28 listopada 2009

24. Na progu zaświatów

 

Wciąż pamiętałam o Holly, ale znalazłam czas na poszukiwania dopiero podczas drugiego weekendu września. Nie czułam się dziwnie, przesiadując sama w bibliotece. Prawie cały zeszły semestr zimowy spędziłam tu bez towarzystwa znajomych, jedynie z warującym jak pies Ezdraszem Worple’em, rzadziej z Ivy i Sokarisem uczącymi się do owutemów. 

Od kiedy O Warzeniu Katastrofy: Sekrety Zakazanych Destylatów wróciło do pani Mortemore o czasie i w nienaruszonym stanie, bibliotekarka, zdawało się, obdarzyła mnie odrobinę większym zaufaniem, co jednak nie przeszkadzało jej w podejrzliwym mrużeniu oczu za każdym razem, gdy pojawiałam się na horyzoncie, niosąc przed sobą kolejny stos książek. Ułożyłam je w trzy wysokie wieże i każda z nich składała się z podobnych tytułów zapowiadających porywającą lekturę: Kroniki Czystej Krwi: czyli o tym, jak rozrosła się Nienaruszalna Trzynastka, Herbarz Magiczny: Znaki, Pieczęcie, Dziedzictwo i Zbiór Drzew Genealogicznych od Epoki Merlina po Czasy Współczesne. Na widok całego regału poświęconego historii rodów i genealogii w pierwszym momencie oblałam się zimnym potem, ale szybko wymyśliłam system, który pozwoliłby mi nie błądzić. 

Albo błądzić troszkę mniej. 

Nie liczyłam, że natknę się na jakiś zaginiony ród Martinów z samouzupełniającym się drzewem, datą urodzenia, adresem i imionami rodziców poszukiwanej, ale pozostałam wyczulona na nazwiska rozpoczynające się na „Ma”. Ponadto zwracałam uwagę na przewijające się przez spisy rodowe imiona. I tak, jak wśród Hortusów roiło się od Henryków i Edwardów, Taciturnowie nie przepuścili pokolenia bez Urszuli i Agnes, Blackowie wprost przepadali za imionami nawiązującymi do gwiazd i planet, miałam nadzieję, że któraś czarodziejska rodzica w ten sposób upodobała sobie Holly. Analizowałam również stare fotografie i rysunki, spodziewając się rozpoznać ten sam nos czy kształt oczu. Podejrzewałam też, że ojciec brzydziłby się romansować z mugolaczką. Znałam jego typ — młoda, zgrabna, eteryczna, ale przede wszystkim nie brudnej krwi i jednocześnie nie ze sfery, by chociaż zachować pozory dyskrecji. Zakładałam, że większość pochodziła z romansów jego kolegów i współpracowników i tego tropu najmocniej się uczepiłam. 

Resztę pomysłów mogłam wyrzucić do kosza, ale nie mogłam przestać kartkować kolejnych pozycji.

Czułam, jak oczy robiły mi się coraz bardziej suche i zapuchnięte, ale odrywałam się od książek tylko raz na jakiś czas, żeby potrzeć piekące powieki i pogapić się w dal. Za każdym razem obrazek za oknem się zmieniał. Najpierw słońce omiatało błonia delikatnymi promieniami, następnie jasny błękit nieba poszarzał i zniknął za kłębiastymi chmurami. Kolejne spojrzenie i widok jak ze szkockiego obrazka — wszędobylska szarość, rudziejące liście, mgła i ślady deszczu na szybie. Jeszcze jedno oderwanie się od książki — nieprzenikniona ciemność. W oknie zobaczyłam tylko odbicie własnej twarzy — znużonej i ze spierzchniętymi wargami. Przypomniałam sobie, że od obiadu nie wypiłam ani łyka wody, lecz szybko o tym zapomniałam, odkładając stare Proroki Codzienne na kupkę i sięgając po Pamiętnik Rodów Czystej Krwi — Irlandia XIX wieku

Nienaruszalną biblioteczną ciszę zakłóciły powolne, stłumione przez wykładzinę kroki, ale nie podniosłam głowy nawet wtedy, gdy te zatrzymały się przy moim stoliku. Byłam jak w transie. 

— Przegapisz kolację. 

Wzdrygnęłam się. 

— Co…? — zapytałam niezbyt trzeźwo. 

— Slughorn znów cię do czegoś zaprzągł? — Tom sięgnął po książkę leżącą na szczycie jednego ze stosów i obrócił w ręce. — Spis Zaginionych Linii: Krew, która wygasła? Dziwny sposób na spędzanie niedzieli. 

Podniosłam wzrok i zlustrowałam Riddle’a z góry do dołu. Stał nieznacznie przekrzywiony, z biodrem opartym o krawędź stołu, lekko zmarszczonym czołem i jedną ręką w kieszeni. Pod pachą ściskał bardzo dobrze znaną mi książkę. 

