiłam wydawać mu poleceń tak po prostu

Świerzbek o nic więcej nie pytał. Przytaknął tylko i oświadczył, że może wysłać mi zwrotną sowę, jeżeli sobie tego życzę — wszystko niesamowicie uprzejmie, ale bez typowej skrzaciej usłużności. 

— Tak, dziękuję — odparłam z większym przekonaniem. — A, i… Świerzbku, w przyszłości będę chciała cię o coś zapytać. I prosiłabym, żebyś pod żadnym pozorem tego nikomu nie powtarzał. 

— Tak jest, panienko — mruknął. — Świerzbek będzie czekał. 

Nie teleportował się, dopóki nie powiedziałam, że może odejść. Zostawił mnie jeszcze bardziej rozbitą i zaniepokojoną, choć pierwsza faza planu poszła gładko. Podejrzanie zbyt gładko, zwłaszcza że sowa przyleciała z Prince Village zaledwie dwa dni po naszym spotkaniu i zawierała wszystko, czego potrzebowałam.

Rozwijając maleńki rulonik, zdałam sobie sprawę, że choć wychowałam się wśród skrzatów domowych, nie miałam pojęcia, czy skrzaty domowe potrafiły pisać i czytać. W dzieciństwie Banialuka często opowiadała mi bajki, ale nigdy nie widziałam jej z książką w ręce. Świerzbek — zatrudniony w gospodarstwie moich ekscentrycznych dziadków — miał nieco więcej swobód, więc możliwe, że potrafił sklecić po angielsku jakąś prostą wiadomość, ale spodziewałam się czegoś przybliżonego do dziecięcych gryzmołów, dlatego uniosłam brwi na widok ślicznie wykaligrafowanego listu. 

 

Łaskawa Panienka Victoria Hortus,

Świerzbek ustalił, co następuje: ojciec Panienki nie pracuje 9 listopada. Pan zamierza spędzić przedpołudnie w Klubie dla Czarodziejów „Lancelot”, a następnie w towarzystwie Teda Greengrassa udać się na obiad. 

Świerzbek czeka na dalsze instrukcje. 

 

Treść listu spowodowała w moim żołądku nieprzyjemne sensacje. Choć nie miałam dla skrzata żadnych „dalszych instrukcji”, odesłałam sowę z krótkim podziękowaniem i przypomniałam o zachowaniu naszej tajemnicy. 

Zatem tak miało być. Wszystko układało się nadzwyczaj pomyślnie — przynajmniej do czasu samego spotkania. Na samą myśl zrobiło mi się zimno ze strachu. Z ojcem nigdy nic nie układało się pomyślnie. Jeżeli coś mogło pójść nie tak, to z całą pewnością tak się stanie, bo Hortus nie należał do osób przewidywalnych. Co prawda w głowie miałam już ułożony zarys fazy numer dwa, ale nie przywiązywałam się zbytnio do jej przebiegu. 

 

*

 

Najtrudniejsze okazało się czekanie. Co prawda nie narzekałam na nadmiar wolnego czasu, ponieważ zbliżający się finisz pierwszego semestru obfitował w kolokwia, eseje i prace domowe, ale i nawał zadań nie potrafił uciszyć głosiku szepczącego mi uparcie nad uchem: spotkacie się i co? I co wtedy? Co powiesz, jeśli wszystkiemu zaprzeczy? 

Na naukę legilimencji było już za późno i jedyne, na co mogłam liczyć, to że ojciec jak zwykle straci nad sobą panowanie. 

W dzień Hogsmeade lało jak z cebra. Jesień utraciła resztkę swojej czarowności i teraz zamiast pięknego, kasztanowo-złotego dywanu z liści przed szkołą czekało szarobure, błotniste bajoro. Sam widok targanych wiatrem czarnych gałęzi powodował zimny dreszcz na plecach, a po wyściubieniu nosa na zewnątrz było tylko gorzej. Udając, że przed wycieczką musiałam załatwić jeszcze jedną sprawę w gabinecie nauczyciela eliksirów, odczekałam jakieś pół godziny, aż wszyscy uczniowie opuszczą szkołę i dopiero wtedy sama wyruszyłam w podróż. Zapadając się w błocie po kostki, pokonałam może jedną trzecią drogi. O tej porze ścieżka do wioski była już porządnie rozdeptana i wyobrażałam sobie, że jeżeli deszcz się utrzyma, powrót do zamku będzie męczarnią. 

Choć nie polubiłam teleportacji, zmaterializowanie się w centrum Londynu z dala od tej koszmarnej szkockiej wichury okazało się wcale nie takie trudne. Odetchnęłam z ulgą i usunęłam sobie z trzewików olbrzymie muldy błota. Tutaj również padało. Chodniki lśniły od deszczu, a wilgoć napierała na okna sklepowych witryn, ale deszcz nie zacinał z taką siłą, a wiatr ledwo trącał parasole przechodniów umykających przed nasilającą się ulewą. Na gałęziach niektórych drzew dało się jeszcze wypatrzeć pojedyncze kolorowe liście. 

Rozejrzałam się w poszukiwaniu tablicy z napisem „Lancelot”. Choć nigdy tu nie byłam, spodziewałam się, że powinnam szukać czegoś ciężkiego, ciemnego i eleganckiego i dokładnie to zobaczyłam. Między niepozornym sklepem z antykami i księgarnią pojawiła się znikąd ściana z czerwonej cegły, a w niej olbrzymie dębowe drzwi z mosiężną klamką oraz imponujący szyld z czarnego metalu przedstawiający konia w galopie. Nad nim bez trudu zauważyłam wymyślne litery z zawijasami układające się w hasło: Lancelot — Klub dla Czarodziejów: tradycja, elita, dyskrecja

Przerażenie eksplodowało mi w żołądku. 

Naprawdę tu byłam. I naprawdę zamierzałam to zrobić.  

Obserwowałam przez chwilę wysokie drzwi widoczne wyłącznie dla oczu czarodzieja. Nigdy nie zaglądałam w podobne miejsce, ale dobrze wiedziałam, że nawet gdybym połknęła eliksir wielosokowy z włosem najbardziej zniewalającej kobiety na świecie, czający się za drzwiami ochroniarz i tak by mnie nie wpuścił, więc należało wywabić ojca na zewnątrz.

         W końcu tradycja, elita i dyskrecja.

Naciągnęłam mocniej kaptur na głowę i z gulą w gardle zatrzymałam się na chodniku, żeby zapukać. Po chwili w drzwiach stanął niezbyt wysoki, wiekowy i bardzo elegancki pan z siwymi wąsami i ostrym jak brzytwa przedziałkiem. Czarodziej miał na sobie prostą, czarną szatę ze stójką i maleńkiego, wyszytego srebrną nicią konia na piersi. 

— W czym mogę pomóc? — zapytał głębokim, zaskakująco młodym głosem. 

Sposób, w jaki świdrował mnie znad prostokątnych okularów w drucianych oprawkach, sprawiał, że na ułamek sekundy straciłam rezon, ale w mig się otrząsnęłam. 

Confundus, pomyślałam, patrząc mu w oczy. Starałam się przy tym nie mrugać. 

