30 grudnia 2009
22 grudnia 2009
Rozdział 26
12 grudnia 2009
Rozdział 25
28 listopada 2009
24. Na progu zaświatów
Wciąż pamiętałam o
Holly, ale znalazłam czas na poszukiwania dopiero podczas drugiego weekendu
września. Nie czułam się dziwnie, przesiadując sama w bibliotece. Prawie cały
zeszły semestr zimowy spędziłam tu bez towarzystwa znajomych, jedynie z warującym
jak pies Ezdraszem Worple’em, rzadziej z Ivy i Sokarisem uczącymi się do
owutemów.
Od kiedy O
Warzeniu Katastrofy: Sekrety Zakazanych Destylatów wróciło do pani
Mortemore o czasie i w nienaruszonym stanie, bibliotekarka, zdawało się,
obdarzyła mnie odrobinę większym zaufaniem, co jednak nie przeszkadzało jej w
podejrzliwym mrużeniu oczu za każdym razem, gdy pojawiałam się na horyzoncie,
niosąc przed sobą kolejny stos książek. Ułożyłam je w trzy wysokie wieże i
każda z nich składała się z podobnych tytułów zapowiadających porywającą
lekturę: Kroniki Czystej Krwi: czyli o tym, jak rozrosła się Nienaruszalna
Trzynastka, Herbarz Magiczny: Znaki, Pieczęcie, Dziedzictwo i Zbiór
Drzew Genealogicznych od Epoki Merlina po Czasy Współczesne. Na widok
całego regału poświęconego historii rodów i genealogii w pierwszym momencie
oblałam się zimnym potem, ale szybko wymyśliłam system, który pozwoliłby mi nie
błądzić.
Albo błądzić troszkę
mniej.
Nie liczyłam, że
natknę się na jakiś zaginiony ród Martinów z samouzupełniającym się drzewem,
datą urodzenia, adresem i imionami rodziców poszukiwanej, ale pozostałam
wyczulona na nazwiska rozpoczynające się na „Ma”. Ponadto zwracałam uwagę na
przewijające się przez spisy rodowe imiona. I tak, jak wśród Hortusów roiło się
od Henryków i Edwardów, Taciturnowie nie przepuścili pokolenia bez Urszuli i
Agnes, Blackowie wprost przepadali za imionami nawiązującymi do gwiazd i
planet, miałam nadzieję, że któraś czarodziejska rodzica w ten sposób upodobała
sobie Holly. Analizowałam również stare fotografie i rysunki, spodziewając się
rozpoznać ten sam nos czy kształt oczu. Podejrzewałam też, że ojciec brzydziłby
się romansować z mugolaczką. Znałam jego typ — młoda, zgrabna,
eteryczna, ale przede wszystkim nie brudnej krwi i jednocześnie nie ze
sfery, by chociaż zachować pozory dyskrecji. Zakładałam, że większość
pochodziła z romansów jego kolegów i współpracowników i tego tropu najmocniej
się uczepiłam.
Resztę pomysłów
mogłam wyrzucić do kosza, ale nie mogłam przestać kartkować kolejnych pozycji.
Czułam, jak oczy
robiły mi się coraz bardziej suche i zapuchnięte, ale odrywałam się od książek
tylko raz na jakiś czas, żeby potrzeć piekące powieki i pogapić się w dal. Za
każdym razem obrazek za oknem się zmieniał. Najpierw słońce omiatało błonia
delikatnymi promieniami, następnie jasny błękit nieba poszarzał i zniknął za
kłębiastymi chmurami. Kolejne spojrzenie i widok jak ze szkockiego
obrazka — wszędobylska szarość, rudziejące liście, mgła i ślady
deszczu na szybie. Jeszcze jedno oderwanie się od książki — nieprzenikniona
ciemność. W oknie zobaczyłam tylko odbicie własnej twarzy — znużonej
i ze spierzchniętymi wargami. Przypomniałam sobie, że od obiadu nie wypiłam ani
łyka wody, lecz szybko o tym zapomniałam, odkładając stare Proroki Codzienne
na kupkę i sięgając po Pamiętnik Rodów Czystej Krwi — Irlandia XIX
wieku.
Nienaruszalną
biblioteczną ciszę zakłóciły powolne, stłumione przez wykładzinę kroki, ale nie
podniosłam głowy nawet wtedy, gdy te zatrzymały się przy moim stoliku. Byłam
jak w transie.
— Przegapisz
kolację.
Wzdrygnęłam
się.
— Co…? — zapytałam
niezbyt trzeźwo.
— Slughorn znów
cię do czegoś zaprzągł? — Tom sięgnął po książkę leżącą na szczycie
jednego ze stosów i obrócił w ręce. — Spis Zaginionych Linii:
Krew, która wygasła? Dziwny sposób na spędzanie niedzieli.
Podniosłam wzrok i
zlustrowałam Riddle’a z góry do dołu. Stał nieznacznie przekrzywiony, z biodrem
opartym o krawędź stołu, lekko zmarszczonym czołem i jedną ręką w kieszeni. Pod
pachą ściskał bardzo dobrze znaną mi książkę.
— Historia
Hogwartu? Dziwny sposób na spędzanie niedzieli — powtórzyłam po
nim, nie kryjąc rozdrażnienia. Czułam, jak buzowało we mnie od ostatniego
spojrzenia w okno i lada moment zamierzało wyskoczyć na zewnątrz.
Nie spodziewałam się,
że odpowie, zwłaszcza że prawie natychmiast kąciki jego ust zadrgały w ten sam
sposób, jak wtedy, kiedy rozmawialiśmy po moich pierwszych prywatnych lekcjach
u profesora Slughorna.
— Potrzebuję
kilku informacji do pewnego pozaszkolnego projektu — rzekł
enigmatycznie, a uśmiech mu się pogłębił, gdy zmarkotniałam. Jak zwykle dał mi
odczuć, że to zauważył, bo uniósł oczekująco brwi. Długi palec wystukał jakiś
szybki rytm o grzbiet Spisu Zaginionych Linii.
— Muszę kogoś
znaleźć — odparłam.
Czoło mu
drgnęło.
— Czy osoba,
której szukasz — zapytał, jeszcze raz podnosząc tył okładki do oczu — skończyła
niedawno sześćdziesiąt lat?
— Nie…
— W takim razie
tu jej nie znajdziesz. To pozycja z 1913 roku.
Westchnęłam, czując
kotłującą się w przełyku złość. Obserwował mnie, jak niedelikatnie zatrzasnęłam
książkę i zaczęłam zbierać pozostałe. Bez słowa pomógł mi je odnieść i rozłożyć
tam, gdzie stały — wyjątkowo bez męczącej obecności pani Mortemore za
plecami.
Opuściliśmy
bibliotekę wspólnie, wciąż początkowo nie odzywając się do siebie. Na zewnątrz
panowała miła ciemność rozpraszana łagodnym, ciepłym światłem pojedynczych lamp
wiszących tu i ówdzie między obrazami przedstawiającymi szkockie krajobrazy i
owocowo-kwiatowe kompozycje w wymyślnych wazach. Faktycznie musiała zbliżać się
pora kolacji, ponieważ korytarze świeciły pustkami, a gdzieś z głębi zamku
dochodziły pierwsze smakowite zapachowe nuty. Piekielnie głodna i zmęczona
rozważaniami o Holly Martin, raz po raz zerkałam na Historię Hogwartu,
którą ze sobą zabrał. Pozaszkolny projekt, jasne — moje myśli miały
ochotę prychnąć. Było mi wszystko jedno, czy Riddle ułoży kolejną zwodniczą
opowiastkę, czy po prostu nie odpowie, kiedy go o to zapytam. Nawet trochę
liczyłam na to, że da mi pretekst do kłótni, choć tak naprawdę nigdy nie słyszałam,
by Tomowi zdarzyło się podnieść głos.
Po całym dniu
zmarnowanym w bibliotece miałam ochotę na sprzeczkę. Żałowałam, że zamiast
niego nie spotkałam Bellatriks.
— Co to za
projekt? — zagadnęłam zirytowana. Ostatnie słowo niemal wyplułam. — Byłam
pewna, że Historię Hogwartu możesz cytować z pamięci.
Udał, że nie usłyszał
tego tonu.
— Przeceniasz
moją pamięć — odparł z rozbawieniem. — Ostatni rok w tym
miejscu obudził we mnie pewien sentyment do pierwszych dni tutaj. Niedawno
zainteresowałem się historią szkoły.
— Czyżbyś
zapragnął zostać historykiem? Może wygryziesz Binnsa…
Zaśmiał się pod
nosem, jakby naprawdę go to rozbawiło.
— A ty? Szukasz
tamtej dziewczyny? — zapytał, gdy znaleźliśmy się na głównych
schodach.
— Tak. — Przez
ułamek sekundy się zawahałam, ale szybko do mnie dotarło, że w tym temacie
akurat mógł mi pomóc, więc kontynuowałam. — W dzień powrotu moich
rodziców z Rzymu w moim pokoju miała miejsce dziwna sytuacja. Naprawdę dziwna,
Tom. Weszłam do siebie i zastałam w swojej garderobie tamtą dziewczynę.
Przymierzała moje tiary. To była TA dziewczyna. Przedstawiła się jako Holly
Martin. Twierdziła, że pracuje z moim ojcem i skończyła Beauxbatons, ale kiedy
odezwałam się do niej po francusku, nie sprawiała wrażenia, jakby zrozumiała,
co do niej powiedziałam.
Spostrzegłam kątem
oka, jak usta mu drgnęły, a w jego oczach pojawiły się swawolne błyski.
— Mówisz po
francusku?
— Trochę. Ale
nie w tym rzecz — syknęłam. Zapragnęłam czymś w niego cisnąć, żeby
przestał się w ten sposób uśmiechać. — Znała nazwę tej szkoły… i
skoro ojciec przyprowadził ją do naszego domu, oznacza, że nie może być
mugolką. Może mugolaczką, chociaż wątpię, ojciec jest z tych, co brzydzą się „brudnej
krwi”, ale problem w tym, że jeżeli należy do naszego świata, to nigdy nie
widziałam takiej osoby w Hogwarcie. A uwierz mi, nawet bez tych mugolskich
ubrań i dziwnego makijażu rzuca się w oczy. Może być maksymalnie trzy lata
starsza. Szczupła, bardzo ładna, masa piegów, taka trochę… elfia uroda. I rude,
kręcone włosy. Założę się, że gdyby była w Hogwarcie, Travers by ją znał. On
żadnej rudej nie przepuści…
— I powiedziała,
że nazywa się Holly Martin z Beauxbatons.
— Tak.
Serce tłukło mi się
głośno o żebra w oczekiwaniu na jakąś błyskotliwą radę, aż…
— Nie
pomyślałaś, że to naprawdę jest jakaś Holly Martin z Beauxbatons?
Spojrzałam
zawiedziona pod nogi. Co za głupie pytanie — oczywiście, że
pomyślałam. I nic to nie zmieniało, wciąż nie miałam zielonego pojęcia, kim
była, czego chciała i dlaczego te ich schadzki (nie śmiałam pomyśleć „związek”)
tak długo trwały. Przed oczami znów stanęła mi scena z holu domu — ojciec
psikający się perfumami, szykujący się na randkę, prawie tańczący ze
szczęścia.
Jak zakochany.
Tymczasem Riddle nie
dawał za wygraną:
— Po co ci ta
wiedza? Twój ojciec ma kochankę. Nie pierwszą i nie ostatnią. Powiem więcej:
byłbym zdziwiony, gdyby w takim małżeństwie jej nie miał.
Wróciłam do niego
wzrokiem. Już się nie uśmiechał. Szedł przed siebie zupełnie spokojny i bez
żadnej złośliwości na twarzy, podczas gdy we mnie wszystko się gotowało.
— Co to znaczy w
takim małżeństwie? — zapytałam, nie kryjąc oburzenia.
— W małżeństwie
aranżowanym.
— Mój ojciec
kochał moją matkę — wypaliłam. Wiedziałam, że w tym temacie powinnam
była bardziej ważyć słowa, ale nie potrafiłam już powstrzymać potoku słów i
emocji, które kumulowały się od dnia pokazu. — Kiedy wróciliśmy od
Greengrassa, ojciec pokłócił się z babcią Jane, a potem… potem naskoczył na
mnie i na matkę. On często wybucha, ale wtedy… nie wiem, jakby coś w niego
wstąpiło, zaczął jej zarzucać, że to przez nią się taki stał. Wspomniał coś o
jakimś… o jakimś bękarcie pod swoim dachem. Tom, myślę, że moja matka kiedyś…
zdradziła ojca. Trudno mi sobie to wyobrazić, zresztą później ojciec wszystko
odwołał, ale… ale myślę, że on ją kiedyś kochał.
Urwałam, czując, że
nie potrafiłabym więcej sklecić żadnego sensownego zdania. Prawie natychmiast
pojawiły się igiełki atakujące sumienie, lecz powtarzałam sobie w głowie, że
Riddle i tak prędzej czy później by się dowiedział. Nie miałam pojęcia, jak to
działało, ale on zawsze wiedział — nawet jeśli istniały bariery
ochronny, on znajdował jakiś sposób, żeby je ominąć.
— Boję się — dodałam
szeptem — że ojciec zakochał się w tamtej.
Absurdalne. A jeszcze
rok temu modliłam się, by pojawiło się coś, co odciągnęłoby Hortusa ode mnie i
od matki.
— A nawet jeżeli
się zakocha, to co? — rozbrzmiał cichy, kojący głos Ślizgona. — Co
się wydarzy?
— Nie wiem. I to
jest najgorsze, nie mam pojęcia, co się wtedy stanie.
Dotarliśmy już prawie
do holu i usłyszałam coś przypominającego szmer oddechu — jakby ciche
westchnienie, które natychmiast utonęło w hałasach wydobywających się przez
uchylone drzwi do Wielkiej Sali.