— Historia Hogwartu? Dziwny sposób na spędzanie niedzieli — powtórzyłam po nim, nie kryjąc rozdrażnienia. Czułam, jak buzowało we mnie od ostatniego spojrzenia w okno i lada moment zamierzało wyskoczyć na zewnątrz. 

Nie spodziewałam się, że odpowie, zwłaszcza że prawie natychmiast kąciki jego ust zadrgały w ten sam sposób, jak wtedy, kiedy rozmawialiśmy po moich pierwszych prywatnych lekcjach u profesora Slughorna. 

— Potrzebuję kilku informacji do pewnego pozaszkolnego projektu — rzekł enigmatycznie, a uśmiech mu się pogłębił, gdy zmarkotniałam. Jak zwykle dał mi odczuć, że to zauważył, bo uniósł oczekująco brwi. Długi palec wystukał jakiś szybki rytm o grzbiet Spisu Zaginionych Linii

— Muszę kogoś znaleźć — odparłam. 

Czoło mu drgnęło. 

— Czy osoba, której szukasz — zapytał, jeszcze raz podnosząc tył okładki do oczu — skończyła niedawno sześćdziesiąt lat? 

— Nie… 

— W takim razie tu jej nie znajdziesz. To pozycja z 1913 roku. 

Westchnęłam, czując kotłującą się w przełyku złość. Obserwował mnie, jak niedelikatnie zatrzasnęłam książkę i zaczęłam zbierać pozostałe. Bez słowa pomógł mi je odnieść i rozłożyć tam, gdzie stały — wyjątkowo bez męczącej obecności pani Mortemore za plecami. 

Opuściliśmy bibliotekę wspólnie, wciąż początkowo nie odzywając się do siebie. Na zewnątrz panowała miła ciemność rozpraszana łagodnym, ciepłym światłem pojedynczych lamp wiszących tu i ówdzie między obrazami przedstawiającymi szkockie krajobrazy i owocowo-kwiatowe kompozycje w wymyślnych wazach. Faktycznie musiała zbliżać się pora kolacji, ponieważ korytarze świeciły pustkami, a gdzieś z głębi zamku dochodziły pierwsze smakowite zapachowe nuty. Piekielnie głodna i zmęczona rozważaniami o Holly Martin, raz po raz zerkałam na Historię Hogwartu, którą ze sobą zabrał. Pozaszkolny projekt, jasne — moje myśli miały ochotę prychnąć. Było mi wszystko jedno, czy Riddle ułoży kolejną zwodniczą opowiastkę, czy po prostu nie odpowie, kiedy go o to zapytam. Nawet trochę liczyłam na to, że da mi pretekst do kłótni, choć tak naprawdę nigdy nie słyszałam, by Tomowi zdarzyło się podnieść głos. 

Po całym dniu zmarnowanym w bibliotece miałam ochotę na sprzeczkę. Żałowałam, że zamiast niego nie spotkałam Bellatriks. 

— Co to za projekt? — zagadnęłam zirytowana. Ostatnie słowo niemal wyplułam. — Byłam pewna, że Historię Hogwartu możesz cytować z pamięci. 

Udał, że nie usłyszał tego tonu. 

— Przeceniasz moją pamięć — odparł z rozbawieniem. — Ostatni rok w tym miejscu obudził we mnie pewien sentyment do pierwszych dni tutaj. Niedawno zainteresowałem się historią szkoły. 

— Czyżbyś zapragnął zostać historykiem? Może wygryziesz Binnsa… 

Zaśmiał się pod nosem, jakby naprawdę go to rozbawiło. 

— A ty? Szukasz tamtej dziewczyny? — zapytał, gdy znaleźliśmy się na głównych schodach. 

— Tak. — Przez ułamek sekundy się zawahałam, ale szybko do mnie dotarło, że w tym temacie akurat mógł mi pomóc, więc kontynuowałam. — W dzień powrotu moich rodziców z Rzymu w moim pokoju miała miejsce dziwna sytuacja. Naprawdę dziwna, Tom. Weszłam do siebie i zastałam w swojej garderobie tamtą dziewczynę. Przymierzała moje tiary. To była TA dziewczyna. Przedstawiła się jako Holly Martin. Twierdziła, że pracuje z moim ojcem i skończyła Beauxbatons, ale kiedy odezwałam się do niej po francusku, nie sprawiała wrażenia, jakby zrozumiała, co do niej powiedziałam. 

Spostrzegłam kątem oka, jak usta mu drgnęły, a w jego oczach pojawiły się swawolne błyski. 

— Mówisz po francusku? 