— P-prosiłabym, by przekazać panu Henrykowi Hortusowi, że ruda dziewczyna czeka na niego w kawiarni naprzeciwko — powiedziałam rezolutnie głosem nieco wyższym niż zazwyczaj. 

Nie byłam pewna, czy zaklęcie zadziałało, zwłaszcza że nigdy dotąd nie rzuciłam go niewerbalnie na czarodzieja, ale grzecznie odeszłam, kiedy staruszek zamknął mi drzwi przed nosem. Dłonie wciąż miałam mokre od potu, gdy składałam zamówienie w restauracji dokładnie po drugiej stronie ulicy — również wyłaniającej się spomiędzy dwóch innych lokali dopiero w momencie, gdy moje stopy dotknęły chodnika. 

Kelner — identycznie dystyngowany jak doorman w „Lancelocie” — niby przypadkiem zaprowadził mnie do stolika przy oknie wychodzącym dokładnie na drzwi klubu. Bez słowa przyjął zamówienie i zniknął prawie bezszelestnie, a ja uśmiechnęłam się do siebie, zastanawiając się, jak często podobne sytuacje miały tu miejsce. 

Rozejrzałam się po sali, starając się opanować nerwy. 

Wystrój przywodził na myśl skrzyżowanie dormitorium Ślizgonów z typowym mrocznym późnowiktoriańskim wnętrzem, w jakich lubował się ojciec. Ciemna boazeria na ścianach pochłaniała tę odrobinkę światła wpadającą z zewnątrz przez szprosowe okna, podobnie dywany i kotary w kolorze butelkowej zieleni. Choć sala była wysoka i przestronna, ten efekt znikał przytłoczony obecnością masywnych stolików, wygodnych, obitych czarną skórą krzeseł i regałów z litego drewna pełnych książek ze złoconymi grzbietami i bibelotów żywcem wyjętych z gabinetu Henryka Hortusa. 

Już dawno nie widziałam czegoś bardziej dosłownego. 

Ta myśl dodała mi nieco odwagi i zrobiła to w idealnym momencie, bo w następnej chwili po drugiej stronie ulicy jak spod ziemi wyrósł ojciec. Obserwowałam z nieco ściśniętym gardłem, jak wciskał sobie na głowę kapelusz i drobił krótkimi nóżkami, żeby umknąć przed strugami deszczu. Poprawiłam się na krześle, czekając, aż nieco zdumiony pracownik przyprowadzi go do mojego stolika. 

Cholera. Zapomniałam skonfundować kelnera. 

Ale niedopowiedzenie związane z kolorem włosów szybko odeszło w zapomnienie, wystarczyło jedno spojrzenie Hortusa, by ten zupełnie stracił animusz. 

— Victoria? — wyrwało mu się. — To ty? Co ty tu robisz? 

— Mamy Hogsmeade. Chciałam się z tobą zobaczyć — odparłam krótko. — Zamówiłam nam coś do picia. 

Nachmurzył się, widocznie próbując ukryć rozczarowanie, chociaż zmarszczki na jego czole świadczyły o czymś jeszcze. Przysiadł sztywno na krześle naprzeciwko, podskubując wąsa. W tym samym czasie przy naszym stoliku po raz trzeci pojawił ten sam mężczyzna, lewitując przed sobą srebrną tacę. Podziękowałam skinieniem głowy, gdy wprawnym ruchem napełnił obie szklanki bursztynowym płynem. 

— Proszę zostawić butelkę — dodałam cicho, podczas gdy ojciec uniósł brwi. 

Nie skomentowałam tego. Odczekałam, aż znów zostaniemy sami, ale nawet po tym, jak kelner zniknął w drzwiach prowadzących do przystającej sali, czułam pewną blokadę — jakby pęcherzyk powietrza zaklinował mi się w gardle, uniemożliwiając mówienie. Musiałam odetchnąć.

— Nie mogę zapomnieć o tym, co powiedziałeś po pokazie u Greengrassów — odezwałam się w końcu i z zaskoczeniem odkryłam, że zabrzmiałam naprawdę spokojnie. — O tym, że nie jestem twoją córką. To prawda? 

Czy spodziewał się, że właśnie to pytanie teraz padnie? Chyba tak, bo nie zamarł w bezruchu, nie wytrzeszczył oczu ani nie zrobił niczego, co wskazywałoby na to, że wprawiłam go w osłupienie. Zarechotał tylko po swojemu — choć dopiero po dłuższej chwili — i machnął lekceważąco ręką, bełkocząc coś o jakichś głupich nieporozumieniach, trudnym czasie w pracy i stresie związanym z organizacją wesela. Zamarł dopiero w momencie, gdy wyciągnęłam z torby związany wstążeczką plik listów. 

— A teraz? 

Przez długą, pełną napięcia chwilę wpatrywał się w koperty swoimi podpuchniętymi, przekrwionymi oczkami basseta, po czym sięgnął po szklankę whisky i opróżnił ją jednym haustem. Gdy sobie dolewał, ręce trzęsły mu się tak, że rozchlapał trochę na stół. Ojciec wydał mi się jednocześnie wściekły i zmieszany.

Świadomość, że kłamał i wypierał się do samego końca, dopóki nie pokazałam mu namacalnych dowodów na to, że wiedziałam, okazała się bardziej bolesna niż samo zatajenie prawdy. Serce tłukło mi się o żebra z zawziętością zamkniętego w klatce dzikiego ptaka, ale nawet się nie poruszyłam. 

— Ach, tak, tak… — mamrotał zagniewany. — Rozmawiałaś o tym z matką? 

Byłam pewna, że usłyszałam w tym nutkę goryczy. 

— Nie. Chciałam najpierw pomówić z tobą. To prawda? 

— Prawda — rzucił zjadliwie, nie patrząc mi w oczy. 

Oboje zamilkliśmy. Żałowałam, że nie wybrałam bardziej zatłoczonego miejsca albo innej pory, tak, by dźwięki tła zabiły ciszę. Nie potrafiłam jej znieść. Dopiero teraz do mnie dotarło, że od początku w to uwierzyłam. Od pierwszego listu Toma, a nawet jeszcze wcześniej — dużo wcześniej, zanim Hortus wygarnął mi wszystko po tych cholernych pokazach. Czekałam tylko na potwierdzenie, a teraz, gdy w końcu nadeszło, nie poczułam nic. Zupełnie nic. 

Sięgnęłam po szklankę i upiłam odrobinę. 

— Ten chłopak o wszystkim ci powiedział, tak? — zapytał rozjuszony. — Ten wścibski, mały… mały…

— Tak jest. I dobrze zrobił, bo to moje życie. Mam prawo wiedzieć takie rzeczy — odparłam i zmusiłam się, by znów na niego spojrzeć. Poraziło mnie, jak bardzo twarz sflaczała mu w ciągu tych kilku sekund. — Czy jest jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć? 