— Porozmawiaj z
Wilkesem — zaproponował Tom. — Jego ojciec jest dyrektorem
w Wydziale Rejestracji Administracyjnej.
W tym momencie cała
kumulująca się wewnątrz frustracja uleciała, zniknęła gdzieś w niebycie i
została tylko ulga. Oczywiście — Benedykt Wilkes od lat zajmował w
ministerstwie wysokie stanowisko i pracował w miejscu, które było dla mnie
teraz jak dla dziecka wielki sklep z zabawkami.
— Dziękuję, to…
nawet o tym nie pomyślałam.
Maszerując przez Wielką
Salę, postanowiłam zrobić to zaraz po kolacji. Namierzyłam Klemensa, zanim
zajęłam miejsce przy stole, a kiedy na talerzach pojawiły się desery,
kontrolowałam, czy Ślizgon nie zechce wrócić wcześniej do dormitorium. Nie
zechciał. Siedział prawie do samego końca, bajerując jakąś Ślizgonkę z czwartej
klasy — chyba jedną z wielu siostrzenic i bratanic Teda Greengrassa.
Wilkes był zdziwiony, kiedy poprosiłam go o rozmowę na osobności, ale
powstrzymał się przed niewybrednymi komentarzami. Sama zaproponowałam miejsce,
więc nie oponował, dopóki nie wkroczyliśmy na ruchome schody prowadzące do Izby
Pamięci.
— Hortus, co ty
kombinujesz?
— Coś mi
przyszło do głowy. Muszę to sprawdzić.
Komnata była zupełnie
opustoszała. Mrok rozpraszały jedynie podświetlone nagrody na licznych półkach,
ale to mi wystarczyło. Zaczęłam iść powoli wzdłuż rzędu gablotek ustawionych
wzdłuż ściany, wypatrując znajomego imienia i nazwiska.
— Hortus… jesteś
jakaś dziwna, nie nawąchałaś się czasem jakiegoś trującego ustrojstwa u
Slughorna…?
— Nie, dzisiaj
nie byłam u Slughorna — odpowiedziałam spokojnie, nie odwracając
wzroku od medali na czerwonych i granatowych poduszeczkach. — Wilkes,
twój ojciec nadal jest dyrektorem w Wydziale Rejestracji Administracyjnej,
prawda?
— No wiesz, o
ile dobrze pamiętam, jeszcze go nie wylali, chociaż mogę mieć nieaktualne
informacje — zadrwił, ale wystarczyło jedno moje spojrzenie, żeby
zarechotał nerwowo i szybko sprostował: — No tak, jest dyrektorem,
nic się nie zmieniło, a co?
— Potrzebuję
sprawdzić pewną osobę.
— Sprawdzić?
Westchnęłam lekko na widok
papierosa, którego automatycznie wyciągnął z eleganckiej papierośnicy — zaczynałam
wątpić w to, że znajdował się w nich zwykły tytoń.
— Sprawdzić.
Dowiedzieć się o tej osobie wszystkiego, co się da — wyjaśniłam
szeptem. — Czy twój ojciec byłby w stanie to zrobić? Nie mam zbyt wielu
informacji, właściwie tylko nazwisko… i nie jestem pewna, czy prawdziwe, ale
nie liczę na wiele. Może być cokolwiek… jeżeli twojemu ojcu uda się dowiedzieć
cokolwiek, nazwę szkoły czy datę urodzenia…
Zawiesiłam głos,
patrząc błagalnie, jak powoli marszczył brwi i zaciągał się papierosem. Smród
dymu połaskotał mnie w gardle, ale stłumiłam odruch kaszlu. Miałam wrażenie, że
każda kolejna sekunda robiła się coraz bardziej gumowa.
— Nie ma sprawy,
mogę do niego napisać, ale jeżeli nie jesteś pewna nazwiska, to nawet mój
ojciec nie wyciągnie ci go z kapelusza, kapujesz? — mruknął.
— Rozumiem. Będę
wdzięczna za cokolwiek. A jeśli nie znajdzie jej pod tym nazwiskiem, to też coś
znaczy.
— Jej?
Poczułam gorąco na
policzkach, więc szybko opuściłam głowę, żeby Wilkes nie zobaczył tych
rumieńców.
— Tak. Tylko…
prosiłabym, żeby to zostało między nami. Nazwisko i cała ta rozmowa — uściśliłam. — Szukam
młodej dziewczyny. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, nazywa się Holly Martin
i podobno uczyła się w Beauxbatons, ale pracuje w Wielkiej Brytanii. To
wszystko.
Na wszelki wypadek
włożyłam mu w rękę zapisany świstek, który odczytał z taką miną, jakby właśnie
przybrał osobowość tajnego detektywa i to od niego zależało zdobycie tych
informacji.
— Dobra, napiszę
do ojca i się zobaczy. Będę coś wiedział, to dam ci znać.
— Dziękuję ci.
Nie musisz na mnie czekać, ja tu jeszcze trochę zostanę.
Zawahał się,
obracając głowę w stronę drzwi, ale nie wyszedł. Podążał za mną tym samym
krokiem emeryta, wciąż ćmiąc papierosa.
— Niee, wiesz
co… zostanę jeszcze chwilę, dopóki… — Urwał, zerkając na fajkę. Tym
razem to on się zaczerwienił i również spróbował to przede mną ukryć, oglądając
się za kolekcją pucharów. — Wolę nie palić w pokoju wspólnym.
— Dlaczego?
Jeszcze w zeszłym roku kopciłeś tam jak stara lokomotywa.
— No bo… wiesz… — wydukał,
nie patrząc mi w oczy. Cera na policzkach zlała mu się teraz w jedno z mozaiką
bordowych pryszczy. — Moja siostra trafiła w tym roku do Hogwartu i,
ten, no… Nie chcę przy niej palić, jasne?
— Och — wyrwało
mi się. — Jasne.
Nie odpowiedział, zażenowany
i czerwony po czubki odstających uszu, ale nie naciskałam na dalszą rozmowę.
Tak właściwie to i ja poczułam się nieswojo, choć spodobało mi się to, co
powiedział. Nie znałam Wilkesa z tej odpowiedzialnej strony, właściwie nie
spodziewałam się, że takową posiadał. I to wobec kogo. Wobec młodszej
siostry.
Urocze — pomyślałam.
I nigdy nie zamierzałam mu o tym powiedzieć.
Dopiero TO byłoby
krępujące.
*
Leżał na swoim łóżku — jednym
z pięciu solidnie zaścielonych i bez żadnej brudnej skarpetki w zasięgu
wzroku — z prawą nogą zgiętą w kolanie, drugą luźno na nim zawieszoną
i czytał Historię Hogwartu. Nie czytał, raczej pochłaniał — to
było dobre słowo. Pożerał wzrokiem każde słowo, jak gdyby wcale nie znał na
pamięć prawie każdej linijki tekstu. Jako pierwsza trafiła mu w ręce — jeszcze
w bibliotece na Pokątnej, gdy miał jedenaście lat. Ta cegła — jak
określił to bezzębny starzec za kontuarem — już wtedy nie stanowiła
dla niego żadnego wyzwania. Wcześniej miał styczność z wieloma znacznie
cięższymi mugolskimi pozycjami i do tamtej pory żadna nie wciągnęła go tak
bardzo. Dokładne przeczytanie tysiąca stron zajęło mu jedną noc i Tom pojawił
się zaraz następnego dnia w tamtej bibliotece, żeby oddać książkę, lecz ów
stary czarodziej nie uwierzył, by dzieciak przez nią przebrnął. Teraz Riddle
uśmiechał się z pobłażaniem za każdym razem, gdy to wspominał, choć prawie
siedem lat temu nie potrafił pogodzić się z myślą, że w percepcji jakiegoś
zgrzybiałego dziada zapisał się jako dzieciak, który nie podołał Historii
Hogwartu.
Tym razem postanowił
wrócić do niej w konkretnym celu. Skupił się głównie na rozdziałach
poświęconych Założycielom i początkom szkoły. Analizował rysunki
przedstawiające Wielką Czwórkę, ich posągów i pamiątek, które udało się
zachować do czasów Bathildy Bagshot. A dokładniej jedną pamiątkę — słynny
diadem Roweny Ravenclaw. Wodził długim palcem po ilustracji przedstawiającej
jedną z licznych replik — przez delikatną, ozdobną obręcz tiary z
czystego srebra i drobniutkie szafiry zdobiące jej czoło, aż dotarł do dwóch
przeplatających się ze sobą harmonijnych łuków, przez które biegła sentencja: Kto
ma olej w głowie, temu dość po słowie.
Dużo o nim czytał w
księgach i licznych naukowych pismach, przy czym bardzo szybko się zorientował,
że przez ostatnie tysiąclecie ów diadem pobudzał wyobraźnię wielu badaczy. Nie
miał im tego za złe. Sam w przeszłości przeszedł krótki, acz intensywny moment
fascynacji tym potężnym artefaktem. Wtedy, gdy jeden jedyny raz — musiał
się przyznać do tego niechlubnego incydentu — zwątpił we własną
wyjątkowość. Nie posiadał jeszcze wystarczającej wiedzy dotyczącej horkruksów,
lecz kiedy w końcu znalazł sposób na nieśmiertelność, diadem przeniósł się
gdzieś na peryferia jego umysłu, zepchnięty przez dziesiątki innych projektów.
Ale ta niepozorna tiara znów zagościła w centrum jego wszechświata. Tom
pierwszy raz zamierzał odsunąć na bok starożytne grymuary, naukowe czasopisma i
sięgnąć po legendy i opowieści. Zwłaszcza po tym, co wywnioskował z rozmów z
Krwawym Baronem. Riddle musnął palcem ilustrację Roweny Ravenclaw i odłożył
książkę.
Ostatni
rok,
zagrało mu w głowie.
Było już późno, zdecydowanie
po „godzinie policyjnej”, ale i tak zamierzał wyjść. Założył buty, wierzchnią
szatę i poprawił włosy — wszystko to powoli, z namaszczeniem, prawie
jakby przygotowywał się na rozmowę o pracę. Choć salon pękał w szwach, nie
martwił się, że ktoś go dostrzeże, ponieważ od dawna znał pewne sztuczki na to,
by wymykać się niezauważenie.
Uwielbiał Hogwart
nocą, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy mrok zapadał szybko, a prawie nikomu nie
chciało się opuszczać nagrzanych i przytulnych dormitoriów. Tym razem też nie
spotkał żywej duszy, napawając się ciężkim, przytłaczającym klimatem przesyconych
magią średniowiecznych murów. Z każdego kąta biła energia, która napawała go
euforią. Czuł, jak serce rosło mu w piersi, drżało jak wprawiona w ruch
olbrzymia szeroka guma, żołądek wiązał się w supeł, a tym razem pojawiło się
coś jeszcze — radosny dreszcz oczekiwania jak przed czymś
przełomowym. Pamiętał coś podobnego podczas swojej pierwszej wycieczki na
Pokątną, w Ekspresie Londyn-Hogwart, później gdy usiadł na stołku, a Dumbledore
założył mu na głowę wielką, gadającą tiarę. Odnalazł w tym również kroplę
czegoś mrocznego jak przed wyprawą do Little Hangleton.
Dobrze wiedział, co
robić. Choć już na pierwszej lekcji wróżbiarstwa odkrył, że nie posiadał ani
kropli talentu jasnowidzenia, w takich momentach miał wrażenie, jakby
przyszłość uchylała przed nim rąbka tajemnicy.
Zajęło mu niewiele
czasu, by ją odnaleźć. Wystarczyło dotrzeć do najbardziej odludnego miejsca w
okolicy Wieży Ravenclawu i przystanąć na moment w cieniu wnęki pod krętymi
schodami prowadzącymi na szczyt.
Dzięki długiej,
lejącej sukni prawie dało się przeoczyć, że unosiła się kilka cali nad ziemią.
Lewitowała tuż przy oknie i patrzyła na góry — jakaś dziwnie smutna i
zamrożona. Wyjątkowo nie było czego podziwiać. Niewyraźny zarys czarnych
szczytów rozpływał się w słabym, białawym świetle srebrnego sierpa
zaglądającego przez szpary w kłębowisku deszczowych chmur. Nic imponującego, a
jednak podziwiała. Riddle zlustrował wzrokiem jej szczupłą, półprzezroczystą
postać, smukłą kibić i długie, sięgające pasa włosy. Perłowy blask, jaki od
niej bił, prawie nie rozpraszał mroku, w którym tonął korytarz, jedynie
podkreślał każde zagięcie materiału szaty z długimi i rozszerzanymi rękawami,
wijące się na plecach kosmyki, jakby miał służyć wyłącznie do podkreślenia jej
wdzięku.
— Co należy do
ciebie, ale wszyscy inni tego używają? — zapytał znienacka cichym,
aksamitnym głosem, jak gdyby naprawdę nie zamierzał jej wystraszyć, choć poczuł
satysfakcję, gdy się wzdrygnęła.
Obróciła się
błyskawicznie jak każdy duch. Bez dramatycznego falowania połami sukni, bez
rwanego oddechu. Z przodu również była piękna. Wręcz posągowa, ze szlachetnie
zarysowanym podbródkiem i gładkim, wysokim czołem bardzo przypominała swoją
matkę z ilustracji, z jedną różnicą w postaci szczupłego nosa z lekko wydatnym
mostkiem, który jej nie szpecił, przeciwnie. Nadawał twarzy charakteru
wzmacnianego przez mocno wygięte brwi, które uniosła leciutko, wypatrzywszy w
ciemności opartą o ścianę sylwetkę Riddle’a. Ten odbił się nonszalancko od
zimnego kamienia i skrzyżował ręce na piersi. Taksowali się tak przez dłuższą
chwilę, aż zimny wzrok dziewczyny stał się jeszcze bardziej surowy na widok
uśmiechu klującego się w kącikach ust Ślizgona.
— Imię — odparła
krótko zaskakująco rzeczowym tonem.