— Trochę. Ale nie w tym rzecz — syknęłam. Zapragnęłam czymś w niego cisnąć, żeby przestał się w ten sposób uśmiechać. — Znała nazwę tej szkoły… i skoro ojciec przyprowadził ją do naszego domu, oznacza, że nie może być mugolką. Może mugolaczką, chociaż wątpię, ojciec jest z tych, co brzydzą się „brudnej krwi”, ale problem w tym, że jeżeli należy do naszego świata, to nigdy nie widziałam takiej osoby w Hogwarcie. A uwierz mi, nawet bez tych mugolskich ubrań i dziwnego makijażu rzuca się w oczy. Może być maksymalnie trzy lata starsza. Szczupła, bardzo ładna, masa piegów, taka trochę… elfia uroda. I rude, kręcone włosy. Założę się, że gdyby była w Hogwarcie, Travers by ją znał. On żadnej rudej nie przepuści… 

— I powiedziała, że nazywa się Holly Martin z Beauxbatons. 

— Tak. 

Serce tłukło mi się głośno o żebra w oczekiwaniu na jakąś błyskotliwą radę, aż… 

— Nie pomyślałaś, że to naprawdę jest jakaś Holly Martin z Beauxbatons? 

Spojrzałam zawiedziona pod nogi. Co za głupie pytanie — oczywiście, że pomyślałam. I nic to nie zmieniało, wciąż nie miałam zielonego pojęcia, kim była, czego chciała i dlaczego te ich schadzki (nie śmiałam pomyśleć „związek”) tak długo trwały. Przed oczami znów stanęła mi scena z holu domu — ojciec psikający się perfumami, szykujący się na randkę, prawie tańczący ze szczęścia. 

Jak zakochany. 

Tymczasem Riddle nie dawał za wygraną: 

— Po co ci ta wiedza? Twój ojciec ma kochankę. Nie pierwszą i nie ostatnią. Powiem więcej: byłbym zdziwiony, gdyby w takim małżeństwie jej nie miał. 

Wróciłam do niego wzrokiem. Już się nie uśmiechał. Szedł przed siebie zupełnie spokojny i bez żadnej złośliwości na twarzy, podczas gdy we mnie wszystko się gotowało. 

— Co to znaczy w takim małżeństwie? — zapytałam, nie kryjąc oburzenia. 

— W małżeństwie aranżowanym. 

— Mój ojciec kochał moją matkę — wypaliłam. Wiedziałam, że w tym temacie powinnam była bardziej ważyć słowa, ale nie potrafiłam już powstrzymać potoku słów i emocji, które kumulowały się od dnia pokazu. — Kiedy wróciliśmy od Greengrassa, ojciec pokłócił się z babcią Jane, a potem… potem naskoczył na mnie i na matkę. On często wybucha, ale wtedy… nie wiem, jakby coś w niego wstąpiło, zaczął jej zarzucać, że to przez nią się taki stał. Wspomniał coś o jakimś… o jakimś bękarcie pod swoim dachem. Tom, myślę, że moja matka kiedyś… zdradziła ojca. Trudno mi sobie to wyobrazić, zresztą później ojciec wszystko odwołał, ale… ale myślę, że on ją kiedyś kochał. 

Urwałam, czując, że nie potrafiłabym więcej sklecić żadnego sensownego zdania. Prawie natychmiast pojawiły się igiełki atakujące sumienie, lecz powtarzałam sobie w głowie, że Riddle i tak prędzej czy później by się dowiedział. Nie miałam pojęcia, jak to działało, ale on zawsze wiedział — nawet jeśli istniały bariery ochronny, on znajdował jakiś sposób, żeby je ominąć. 

— Boję się — dodałam szeptem — że ojciec zakochał się w tamtej. 

Absurdalne. A jeszcze rok temu modliłam się, by pojawiło się coś, co odciągnęłoby Hortusa ode mnie i od matki. 

— A nawet jeżeli się zakocha, to co? — rozbrzmiał cichy, kojący głos Ślizgona. — Co się wydarzy? 

— Nie wiem. I to jest najgorsze, nie mam pojęcia, co się wtedy stanie. 

Dotarliśmy już prawie do holu i usłyszałam coś przypominającego szmer oddechu — jakby ciche westchnienie, które natychmiast utonęło w hałasach wydobywających się przez uchylone drzwi do Wielkiej Sali. 

— Porozmawiaj z Wilkesem — zaproponował Tom. — Jego ojciec jest dyrektorem w Wydziale Rejestracji Administracyjnej. 

W tym momencie cała kumulująca się wewnątrz frustracja uleciała, zniknęła gdzieś w niebycie i została tylko ulga. Oczywiście — Benedykt Wilkes od lat zajmował w ministerstwie wysokie stanowisko i pracował w miejscu, które było dla mnie teraz jak dla dziecka wielki sklep z zabawkami. 

— Dziękuję, to… nawet o tym nie pomyślałam. 

Maszerując przez Wielką Salę, postanowiłam zrobić to zaraz po kolacji. Namierzyłam Klemensa, zanim zajęłam miejsce przy stole, a kiedy na talerzach pojawiły się desery, kontrolowałam, czy Ślizgon nie zechce wrócić wcześniej do dormitorium. Nie zechciał. Siedział prawie do samego końca, bajerując jakąś Ślizgonkę z czwartej klasy — chyba jedną z wielu siostrzenic i bratanic Teda Greengrassa. Wilkes był zdziwiony, kiedy poprosiłam go o rozmowę na osobności, ale powstrzymał się przed niewybrednymi komentarzami. Sama zaproponowałam miejsce, więc nie oponował, dopóki nie wkroczyliśmy na ruchome schody prowadzące do Izby Pamięci. 