Poruszył się wściekle i jeszcze raz sięgnął po szkło. Przyszło mi do głowy, że to niewiarygodne, jak bardzo stałam się nieczuła na jego rozdrażnienie. Jeszcze rok temu podskakiwałam na każdy gwałtowny ruch, zastygałam, kiedy Hortus ciskał tym, co akurat wpadło mu w ręce. Pragnęłam zniknąć, wsiąknąć w ścianę, gdy podnosił głos, a teraz siedziałam chłodna i nieruchoma, obserwując, jak zirytowany kręcił się na krześle. 

Jak matka.

— Nie zamierzam tłumaczyć ci się z tego, jak wygląda moje małżeństwo. Bez względu na to, czyja jesteś — warknął tak cicho, że musiałam się pochylić, by go usłyszeć. Już nie uciekał wzrokiem. Oczy wyłaziły mu z orbit, czoło pokryły kropelki potu, a żyła na skroni pulsowała szybko. I nadal nic. Zero strachu. — To ja cię wychowałem. To ja łożyłem na twoje utrzymanie… 

— A ja nie zamierzam się w to wtrącać — przerwałam mu. — Chcę tylko prawdy. Od kiedy wiesz? 

— Od początku — odparł, ignorując to bezczelnie wcięcie się w zdanie. — Wielce uczona rodzinka twojej matki miała mnie za durnia… i może po części słusznie, ale nie byłem aż tak głupi, by nie zauważyć, co się dzieje. Te jej… wycieczki, sowy… znajomości… Ale to i tak bez znaczenia. Jesteś dorosła i i tak zrobisz wszystko tak, jak będziesz chciała. Bez patrzenia, co jest dobre dla całej rodziny, bez brania pod uwagę mojego zdania… a jak chcesz wiedzieć więcej, gadaj z matką… i zrób z tą wiedzą, co uważasz za stosowne, ale jeżeli to wyjdzie na jaw, zobaczysz… przekonasz się, że ty też dostaniesz po uszach… wszyscy dostaniemy…

Cierpienie w jego głosie wstrząsnęło mną. Wstrząsnęło bardziej niż wszystko, czego do tej pory się dowiedziałam. Przełknęłam szybko i poczułam, że zamrożenie, w jakie popadłam, zaczęło ustępować. Tym razem to ja poruszyłam się nerwowo w skórzanym fotelu i odchrząknęłam bezgłośnie. 

— Nie mam takiego zamiaru — zapewniłam go. — Skoro wiedziałeś, dlaczego z nami zostałeś? Dlaczego… dlaczego zgodziłeś się, żebym ja została? Dlaczego nie odesłałeś mnie do… do mojego ojca? 

Z trudem przepchnęłam to słowo przez gardło, a i on wzdrygnął się lekko, gdy padło. 

— To nie jest… nie jest takie proste — wycedził przez zaciśnięte zęby. Znów uciekł spojrzeniem na plamy whisky na blacie. — I… i życzę ci, żebyś nie musiała się nigdy o tym przekonywać. O tym, jak to jest wychowywać… i… i żyć w tym wszystkim. 

Byłam przekonana, że więcej na mnie nie spojrzy, ale nie. Dźwignął wzrok z takim wysiłkiem, jakby ważył tonę. Pot perlił się obficie już nie tylko na czole Hortusa, ale na całej jego twarzy, osiadł na brwiach i w głębokiej bruździe między nimi. Nawet oczy zrobiły się wilgotne — pragnęłam wierzyć, że również z tego powodu. Nagle zdałam sobie sprawę, że wolałabym, by ojciec na mnie nakrzyczał, zwymyślał za wtykanie nosa w sprawy dorosłych albo żeby stwierdził, że świetnie się składa — że to dobrze, że tamten wścibski łachmaniarz zaczął węszyć i nareszcie on, Henryk Hortus, może pozbyć się znienawidzonego bękarta. 

Ale nic takiego nie padło. 

— A czy… jest jeszcze coś, co matka przede mną zataiła? — zapytałam. 

— Niby co dokładnie? 

— Cokolwiek… coś, co jeszcze powinnam wiedzieć. 

— Nic więcej nie wiem. Ale czy jest jeszcze coś… — urwał i wzruszył ramionami. Wyglądał na wyczerpanego. — O to musisz zapytać matkę. Miała swoje sprawy, którymi zdecydowała nie dzielić się z nikim. Możliwe, że nigdy jej nie poznałem, a ty możesz mi wierzyć albo nie, ale żyła tak, jak chciała. Albo tak, jak chciała jej matka, ale to już ich sprawa. Oni wszyscy trzymali się na uboczu. Twój dziadek, twoja babka i twoja matka. Cholerne dziwaki.

Znów popatrzyliśmy sobie w oczy i byłam pewna, że naprawdę nie miał pojęcia o Kemmhyt. Podziękowałam mu skinieniem głowy, bo nic więcej nie potrafiłam z siebie wydusić. Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę w milczeniu, każde wpatrzone w inny punkt, ale ta cisza nie była już tak nieznośna. Zawisła dookoła nas jak bezbarwny kir, naznaczona zmęczeniem i wypaleniem, dopóki ojciec jej nie przerwał. Wstał, rzucił na stolik kilka galeonów i wyszedł bez słowa, ale kiedy drzwi się za nim zamknęły, spostrzegłam, że nie wrócił do Lancelota. Okręcił się na pięcie i zniknął, a ja jeszcze długo gapiłam się w miejsce, z którego się teleportował. Miałam wrażenie, że rozpadało się na dobre. Woda lała się strumieniami po szybie, a droga i chodniki powoli zmieniały się w rwący strumyk. Czas działał na moją niekorzyść. Czułam, że powrót do Hogwartu będzie katorgą, zwłaszcza jeżeli mnie zniesie, ale nie miałam siły się ruszyć. Gapiłam się niewidzącym wzrokiem w okno i tylko ręka ze szklanką od czasu do czasu wędrowała to w górę, to w dół, dopóki nie wypiłam dość, by było mi wszystko jedno. 

A więc to już. Powie jej. Możliwe, że już jej mówi.

Bardzo chciałam się rozpłakać. Liczyłam, że kiedy już dostanę jakieś potwierdzenie, to sprawi, że rosnące przez ostatnie tygodnie napięcie nareszcie znajdzie ujście, ale było tylko gorzej. Otrzymałam jedną odpowiedź, to prawda, lecz ta odpowiedź urodziła kolejne pytania. Kim był tamten człowiek? Czy wciąż żył? Mieszkał w Kemmhyt? Miał jakieś inne dzieci? Czy wiedział o moim istnieniu, korespondował z matką, a może widywali się, kiedy ta znikała „u babci”? I babcia Jane… Czy o wszystkim wiedziała? A ja? Kim ja byłam? 

Jeszcze rok temu marzyłam o tym, by pojawił się ktoś, kto by mnie uratował. Jakiś inny ojciec, który okazałby się przeciwieństwem Hortusa, a teraz, kiedy nauczyłam się radzić sobie z tym, co miałam, moje życie nagle przewróciło się do góry nogami. 