Żadnej romantycznej
mglistości, jakiej mógł się spodziewać po tych sarnich oczach i mięsistych
wargach w kształcie serca.
— Wiem, kim
jesteś, Heleno Ravenclaw — rzekł, prostując się.
Napawał się
zdumieniem pokrywającym jej nieruchome dotąd oblicze. Krew nie mogła odpłynąć
jej z policzków, lecz stały się one ciemniejsze i bardziej przezroczyste, do
tego stopnia, że całkiem wyraźnie przebijał się przez nie kształt księżyca. Nie
odpowiedziała od razu, chyba czekając, aż coś doda, ale z każdą przeciągającą
się sekundą i rosnącym napięciem twarz dziewczyny odzyskiwało swą perłowość i
dostojeństwo.
Dziewczyna — zabawne,
że obmyślał ten plan przez ostatnie tygodnie i nie zadał sobie trudu, by się
upewnić, czy mógł się w ten sposób do niej zwracać.
Uniosła lekko ręce i
splotła je sztywno na wysokości brzucha.
— Skąd? — zapytała
karcąco.
Na początek szczerość — to
powinno wystarczyć. I jak zwykle odrobina jego własnej inwencji twórczej:
czaru, zuchwałości i idealnej linii szczęki. Cała reszta też była niczego
sobie, ale rysunki Belli utwierdziły go w przekonaniu, że zbyt rzadko robił z
tego użytek.
— Rozmawiałem z
Krwawym Baronem — odparł. — Pragnę poznać wszystkie sekrety
Hogwartu i ty okazałaś się największym, „Szara Damo”.
Znów zapanowała
między nimi pełna napięcia cisza, zabarwiona — tu nie był zaskoczony — czymś
pachnącym jak obawa. Dziewczyna perfekcyjnie panował nad mimiką, a on w środku uśmiechnął
się do siebie, patrząc, jak Helena sztywniała.
— Co z tym
zrobisz? — odezwała się i tym razem to ona go zaskoczyła.
Doskonale opanowany
ton. Jeżeli poza urodą miała jeszcze coś z matki, to zapewne właśnie to.
Dokładnie tak wyobrażał sobie Rowenę Ravenclaw, a teraz proszę — oto
miał przed sobą jej półprzezroczystą kopię. Echo dawnych czasów pamiętające
początki szkoły. Aż się prosiło, by to wykorzystać.
Sam się sobie dziwił,
że nie wpadł na ten pomysł kilka lat wcześniej.
— Nic. Chcę
wiedzy dla jej posiadania, nie dla korzyści.
Spostrzegł zmianę w
jej oczach. Blask zainteresowania przebijający się przez długie rzęsy.
— Nie jesteś z
Ravenclawu — oznajmiła.
— Nie. Należę do
Slytherinu.
— Kojarzę twoją
twarz. Jak się nazywasz?
Pierwszy raz poczuł
nieprzyjemne ukłucie — jak zawsze, kiedy go o to pytano, lecz nie dał
tego po sobie poznać. Wpatrywał się w nią bez mrugnięcia okiem, podczas gdy jej
powieki delikatnie zatrzepotały.
— Tom Riddle — odpowiedział.
— Prefekt
naczelny. — Dosłyszał w jej głosie nutkę kpiny. — Chyba nie
powinieneś wymykać się w nocy poza dormitorium. Dajesz zły przykład jako
prefekt.
— Czasami warto
zaryzykować. Chciałbym zgłębić wszystkie tajemnice Hogwartu, a noce temu
sprzyjają — oznajmił, wpatrując się w nią intensywnie. — Dobrej
nocy, Heleno.
Minął ją pewnym
krokiem i prawie natychmiast usłyszał za sobą cichy, zabarwiony emocją
okrzyk:
— Chłopaku od
zagadek…!
Urwała, gdy się
odwrócił. Rzucił jej jeszcze jeden uśmiech, tym razem uspokajający, jaki chyba
miała nadzieję zobaczyć, bo dłonie na brzuchu rozluźniły się lekko.
— Twój sekret
jest ze mną bezpieczny.
Odchodząc, czuł na
plecach spojrzenie — prawie identycznie palące jak spojrzenie
ludzkich zdesperowanych oczu. Rozegrał to po mistrzowsku. Po części dlatego, że
był w tym mistrzem, to oczywiste, ale w pewnym momencie sam doświadczył smaku
pewnej fascynacji. W jego rozumowaniu duchy nigdy nie wiązały się z uczuciami.
Posiadały olbrzymią wiedzę, własne historie, często szalenie interesujące, lecz
Riddle nigdy nie postrzegał ich jako istoty czujące. A przed chwilą
spostrzegł cały koktajl emocji w piekielnie sztywnej, oziębłej skorupie. Bardzo
atrakcyjnej skorupie.
Zaśmiał się podle pod
nosem.
Miał przecież spore
doświadczenie z podobnymi skorupami.
Skręcił wolno w
kierunku schodów prowadzących do sali wejściowej. Donikąd się nie śpieszył. Z
przyjemnością wspominał błysk, jaki dostrzegł, zostawiając Helenę Ravenclaw
przy oknie u wejścia do Wieży Krukonów. Błysk, jaki wiele razy widział już u
wielu dziewcząt.
Błysk, który zawsze
zapowiadał jego zwycięstwo.
*
Nie chciałam wyjść przed
Wilkesem na wariatkę, dlatego od naszej rozmowy w Izbie Pamięci ani raz nie
zapytałam go o Holly, choć prawie bez przerwy o tym myślałam. Każda sowia
poczta wiązała się z bolesnymi skurczami żołądka i naprawdę musiałam mocno nad
sobą panować, żeby nie zamierać, gdy kolega dostawał list. Wtorkowy poranek
wiązał się z większym napięciem niż wczorajszy wieczór i wiedziałam, że
dzisiejsza kolacja będzie cięższa niż śniadanie.
W momencie, gdy
zachmurzony sufit w Wielkiej Sali przysłoniła na moment czarna chmara ptactwa,
zastygłam na ułamek sekundy, lecz przy Wilkesie znów nie zatrzymała się żadna
sowa.
Ale przy mnie już
tak.
Serce podskoczyło mi
do gardła i zupełnie straciłam ochotę na jedzenie. Odrzuciłam nadgryzionego
tosta i natychmiast rzuciłam się do nóżki nieznanej płomykówki, próbując
przełknąć wzrastającą niecierpliwość. Osoba, która przywiązywała liścik,
zrobiła to wyjątkowo mocno.
— Możliwe, że to
od twojego taty? — zapytałam.
W tym momencie
uświadomiłam sobie, że to mało prawdopodobne, by dyrektor Wydziału Rejestracji
Administracyjnej wysłał wiadomość bezpośrednio do mnie.
Ślizgon wzruszył
ramionami.
— Wątpię, bo
jeszcze do niego nie pisałem — odparł. — Chyba że potrafi
czytać w myślach na odległość.
Rozerwałam kopertę, a
na jej dnie znalazłam bardzo małą, złożoną na pół karteczkę noszący na sobie
słabo wyczuwalny, ale charakterystyczny zapach perfum.
List od matki.
Żołądek znów ścisnął
mi się z niepokoju i znów w kontekście Holly Martin. Z rodzicami
korespondowałam rzadko, zwłaszcza od czasu, kiedy zaprzepaściłam szansę na ślub
z Rowdym. W tym semestrze nie dostałam od nich ani jednej sowy, więc
rozprostowałam papeterię mocno wilgotnymi palcami. Ozdobny pergamin zawierał
tylko dwa ślicznie nakreślone zdania i datę sprzed dwóch dni.
Victorio,
babcia
Jane zmarła nagle w piątek 13 września. Pogrzeb wraz z ostatnim pożegnaniem ma
odbyć się w najbliższy piątek.
mama
Poczułam, jak nerwowy
uśmiech powoli spełzł mi z twarzy, a ona sama stała się martwa i sflaczała jak
gumowa maska na Halloween. Musiałam to przeczytać jeszcze raz, ale słowa
przepływały przez mózg, nie zostawiając po sobie ani śladu. Zdania bez
znaczenia. Słowa nieukładające się w zdania.
Babcia Jane zmarła
nagle w piątek. Babcia zmarła nagle. Babcia zmarła.
Powtarzałam to w
kółko, aż echem zaczęło dudnić mi w głowie. Poczułam najpierw pieczenie pod
powiekami, a potem łzy napływające do kącików oczu, gulę w gardle, która rosła
i rosła, aż byłam zmuszona wstrzymać oddech, żeby głośno nie zaszlochać.
Jedynie palce nie dały się opanować — wpił się mocno w pergamin,
jakby spodziewały się wycisnąć z niego coś jeszcze, ale nic się nie pojawiło.
Litery tkwiły nieruchomo tam, gdzie postawiła je ręka matki.
— Hortus? Co
jest?
To głos Wilkesa, ale
dobiegający jak z drugiego końca bardzo dużej i pustej sali. Odległy,
zniekształcony, niewyraźny.
— Victoria? — zapytał
Nott. Chyba usłyszałam w tym nutkę troski.
— Moja babcia
zmarła — odpowiedziałam lodowato i sama doświadczyłam wstrząsu na
dźwięk tych słów. — W piątek.
Nasza część stołu
zamarła w nienaturalnej dla przeciętnego poranka ciszy. Poczułam na ramieniu
jakieś niezręczne klepnięcie, kilka osób rzuciło „o cholera, współczuję”, ale
poza tym nic więcej się nie stało. Śniadanie toczyło się dalej. Po kilku
sekundach wróciły odgłosy żucia, chrupania i krojenia, jak gdyby nigdy nic. Jak
gdyby babcia Jane wciąż żyła — albo jakby jej życie czy śmierć miały
jakiś związek z przebiegiem posiłków w Hogwarcie.
Wciąż byłam w szoku.
I Rosier chyba też, bo wydyszał wstrząśnięty:
— Jane Prince
nie żyje… Kurwa, myślałem, że ta kobieta jest nieśmiertelna.
Nie poczułam nawet
jednego ukłucia bólu.
— Przykro mi — usłyszałam
i poznałam w tym chłodnym, rzeczowym tonie Riddle’a. — Jeżeli chcesz
pójść na pogrzeb, potrzebujesz przepustki od opiekunka. Powinnaś to zgłosić
profesorowi Slughornowi.
— Tak, tak — mruknęłam
do siebie. Czułam się spowolniała, jakby ktoś rzucił zaklęcie na mnie i tylko
na mnie. Pokręciłam głową, odkładając list na stół. — Nie mogę w to
uwierzyć…
Nienaturalną ciszę w
tej części stołu przerwało pojawienie się jakiegoś dzieciaka. Miał kędzierzawe
włosy w kolorze świńskiego blondu, bardzo duże przednie zęby i naręcze
ruloników związanych znajomymi fioletowymi wstążkami. Rozejrzał się i kiedy
nasze spojrzenia się skrzyżowały, uśmiech spełzł chłopakowi z twarzy, a ja
przez ułamek sekundy byłam pewna, że zaraz zapyta, czy ktoś umarł.
Ale nie. Oświadczył, że
przyniósł zaproszenia na spotkanie Klubu Ślimaka. Pierwsze i — jak
się okazało — to, na którym nie zamierzałam się pojawić. Krótka notka
wskazywała trzynasty września i godzinę dziewiętnastą.
Naprawdę pechowy
piątek trzynastego — a jeszcze nawet nie nadszedł.
Jakimś cudem przetrwałam
wróżbiarstwo, choć w drodze do klasy rozważałam małe wagary, ponieważ w środku
wciąż czułam kotłujące się emocje. Ostatecznie poczłapałam do klasy profesora
Bykowa za resztką tego, co zostało z naszej grupy, a pod koniec uznałam, że
jednak dobrze zrobiłam, nie urywając się z lekcji. Zmuszona do skupienia się na
kartach mogłam oderwać myśli od Jane. Na kolejnych zajęciach wypadały dwie godziny
eliksirów, lecz zamierzałam złapać Slughorna jeszcze przed dzwonkiem.
Zamierzałam biec przez całą drogę do lochów, ale ledwo wybiegłam za Margaret
Rowle na korytarz, prawie zderzyłam się z Gaby.
Z Gaby, która
wyraźnie kręciła się tuż za drzwiami.
— Och…! Auć! — syknęła
cicho.
Nie udało mi się jej
ominąć i zahaczyłam łokciem o ramię Ślizgonki, zrywając z niego torbę pełną
książek. Jedna z nich ugodziła Taciturn ostrym rogiem prosto w piszczel.
— Przepraszam — wypaliłam
automatycznie i schyliłam się, żeby pomóc jej pozbierać rozsypaną zawartość
torby. — Muszę szybko znaleźć profesora Slughorna…
— Na pogrzeb
pani Prince? Słyszałam od Notta, bardzo mi przykro. Trudno uwierzyć, była taka
żywotna… Twoja mama wszystko zorganizuje?
— Chyba tak — odpowiedziałam. — Nie
wiem, kto inny miałby się tym zająć. Matka nie ma rodzeństwa ani żadnej
bliższej rodziny, wszyscy ze strony babci dawno poumierali, a rodzina dziadka…
sama nie jestem pewna, co się z nią stało. Rozjechali się po świecie.
— Ona nie była
jakoś bardzo wierząca, co?
Upchnęła do torby
ostatnie przybory i obie nieśpiesznie ruszyłyśmy na eliksiry. Na korytarzach
zaroiło się od uczniów, więc mogłam zapomnieć o szybszym dostaniu się do klasy — w
przejściu przed główną klatką schodową zrobił się mały korek, ponieważ ruchome
schody akurat odczepiły się od barierki i pofrunęły pod przeciwległą
ścianę.
— Nie, chyba nie — odrzekłam
po dłuższej chwili. — Może dlatego pogrzeb jest tak późno?
Gaby wzruszyła
ramionami.
— Nie mam
pojęcia. Nigdy nie byłam na świeckim pogrzebie.