— Hortus, co ty kombinujesz? 

— Coś mi przyszło do głowy. Muszę to sprawdzić. 

Komnata była zupełnie opustoszała. Mrok rozpraszały jedynie podświetlone nagrody na licznych półkach, ale to mi wystarczyło. Zaczęłam iść powoli wzdłuż rzędu gablotek ustawionych wzdłuż ściany, wypatrując znajomego imienia i nazwiska. 

— Hortus… jesteś jakaś dziwna, nie nawąchałaś się czasem jakiegoś trującego ustrojstwa u Slughorna…? 

— Nie, dzisiaj nie byłam u Slughorna — odpowiedziałam spokojnie, nie odwracając wzroku od medali na czerwonych i granatowych poduszeczkach. — Wilkes, twój ojciec nadal jest dyrektorem w Wydziale Rejestracji Administracyjnej, prawda? 

— No wiesz, o ile dobrze pamiętam, jeszcze go nie wylali, chociaż mogę mieć nieaktualne informacje — zadrwił, ale wystarczyło jedno moje spojrzenie, żeby zarechotał nerwowo i szybko sprostował: — No tak, jest dyrektorem, nic się nie zmieniło, a co? 

— Potrzebuję sprawdzić pewną osobę. 

— Sprawdzić? 

Westchnęłam lekko na widok papierosa, którego automatycznie wyciągnął z eleganckiej papierośnicy — zaczynałam wątpić w to, że znajdował się w nich zwykły tytoń. 

— Sprawdzić. Dowiedzieć się o tej osobie wszystkiego, co się da — wyjaśniłam szeptem. — Czy twój ojciec byłby w stanie to zrobić? Nie mam zbyt wielu informacji, właściwie tylko nazwisko… i nie jestem pewna, czy prawdziwe, ale nie liczę na wiele. Może być cokolwiek… jeżeli twojemu ojcu uda się dowiedzieć cokolwiek, nazwę szkoły czy datę urodzenia… 

Zawiesiłam głos, patrząc błagalnie, jak powoli marszczył brwi i zaciągał się papierosem. Smród dymu połaskotał mnie w gardle, ale stłumiłam odruch kaszlu. Miałam wrażenie, że każda kolejna sekunda robiła się coraz bardziej gumowa. 

— Nie ma sprawy, mogę do niego napisać, ale jeżeli nie jesteś pewna nazwiska, to nawet mój ojciec nie wyciągnie ci go z kapelusza, kapujesz? — mruknął. 

— Rozumiem. Będę wdzięczna za cokolwiek. A jeśli nie znajdzie jej pod tym nazwiskiem, to też coś znaczy. 

— Jej? 

Poczułam gorąco na policzkach, więc szybko opuściłam głowę, żeby Wilkes nie zobaczył tych rumieńców. 

— Tak. Tylko… prosiłabym, żeby to zostało między nami. Nazwisko i cała ta rozmowa — uściśliłam. — Szukam młodej dziewczyny. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, nazywa się Holly Martin i podobno uczyła się w Beauxbatons, ale pracuje w Wielkiej Brytanii. To wszystko. 

Na wszelki wypadek włożyłam mu w rękę zapisany świstek, który odczytał z taką miną, jakby właśnie przybrał osobowość tajnego detektywa i to od niego zależało zdobycie tych informacji. 

— Dobra, napiszę do ojca i się zobaczy. Będę coś wiedział, to dam ci znać. 

— Dziękuję ci. Nie musisz na mnie czekać, ja tu jeszcze trochę zostanę. 

Zawahał się, obracając głowę w stronę drzwi, ale nie wyszedł. Podążał za mną tym samym krokiem emeryta, wciąż ćmiąc papierosa. 

— Niee, wiesz co… zostanę jeszcze chwilę, dopóki… — Urwał, zerkając na fajkę. Tym razem to on się zaczerwienił i również spróbował to przede mną ukryć, oglądając się za kolekcją pucharów. — Wolę nie palić w pokoju wspólnym. 

— Dlaczego? Jeszcze w zeszłym roku kopciłeś tam jak stara lokomotywa. 

— No bo… wiesz… — wydukał, nie patrząc mi w oczy. Cera na policzkach zlała mu się teraz w jedno z mozaiką bordowych pryszczy. — Moja siostra trafiła w tym roku do Hogwartu i, ten, no… Nie chcę przy niej palić, jasne? 

— Och — wyrwało mi się. — Jasne. 