 

*

 

Drugim i ostatnim władcą Dolnego i Górnego Egiptu pochodzącym z Kemmhyt był Sokareth Hanif (ok. 1520 — 751 p.n.e.). Źródła nie są w stanie zbyt wiele powiedzieć na temat życia króla przed sześćdziesiątym trzecim rokiem życia. Kapłan Seta był znany ze swoich upodobań do praktykowania czarnej magii, czemu prawdopodobnie można przypisywać nienaturalnie długi żywot. Pozwolił mu on na zgromadzenie zasobów i posłuchu wśród ludu na południu kraju, dzięki czemu po pięciuset latach doprowadził do wybuchu wojny domowej zwanej Bitwą Braci. Już w pierwszym roku jej trwania (957 p.n.e.) pokonał w pojedynku faraona Rahotepu III, ale potyczki trwały w całym kraju jeszcze przez trzy kolejne lata do śmierci ostatniego z potomków Rahotepu III — księżniczki Tiaret. 

Okres panowania Sokaretha I oraz Bitwa Braci zostały przedstawione w rozdziale VI — Najczarniejsi Czarnoksiężnicy Górnego i Dolnego Egiptu. 

Śmierć króla Sokaretha I Hanifa oraz wielki pożar świątyni Seta (nazywany Boską Pożogą) zakończyły Czas Boga na Ziemi, dając początek trwającej trzydzieści sześć lat wojnie domowej nie tylko w Górnym, ale i Dolnym Egipcie (751 — 715 p.n.e.). Podział na Ta Mehu (Egipt Dolny) i Ta Shemau (Egipt Górny) nigdy wcześniej i nigdy później nie był tak wyraźnie zaznaczony. Atoti Khamudi zasiadający wówczas na tronie królestwa Ueh Mee (792 — 756 p.n.e.) po zjednoczeniu się z królestwem Echtimeuet i Chetheb na krótki czas (758 — 756 p.n.e.) przejął władzę nad Egiptem Dolnym i Górnym, ale jego rządy miały niewielki wpływ na przerwanie działań wojennych na terenie całego kraju. Dopiero przejęcie władzy przez Szabakę w 715 roku p.n.e. zakończyło Czas Podzielonej Korony, dając wytchnienie pokrwawionym ziemiom Ta Mehu i Ta Shemau

Sokareth Hanif. Hanif — jak nazwisko mojej babci. Wyglądało na to, że naprawdę pochodziłam ze starego rodu. Starszego niż Hortus, zważywszy na małe „p.n.e.” przy datach. Teraz, kiedy ojciec potwierdził przynajmniej część informacji z listów, nie potrafiłam przestać rozmyślać o tożsamości mojego prawdziwego ojca. Musiał być czystej krwi, inaczej tiara przydziału nie umieściłaby mnie w Slytherinie. Ostatnio często przed snem wracałam wspomnieniami do ceremonii przydziału, starając się wyłapać coś z rozmowy, jaką wtedy odbyłyśmy w mojej głowie, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nic znaczącego nie mogło tam paść. Nie w tym temacie.  

Maglowałam też spotkanie z Hortusem. Spodziewałam się jakiejś reakcji, sowy czy informacji od profesora Slughorna, że rodzice wystosowali pismo z prośbą o spotkanie przed przerwą świąteczną, ale nic takiego się nie wydarzyło. Minął jeden dzień, drugi, trzeci, później tydzień i poza codzienną pocztą i pocztówką z Paryża wysłaną przez Sokarisa nie pojawiła się żadna sowa. Gdybym nieco bardziej kwestionowała swoje zdrowie psychiczne, byłabym skłonna przypuszczać, że wymyśliłam sobie tamto spotkanie. 

Frustracja pęczniała we mnie z dnia na dzień, choć zważywszy na to, jak bardzo matka w korespondencji z Tomem szła w zaparte, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby chciała po prostu przeczekać najgorsze. Z niezadowoleniem odkryłam, że musiała znać mnie lepiej, niż podejrzewałam, ponieważ sama nie miałam pojęcia, w jaki sposób z nią o tym rozmawiać. Wybuchowy, lecz przewidywalny temperament Hortusa paradoksalnie okazał się łatwiejszy do rozgryzienia, a i problem wydawał się znacznie mniej abstrakcyjny. Ostatecznie zatajanie istnienia nieślubnych dzieci jest o wiele bardziej powszechne od ukrywania starożytnego królestwa na drugim końcu świata. Na samo wyobrażenie uniesionych brwi matki coś przewracało mi się w żołądku. 

Czy to prawda, że pochodzimy z rodziny królewskiej, a mój prawdziwy ojciec mieszka w państwie, w którym ludzie nadal wierzą w bogów z głowami zwierząt? 

Musiałam potrząsnąć własną głową, żeby pozbyć się ciarek zażenowania. 

Moje wyniki w nauce bardzo szybko zaczęły się pogarszać, ale pierwszy raz było mi wszystko jedno. Zobojętniałam na to, co w przeszłości uwielbiałam, nawet na lekcje eliksirów, a od listopadowej wycieczki do Hogsmeade przestały mnie interesować również prywatne zajęcia z profesorem Slughornem. Życie w ciągłym napięciu wybitnie mi nie służyło. Zrobiłam się rozkojarzona i drażliwa, nieustannie łapałam się na tym, że czegoś oczekiwałam, choć już dawno pogodziłam się z myślą, że ani ojciec, ani matka nie raczą się ze mną skontaktować. Z czasem zaczęłam podejrzewać, że Hortus mógł przed nią zataić, że w ogóle doszło do tamtego spotkania, a z każdym kolejnym dniem w mojej głowie kłębiły się coraz wyraźniejsze plany. 

Skoro nie zamierzali zaczynać rozmowy z własną córką, należało ich do tego zmusić. Może nawet angażując w to grono pedagogiczne. Wszystko, byle zrobił to ktoś inny, tylko nie ja.

Na samą myśl o poważnym złamaniu szkolnego regulaminu żołądek ściskał mi się ze strachu, ale pierwszy raz doświadczałam jeszcze jednego zupełnie nowego uczucia. 

Podniecenia. 

Przez ostatnie lata unikałam kłopotów — przynajmniej starałam się unikać, a wszystkie szlabany i ujemne punkty wynikały bardziej z przypadku lub mojej głupoty niż z celowych działań. Tym razem miałam uczynić to z rozmysłem. I zrobić coś naprawdę okropnego, żeby profesor Slughorn był zmuszony powiadomić pana i panią Hortus. 

I nie chodziło tylko o samą karę. 

Czułam, że tylko w ten sposób byłam w stanie wyrwać się z marazmu, dlatego też bardzo chętnie dołączyłam do najbliższego spotkania tajnej grupy pojedynków. Nie spodziewałam się po sobie niczego spektakularnego. Nawet trochę liczyłam na to, że Travers albo Mulciber trochę mnie poturbują, zwłaszcza że podczas gdy ja przesiadywałam bezczynnie w fotelu przed kominkiem, oni ślęczeli nad książkami i chowali się w nieużywanych klasach, żeby rzucać na siebie nawzajem zaklęcia, których się nauczyli. 

Nie angażowałam się w dyskusje. Byłam w bojowym nastroju i czułam, że naprawdę niewiele brakowało, bym mogła dziś potraktować kogoś w sposób, jakiego później pożałuję, natomiast bardzo chętnie przyjęłam od Mulcibera propozycję walki. 