I w tamtym momencie
spłynęło na mnie, że właściwie nie znałam babci Jane. Nie tak naprawdę.
Stanowiła dla mnie ten nieco przerażający, jasny symbol siły, indywidualizmu i
charakteru, mniej ludzki, dużo bardziej ikoniczny, prawie duchowy jak Merlin
czy Założyciele Hogwartu. A przecież z całą pewnością miała swoje ulubione
skarpety, rodzaj szczotki do włosów, poranne nawyki, powtarzające się sny, nie
znosiła jakiegoś zdrobnienia jej imienia albo rodzynek w serniku. Wytężyłam
pamięć, ale nawet nie potrafiłam sobie przypomnieć, którą ręką pisała. Zapewne
prawą jak my wszyscy, z leworęcznych znałam tylko Toma, lecz wciąż nie miałam
pewności.
Świadomość, że nigdy
nie poznam jej w ten sposób, przykro mnie przytłoczyła.
Jakoś przetrwałam
eliksiry, czując, że pewne rozproszenie — choć przyjemne poprzez
pracę nad Veritaserum — nie pomogło i teraz czekałam już tylko na
rozmowę z nauczycielem. Nie wyglądał na zaskoczonego, widząc mnie po dzwonku
przy swoim biurku, choć oczy zrobiły mu się okrągłe jak galeony, gdy poprosiłam
o przepustkę do domu na piątek.
— Pogrzeb? — zdziwił
się. — Ależ oczywiście, drogie dziecko, uroczystości rodzinne zawsze
są dla mnie na pierwszym miejscu. Wykażę się delikatnością godną trolla, ale
zapytam: kto zmarł?
— Moja
babcia.
— Jane? Jane
Prince nie żyje? — Sapnął ciężko i zaczął nerwowo skubać wąsy.
Podałam mu wiadomość od matki, którą oglądał przez chwilę z bardzo zmartwioną
miną. — Przyjmij moje najszczersze wyrazy współczucia, Jane była taką
żywą, twardą kobietą. Inteligentną, z ciętym żartem i bardzo wytworną, ech… aż
trudne do uwierzenia! Oczywiście wpadnę chociaż na uroczystość. Rozmawiałaś już
z profesorem Dippetem? Nie? Akurat zbliża się pora obiadowa, mogę w twoim
imieniu…
— Nie, nie,
dziękuję — przerwałam mu szybko, wyciągając rękę po list. — Wolałabym
to załatwić sama.
Udałam się tam zaraz
po obiedzie, z bolesnym uciskiem w żołądku wspominając zeszłoroczną wizytę w
okrągłym gabinecie. Szłam tam na miękkich nogach — nie wiedziałam,
czy to dlatego, że zaraz po przekroczeniu progu zostałam zaatakowana przez
zaciekawione spojrzenia czarodziejów w ciężkich, złotych ramach, czy dlatego,
że po prostu nigdy dotąd nie byłam sam na sam z dyrektorem. Profesor Dippet
przyjął mnie szalenie miło i pomyślałam, czy kiedykolwiek widziałam na jego
twarzy coś innego niż łagodny, uprzejmy uśmiech. Słuchał z niezwykłym
współczuciem w bladych, starczych oczach, kiedy przedstawiłam mu list od matki,
wygłosił — jak Slughorn — kilka frazesów na temat babci
Jane, a na koniec zaoferował skorzystanie z własnego kominka, jeżeli chciałabym
wrócić wcześniej i nie wskoczyć prosto na spotkanie Klubu Ślimaka.
— Ewentualnie
może pani zostać z rodziną do końca tygodnia, jeżeli pani potrzebuje — zaproponował,
gdy już zmierzałam do wyjścia.
Zatrzymałam się z
ręką na klamce. Niewiarygodne, że miał prawie trzysta czterdzieści lat. Kilka
stóp nad jego głową wisiał portret Dextera Fortescue z wielkim, czerwonym nosem
w kształcie pomidora i burzą prawie białych włosów przypominającym watę
cukrową. Wyglądali na równolatków z twarzami pokrytymi siatką drobniutkich
zmarszczek i ciężkimi, sflaczałymi powiekami, przy czym daty pod obrazem
Fortescue wskazywały, że żył ledwo siedemdziesiąt kilka lat.
Prawie trzysta
czterdzieści lat. Nie przestawało mnie to zaskakiwać.
— Dziękuję,
panie profesorze, ale wrócę zaraz po pogrzebie. Będę musiała nadrobić piątkowe
zaległości. Do widzenia.
Tak naprawdę nie
myślałam o lekcjach i pracach domowych. Samo wyobrażenie, że miałabym spędzić w
towarzystwie matki i ojca więcej czasu, niż to konieczne, sprawiało, że
zwilgotniały mi ręce. A teraz, kiedy nie było już babci Jane, Hortus mógł
zupełnie bezkarnie siać terror złośliwości, nie martwiąc się, że w każdej
chwili istniała szansa na niezapowiedzianą wizytę silniejszego zawodnika.
Dopiero kiedy zostawiłam
za sobą gabinet dyrektora, naprawdę do mnie dotarło — babka Jane nie
żyła. Podczas gdy ja przetrząsałam głupie spisy czarodziejskich rodzin, ona już
leżała martwa. W domu? W kostnicy? Czy ostatnio chorowała, ale nikomu nie
przyszło do głowy, żeby wysłać list do Hogwartu? A może po prostu położyła się
spać i rano już się nie obudziła? Gdzie spocznie? Zorientowałam się, że w
Anglii nie istniał żaden grobowiec rodu Hanif ani żadnego pojedynczego Hanifa,
o którym bym wiedziała. Czując rosnącą gulę w gardle, ruszyłam śmiało w stronę
głównych schodów, ale nie poszłam na starożytne runy. Pomaszerowałam prosto do
kuchni, ostatkiem sił hamując płacz. Skrzaty o nic nie pytały. Były zachwycone,
mogąc mnie nakarmić — choć przecież nie czułam głodu po dopiero co
zjedzonym obiedzie. Wpychając sobie do gardła piątą rurkę z kremem, pozwoliłam
łzom płynąć, by nareszcie poczuć ulgę.
*
Informacja o śmierci
Jane Prince pojawiła się w Proroku Codziennym zaraz na drugi dzień, lecz — jak
każdy nekrolog — utonęła w licznych problemach dnia codziennego i
artykułach o urzędniku, który pod wpływem alkoholu wbił się miotłą w okno
mugolskiego szpitala. Miotła, jak się okazało, pochodziła z kradzieży.
Naprawdę cieszyłam
się z ogromu zajęć, bo tylko dzięki temu mogłam oderwać się od ponurych myśli.
Teraz, kiedy zaczęłam powoli godzić się z tym, że babci już nie było, na
powierzchnię wypłynęły inne obawy — tym razem dotyczące pogrzebu. Nie
miałam pojęcia dlaczego, ale spotkanie z rodzicami napawało mnie dziwnym
lękiem. Może to ze względu na zaburzenie pewnej szkolnej rutyny, a może ze
względu na szereg absurdalnych wydarzeń ostatnich dni wakacji? Z czegokolwiek
by to nie wynikało, duża część mnie nie chciała jechać.
Miałam złe
przeczucie.
Rano zaraz po
śniadaniu profesor Slughorn użyczył mi swojego gabinetu, żebym mogła dostać się
do Prince Village. Nie do końca pewna, kogo zastanę na miejscu, nieśmiało
wyjrzałam z kominka w bawialni, lecz komnata powitała mnie całkowitą pustką i
ciszą. Poczułam ukłucie bólu na widok fotela i samotnej cukiernicy na stoliku
kawowym, przy którym ostatnio piłyśmy z babcią herbatę, ale właściwie poza ową
pustką zupełnie nic się tu nie zmieniło. Świeże kwiaty zdobiły kredensy i
głębokie parapety, bibeloty w regałach nie kalał nawet jeden paproszek kurzu, a
ciemnoczerwona, mahoniowa podłoga nie nosiła na sobie ani śladu popiołu.
Dopiero po chwili zza zamkniętych drzwi doszły do mnie stłumione odgłosy
krzątaniny. Wiedziona tym hałasem zaszłam aż do głównego salonu w drugiej
części parteru, gdzie trwały przygotowania do uczty żałobnej. Jeden czarodziej
machał różdżką w jakimś ustalonym porządku, powiększając i pomniejszając
niektóre meble, a dwóch pozostałych wyciągało z wielkiej torby bez dna kolejne
skrzynki. Cała trójka miała na sobie proste, czarne szaty z identycznym
znaczkiem przedstawiającym palącego się feniksa i napis: Wieczny Płomień.
— Jesteś
już.
Prawie podskoczyłam,
słysząc głos matki dobiegający zza pleców.
— Gdzie są
wszyscy? — zapytałam.
Z tego wszystkiego
zapomniałam się przywitać, ale matka nie wyglądała na urażoną. Bardziej zimną i
surową, owszem, lecz jej posągowa twarz nie zmieniła się w niczym — jak
salonik babci. Ubrana w klasyczną, czarną szatę z długimi, przylegającymi
rękawami i delikatną koronką na szyi prezentowała się jak zwykle pięknie i bez
zarzutu. Zrezygnowała też z turbanu, a długie, ciemne włosy spięła w misterny,
modny kok tuż nad karkiem, tak, by pozostawał widoczny po założeniu
tiary.
— Ojciec w
pracy, Sokaris i Ivy na górze. Przebierają się — odparła sucho,
zaglądając ponad moim ramieniem do salonu. — Banialuka zabrała twoją
szatę żałobną. Idź na górę, pomoże ci się ubrać.
— Dobrze. A
jak…?
— Później. Teraz
idź się przebrać.
I odeszła jak gdyby
nigdy nic, stukając obcasami.
Idąc do gabinetu
profesora Slughorna, nie wiedziałam, czego spodziewać się po pierwszym
spotkaniu z matką, ale z pewnością nie tego. Oczywiście byłam świadoma, że nie
padnie mi ze szlochem w ramiona, lecz od zawsze żyłam w przekonaniu, że
istniała jakaś więź między nią i Jane, skoro tak często się odwiedzały. Mimo
cierpkości charakteru babci, zdawały się mieć własne tematy i sekrety, a teraz
Earth zachowywała się prawie tak, jakby śmierć ostatniej naprawdę bliskiej jej
osoby nie zrobiła na niej wrażenia.
Bez słowa udałam się
na górę, gdzie bardzo szybko przejęła mnie Banialuka. Zostałam zaprowadzona do
pokoju z sufitem z malowanymi gęsiami, gdzie na łóżku z kolumnami leżała
przygotowana czarna suknia z mnóstwem koronek. Skrzatka do razu zabrała się do
pracy.
— Co się stało? — odezwałam
się, gdy skrzatka machnęła w pionie długim, kościstym palcem, a sznur czarnych,
błyszczących guzików sam się zapiął. — Babcia skarżyła się na coś
przed śmiercią? Nikt mnie o niczym nie powiadomił.
— Ach, panienko,
czy po panienki babce to dojdzie? — westchnęła, kręcąc głową. — Raz
narzekała i nic jej nie było, a raz nie narzekała i okazywało się, że chora…
Ale Świerzbek powiedział Banialuce, że pani coś się skarżyła na to, że głowa ją
boli, że palców nie czuje… To mówił jej, może pani sobie życzy uzdrowiciela, a
pani na to, że żaden konował nie będzie jej się kręcił po domu. I w piątek rano
nie zeszła na śniadanie i nawet nie poprosiła o herbatę, to Świerzbek poszedł
do sypialni pani i znalazł panią w łóżku. Tyle dobrego, że pani odeszła we
śnie.
— Masz rację — bąknęłam. — Dobrze.
Spięła mi włosy w
identyczny sposób, w jaki dzisiaj miała je matka, a potem poleciała z powrotem
do pracy, zostawiając mnie samą. Siedziałam tak przez chwilę na brzeżku
materaca i rozglądałam się po komnacie, w której sypiałam podczas mojego
ostatniego tygodnia w tym domu.
Ostatni
tydzień.
Znów to ukłucie żalu.
Nie spodziewałam się, że gdy wychodziłam stąd po raz ostatni, ponownie pojawię
się tu na pogrzebie. Ta świadomość mocno mnie uderzyła. Znacznie mocniej niż
klepsydra w Proroku Codziennym, rozmowa z profesorem Dippetem czy nawet
widok niewzruszonej matki. Wrażenie całkowitej nieodwracalności śmierci zwaliło
mi się na barki jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy straciłam Katy. Czy człowiek
jest w stanie przejść nad tym do porządku dziennego? Nigdy nie przeżyłam
prawdziwej żałoby, ponieważ wszyscy, których mogłam kochać, zmarli, nim
zdążyłam ich poznać. Nawet uczucia po Katy wydawały mi się niepełne. Ona żyła
tylko w mojej wyobraźni jak postać z ulubionej książki. Nie stworzyła żadnych
wspomnieć, nie naznaczyła sobą pomieszczeń, podczas gdy babcię widziałam
wszędzie, czułam przejmującą pustkę na myśl, że to już tyle. Nie będzie więcej
rozmów. Z jej ust nie padnie żadna kąśliwa uwaga.
Słysząc odgłosy
kroków za drzwiami, szybko wyjrzałam na korytarz. Sokaris z żoną — oboje
delikatnie opaleni i w eleganckich, czarnych szatach — kręcili się
niepewnie nieopodal schodów, a kiedy mnie zauważyli, miałam wrażenie, że
spostrzegłam cień ulgi na twarzy brata.
— Dawno
wróciliście? — spytałam.
— Dziś w nocy.
Sowa zastała nas dopiero wczoraj — odparła Ivy dziwnie przyciszonym
głosem, jakby nie chciała zbudzić śpiącego. — A ty?
— Ja dopiero co.
Profesor Slughorn użyczył mi kominka.