Nie odpowiedział, zażenowany i czerwony po czubki odstających uszu, ale nie naciskałam na dalszą rozmowę. Tak właściwie to i ja poczułam się nieswojo, choć spodobało mi się to, co powiedział. Nie znałam Wilkesa z tej odpowiedzialnej strony, właściwie nie spodziewałam się, że takową posiadał. I to wobec kogo. Wobec młodszej siostry. 

Urocze — pomyślałam. I nigdy nie zamierzałam mu o tym powiedzieć. 

Dopiero TO byłoby krępujące. 

 

*

 

Leżał na swoim łóżku — jednym z pięciu solidnie zaścielonych i bez żadnej brudnej skarpetki w zasięgu wzroku — z prawą nogą zgiętą w kolanie, drugą luźno na nim zawieszoną i czytał Historię Hogwartu. Nie czytał, raczej pochłaniał — to było dobre słowo. Pożerał wzrokiem każde słowo, jak gdyby wcale nie znał na pamięć prawie każdej linijki tekstu. Jako pierwsza trafiła mu w ręce — jeszcze w bibliotece na Pokątnej, gdy miał jedenaście lat. Ta cegła — jak określił to bezzębny starzec za kontuarem — już wtedy nie stanowiła dla niego żadnego wyzwania. Wcześniej miał styczność z wieloma znacznie cięższymi mugolskimi pozycjami i do tamtej pory żadna nie wciągnęła go tak bardzo. Dokładne przeczytanie tysiąca stron zajęło mu jedną noc i Tom pojawił się zaraz następnego dnia w tamtej bibliotece, żeby oddać książkę, lecz ów stary czarodziej nie uwierzył, by dzieciak przez nią przebrnął. Teraz Riddle uśmiechał się z pobłażaniem za każdym razem, gdy to wspominał, choć prawie siedem lat temu nie potrafił pogodzić się z myślą, że w percepcji jakiegoś zgrzybiałego dziada zapisał się jako dzieciak, który nie podołał Historii Hogwartu

Tym razem postanowił wrócić do niej w konkretnym celu. Skupił się głównie na rozdziałach poświęconych Założycielom i początkom szkoły. Analizował rysunki przedstawiające Wielką Czwórkę, ich posągów i pamiątek, które udało się zachować do czasów Bathildy Bagshot. A dokładniej jedną pamiątkę — słynny diadem Roweny Ravenclaw. Wodził długim palcem po ilustracji przedstawiającej jedną z licznych replik — przez delikatną, ozdobną obręcz tiary z czystego srebra i drobniutkie szafiry zdobiące jej czoło, aż dotarł do dwóch przeplatających się ze sobą harmonijnych łuków, przez które biegła sentencja: Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie.

Dużo o nim czytał w księgach i licznych naukowych pismach, przy czym bardzo szybko się zorientował, że przez ostatnie tysiąclecie ów diadem pobudzał wyobraźnię wielu badaczy. Nie miał im tego za złe. Sam w przeszłości przeszedł krótki, acz intensywny moment fascynacji tym potężnym artefaktem. Wtedy, gdy jeden jedyny raz — musiał się przyznać do tego niechlubnego incydentu — zwątpił we własną wyjątkowość. Nie posiadał jeszcze wystarczającej wiedzy dotyczącej horkruksów, lecz kiedy w końcu znalazł sposób na nieśmiertelność, diadem przeniósł się gdzieś na peryferia jego umysłu, zepchnięty przez dziesiątki innych projektów. Ale ta niepozorna tiara znów zagościła w centrum jego wszechświata. Tom pierwszy raz zamierzał odsunąć na bok starożytne grymuary, naukowe czasopisma i sięgnąć po legendy i opowieści. Zwłaszcza po tym, co wywnioskował z rozmów z Krwawym Baronem. Riddle musnął palcem ilustrację Roweny Ravenclaw i odłożył książkę. 

Ostatni rok, zagrało mu w głowie. 

Było już późno, zdecydowanie po „godzinie policyjnej”, ale i tak zamierzał wyjść. Założył buty, wierzchnią szatę i poprawił włosy — wszystko to powoli, z namaszczeniem, prawie jakby przygotowywał się na rozmowę o pracę. Choć salon pękał w szwach, nie martwił się, że ktoś go dostrzeże, ponieważ od dawna znał pewne sztuczki na to, by wymykać się niezauważenie. 

Uwielbiał Hogwart nocą, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy mrok zapadał szybko, a prawie nikomu nie chciało się opuszczać nagrzanych i przytulnych dormitoriów. Tym razem też nie spotkał żywej duszy, napawając się ciężkim, przytłaczającym klimatem przesyconych magią średniowiecznych murów. Z każdego kąta biła energia, która napawała go euforią. Czuł, jak serce rosło mu w piersi, drżało jak wprawiona w ruch olbrzymia szeroka guma, żołądek wiązał się w supeł, a tym razem pojawiło się coś jeszcze — radosny dreszcz oczekiwania jak przed czymś przełomowym. Pamiętał coś podobnego podczas swojej pierwszej wycieczki na Pokątną, w Ekspresie Londyn-Hogwart, później gdy usiadł na stołku, a Dumbledore założył mu na głowę wielką, gadającą tiarę. Odnalazł w tym również kroplę czegoś mrocznego jak przed wyprawą do Little Hangleton. 