Zbliżające się grudniowe zaliczenia nie wpłynęły na ilość uczestników. Sala w lochach jak zwykle cała wypełniła się ćwiczącymi parami, światła lamp rozproszyły przytłaczający mrok, ale ja wciąż nie potrafiłam wyrzucić z głowy wizji tamtego pamiętnego wieczora, dziesiątek listów u moich stóp i liter migających przed oczami. 

Zamrugałam energicznie.

Stanęłam naprzeciwko Waldena nabuzowana jak nigdy. Uśmieszek pod cienkim wąsikiem wydał mi się jeszcze bardziej kołtuński niż zwykle, kiedy chłopak zdejmował wierzchnią szatę, żeby nie plątała mu się pod nogami. Nie odpowiedziałam mu tym samym. Wargi miałam zaciśnięte zdecydowanie zbyt mocno jak na rozgrzewkowy pojedynek. 

— Dam ci popalić, Hortus — rzucił Ślizgon, szczerząc koślawe jedynki. — Przedwczoraj powaliłem Traversa i potrzebowałem na to sześciu sekund, czaisz? Sześciu. 

— Dobrze, że mówisz — mruknęłam, nie kryjąc ironii. — W ciągu ostatniej godziny chwaliłeś się tym tylko cztery razy. 

Nie wyglądał na zawstydzonego tą uwagą. 

— Tylko uczciwie ostrzegam. 

Ustawiliśmy się naprzeciwko siebie w najmniej zatłoczonej części sali. Po prawej walczyli Rosier i Nott, po lewej miałam ścianę, w kącie Crabbe i Goyle nadal pracowali nad swoim zaklęciem. Brwi Mulcibera drgnęły prowokująco i pierwsze iskry świsnęły w powietrzu, nim wyprostował się z ukłonu. Bez trudu zablokowałam zaklęcie spowalniające i odpowiedziałam tym samym. Odskoczył, rechocząc jak wariat. Odbijaliśmy w ten sposób piłeczkę przez następną minutę czy dwie, a ja pierwszy raz poczułam w sobie jakiś ruch. Coś żywego w okolicy serca, przypominającego jakieś małe, wijące się stworzenie — silne i muskularne, ale nadal bardzo ospałe. Na widok liny wystrzelonej przez Ślizgona nie użyłam zaklęcia tarczy. Skoczyłam do przodu, machnęłam różdżką jak lassem i z powodzeniem przejęłam kontrolę nad sznurem, tak, że Walden w ostatniej chwili musiał go spopielić. Smród spalenizny zadrapał mnie w gardle, ale powstrzymałam kaszel. Coś mocnego i gorącego uderzyło mi do głowy, a zaskoczenie na twarzy Mulcibera tylko to wzmocniło. Poczułam ukłucie dzikiego podniecenia. Podniecenia, które — jak wielki młot — uderzyło w tamę i ta zaczęła pękać. 

Ascendio. 

BUM! 

Impedimenta. 

BUM! 

Mobilicorpus. 

BUM! 

Redactum Skullus. 

Większość albo odbijał, albo chybiały celu, ale ogarnęła mnie gorączka, nad którą nie potrafiłam zapanować. Nigdy dotąd nie myślałam o używaniu takich zaklęć. Nie miałam pojęcia, czy w ogóle byłam w stanie zmusić do tego różdżkę, a teraz wypluwałam je jedno po drugim, nie bacząc na to, co się wydarzy, jeżeli któreś trafi. Klątwa po klątwie, aż w powietrzu zawisło coś więcej niż tylko smród spalonych lin — coś ciemnego, aksamitnego i przeszywającego jak wtedy, gdy Tom walczył z Traversem albo Black. Jednak ta świadomość nie blokowała. Wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, jakby coś się ze mnie wylewało — cały jad, całe gromadzone przez ostatnie dni napięcie. Temperatura musiała skoczyć o kilka stopni, choć powietrze w lochu wciąż wydawało się zimne i stęchłe. Zaklęcia śmigały tam i z powrotem, emocje mieniły się kolorami na spoconej twarzy Mulcibera jak światełka na choince — ekscytacja, złość, pogarda, radość. Szaleństwo. Podskakiwał, młócąc ramionami jak wiatrak, ale to nie wystarczyło. Byłam jak w transie. Jakby opętał mnie zły duch albo jakieś mroczne bóstwo wzięło moje ciało we władanie. Nie panowałam już nad tym, jakie klątwy wywrzaskiwałam — miałam głęboko w poważaniu zaklęcia niewerbalne. 

— Diffindo! — Błysnęło i na policzku Waldena pojawiło się spore nacięcie. — Sanguis Imperium! 

Normalnie coś przewróciłoby mi się w żołądku na ten widok, cofnęłabym zaklęcie i odskoczyła z piskiem, ale nie tym razem. Mulciber wrzasnął, gdy krew na jego twarzy ożyła i momentalnie potroiła swoją objętość. Wydłużyła się i skręciła niczym powróz — całkowicie zależny od mojej woli. Poczułam jakieś dziwaczne połączenie z tym czymś mnożącym się bez opamiętania, bo już chyba nie z krwią. Substancja zrobiła się czarna i pod wpływem szarpnięcia różdżki oderwała się od nacięcia, po czym zaczęła się zapadać pod własnym ciężarem, formując przypominającą głaz kulę. 

Ślizgon wrzeszczał jak opętany, ale prawie tego nie słyszałam. Dudnienie bijącego serca odbijało się echem w moich uszach, w głowie szumiało mi tak, jakbym znalazła się na granicy huraganu. Kostniejący kamień odpłynął od Waldena i sam — ni to pod wpływem mojego życzenia, ni własnej woli — z nienaturalną prędkością uderzył chłopaka prosto w brzuch. Mulciber osunął się na kolana, głaz roztrzaskał się na maleńkie kawałeczki, ale to nie był koniec. Jeszcze nie.

— Wingardium Leviosa! — wychrypiałam, a mój przeciwnik uderzył plecami w kamienny sufit i sekundę później już leżał rozłożony na podłodze. 

W sali zrobiło się na moment nienaturalnie cicho, aż chłopcy, którzy się nam przypatrywali, wydali z siebie zgodne pomruki podziwu. Potrzebowałam chwili, by do mnie dotarło, czego się dopuściłam, ale ukłucie wyrzutów sumienia było prawie niewyczuwalne. Dyszałam jak po szaleńczym biegu, a kiedy się rozejrzałam, okazało się, że przyglądali nam się wszyscy, nie tylko Crabbe i Goyle. Rosier i Nott przerwali swój pojedynek, żeby pomóc Mulciberowi dźwignąć się na nogi, pozostali otoczyli nas luźnym półkolem i gapili się z otwartymi ustami, niektórym kąciki już zaczynały drgać, jakby nie wiedzieli, czy mieli prawo się śmiać, czy nie. 

— Hortus… psia kość, nie próżnowałaś ostatnio… — mruknął któryś Ślizgon, ktoś inny klepnął mnie w ramię, jeszcze inny rzucił jakieś szyderstwo pod adresem Waldena. 

— Strach się bać! 