We trójkę zeszliśmy na
dół, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie mogłam się powstrzymać, by
nie zerkać na Sokarisa. Był dziwnie zgaszony, nie trzymał się już tak pewnie
jak zwykle, mogłabym nawet pokusić się o słowo przybity, gdybym go nie
znała.
— Mama coś wam
powiedziała? — kontynuowałam, upewniwszy się, że nie natkniemy się na
nią za rogiem.
— Niewiele — odparł.
Brzmiał jeszcze gorzej niż wyglądał. Żuł przez chwilę dolną wargę, skacząc
wzrokiem po losowych punktach przedsionku, jakby szukał podpowiedzi albo
wsparcia, ale nikt nie przyszedł mu z pomocą. — Tylko tyle, że zmarła
w nocy. To takie… nieprawdopodobne. Ze wszystkich śmierci tej akurat… nigdy
sobie nie wyobrażałem. Myślałem, że zobaczymy się na Boże Narodzenie, a ona
popatrzy na mnie z góry na dół, tak, żebym wiedział, że coś jej się znów nie
podoba i powie: „Sokaris, jak ci tam idą te twoje nieruchomości? Na samej
wazelinie daleko nie zajedziesz”.
Wypuścił ciężko
powietrze przez usta i w tym samym czasie z bawialni wypadła matka.
— Gotowi? — zapytała,
lustrując nas w sposób, o którym właśnie wspomniał. — Bądźcie gotowi,
ojciec wysłał sowę. Powinien dotrzeć za godzinę. Na ostatnie pożegnanie
pojedziemy samochodem, babcia już leży w sali.
I popędziła z
powrotem do salonu — zapewne tylko po to, żeby nie patrzeć na nasze
smętne miny. Nie wiedziałam, co bardziej mnie krępowało: jej podejrzane
pobudzenie czy zrezygnowany Sokaris. Wymieniliśmy zdumione spojrzenia, a Ivy
dodała:
— Każdy radzi
sobie inaczej ze śmiercią rodziców. Mój ojciec bardzo przeżył, kiedy zmarła
jego mama. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziałam, jak płacze. Na
pogrzebie Madeleine nie uronił ani łzy, a kiedy zmarła babcia, płakał jak
dziecko.
Jeszcze raz zerknęłam
na Sokarisa. Sunął za nami, pogrążony we własnych myślach, jak gdyby naprawdę
dbał o to, czy babcia żyła, czy nie.
— Wiadomo, jak
to wszystko będzie wyglądać? — zagaiłam. — Mama poprosiła o
księdza czy…?
Urwałam, widząc Ivy
kręcącą głową. Nie miałam pojęcia, jak wyglądały świeckie pogrzeby. Nigdy w
takim nie uczestniczyłam — o ile właśnie takiego babcia sobie
życzyła. W oczekiwaniu na ojca popijaliśmy herbatę przyniesioną przez Świerzbka
i przez większość czasu milczeliśmy, wsłuchując się w odgłosy szurania i
przestawiania dobiegające z dużego salonu. W brzuchu zawiązał mi się kolejny
niewygodny supełek. Stypa — jeszcze jeden powód, by nie chcieć w tym
uczestniczyć. Te nieszczerze składane kondolencje, suche łzy, zadumane twarze
skryte za czarnymi woalkami. Mmm, tak, to był dobry czarodziej. Albo: Zmarła
tak młodo, niech Pan ma w opiece jej męża i dzieci. I jeszcze: Przyjmijcie
wyrazy naszego współczucie, będziemy się za was modlić. Nie będziecie i
jedyne, co was ciekawi, to kto zgarnął którą część majątku i dlaczego. A nuż na
horyzoncie pojawi się jakaś nieślubna córka i nareszcie ktoś wstrzyknie trochę
życia w to zmurszałe towarzystwo.
Mogłam się założyć,
że w najbliższych dniach sprzedaż Proroka Codziennego minimalnie
wzrośnie, jak gdyby wszyscy się spodziewali, że zostanie ogłoszone w gazecie,
kto był tym szczęśliwcem. A najgorsze, że właśnie tak się działo. Sfery nie
obchodzili podrzędni urzędnicy rozbijający się na miotłach po paru głębszych.
Najbardziej interesowała się sobą.
Samochód ojca nie
wjechał na dziedziniec z tyłu domu, tylko zatrzymał się w miejscu, w którym
ostatni raz widziałam Jane wysiadającą po pokazie. Znów runęła na mnie
wyrazistość tego wspomnienia, lecz tym razem już nie z taką siłą. Miałam
wrażenie, jakby tamta scena miała miejsce w innym życiu. Wsiadając do auta,
prawie z tęsknotą popatrzyłam za Sokarisem i Ivy, którzy odjechali swoim
bordowym bentleyem, ale martwiłam się trochę na wyrost, ponieważ cała droga do
kaplicy minęła w idealnej ciszy.
Miejscem ostatniego
pożegnania okazał się dom pogrzebowy. Choć na szczycie starego,
przypominającego mały kościółek budynku znajdował się krzyż, kiedy we trójkę
weszliśmy do środka, okazało się, że poznikały wszystkie symbole religijne.
Spodziewałam się, że wejdziemy prosto do głównej sali, w której przez otwarte
na oścież drzwi dało się widzieć kształty pierwszych żałobników, ale matka
poprowadziła nas do bocznego wejścia, przy którym czekali Sokaris i Ivy.
Naprawdę rzadko
bywałam na pogrzebach. Odkąd dostałam list z Hogwartu, właściwie tylko podczas
wakacji i ferii zimowych, ale zawsze uczestniczyłam w nich wyłącznie dlatego,
że wypadało. Moja bliska rodzina była naprawdę mała. Ojciec i matka nie mieli
żadnego żyjącego rodzeństwa, mąż babci Jane umarł dawno temu, mogłam mieć nie
więcej niż pięć lat, ponieważ pamiętałam mgliście dwie, może trzy sytuacje z
nim związane, a rodzice Hortusa odeszli jeszcze przed moim urodzeniem.
Widok brata i jego
żony sprawił, że absurdalnie poczułam się raźniej. Wchodząc do bocznej komnaty,
uderzył mnie duszący zapach taniego wosku i nieprzyjemne zimno — znacznie
bardziej przeszywające od jesiennego wiatru na zewnątrz. Na widok salki miałam
ochotę się roześmiać.
Na
tyle było ich stać — zdechły wiecheć i kilka marnych świeczek,
zadudniło mi w głowie głosem babci. Właśnie tak skomentowałaby pojedynczy wazon
białych hortensji otoczony kilkoma maleńkimi lampkami. I choć proste, czyste
wnętrze prezentowało się bardzo elegancko, lubująca się w ciężkim przepychu
Jane byłaby zawiedziona.
Dopiero po
przekroczeniu progu zobaczyłam drzwi prowadzące do głównej sali, dokładnie na
środku kamienny cokół, a na nim otwartą trumnę z czerwonego drewna. Serce w
jednej chwili podskoczyło mi do gardła. Już wcześniej kroczyłam tu z pewnym
niepokojem, ponieważ nigdy dotąd nie widziałam z bliska martwego ciała, ale
widok trumny uruchomił we mnie reakcję, której się po sobie nie
spodziewałam.
Reakcję, której się
wstydziłam.
Zerknęłam na
rodziców, żeby dodać sobie otuchy, lecz na ich twarzach nie malował się nawet
cień emocji. Ojciec przystanął w nieznacznym oddaleniu, a matka zbliżyła się na
moment do trumny, jak gdyby chciała się upewnić, że nikt nie podmienił
nieboszczki. Dopiero Sokaris przystanął na dłużej. Poszłam jego śladem,
niepewna, co tam zobaczę.
Żołądek podjechał mi
do gardła i prawie natychmiast opadł z powrotem na swoje miejsce.
Babcia wyglądała na
nietkniętą przez siedem dni wylegiwania się w trumnie. Śmierć nie zatarła rysów
jej twarzy, dłonie pozostawały jednakowo szczupłe i sprężyste, niezmiennie
przyodziane w drogie kamienie, z pomalowanymi na różowo paznokciami i z krwistoczerwoną
szminką na ustach. Jedyne, co się zmieniło, to odcień jej skóry. Wiedziałam, że
Jane używała — zgodnie z dawną modą — wybielających
specyfików, farbowała się też na rudo, ale wyglądało na to, że po śmierci
mikstury przestały działać i dopiero w tym momencie byłam w stanie zauważyć jej
podobieństwo do mojej matki. Skóra na śniadym czole wyprostowała się, opinała
ciasno wysokie, ładne kości policzkowe i teraz, kiedy twarzy nie wykrzywiał
złośliwy, wścibski grymas, można było dostrzec ślady dawnego piękna.
Stałam tak w ciszy i
chłonęłam wzrokiem tę nieruchomą sylwetkę w wykwintnej, turkusowo-złotej
szacie, zastygłe wargi, dłonie zaciśnięte na różdżce, czując pęczniejącą w
piersi pustkę. Spodziewałam się, że widok babcinego ciała wywoła smutek, może
nawet ukłucie tęsknoty, choć tak naprawdę nigdy dotąd nie tęskniłam ani za nią,
ani za żadnym z członków mojej rodziny, ale nic takiego się nie pojawiło. Tylko
ta rozrastająca się pustka i świadomość, że to koniec. Wszystkie historie,
tragedie, cierpienia, zabawne anegdotki — wszystko to zostanie
zamknięte wraz z Jane w ciemnym grobowcu, będzie wspominane coraz rzadziej i
rzadziej, aż nareszcie rozpłynie się w czasie. Ilu rzeczy nie zdążyła mi
powiedzieć? Ile zachowywała na wieczne później, a ile dla siebie, by przepadło
wraz z jej śmiercią?
Drgnęłam lekko,
czując na ramieniu czyjś dotyk. Oglądając się, miałam nadzieję ujrzeć matkę,
ale to Sokaris podszedł bliżej i z oczami pełnymi łez wpatrywał się w trumnę.
Czoło i skronie drgały mu niekontrolowanie, jakby za wszelką cenę próbował
utrzymać twarz niewzruszoną. Ten widok wystarczył, by maleńka gula, którą
czułam w gardle od momentu pojawienia się w domu babci, błyskawicznie urosła i
szybko musiałam odwrócić wzrok, ale i mój obraz zaczął się zamazywać.
Odetchnęłam dopiero w
głównej sali. Obecność zbierających się ludzi nieco mnie otrzeźwiła, lecz nie
na tyle, by zarejestrować, kiedy wszystkie ławki się wypełniły, a na podeście
pojawiła się zamknięta trumna. Dyskretnie rozejrzałam się po dwóch pierwszych
rzędach i spostrzegłam same znajome blade, zblazowane twarze. Mnóstwo starszych
pań i przygarbionych czarodziejów, ale niewielu, bo większość już dawno
poumierała, a dalej młodsi — rodzice wszystkich moich kolegów i
koleżanek ze szkoły, dyrektorka Fundacji Wsparcia Czarodziejów i Czarownic Bez
Pamięci oraz przedstawiciele kilku innych stowarzyszeń, które wspierała Jane.
Prawie cała angielska sfera jak jedna wielka rodzina, a z prawdziwej rodziny
tylko ja, matka, ojciec i Sokaris.
Spojrzałam z powrotem
na ołtarzyk, gdzie przy mównicy pojawił się bardzo dostojny, wysoki czarodziej
z gigantycznym wąsem. Z małymi, okrągłymi okularkami na łańcuszku i w prostej,
czarnej szacie z długim kołnierzem przypominał jednego z nauczycieli szkoły dla
chłopców mieszczącej się dokładnie naprzeciwko pensji Puceyów. Choć na sali i
tak panowała idealna cisza, odchrząknął znacząco i przemówił niskim, monotonnym
głosem:
— Zebraliśmy się
tutaj, żeby pożegnać Jane Prince, która odeszła z naszego grona, pozostawiając
w sercach rodziny wielki smutek. Takie wydarzenia przypominają nam, że śmierć
jest naturalną częścią naszego losu. Teraz pochylamy się nad trumną naszej
matki, babki, teściowej, przyjaciółki, sąsiadki, ale przyjdzie czas, kiedy to
nad nami będzie pochylać się nasza rodzina. Nad nami będzie płakać i za nami
tęsknić. Dlatego warto na moment się zatrzymać, pomyśleć nad sensem życia. Czy
wykorzystujemy je w pełni? Czy żyjemy dla siebie? Czy — jak Jane
Prince — staramy się żyć dla innych? Zatrzymajmy się na chwilę i
doceńmy jej łagodność, pogodę ducha. Zastanówmy się, czego możemy się od niej
nauczyć…
Ojciec po mojej
prawej stronie prychnął cicho, a ja i Sokaris wymieniliśmy rozbawione
spojrzenia. O babci można było powiedzieć wszystko, ale łagodność i pogoda
ducha pasowy jej jak świni siodło.
— …ile wspólnych
radosnych chwil, ile rodzinnych uroczystości, które od teraz zostaną jedynie we
wspomnieniach. Ale to dzięki śmierci uczymy się je doceniać. Przemijanie jest
nieodłączną częścią egzystencji. Choć dziś żegnamy Jane Prince, pamięć o niej
będzie trwała w nas wiecznie i w tym, co po sobie pozostawiła.
Wzruszenie, którego doznałam
podczas ostatniego pożegnania w małej salce, zupełnie wyparowało. Oklepana
przemowa może i mogła dotyczyć każdej jednej starej czarownicy zmarłej w całej
Wielkiej Brytanii, ale nie babci Jane. Ona nie otwierała serca na sąsiadów, ale
miała na ich temat jakieś trafne spostrzeżenie. Nie żyła dla innych — zawsze
powtarzała, że dba w pierwszej kolejności o siebie, ponieważ zamierza spędzić
we własnym ciele resztę życia. Egoistyczna, zasadnicza, temperamentna.