Dobrze wiedział, co robić. Choć już na pierwszej lekcji wróżbiarstwa odkrył, że nie posiadał ani kropli talentu jasnowidzenia, w takich momentach miał wrażenie, jakby przyszłość uchylała przed nim rąbka tajemnicy. 

Zajęło mu niewiele czasu, by ją odnaleźć. Wystarczyło dotrzeć do najbardziej odludnego miejsca w okolicy Wieży Ravenclawu i przystanąć na moment w cieniu wnęki pod krętymi schodami prowadzącymi na szczyt. 

Dzięki długiej, lejącej sukni prawie dało się przeoczyć, że unosiła się kilka cali nad ziemią. Lewitowała tuż przy oknie i patrzyła na góry — jakaś dziwnie smutna i zamrożona. Wyjątkowo nie było czego podziwiać. Niewyraźny zarys czarnych szczytów rozpływał się w słabym, białawym świetle srebrnego sierpa zaglądającego przez szpary w kłębowisku deszczowych chmur. Nic imponującego, a jednak podziwiała. Riddle zlustrował wzrokiem jej szczupłą, półprzezroczystą postać, smukłą kibić i długie, sięgające pasa włosy. Perłowy blask, jaki od niej bił, prawie nie rozpraszał mroku, w którym tonął korytarz, jedynie podkreślał każde zagięcie materiału szaty z długimi i rozszerzanymi rękawami, wijące się na plecach kosmyki, jakby miał służyć wyłącznie do podkreślenia jej wdzięku. 

— Co należy do ciebie, ale wszyscy inni tego używają? — zapytał znienacka cichym, aksamitnym głosem, jak gdyby naprawdę nie zamierzał jej wystraszyć, choć poczuł satysfakcję, gdy się wzdrygnęła. 

Obróciła się błyskawicznie jak każdy duch. Bez dramatycznego falowania połami sukni, bez rwanego oddechu. Z przodu również była piękna. Wręcz posągowa, ze szlachetnie zarysowanym podbródkiem i gładkim, wysokim czołem bardzo przypominała swoją matkę z ilustracji, z jedną różnicą w postaci szczupłego nosa z lekko wydatnym mostkiem, który jej nie szpecił, przeciwnie. Nadawał twarzy charakteru wzmacnianego przez mocno wygięte brwi, które uniosła leciutko, wypatrzywszy w ciemności opartą o ścianę sylwetkę Riddle’a. Ten odbił się nonszalancko od zimnego kamienia i skrzyżował ręce na piersi. Taksowali się tak przez dłuższą chwilę, aż zimny wzrok dziewczyny stał się jeszcze bardziej surowy na widok uśmiechu klującego się w kącikach ust Ślizgona. 

— Imię — odparła krótko zaskakująco rzeczowym tonem. 

Żadnej romantycznej mglistości, jakiej mógł się spodziewać po tych sarnich oczach i mięsistych wargach w kształcie serca. 

— Wiem, kim jesteś, Heleno Ravenclaw — rzekł, prostując się. 

Napawał się zdumieniem pokrywającym jej nieruchome dotąd oblicze. Krew nie mogła odpłynąć jej z policzków, lecz stały się one ciemniejsze i bardziej przezroczyste, do tego stopnia, że całkiem wyraźnie przebijał się przez nie kształt księżyca. Nie odpowiedziała od razu, chyba czekając, aż coś doda, ale z każdą przeciągającą się sekundą i rosnącym napięciem twarz dziewczyny odzyskiwało swą perłowość i dostojeństwo. 

Dziewczyna — zabawne, że obmyślał ten plan przez ostatnie tygodnie i nie zadał sobie trudu, by się upewnić, czy mógł się w ten sposób do niej zwracać. 

Uniosła lekko ręce i splotła je sztywno na wysokości brzucha. 

— Skąd? — zapytała karcąco. 

Na początek szczerość — to powinno wystarczyć. I jak zwykle odrobina jego własnej inwencji twórczej: czaru, zuchwałości i idealnej linii szczęki. Cała reszta też była niczego sobie, ale rysunki Belli utwierdziły go w przekonaniu, że zbyt rzadko robił z tego użytek. 

— Rozmawiałem z Krwawym Baronem — odparł. — Pragnę poznać wszystkie sekrety Hogwartu i ty okazałaś się największym, „Szara Damo”. 

Znów zapanowała między nimi pełna napięcia cisza, zabarwiona — tu nie był zaskoczony — czymś pachnącym jak obawa. Dziewczyna perfekcyjnie panował nad mimiką, a on w środku uśmiechnął się do siebie, patrząc, jak Helena sztywniała. 

— Co z tym zrobisz? — odezwała się i tym razem to ona go zaskoczyła. 