— O kurwa, a taka niby z ciebie cicha woda, Hortus! 

Sposób, w jaki poturbowałam Mulcibera, wzbudził raczej wesołość niż obawy, ale nie dbałam o to. Burza wciąż we mnie szalała. Upewniwszy się, że mój rywal nie odniósł poważniejszych urazów, odnalazłam wzrokiem Toma. Dopiero po dłuższej chwili zaczęłam sobie uświadamiać, że nie powinnam była używać niektórych zaklęć — jedyna zasada tych potajemnych spotkań. Żadnej magii, przez którą można skończyć w Azkabanie. 

Ale wyraz jego twarzy nie świadczył o tym, że miałam kłopoty. Jako jeden z pierwszych wrócił do swoich zajęć, ale kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, uniósł z aprobatą brwi. Odpowiedziałam mu uśmiechem. Rozpierała mnie nie tylko duma, bo to ruchliwe, mroczne coś, co obudziło się podczas pojedynku z Mulciberem, nie poszło z powrotem spać. 

Potrzebowałam chwili, by po tym ochłonąć i wszystko przemyśleć, ale oczywiście nie znalazłam na to ani minuty, ponieważ Nott i Mulciber (kiedy już doszedł do siebie) jeszcze przez trzy kwadranse zamęczali mnie rozmowami na temat miejsc, w których ćwiczyłam, stosowanych technik i czasu potrzebnego do opanowania zaklęć balansujących na granicy czarnej magii. Odpowiedzi wymyślałam na bieżąco, choć sama miałam mętlik w głowie, a buzująca gdzieś w okolicy żołądka energia nie zamierzała się wyciszyć, jak gdyby zmaltretowanie Waldena jej nie wystarczało. Chciała więcej. Dlatego gdy spotkanie dobiegło końca, wymknęłam się z sali jako jedna z pierwszych, lecz nie pobiegłam prosto do dormitorium. 

Wślizgnęłam się do klasy eliksirów — ciemnej, dawno opustoszałej i wysprzątanej po dzisiejszych przygodach z nieudanymi miksturami. W powietrzu wciąż unosił się delikatny, słodkawy zapach środków czystości pani Skower. Przylgnęłam plecami do ściany przy drzwiach tak, by przez wąską szparę widzieć korytarz i idących nim Ślizgonów. Serce tłukło mi się w gardle jak oszalałe — znacznie bardziej niż podczas pojedynku z Mulciberem. 

Oczywiście zakładałam taki scenariusz, że zobaczę go w towarzystwie Traversa lub Black. 

Nie, nie Mulcibera. Toma. Ale to świeżo przebudzone coś podpowiadało mi, że wróci sam. I tak w rzeczywistości było. Kiedy ostatnia grupka minęła klasę eliksirów, musiałam jeszcze chwilę odczekać, zanim w polu widzenia pojawiła się ostatnia postać. Szedł nieśpiesznie z jedną ręką w kieszeni, lewą swobodnie bawiąc się różdżką. 

— Riddle — syknęłam i pchnęłam nieco drzwi, by poszerzyć szczelinę. 

Bez trudu mnie odnalazł, a choć wciąż miał tę samą obojętną minę, oczy mu się zwęziły. Przesunęłam się, by go wpuścić — tylko odrobinę zaskoczonego tym nietypowym miejscem. Omiótł wzrokiem ciemne kąty, jak gdyby w którymś spodziewał się ujrzeć Slughorna. 

— No, no, Hortus — przemówił cicho, nie szczędząc ironii. — Faktycznie cicha z ciebie… 

— Zamknij się.

Umilkł z mieszanką zdumienia i rozdrażnienia na twarzy, ale tę natychmiast wykrzywił diabelski uśmieszek, kiedy tylko zdjęłam wierzchnią część szaty i cisnęłam na najbliższy blat. 

Z lekko uniesioną brwią obserwował, jak powoli osunęłam się na kolana i zabrałam się za rozpinanie mu spodni. Dłonie lekko mi przy tym drżały, lecz ów potwór, pod wpływem którego roztrzaskałam Mulcibera o sufit, pozbawił mnie wszelkich hamulców. Nie zastanawiałam się. Pierwszy raz nie analizowałam, tylko wzięłam się do pracy, jakby to była najbardziej zwyczajna część każdego mojego dnia. Zawahałam się tylko przez ułamek sekundy, kiedy czarny materiał opadł, choć przecież dobrze wiedziałam, co i jak należało zrobić. Niewątpliwa korzyść z posiadania męskiego grona przyjaciół. Riddle chwycił mnie za włosy. Był już gotowy, jego penis błyskawicznie stwardniał, nim jeszcze wzięłam go do ust, a chwilę potem poczułam szybkie pulsowanie. Odkrywszy jej nadzwyczajną wrażliwość, zaczęłam ssać i pieścić językiem główkę, a i we mnie zaczęło się coś budzić, gdy pod wpływem wczepionych w moje włosy palców zwiększyłam tempo. Tak, zdecydowanie coś narastało — ponownie jak godzinę temu w sali tortur, lecz w zupełnie innym miejscu. Nie byłam pewna, czy robiłam to dobrze, ale chyba tak, bo po chwili do moich uszu dotarły urywane jęki. Zerknęłam do góry, spodziewając się ujrzeć wpatrzone we mnie oczy — jak zwykle czujne i pełne czegoś piekielnego — ale Tom powieki miał zaciśnięte, o dziwo, a twarz napiętą, jakby z czymś walczył. W końcu zupełnie niespodziewanie przerwał to — zdecydowanie zbyt energicznie — odciągając mi głowę mocno za kark. Pierś unosiła mu się ciężko i opadała, lecz zanim zdążyłam sobie wyrzucić, że popełniłam jakiś błąd, chwycił mnie za szyję i podciągnął. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo jego usta już były na moich. 

I tak oto w ułamku sekundy utraciłam całą kontrolę. Bez najmniejszego trudu wrzucił mnie na biurko, nie dbając o bolesność twardego lądowania na blacie. Riddle zdjął z siebie zewnętrzną część szaty. Pobudzana tą pęczniejącą, wewnętrzną ciemnością, sama oplotłam go nogami i przyciągnęłam. Nie opierał się i w następnej chwili już we mnie był — zdecydowanie bardziej desperacko niż zwykle, nie patrząc już na to, jakie dźwięki z siebie wydawał.

Jakie oboje wydawaliśmy. 

Nie zastanawiałam się, jak wyglądałam czy co sobie pomyśli, widząc mnie taką, choć chyba właśnie taką chciał mnie oglądać — bez sztywnego gorsetu konwenansów, płonącą pożądaniem i autentycznością. Coś błysnęło w jego oczach, gdy — chyba, bo nie byłam tego pewna — pośród tych wszystkich załamanych jęków w moich ustach zapodziało się gdzieś jego imię. 

— Już ci mówiłem — sapnął ciężko. Nie przerywał, jego ruchy stawały się coraz bardziej niekontrolowane, twarz mu płonęła, jedynie oczy lśniły niesamowicie trzeźwo, przewiercały na wylot. — Nie mów „Tom”. 