Zdecydowanie nie łagodna. Obserwując, jak ubrani w czerń pracownicy zakładu
pogrzebowego lewitowali trumnę przez drzwi, zastanawiałam się, jakim cudem nie
odziedziczyłam po babce ani jednej z tych cech. Nawet Sokaris skubnął nieco jej
zadziorności.
Drogę z sali na
miejsce spoczynku przebyliśmy pieszo, ponieważ cmentarz znajdował się dokładnie
po drugiej stronie drogi. Ta krótka podróż bez kościelnego zawodzenia wydała mi
się dużo mniej podniosła, ale za to wypełniona jakąś przejmującą pustką. Wiatr
wzmagał się, szarpiąc złocące się korony drzew, zbierał deszczowe chmury z
serca Londynu i naganiał prosto nad nekropolię przy kościele Świętej Marii,
lecz niebo nie zamierzało płakać nad babką Jane. Trzymało się dzielnie,
obserwując z góry ten milczący pochód, wsłuchując się w stukot kobiecych
obcasów i szelest ciężkich, żałobnych szat.
Podejrzewałam, że
będę musiała stłumić płacz, kiedy przyjdzie do pochówku, ale nie zakręciła mi
się ani jedna łza. Co więcej, widok rodowej kaplicy dziadka poluzował supeł, z
którym chodziłam od poniedziałku. Szary budynek przypominający miniaturowy kościół
z kopulastym dachem na pierwszy rzut oka nie odstawał od jemu podobnych
mugolskich. Nieco zmurszały, gdzieniegdzie omszały i pokryty bluszczem, z
ciemnymi witrażami w wąskich, strzelistych oknach posiadał tylko jeden
niepasujący do reszty akcent — różdżkę w koronie tuż nad ozdobnymi,
nieco wytartymi literami układającymi się w słowo PRINCE. Na miejscu czekał już
kolejny przyodziany w czerń mężczyzna, pilnując otwartych drzwi. Stojąc na
czele pochodu, czułam się dziwnie oderwana od tych wszystkich ludzi — jak
gdyby moja rodzina brała udział w jakimś spektaklu, a to czarne, milczące
zgromadzenie było jedynie widownią oceniającą nasz występ.
Trumna wpłynęła
powoli przez rozwarte dwuskrzydłowe drzwi i ciche szemranie sukienek i płaszczy
odznaczyło się wyraźnie na tle wiatru. Każdy uniósł zapaloną różdżkę i trwał
tak, dopóki kaplica się nie zamknęła. Dziesiątki delikatnie wygaszanych
światełek zapewne pięknie by wyglądały nocą lub znikające wraz z zachodzącym
słońcem, lecz tym razem nie było w tym nic klimatycznego. Szare niebo, szare
grobowce, szare, wilgotne uliczki. Czy babkę Jane zachwyciłby jej własny
pogrzeb, gdyby miała okazję go zobaczyć? Och, z całą pewnością tak. Miałaby
doskonałą okazję, żeby ponarzekać.
I tyle. To wszystko.
Pracownicy zakładu Wieczny Płomień zapieczętowali drzwi i dyskretnie wycofali
się, by poinformować zaproszonych o stypie i gdzie należało kierować się do
wyznaczonych świstoklików.
O ile w drodze na
pogrzeb w samochodzie dało się wyczuć odrobinę napięcia, droga do Prince
Village była go w zupełności pozbawiona — jak jeden z nielicznych
powrotów z przyjęcia albo garden party, podczas którego nie wydarzyło się nic,
co zdenerwowało ojca.
Wątpiłam, by ten dom
kiedykolwiek widział takie tłumy. Ludzie z Wiecznego Płomienia przystroili
główny salon we wspaniałe kompozycje z białych hortensji, lilii, fioletowych
michałków i czarnych wstążek, zapalono wszystkie świece, a magicznie
rozciągnięty stół, który mógł teraz pomieścić przynajmniej sześćdziesiąt osób,
został bogato ozdobiony ciężkimi girlandami kwiatów, wrzosową organzą i
posępnymi, czarnymi lampionami. Żałobny wystrój naprawdę zachwycał, ale
odniosłam wrażenie, że nikt nawet nie spojrzał na dekoracje, ponieważ
wszystkich pochłonęły babcine wnętrza. Każdy chciał zobaczyć, jak mieszkała
tamta dziwaczka Prince, jakie skarby kryły ceglane mury niepozornej kamienicy, lecz
nikt nie miał odwagi wprosić się do jej właścicielki na herbatę. A teraz
wszystkie sekrety ograniczające się do parteru stały otworem przed prawie
sześćdziesięcioma parami ciekawskich oczu.
Przetrwać obiad — to
okazało się najtrudniejsze, ale ucieszyłam się, że nie tylko dla mnie.
Przytłaczająca cisza kłuła w uszy, wybijając się jeszcze mocniej na tle
dźwięków żucia, krojenia i postukiwania sztućców o talerze, ale kiedy nareszcie
skrzaty pojawiły się z kawą, absolutnie każdy bez wyjątku mógł odetchnąć z
ulgą. W końcu dało się chociaż trochę poluzować ciasny gorset udawanego smutku.
Spodziewałam się, że to profesor Slughorn nie okiełzna poczucia humoru, ale
śmierć Jane naprawdę musiała go zmartwić, bo wyglądał na szczerze
przygnębionego.
Deser podano w formie
szwedzkiego stołu. Napięcie nieco opadło, niektórzy poznikali, zapewne chcąc
obejrzeć pozostałe pokoje na dole, część panów wyszła na taras, żeby zapalić,
więc i ja natychmiast poderwałam się z krzesła, złapałam pierwszy lepszy kielich
i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś przychylnej twarzy. Cztery
starsze panie, z którymi babcia zdawała się utrzymywać najlepsze relacje,
stłoczyły się w kącie tuż przy blacie z napojami i natychmiast zaczęły
rozprawiać na tematy, na jakie zwykle rozprawiano podczas stypy, kiedy nikt z
rodziny zmarłego nie słyszał.
— …no i tak to
jest…
— A dopiero
zobaczysz, moja droga, jak to będzie! — wykrzyknęła cicho pani
Rosier, gestykulując energicznie widelczykiem do ciasta. — Oby nie
dostał domu. Złoto zawsze się jakoś odrobi, ale jak gobliny położą łapę na
domu…
Chefsiba Smith parsknęła
jak koń, wachlując się energicznie wachlarzem. Gdyby nie misternie ułożona
fryzura koloru marchewki, emerytka byłaby nie do poznania w zaskakująco
skromnej, czarnej szacie pozbawionej haftów, koronek i diamentów.
— I co, myślisz,
że Jane mu cokolwiek przepisała? Byłaby głupia — odparła cichym,
śpiewnym głosem. — Przecież on wszystko przehula. Jestem pewna, że
już dawno zabezpieczyła majątek na wypadek własnej śmierci…
Szybko je minęłam,
bardzo nie chcąc zostać wciągnięta do tej rozmowy. Wyglądało na to, że tylko
one pozostawały pełne wiary w rozsądek babci, ponieważ zaraz na korytarzu
zaleciały mnie zgoła inne komentarze.
— Była starą
dziwaczką, ale trzeba jej oddać: gust miała znakomity. Spójrz, jak misternie
wykonane… myślisz, że to prawdziwe?
— Nie znam się,
ale Prince wiecznie zwoził coś z tych swoich wypraw.
— A, no i już
mamy odpowiedź, dlaczego tak niechętnie przyjmowali gości. Założę się, że
połowa z tego to nielegalne zbiory…
Na dźwięk moich
kroków kobiece głosy zamilkły i zastąpił je ostry stukot dwóch par obcasów, ale
dziś nie byłam w nastroju ani na jedzenie, ani na podsłuchiwanie. Ruszyłam
dalej ze swoim nietkniętym drinkiem bezalkoholowym, licząc, że w mniejszym
salonie znajdę Ivy albo…
— O, profesor
Slughorn! — zawołałam cicho. Prawie odetchnęłam z ulgą na widok
czerwonego nauczycielskiego nosa i zawieszonych pod nim wielkich, miedzianych
wąsów. — Jak dobrze, że znalazł pan chwilę.
Wepchnął sobie do ust
resztę olbrzymiej czekoladowej babeczki, a zrobił to z taką miną, jakbym
przyłapała go na obgadywaniu pana domu i jego bezcennych rodzinnych zbiorów.
Lustrowałam dyskretnie strój Mistrza Eliksirów, podczas gdy on walczył
rozpaczliwie z mieszanką kawy i ciasta zaklejającą mu szczęki. Raczej nie
spotykałam profesora ubranego w tak stonowane kolory. Bez krzykliwej kamizelki,
ekscentrycznego kołnierza i błyszczących guzików, jedynie w czarnej, prostej
szacie i dopasowanych spodniach w granatowo-czarne paski przypominał jednego z
pracowników zakładu pogrzebowego.
— Victoria… moja
droga… — wydusił z siebie. Teraz już nie tylko nos, ale i resztę
twarzy miał czerwoną jak dojrzałe jabłko. — Raz jeszcze chciałbym ci
złożyć wyrazy współczucia. To przemówienie na pogrzebie… wiem, że w takiej
sytuacji w złym tonie jest krytykować, ale uważam, że tamten człowiek odwalił
fuszerkę, ot, co! Nie było w tym ani ziarnka Jane Prince, którą ja znałem. Kobieta
twarda, konkretna, z własnym zdaniem, a nie jakieś tam frazesy o łagodnym
usposobieniu. Jane i twój dziadek to dopiero były Osobowości, o tak, zupełnie
różni w swojej ekscentryczności.
Poczułam delikatne
ukłucie, jakby na wspomnienie dziadków na powrót wstąpiła we mnie odrobina
życia.
— Dobrze pan
znał mojego dziadka? — zapytałam.
— Ach, Lawrence,
Lawrence — westchnął, rozglądając się z roztargnieniem po pokoju. — Lawrence
zawsze był dla nas zagadką. On miewał takie… momenty, kiedy po
zignorowaniu dwudziestu zaproszeń nagle pojawiał się na tej jednej jedynej
herbatce. Wszyscy byliśmy oczywiście bardzo podekscytowani, wiadomo, zawsze
najbardziej pożądasz tego, czego nie możesz mieć, więc pożądaliśmy opowieści z
tych jego owianych tajemnicą wypraw, ale niewiele o nich opowiadał. A później
albo wyjeżdżał, albo zamykał się na następny kwartał, wysyłając skrzaty, żeby
robiły mu zakupy na Nokturnie. Piekielnie skryty, piekielnie inteligentny, ale
jakiś taki społecznie niezręczny, zawsze w swoim świecie. Prawdziwa osobliwość,
jak zresztą i twoja babka. Pewnie wiesz, że ich małżeństwo należało do
małżeństw aranżowanych…
— Tak, panie
profesorze.
— No, pewnie i
tak bym cię nie zaskoczył, wtedy prawie wszystkie małżeństwa tak wyglądały, ale
oni świetnie się dogadywali. — Zawahał się, jakby sobie uświadomił,
że powiedział coś nie na miejscu, bo bardzo szybko dodał: — Oczywiście
nie miałem niczego złego na myśli, wiele podobnych małżeństw dobrze
funkcjonuje, ale Lawrence i Jane, mimo wielu różnic na pierwszy rzut oka,
zdawali się rozumieć bez słów. Na tyle, ma się rozumieć, na ile dało się ich
razem zobaczyć. A ty, moja droga — pogroził mi palcem, uśmiechając
się figlarnie — na moje oko masz sporo ze swojego dziadka. Podobna
nonkonformistka, ambitna, dociekliwa, na własnych zasadach… No, no, wróżę ci
podobną karierę, moja droga. Ach, która to już! Już po trzeciej. Musiałem
poprosić Dumbledore’a, żeby poopowiadał coś moim czwartakom o smoczej krwi, ale
z ostatniej lekcji się chyba już nie wywinę… Zaczepię jeszcze kochaną Earth i
będę uciekał. Pamiętasz, że możesz wrócić moim kominkiem?
— Pamiętam.
Dziękuję, że pan przyszedł.
— Oczywiście,
moja droga, oczywiście.
Pomachał mi po królewsku
ręką i żwawo opuścił salon, rozglądając się na wszystkie strony. Faktycznie — zegar
wskazywał piętnastą dwadzieścia i choć w teorii do zachodu słońca zostało
jeszcze trochę czasu, niebo za oknem mocno pociemniało, a szyby znaczyły
pierwsze pojedyncze krople. Świerzbek zaczął zapalać dodatkowe lampy.
Bardzo żałowałam, że
nie mogłam wrócić z profesorem Slughornem. Nie miałam nastroju na Klub Ślimaka,
ale gorący prysznic, własne łóżko i wrześniowy egzemplarz Eliksirotwórstwa
praktycznego w jesienny wieczór brzmiały rewelacyjnie. W zamian za to
pokręciłam się jeszcze trochę po holu. Nie było nikogo w moim wieku.
Zdesperowana zaczęłam nawet rozglądać się za Sokarisem, ale i on gdzieś
zniknął, więc skierowałam niepewny krok w stronę schodów na piętro. Przez cały
tydzień mojej wizyty u babci nie śmiałam sama spacerować po jej domu, ale
teraz, kiedy cały parter aż pękał w szwach, ten mały grzeszek wydał mi się
łatwiejszy do wybaczenia.
Cisza i przytłumione
światła na korytarzu ukoiły moje zmysły, kiedy tylko zostawiłam za sobą panią
Rosier, Smith i pozostałe starsze panie wciąż okupujące stolik z deserami.
Szwendałam się przez jakiś czas od komody do komody, podziwiając malowidła i
wiekowe ilustracje za szkłem wiszące na ścianach, aż nogi same zawiodły mnie do
sypialni Jane. Przystanęłam na moment z sercem zastygłym w napięciu,
nasłuchując. Z dołu dobiegały kroki i szmery rozmów, ale reszta domu trwała
pogrążona w martwej ciszy.