Doskonale opanowany ton. Jeżeli poza urodą miała jeszcze coś z matki, to zapewne właśnie to. Dokładnie tak wyobrażał sobie Rowenę Ravenclaw, a teraz proszę — oto miał przed sobą jej półprzezroczystą kopię. Echo dawnych czasów pamiętające początki szkoły. Aż się prosiło, by to wykorzystać. 

Sam się sobie dziwił, że nie wpadł na ten pomysł kilka lat wcześniej. 

— Nic. Chcę wiedzy dla jej posiadania, nie dla korzyści. 

Spostrzegł zmianę w jej oczach. Blask zainteresowania przebijający się przez długie rzęsy.

— Nie jesteś z Ravenclawu — oznajmiła. 

— Nie. Należę do Slytherinu. 

— Kojarzę twoją twarz. Jak się nazywasz? 

Pierwszy raz poczuł nieprzyjemne ukłucie — jak zawsze, kiedy go o to pytano, lecz nie dał tego po sobie poznać. Wpatrywał się w nią bez mrugnięcia okiem, podczas gdy jej powieki delikatnie zatrzepotały. 

— Tom Riddle — odpowiedział. 

— Prefekt naczelny. — Dosłyszał w jej głosie nutkę kpiny. — Chyba nie powinieneś wymykać się w nocy poza dormitorium. Dajesz zły przykład jako prefekt. 

— Czasami warto zaryzykować. Chciałbym zgłębić wszystkie tajemnice Hogwartu, a noce temu sprzyjają — oznajmił, wpatrując się w nią intensywnie. — Dobrej nocy, Heleno. 

Minął ją pewnym krokiem i prawie natychmiast usłyszał za sobą cichy, zabarwiony emocją okrzyk: 

— Chłopaku od zagadek…! 

Urwała, gdy się odwrócił. Rzucił jej jeszcze jeden uśmiech, tym razem uspokajający, jaki chyba miała nadzieję zobaczyć, bo dłonie na brzuchu rozluźniły się lekko. 

— Twój sekret jest ze mną bezpieczny. 

Odchodząc, czuł na plecach spojrzenie — prawie identycznie palące jak spojrzenie ludzkich zdesperowanych oczu. Rozegrał to po mistrzowsku. Po części dlatego, że był w tym mistrzem, to oczywiste, ale w pewnym momencie sam doświadczył smaku pewnej fascynacji. W jego rozumowaniu duchy nigdy nie wiązały się z uczuciami. Posiadały olbrzymią wiedzę, własne historie, często szalenie interesujące, lecz Riddle nigdy nie postrzegał ich jako istoty czujące. A przed chwilą spostrzegł cały koktajl emocji w piekielnie sztywnej, oziębłej skorupie. Bardzo atrakcyjnej skorupie. 

Zaśmiał się podle pod nosem. 

Miał przecież spore doświadczenie z podobnymi skorupami

Skręcił wolno w kierunku schodów prowadzących do sali wejściowej. Donikąd się nie śpieszył. Z przyjemnością wspominał błysk, jaki dostrzegł, zostawiając Helenę Ravenclaw przy oknie u wejścia do Wieży Krukonów. Błysk, jaki wiele razy widział już u wielu dziewcząt. 

Błysk, który zawsze zapowiadał jego zwycięstwo. 

 

*

 

Nie chciałam wyjść przed Wilkesem na wariatkę, dlatego od naszej rozmowy w Izbie Pamięci ani raz nie zapytałam go o Holly, choć prawie bez przerwy o tym myślałam. Każda sowia poczta wiązała się z bolesnymi skurczami żołądka i naprawdę musiałam mocno nad sobą panować, żeby nie zamierać, gdy kolega dostawał list. Wtorkowy poranek wiązał się z większym napięciem niż wczorajszy wieczór i wiedziałam, że dzisiejsza kolacja będzie cięższa niż śniadanie. 

W momencie, gdy zachmurzony sufit w Wielkiej Sali przysłoniła na moment czarna chmara ptactwa, zastygłam na ułamek sekundy, lecz przy Wilkesie znów nie zatrzymała się żadna sowa. 

Ale przy mnie już tak. 

Serce podskoczyło mi do gardła i zupełnie straciłam ochotę na jedzenie. Odrzuciłam nadgryzionego tosta i natychmiast rzuciłam się do nóżki nieznanej płomykówki, próbując przełknąć wzrastającą niecierpliwość. Osoba, która przywiązywała liścik, zrobiła to wyjątkowo mocno.  

— Możliwe, że to od twojego taty? — zapytałam. 

W tym momencie uświadomiłam sobie, że to mało prawdopodobne, by dyrektor Wydziału Rejestracji Administracyjnej wysłał wiadomość bezpośrednio do mnie. 

Ślizgon wzruszył ramionami. 

— Wątpię, bo jeszcze do niego nie pisałem — odparł. — Chyba że potrafi czytać w myślach na odległość. 