W innej sytuacji pewnie potraktowałabym to poważniej, ale i on nie wydał się tym urażony, kiedy się roześmiałam. Myślałam tylko o tym, by wciąż mnie pieprzył, coraz bardziej przypierając do blatu. To było nieopanowane. Pierwszy raz podsycane niczym więcej jak tylko gonitwą za przyjemnością. 

— Więc jak? 

Popatrzyliśmy sobie w oczy — tym razem odrobinę bardziej serio. 

— Marvolo. 

Znów zachichotałam, ale dużo ciszej. Już nie chciało mi się śmiać. 

— Dobrze, Marvolo — wyszeptałam i podźwignęłam się na łokciach, by znów go pocałować. Pozbyć się dźwięku tego nowego imienia z własnych ust.

Zmiany. Wszędzie dookoła zmiany, a ja pragnęłam, by chociaż jedno pozostało stałe. Pragnęła  tylko tego, by zamknąć się w tej klasie już na zawsze. Już zawsze czuć się tak, jak czułam się teraz — potężna, zdecydowana, wolna. Widzieć jego przyjemność zależną wyłącznie ode mnie. 

By czas się tu zatrzymał. 

 

*

 

Następnego dnia wszystko wróciło. Dokładnie podczas porannej sowiej poczty, kiedy jedna ze wspaniałych płomykówek ojca wylądowała miękko na szczycie dzbanka z sokiem dyniowym. Formalność, z jaką wyciągnęła nóżkę z listem, absurdalnie przywiodła mi na myśl matkę. Czując narastającą panikę, trzęsącymi się palcami rozsupłałam sznureczek, a ptak natychmiast zamachał skrzydłami i odleciał, nie czekając na odpowiedź. Przełknęłam nerwowo. Gula w gardle nie przesunęła się ani o cal. Nie mogłam oddychać, ale to nie były złe nerwy. Poza strachem doświadczyłam w żołądku czegoś jeszcze. Jakiegoś radosnego, prawie euforycznego ucisku. 

A więc to już. To się naprawdę stało. Powiedział jej, że wiem. 

Koperta ujawniła list wypełniony pismem, na widok którego wnętrzności skurczyły mi się boleśnie, ale odważnie rozprasowałam pergamin ręką i zaczęłam czytać. 

 

Victorio, 

zdaję sobie sprawę, że wraz z ojcem nie okazaliśmy należycie radości z wyróżnienia, jakie Cię spotkało, dlatego pragnę, aby teraz to wybrzmiało. Otrzymaliśmy od profesora Slughorna sowę, w której chwali Twoje postępy na drodze do seminarium. Jesteśmy z ojcem zadowoleni z Twoich szkolnych stopni i wspieramy Cię w dalszej nauce. Bez względu na to, jaką drogę w przyszłości obierzesz, dobre wyniki z owutemów nie są żadną przeszkodą — nawet w życiu małżeńskim. 

Chciałabym Cię również zawiadomić, że na dniach otrzymasz zaproszenie na przyjęcie zaręczynowe Gabrielli, które odbędzie się podczas ferii bożonarodzeniowych. Domyślam się, że doszły Cię słuchy dotyczące Rowdych i jako Twoja matka rozumiem niezręczność sytuacji, ale pragnęłabym uprzedzić Twoją ewentualną pochopną decyzję o pozostaniu w Hogwarcie na Boże Narodzenie. Twoja obecność na przyjęciu wywoła mniejszy szum, niż gdybyś miała się na nim nie pojawić. Dorosłość to nie tylko podejmowanie decyzji. To również, a może przede wszystkim ponoszenie ich konsekwencji. 

mama

 

Krew uderzyła mi do głowy z taką mocą, że nie potrafiłam opanować rwanego sapnięcia. Przed oczami pojawiły się mroczki — dokładnie tak, jak wtedy w sali tortur. I znów nad listem od matki. 

Drżącymi rękami przeszukiwałam kopertę i drugą stronę pergaminu, rzuciłam na nie wszystkie znane mi przeciwzaklęcia na uroki maskujące, ale nic się nie stało. Nic. Ani słowa o korespondencji z Tomem czy o moim spotkaniu z Hortusem, za to dwa tłuste akapity na temat jakiegoś głupiego przyjęcia zaręczynowego i pochwał od Slughorna. 

Coś we mnie pękło. 

Miałam ochotę zerwać się od stołu, wrzeszczeć, wykrzyczeć prawdę każdemu, kto chciałby słuchać, a potem pobiec do sowiarni, napisać do gazety albo do ministerstwa. Cokolwiek, byleby dotarło do matki, że wiem. 

Ale zamiast pełnej dramatu sceny śniadanie przebiegło do końca według swojego nudnego rytmu. Najpierw dyskretnie doprowadziłam się do porządku, wsunęłam karteczkę z powrotem do koperty, kopertę do torby, a później — jak co wtorek — wybrałam się na wróżbiarstwo. 

Choć prawie nic nie zjadłam, czułam się tak, jakbym połknęła coś wielkiego i zatrutego. 

Nie potrafiłam tego pojąć. Cała rodzina Hortusów — od wieków bez wyjątku — trafiała do Slytherinu. Earth również była Ślizgonką, ród jej ojca jeszcze sprzed powstania Hogwartu wiązano z nazwiskiem Salazara Slytherina. Gdzie ich ślizgońska odwaga, gdzie duma i spryt? Wściekłość rozsadzała mnie od środka. Opróżniając kociołek ze swojej kolejnej porażki, z mściwą satysfakcją wyobrażałam sobie, jak profesor Slughorn słał drugą sowę do posiadłości ojca — tym razem odwołującą wszystkie peany na temat swojej ulubionej uczennicy. Podczas obiadu nadal niczego nie tknęłam, a pod koniec starożytnych runów robiłam wszystko, żeby nie wybiec z klasy. Czułam się tak, jakbym siedziała na kuli ognia, która w każdej chwili mogła eksplodować. Było mi niewygodnie. Każdy organ ożył, miałam wrażenie, że jeszcze chwila i dostanie nóg, wyskoczy na przez usta albo zrobi sobie dziurę na zewnątrz. 

Wydawało mi się, że pojedynek z Mulciberem odbył się tysiące lat temu, w innym życiu albo czasoprzestrzeni i dotyczył kogoś innego. 

Najtrudniejsze jak zwykle okazało się robienie dobrego wrażenia. Dopiero gdy ciszę zakłócił dzwonek, nareszcie wydostałam się z klasy, ale nie tak, jak podpowiadały mi emocje. Grzecznie zanotowałam temat pracy domowej, przybory zgarnęłam do torby, a klasę opuściłam bez zbędnego pośpiechu, ostrożnie przeciskając się między ławkami, by nikogo przypadkiem nie potrącić. 

Tak, jak trzeba. 

Wieczór w dormitorium pełnym relaksujących się Ślizgonów był jak jeden z tych abstrakcyjnych snów, podczas których latasz wśród okraszonych kwieciem chmur i wszystko ma nieprawdopodobnie jaskrawe kolory. Pozorny spokój podszyty niepokojem. Derealizacja nie do zniesienia. Próbowałam się uczyć, uciekać w powieści, położyć się spać, ale burza, która rozgorzała we mnie na dobre, nie pozwalała usiedzieć na miejscu. Nie byłam w stanie dłużej z tym walczyć. 