Mając na uwadze
porównanie profesora Slughorna, nacisnęłam klamkę i pierwsze, co mnie uderzyło,
to zapach babci. Mieszanka pudru, ciężkich, słodkich perfum i jakiejś korzennej
nuty sprawiła, że zawirowało mi w głowie. Zrobiłam pierwszy niepewny krok, później
drugi i nie było już odwrotu. Komnata — jak masa innych w tym domu — przytłaczała
przepychem. Olbrzymie łóżko z baldachimem ustawione pod ścianą zostało
pościelone i nakryte ozdobnym pledem z jakiejś połyskującej, pasującej do
zasłon tkaniny. Wszystko wyglądało tu tak, jakby zastygło w oczekiwaniu na
panią domu. Świeże lilie w wazonach, nowe powtykane w kandelabry świeczki, które
natychmiast rozbłysły, gdy tylko przekroczyłam próg. Na uchylonych drzwiach
prowadzących zapewne do garderoby albo prywatnej bawialni wisiały trzy wieszaki — dwa
z wyjściowymi szatami i jeden pusty, a na kredensie ktoś odłożył kilka
pierścionków i złoty gałgan łańcuszków. Ktoś — zapewne ten, kto
przygotowywał babcię do jej ostatniej podróży. Świerzbek? Matka? A może czarni
panowie z Wiecznego Płomienia?
Przysiadłam w niskim
fotelu przy toaletce, na której wciąż leżały babcine kosmetyki. W szufladzie
znalazłam kolekcję szminek, całą masę kremów i enigmatycznych nieopisanych
buteleczek, lecz na wierzchu znalazłam tylko puder i czerwoną szminkę.
Sięgnęłam po nie i powąchałam. Tak, zdecydowanie tak pachniała babcia. Jeszcze
w zeszłym tygodniu mogła tu siedzieć i ścierać pomalowane usta, nieświadoma, że
robiła to po raz ostatni. Możliwe, że od dnia jej śmierci nikt tej szminki nie
podnosił. Nikt nie odkręcał słoiczka, nie otwierał tej szuflady, dopóki nie
weszłam tu i nie naruszyłam spokoju sypialni.
Znów poczułam gulę w
gardle, ale świadomość nieobecności wścibskich oczu pozwoliła łzom popłynąć i
już — sunęły powoli po policzkach i zawijały się pod brodą, by
zniknąć w kołnierzu z czarnej koronki. Płakałam w sypialni babci Jane — z
całą pewnością by tego nie pochwalała. Powiedziałaby: weź się w garść,
dziewczyno, wielkie mi co — płakać po starej wiedźmie. Nie masz
innych zajęć? Ja w twoim wieku, proszę ja ciebie…
— Matka panienki
prosi panienkę na dół.
Na dźwięk obojętnego,
znudzonego głosu wzdrygnęłam się i upuściłam złoty sztyft tak, że szminka
upadła ostro zakończonym wkładem prosto na lakierowany blat. W odbiciu lustra
spostrzegłam Świerzbka, który wspaniałomyślnie udał, że niczego nie
zauważył.
— Och… tak, tak…
oczywiście… — wybełkotałam możliwie jak najspokojniej, choć serce
jeszcze przez chwilę chciało mi wyskoczyć przez usta. — Dziękuję,
przekaż, że już idę.
Ukłonił się bez
przesadnej ogłady i zniknął tak bezszelestnie, jak się pojawił. Dopiero wtedy
wydobyłam drżącymi rękami różdżkę i posprzątałam bałagan. Udało mi się usunąć
ślady szminki, ale nie byłam w stanie odtworzyć smukłego czubka. Lekko spocona
wysunęłam się z sypialni, wycierając sobie oczy rękawem.
Czego matka mogła
chcieć? Z całą pewnością niczego konkretnego. Pewnie nie miała ochoty, żebym
szwendała się po jej domu, oglądała te wszystkie pamiątki, które…
Znów się zatrzymałam,
tym razem przy innym niedostępnym do tej pory pomieszczeniu. Gabinet dziadka
Lawrence’a. Rozejrzałam się, czując jeszcze jeden skurcz w żołądku. Ile razy
można zostać przyłapanym na wchodzeniu do pomieszczeń, w których nie powinno się
być? Chyba wyczerpałam już swój dzienny limit.
Co może się stać,
jeżeli tylko nacisnę klamkę? Nie zacznie krzyczeć jak w Dziale Ksiąg
Zakazanych.
A jeśli…?
Przysunęłam się
bliżej, tak blisko, że prawie zetknęłam się ramieniem z futryną, uniosłam dłoń
i zahaczyłam palcem wskazującym o kawałek zimnego metalu, pociągnęłam
lekko…
Zamek kliknął
cichutko.
Już nie tylko
żołądek, ale i całe wnętrzności podskoczyły jak za każdym razem, kiedy butem
nie trafiałam na stopień ruchomych schodów. Wyglądało na to, że po śmierci
babci wszystkie zaklęcia, które rzuciła na ten dom, przestały działać.
Choć nie miałam nic
wspólnego z dziadkiem odkrywcą, postanowiłam zajrzeć do środka. To mogła być
jedyna okazja, żeby czegoś się o nim dowiedzieć, zanim matka postanowi
pozamykać tu wszystko na cztery spusty.
Podobnie, jak do
sypialni babci, tutaj również ktoś ostatnio wchodził. Powietrze przesiąkło
zapachem pergaminu, starych skórzanych okładek i drewna, ale nie kurzu, a
podłoga, choć zawalona całą masą skrzynek, kolumnami książek i posążków,
wyglądała na świeżo wypucowaną. Znów — skrzat albo matka. Bałam się
zapalić różdżkę, ale przez olbrzymie łukowe okna wpadało całkiem sporo
światła.
Dziadek Lawrence nie
był typem porządnickim. Każdy mebel w tym pokoju aż uginał się od książek,
wielkich pudeł z rolkami pergaminu, połamanych piór, zmiętych papierowych kulek
poplamionych atramentem, globusów, statuetek, szkatułek, pędzelków, farb, brudnych
słoików, z których już dawno wyparowała woda, niedokończonych ilustracji i
dziwacznych przedmiotów, których zastosowania nie znałam. W kącie za biurkiem
dokładnie naprzeciwko okna stała sztaluga i ledwo rozpoczęty szkic na
zszarzałym płótnie, pęk zwiniętych map stał oparty o wąską biblioteczkę pełną
przeróżnych czaszek i zasuszonych części zwierząt, a na osobnym stoliku w
szklanej kasetce na czerwonej poduszeczce leżał szary kolec długości różdżki.
Gabinet wyglądał jak zatrzymany w czasie. Z łatwością potrafiłam wyobrazić
sobie babcię zamykającą go zaklęciem zaraz po pogrzebie męża. Musiała uprzedzić
Świerzbka, by niczego nie ruszać w pokoju pana, nawet tych uschniętych róż w
wazonie na parapecie, i dopiero matka musiała zlecić pierwsze porządki, a ich
skutki natychmiast rzuciły mi się w oczy. Wystarczyło, żebym weszła głębiej i
zamknęła za sobą drzwi.
Zza zawalonego
szatami fotela wystawało coś, co już widziałam w tym domu. Obraz
przedstawiający trzydziestoletnią piękność siedzącą na krześle ze śmiesznie
niskim oparciem i prezentującą swój wspaniały profil. Zdumiona wspięłam się na
podłokietnik i dźwignęłam malowidło za ciężką ramę, a twarz Jane drgnęła i
obróciła się w identyczny sposób jak wtedy, kiedy razem z babcią zwiedzałyśmy
jej galerię. Poczułam w żołądku ukłucie strachu.
Stało się dla mnie
jasne, że nie powinnam była tu zaglądać. Najwyraźniej matka zrobiła sobie z
dziadkowego gabinetu tymczasowy składzik — pytanie dlaczego. W
obawie, że któryś z gości mógłby wymóc na niej zwiedzanie domu? Raz jeszcze
rozejrzałam się po pokoju, ale nie znalazłam tu żadnych innych ukrytych
obrazów. Co jeszcze chciała tu schować?
Mój oddech
przyśpieszył. Mogła tu przyjść w każdej chwili i z całą pewnością pierwsze,
gdzie zajrzy, to właśnie do gabinetu dziadka — żeby się upewnić, że
jej sekrety pozostały bezpiecznie.
Zsunęłam się z
podłokietnika i rzuciłam się do drzwi, ale coś mnie zatrzymało.
Jej milczenie. Sekrety.
Odpowiedzi bez żadnych konkretnych informacji. Wieczne zwodzenie. Cisza. I ten
cholernie beznamiętny wyraz twarzy, jakby matka nic nigdy nie czuła.
A to mogła być moja
ostatnia szansa, żeby się czegoś dowiedzieć. Nie miałam pojęcia czego, a poziom
zagracenia tego pokoju wcale nie ułatwiał stawiania hipotez. Starając się
stąpać na palcach, wróciłam do fotela i zaczęłam zaglądać do piętrzących się
wokół pudeł. Szybko się zorientowałam, że w tych zakurzonych i tam, gdzie
drewniane wieko się zacinało, znajdowały się pamiątki dziadka, lecz wystarczyło
zobaczyć pod fotel i serce znów zabiło mi mocniej. Duże, płaskie pudełko, które
stamtąd wydobyłam, wyglądało zdecydowanie dużo bardziej współcześnie. Czując
narastające ze strachu mdłości, drżącymi palcami zdjęłam wieko, ale znalazłam
tam tylko pożółkłe teczki pełne dziwnego pergaminu zapełnione nieznanym pismem
i kopertę z czarno-białymi ruchomymi fotografiami. Wytrzepałam je pośpiesznie
na kolana i od razu zauważyłam, że prawie wszystkie zdjęcia zostały siłą
pozrywane ze stron albumu.
Bardzo stare,
podniszczone kartoniki płynęły mi przez palce. Większość zdjęć przedstawiała
większe skupiska ludzi w zwiewnych, bogato zdobionych strojach, jakie widziałam
na obrazach w galerii — to w przestronnych komnatach podczas balów,
to na koniach, to pod palmami — ale babcię wyłowiłam tylko na tych
kilku pozowanych. Na jednym stała ze starszą kobietą, możliwe, że z własną
matką lub babcią, bo obie miały identyczne orle nosy, takie same mocno
wyrysowane usta i ostre kości policzkowe, na drugim — radosna i
promienna — siedziała na ziemi, wsparta poufale o kolana bardzo
przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny w białej, prostej szacie i dokładnie
ogoloną głową, to znów zanosiła się śmiechem na jakimś przyjęciu, wtulona w
ramię innego łysego chłopaka, tym razem wyraźnie bledszego i wychudzonego, ale
zatrzymałam się na dłużej dopiero na fotografii babci i dwójki dzieci. Jane — wyraźnie
starsza i już nie tak wystrojona — kucała między dziewczynkami,
obejmując je w bardzo matczyny sposób. Choć mogły mieć na oko pięć, może sześć
lat, w jednej z nich natychmiast rozpoznałam matkę. Bardzo gęste, ciemne brwi
jak dwie prawie złączone ze sobą gąsienice układały się łagodnymi łukami nad
lekko zmrużonymi oczami, otwarte w uśmiechu usta prezentowały brak obu jedynek.
Na ładnej, okrągłej buzi nie było śladu po powściągliwości, którą tak dobrze
znałam. Zaintrygowana obróciłam fotografię i znalazłam tam tylko krótki napis: Earth
i Diana, 1941. Zaczęłam jeszcze bardziej nerwowo grzebać w kopercie, ale
nie znalazłam niczego z mamą, Dianą czy jakimś innym dzieckiem. Czując, jak
kończył mi się czas, przetrząsnęłam pozostałą zawartość pudełka i znalazłam
tylko więcej zapełnionego szlaczkami pergaminu i kilka kartek, na których
mignęła mi angielszczyzna.
— Victoria!
Spodziewałam się, że
matka w końcu mnie zawoła, ale jej głos i tak sprawił, że wszystko, co zjadłam,
podskoczyło mi w żołądku.
Nie było czasu na
gonitwę myśli. W panice wcisnęłam sobie w biustonosz to, co akurat trzymałam,
rozsypaną zawartość pudełka wsunęłam na miejsce, pudełko pod fotel i na
trzęsących się nogach wypadłam z gabinetu, jakby gonił mnie sam diabeł. Czując
pot spływający na plecach, starałam się opanować oddech, choć wiedziałam, że
miałam na to zaledwie kilka sekund, bo energiczne kroki matki już zbliżały się
do schodów.
— Idę! — odkrzyknęłam
cichutko i zrobiłam dwa wielkie susy możliwie jak najbliżej w kierunku sypialni
Jane.
W tym samym momencie
na barierce pojawiła się smukła, kobieca dłoń.
Prędko przełknęłam z
nerwów.
— Co ty robisz
na górze? — zapytała i bardzo wyraźnie usłyszałam w tym groźbę. — Wysłałam
po ciebie Świerzbka.
— Tak, znalazł
mnie. Zajrzałam do pokoju babci.
Zmrużyła oczy, a ja,
choć nie poczułam, żeby próbowała zajrzeć mi w myśli, na wszelki wypadek
wzmocniłam barierę ochronną. Starałam się wyglądać tak niewinnie, jak to
możliwe, dźwigając pod szatą ciężar grzechu kradzieży, dopóki delikatne
zmarszczki wokół zaciśniętych warg matki się nie rozprostowały.
— Twój profesor
właśnie wyszedł — oznajmiła, odchyliwszy się nieco do tyłu.
Zrozumiałam aluzję i
natychmiast ruszyłam za nią z powrotem na dół.
— Dzisiaj jest
spotkanie Klubu Ślimaka — wyjaśniłam.
— Wiem,
opowiadał.
Byłam prawie pewna,
że kąciki ust zadrgały jej lekko, a sroga chmura nad czołem nieco się
rozproszyła. Ruszyłyśmy powoli pustym korytarzem z powrotem w kierunku głównego
salonu, gdzie znów dominowały kobiety. Emocje po przetrząśnięciu rzeczy babci
wciąż we mnie buzowały, ale nie mogłam tak po prostu przejść nad tym do
porządku dziennego.