Wymknięcie się po godzinie policyjnej do kuchni okazało się bardzo łatwe, kiedy miało się osiemnaście lat. Żaden prefekt nie łypał podejrzliwie na siódmoklasistkę zmierzającą do wyjścia, choć zegar na gzymsie kominka wskazywał już grubo po dwudziestej drugiej. Ręce trzęsły mi się okropnie, kiedy łaskotałam gruszkę na obrazie z wielką misą owoców i chociaż robiłam to już tyle razy, dopiero teraz poczułam się jak złodziej na moment przed rabunkiem. 

Skrzaty domowe jak zwykle okazały się szalenie uprzejme. Uśmiechały się, rozpłaszczały ryjkowate nosy w ukłonach i dyskretnie uzupełniały talerze dokładnie tymi łakociami, na jakie akurat miałam ochotę, ale im więcej jadłam, tym bardziej było mi obojętne, co wpadało do żołądka. Marzyłam, by te wszystkie słodkości wyparły truciznę, którą wypełnił mnie list od matki, ale zrobiła się z tego tylko obrzydliwa, lepka kula — jeszcze cięższa i jeszcze bardziej paląca. Czułam się koszmarnie. Porównywalnie źle do dnia, kiedy uciekłam przez okno na dzień przed ślubem, ale tym razem to nie był tylko strach i brak nadziei. 

Złość. Wszechogarniająca wściekłość, której nie potrafiłam z siebie wyrzucić — nawet wtedy, kiedy niedługo później w najbliższej łazience w dormitorium wyrzucałam z siebie wszystko to, co chwilę wcześniej pochłonęłam w kuchni. Organizm sam wiedział, co robić, wystarczyło włożyć do gardła końcówkę szczoteczki do zębów, by cała trucizna znalazła ujście. Buchnęło słodko-kwaśnym smrodem, żołądek przeszył ostry ból — jak zwykle na moment przed nadejściem ulgi. 

Ale ulga nie nadeszła. Doznałam co prawda pewnego wyciszenia spowodowanego znużeniem i przeciągającym się napięciem, ale czułam, że i to było chwilowe. 

Nie miałam pojęcia, ile czasu spędziłam na podłodze w toalecie, jak długo myłam twarz lodowatą wodą i szorowałam zęby. Dopiero gdy na białym wnętrzu umywalki pojawiły się zabarwione krwią plwociny, przepłukałam usta i odetchnęłam z trudem, jak gdyby ktoś zdjął mi z pleców ogromny ciężar. 

Problem w tym, że ciężar wciąż na nich zalegał. 

Wyślizgnęłam się z łazienki naprzeciwko płaskorzeźby z tańczącymi kościotrupami. Na mój widok złapały się za ręce i zaczęły wirować bez opamiętania, jakby zostały przyłapane na obijaniu się. Starając się nie robić hałasu, wsunęłam się na palcach do salonu, ale okazał się cichy i pogrążony w prawie całkowitej ciemności. Jedynie lampki pod sufitem dawały bardzo niewiele zielonkawego światła — wystarczająco, żeby można było przejść przez dormitorium, nie potykając się o meble. Może nie czułam się dostatecznie ukojona, ale byłam przekonana, że łóżko… 

— Co ty wyprawiasz? 

Serce podjechało mi do gardła i ja też podskoczyłam, rozglądając się w panice po najciemniejszych kątach, ale właściciel tego cichego, zjadliwego głosu uniósł się z jednego z foteli przy wygaszonym palenisku. Przełknęłam nerwowo, czując charakterystyczny palący ból, ale nie śmiałam się skrzywić. Obserwowałam, jak Riddle przemierzał ten niewielki kawałek między nami — powoli, bardzo powoli, przypominając przygotowujące się do ataku dzikie zwierzę. 

Nie odpowiedziałam. Zapadła pełna napięcia cisza, a ja — może nie do końca widząc, bardziej czując — nieomal wzdrygnęłam się pod wpływem tego przeszywającego spojrzenia. Najpierw na szczoteczce do zębów, której nie zdążyłam schować, później na twarzy. Piekący rumieniec wstydu rozlał mi się po policzkach, gdy zdałam sobie sprawę, że Tom musiał wszystko usłyszeć. 

Gdzie podziała się moja ślizgońska duma, gdy próbowałam uciec? 

Prawdopodobnie chwilę wcześniej spuściłam ją w kiblu.

Ale Riddle nie zamierzał tak tego zakończyć. Znów wyrósł jak spod ziemi, chwycił mnie za gardło i przyparł do ściany. Mocno. Bardzo mocno, bez cienia litości, jak robi się to z osobą, której chce się zagrozić. A sposób, w jaki zacisnął palce na mojej szyi, pozwolił mi uwierzyć, że robił to już wcześniej wiele razy. Znów przełknęłam, tym razem z trudem, próbując obrócić głowę. Wszystko, byle nie patrzeć w te bezlitosne oczy, ale od tego nie było ucieczki. 

— Do reszty zwariowałaś? — wysyczał z odrazą. — Zamierzasz wybrać się na tamten świat? 

Dotknął czegoś wrażliwego, ale wciąż uparcie milczałam. Zaczynałam drżeć, choć nie potrafiłam wydać z siebie dźwięku. Gromadzone od tygodni napięcie zupełnie pozbawiło mnie kontroli nad własnym ciałem, a Riddle jakby to wyczuł, bo naparł jeszcze mocniej, wciskając mi kciuk w miękki punkt pod brodą. 

Już nie uciekałam. Pragnęłam zapaść się w ścianę, scalić się z nią. 

— Chcesz skończyć jak te głupie, żałosne mugolaczki w Wool’s? — naciskał kąśliwie. 

W nieprzyjaznym, zielonkawym mroku dormitorium wyglądał jak upiór. 

Czułam, że powinnam mu odpowiedzieć. Zaprzeczyć albo potwierdzić, sama już nie wiedziałam, jak chciałam, żeby to się skończyło. I dopiero po długiej, bardzo bolesnej chwili drżenie przerodziło się w bezgłośne łkanie — ciężkie, niemożliwe do opanowania. Łzy przysłoniły mi obraz, rozmazały zarys twarzy Riddle’a, czyniąc ją jeszcze bardziej demoniczną, ale nie zamknęłam oczu. Szczoteczka wysunęła się z ręki i upadła gdzieś na podłogę, kiedy wydusiłam z siebie w desperacji: 

— Naucz mnie, żeby… żeby… Już nikt… nikt nigdy mnie nie okłamie. 

 

~*~

 

Jaki powrót do angstu z samego początku opowiadania, aż miło. To jest chyba pierwszy rozdział, od kiedy zabrałam się za betowanie wszystkich opowiadań, który pisałam wyrywkowo, ale strasznie prokastynowałam z tymi fragmentami o Kemmhyt. Musiałam zebrać do kupy wszystkie informacje, które wymyśliłam przez lata, załatać dziury, a potem to napisać. Piekło Frozenki — trzeba było pisać. XD