— Co się teraz
stanie ze Świerzbkiem? — zagaiłam ostrożnie. — I z
pamiątkami po dziadkach?
— Dziś o
dziewiętnastej jesteśmy umówieni u notariusza na odczytanie testamentu — odparła.
— Och — wyrwało
mi się. — No tak… a pojawi się ktoś z rodziny?
— Ktoś z
rodziny? — powtórzyła nieco ostrzej.
— Nie wiem,
babcia miała chyba jakąś rodzinę. Na wakacjach oprowadziła mnie po galerii.
Wtedy, kiedy byliście w Rzymie — dodałam szybko, czując, jak
temperatura za kołnierzem znów zaczynała mi rosnąć. — Pokazywała mi
zdjęcia z jakąś dziewczynką… z Dianą?
Wstrzymałam oddech,
obserwując ją kątem oka, ale twarz matki była jak zwykle niewzruszona.
Wpatrując się czujnie w ojca i pana Malfoya rozprawiających nad czymś w kącie,
odpowiedziała tym swoim cichym, znudzonym głosem:
— Babcia już od
bardzo dawna nie miała poza nami żadnej innej rodziny. Diana, o której mogła ci
kiedyś wspomnieć, była córką siostry dziadka. Nie pamiętam jej dobrze, ponieważ
szybko wyjechały z matką do Indii i tam osiadły, nie zjawiły się nawet na
naszym ślubie. Kontakt się urwał, nie sądzę, żeby przypomniały sobie o naszym
istnieniu po śmierci babci. Mają w Indiach spory majątek. Idę zająć się gośćmi,
a ty nie szwendaj się po domu. Niegrzecznie tak znikać.
Rzuciła mi jeszcze jedno
ostrzegawcze spojrzenie i oddaliła się, mijając dwie duże grupy czarownic.
Automatycznie spojrzałam na zegarek — pięć po czwartej. Przez trzy
godziny z całą pewnością mogłabym się zgubić w tej czteropiętrowej kamienicy.
Dopiero gdy matka zniknęła mi z oczu, nareszcie mogłam odetchnąć. Rozmowy z nią
bywały ciężkie, ale czasem nie potrafiłam im podołać — jak dziś.
Zaczęłam żałować, że w ogóle wspomniałam o Dianie. Po odczytaniu testamentu z
całą pewnością wróci do gabinetu dziadka, sprawdzi pudełko i dowie się, że tam
szperałam. Przemknęło mi przez myśl, żeby spróbować podrzucić te kartki z
powrotem, ale mogłam się założyć o wszystkie moje oszczędności, że kazała
Świerzbkowi pilnować góry.
Pokręciłam się
jeszcze po salonie, starając się uśmiechać jak najmniej kwaśno, kiedy pani
Smith i pani Rosier próbowały wypytywać o plany na przyszłość (Chefsiba nie
omieszkała podzielić się swoim niepochlebnym zdaniem na temat kobiet w
eliksirotwórstwie), ale w głowie bez przerwy tłukło mi się to, co ukryłam w
staniku. Szybko przeskanowałam parter i doszłam do wniosku, że znajdowało się
tu tylko jedno pomieszczenie, w którym nie należało spodziewać się
niespodziewanej wizyty.
Zamknęłam się w
łazience na klucz i usiadłam na zamkniętej toalecie, rozkładając na kolanach
skradziony pergamin. Już pierwsza linijka pod olbrzymim znakiem graficznym
ministerstwa powiedziała mi, że trzymałam w rękach czyjś akt urodzenia — stary
i zniszczony, podbity i podpisany w Wydziale Rejestracji Administracyjnej
jeszcze przez Tytusa Notta — dziadka Teodora. Zmarszczyłam czoło,
próbując odczytać wyblakłą, do przesady ozdobną kaligrafię.
Diana
Elizabeth Prince, 18 grudnia 1938, Londyn.
A pod spodem dane
rodziców: Lawrence i Jane Prince.
Poczułam mrowienie w
dłoniach i opuściłam na moment dokument, oddychając głęboko. Nie miałam
pojęcia, dlaczego byłam w szoku, skoro pierwsze, co przyszło mi do głowy, to
właśnie to.
Kolejna osoba do
odnalezienia.
Przeczytałam
dokładnie calutki akt urodzenia, licząc, że może zauważę jakąś adnotację o
dacie śmierci, ale niczego takiego nie znalazłam. Sapnęłam zniecierpliwiona i
oparłam się o spłuczkę. W kółko wymieniałam w głowie możliwe rozwiązania.
Mogłam spróbować wyciągnąć od matki więcej informacji, wślizgnąć się do
gabinetu dziadka, zagadnąć którąś z przyjaciółek babci…
Albo schować zdjęcie
i akt urodzenia z powrotem do stanika i udawać, że nic się nie stało.
Przeczekać. Wrócić do Hogwartu i tam przeprowadzić śledztwo. W tym przypadku
powinno obejść się bez niekończących się posiedzeń w bibliotece, bo miałam
wszystkie dane.
Jakoś przetrwałam do
końca tego wieczora, mając zegarek zawsze w zasięgu wzroku, a kiedy nadeszła
osiemnasta trzydzieści i goście powoli zaczęli się rozchodzić, w moim żołądku
niezauważenie niczym duch znów pojawił się delikatny ucisk. Skoro babcia miała
jeszcze jedną córkę, być może w testamencie padnie chociaż jej imię? A co,
jeżeli to właśnie z tego powodu matka chodziła przez całe popołudnie taka
spięta?
W odróżnieniu od niej
ojciec wydawał się całkowicie zrelaksowany. Przez całą drogę na Pokątną nie
rzucił ani jednego przekleństwa na „tych ślepych mugoli” w samochodach, nie
narzekał tłum w Dziurawym Kotle ani na siedzibę kancelarii dokładnie na drugim
końcu ulicy.
Kancelaria Flint
& Fawley znajdowała się nieopodal Banku Gringotta — dokładnie
naprzeciwko urokliwego deptaka z małą fontanną. Oczywiście w dżdżysty,
wrześniowy wieczór miał w sobie tyle uroku, co kot napłakał, ale kiedy pani
Torres wysyłała mnie czasami na Pokątną, lubiłam tędy przechodzić, zwłaszcza
kiedy zachodziło słońce. Mocarny gmach budynku ślicznie kontrastował z
delikatnym, różowawym niebem, które łagodziło ciężkość kopulastego dachu i
grubych, topornych filarów na froncie. Ale to było latem. Teraz bank straszył w
niebieskim półmroku jak cała reszta kamienic otaczających plac.
Przyjęto nas tak, jak
można się tego było spodziewać po Flintach i Fawleyach — oleiście,
fałszywie i z ukłonami. Nie czekaliśmy, choć do siódmej zostało niecałe
dziesięć minut. Elegancka, trochę zbyt mocno umalowana czarownica na szpilkach
zaprowadziła nas na piętro do niewielkiej salki rodem ze Stowarzyszenia
Dżentelmenów. Bordowa tapeta doskonale grała z masywnymi skórzanymi fotelami i
kanapami w tym samym kolorze, ciemnymi gablotkami i długimi kotarami. Serce
pokoju stanowił olbrzymi prostokątny stół na wysoki połysk. Pachniało tu
cygarami, męskimi perfumami i czymś wytrawnym, jak gdyby dopiero co częstowano
tu kogoś whisky, światło ustawionych tu i ówdzie lamp łagodnie rozpraszało
wieczorny zmrok, ale nie na tyle słabo, by męczyć oczy. Właśnie w ten sposób
wyobrażałam sobie te kluby dla panów, w których ojciec przepalał czas.
Przy stole już czekał
na nas Bonus Flint, jak wywnioskowałam po tabliczce na drzwiach. Kiedy tylko
przekroczyliśmy próg, natychmiast wstał, ale był tak niski i drobny, że w
pierwszej chwili tego nie zauważyłam. Włosy miał podobne do Mulcibera — ciemne
i rzadkie, z przedziałkiem na bok, gdzie połyskiwało mnóstwo srebrnych
niteczek. Ukłonił się mnie, matce i Ivy, Sokarisowi i ojcu podał rękę,
uśmiechając się przy tym tak przymilnie i słodko, że na sam widok zbierało się
na wymioty.
— Zapraszam
państwa, proszę usiąść, proszę — wysapał, wskazując nam miejsca przy
stole, po czym sam opadł na jedno z wyściełanych krzeseł, przygotowując sobie
neseser. — Zanim zaczniemy, prosiłbym państwa o wylegitymowanie się.
Oczywiście to tylko formalność.
Sprawdził nasze
różdżki długim, metalowym prętem, a robił to z taką miną, jakby w każdej chwili
spodziewał się, że któraś z nich zmieni mu się w ręce w gumową rybę.
Przyglądałam się temu lekko zestresowana i odniosłam wrażenie, że teraz, kiedy
już zaraz miało dojść do ogłoszenia testamentu, reszta Hortusów również
siedziała jak na szpilkach. Ojciec wychylił się lekko do przodu, miażdżąc sobie
kciuki w zaciśniętych pięściach, Sokaris wpatrywał się w notariusza jak w
święty obrazek, zestresowana Ivy wodziła wzrokiem po ścianach i nawet matka nie
potrafiła do końca ukryć zdenerwowania. Mięsień nad jej żuchwą to napinał się,
to rozluźniał, jakby Earth dyskretnie żuła gumę. Stłumione bębnienie deszczu o
szyby zdawało się brzmieć dziesięć razy głośniej niż zwykle.
— Znakomicie,
znakomicie — mamrotał do siebie, po czym odchrząknął i dodał dużo
bardziej wytwornym tonem: — Spotkaliśmy się w celu otwarcia i
ogłoszenia testamentu świętej pamięci Jane Prince, zmarłej trzynastego września
1974 roku. Zanim zaczniemy, chciałbym potwierdzić, iż testament został
sporządzony w kancelarii Flint & Fawley dwunastego czerwca 1967
roku, umieszczony w Rejestrze Testamentów w Departamencie Przestrzegania Prawa
Czarodziejów, a po śmierci Jane Prince został przeniesiony do tutejszego depozytu.
Dziś nastąpi jego oficjalne otwarcie i odczytanie.
Wydobył z teczki
drewnianą szkatułkę, a z niej rolkę pergaminu z czerwoną pieczęcią, którą
przełamał. Na ten widok serce zabiło mi mocniej. Czy Bonus Flint spodziewał
się, że zjawi się tylko jedna córka? A może druga już dawno przeniosła się na
tamten świat? Trudno było wyczytać coś konkretnego ze zwodniczego uśmieszku
notariusza.
— Ja, Jane
Prince — zaczął czytać — będąc w pełni władz
umysłowych, oświadczam, że na wypadek mojej śmierci ustanawiam zapis polegający
na obowiązku przekazania przez mojego głównego spadkobiercę kwoty dziesięciu
tysięcy galeonów na Szpital Świętego Walentego w Hastings, pięciu tysięcy galeonów
na Szpital Świętego Munga, pięciu tysięcy galeonów na Fundację Wsparcia
Czarodziejów i Czarownic Bez Pamięci oraz trzech tysięcy galeonów na
Stowarzyszenie Pomocy Tysiąca Łap. Mojej córce Earth Hortus przekazuję dziesięć
tysięcy galeonów oraz zapewniam kwartalną sumę czterystu pięćdziesięciu
galeonów. Mojemu zięciowi Henrykowi Hortusowi przekazuję kwotę trzech tysięcy
galeonów na spłatę przeszłych zobowiązań. Mojemu wnukowi Sokarisowi Hortusowi
przekazuję jednorazowo osiem tysięcy galeonów oraz zapewniam kwartalną sumę
trzystu galeonów. Ponadto czynię moją wnuczkę Victorię Hortus moją główną
spadkobierczynią i pozostawiam jej w drodze zapisu prawnego majątek Village
Prince, wszystkie rodzinne pamiątki, złoto i wszystkie kosztowności znajdujące
się w mojej skrytce w Banku Gringotta, pamiątki rodzinne oraz prawo do pełnego
dysponowania wszystkimi skrzatami domowymi przynależnymi do majątku Village
Prince. Testament sporządziłam własnoręcznie i podpisałam. Londyn, ulica
Pokątna, dwunasty czerwca 1967, Jane Prince.
Flint wyrecytował jeszcze
jakąś notarialno-prawną formułkę, która przepłynęła mi przez głowę jak
niezmącony niczym górski strumień — szybko i czysto, nie zostawiając
w niej żadnego śladu. Słyszałam dudnienie własnego serca i szmer
przyśpieszonego oddechu, gdy czarodziej podtykał nam kolejno jakieś dokumenty
do podpisania. Atmosfera w sali zdawała się przytłaczać, jak gdyby ktoś postanowił
ścisnąć nas razem z całym powietrzem do wielkości paczki gum do żucia.
Nie docierało do mnie
to, co usłyszałam, aż Sokaris jako jedyny z naszej piątki przerwał tę klątwę
milczenia, parskając śmiechem.
— W sumie to
było do przewidzenia — powiedział bez żalu. — Ciebie z nas
wszystkich nienawidziła najmniej.
~*~
Mam wrażenie, że za
dużo punktów pcham sobie do rozdziałów, bo znów wyszło mi ponad 12k słów. Ale i
tak bardzo dobrze się bawiłam, zwłaszcza podczas pisania drugiej części
rozdziału. W sumie idealnie się złożyło czasowo, bo klimat dosyć ciężki,
listopadowy, a pisałam to w listopadzie. Patrząc na ilość słów, dobiłam prawie
do połowy NaNo, napisałam w jego trakcie już prawie dwa rozdziały na „Chwałę”,
więc pewnie musnę kawałek rozdziału 25 i przerzucę się na chwilę na „Siostrzenicę”.