Rozerwałam kopertę, a na jej dnie znalazłam bardzo małą, złożoną na pół karteczkę noszący na sobie słabo wyczuwalny, ale charakterystyczny zapach perfum. 

List od matki. 

Żołądek znów ścisnął mi się z niepokoju i znów w kontekście Holly Martin. Z rodzicami korespondowałam rzadko, zwłaszcza od czasu, kiedy zaprzepaściłam szansę na ślub z Rowdym. W tym semestrze nie dostałam od nich ani jednej sowy, więc rozprostowałam papeterię mocno wilgotnymi palcami. Ozdobny pergamin zawierał tylko dwa ślicznie nakreślone zdania i datę sprzed dwóch dni. 

 

Victorio, 

babcia Jane zmarła nagle w piątek 13 września. Pogrzeb wraz z ostatnim pożegnaniem ma odbyć się w najbliższy piątek. 

mama

 

Poczułam, jak nerwowy uśmiech powoli spełzł mi z twarzy, a ona sama stała się martwa i sflaczała jak gumowa maska na Halloween. Musiałam to przeczytać jeszcze raz, ale słowa przepływały przez mózg, nie zostawiając po sobie ani śladu. Zdania bez znaczenia. Słowa nieukładające się w zdania. 

Babcia Jane zmarła nagle w piątek. Babcia zmarła nagle. Babcia zmarła. 

Powtarzałam to w kółko, aż echem zaczęło dudnić mi w głowie. Poczułam najpierw pieczenie pod powiekami, a potem łzy napływające do kącików oczu, gulę w gardle, która rosła i rosła, aż byłam zmuszona wstrzymać oddech, żeby głośno nie zaszlochać. Jedynie palce nie dały się opanować — wpił się mocno w pergamin, jakby spodziewały się wycisnąć z niego coś jeszcze, ale nic się nie pojawiło. Litery tkwiły nieruchomo tam, gdzie postawiła je ręka matki. 

— Hortus? Co jest? 

To głos Wilkesa, ale dobiegający jak z drugiego końca bardzo dużej i pustej sali. Odległy, zniekształcony, niewyraźny. 

— Victoria? — zapytał Nott. Chyba usłyszałam w tym nutkę troski. 

— Moja babcia zmarła — odpowiedziałam lodowato i sama doświadczyłam wstrząsu na dźwięk tych słów. — W piątek. 

Nasza część stołu zamarła w nienaturalnej dla przeciętnego poranka ciszy. Poczułam na ramieniu jakieś niezręczne klepnięcie, kilka osób rzuciło „o cholera, współczuję”, ale poza tym nic więcej się nie stało. Śniadanie toczyło się dalej. Po kilku sekundach wróciły odgłosy żucia, chrupania i krojenia, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby babcia Jane wciąż żyła — albo jakby jej życie czy śmierć miały jakiś związek z przebiegiem posiłków w Hogwarcie. 

Wciąż byłam w szoku. I Rosier chyba też, bo wydyszał wstrząśnięty: 

— Jane Prince nie żyje… Kurwa, myślałem, że ta kobieta jest nieśmiertelna. 

Nie poczułam nawet jednego ukłucia bólu. 

— Przykro mi — usłyszałam i poznałam w tym chłodnym, rzeczowym tonie Riddle’a. — Jeżeli chcesz pójść na pogrzeb, potrzebujesz przepustki od opiekunka. Powinnaś to zgłosić profesorowi Slughornowi. 

— Tak, tak — mruknęłam do siebie. Czułam się spowolniała, jakby ktoś rzucił zaklęcie na mnie i tylko na mnie. Pokręciłam głową, odkładając list na stół. — Nie mogę w to uwierzyć… 

Nienaturalną ciszę w tej części stołu przerwało pojawienie się jakiegoś dzieciaka. Miał kędzierzawe włosy w kolorze świńskiego blondu, bardzo duże przednie zęby i naręcze ruloników związanych znajomymi fioletowymi wstążkami. Rozejrzał się i kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, uśmiech spełzł chłopakowi z twarzy, a ja przez ułamek sekundy byłam pewna, że zaraz zapyta, czy ktoś umarł. 

Ale nie. Oświadczył, że przyniósł zaproszenia na spotkanie Klubu Ślimaka. Pierwsze i — jak się okazało — to, na którym nie zamierzałam się pojawić. Krótka notka wskazywała trzynasty września i godzinę dziewiętnastą. 

Naprawdę pechowy piątek trzynastego — a jeszcze nawet nie nadszedł. 

Jakimś cudem przetrwałam wróżbiarstwo, choć w drodze do klasy rozważałam małe wagary, ponieważ w środku wciąż czułam kotłujące się emocje. Ostatecznie poczłapałam do klasy profesora Bykowa za resztką tego, co zostało z naszej grupy, a pod koniec uznałam, że jednak dobrze zrobiłam, nie urywając się z lekcji. Zmuszona do skupienia się na kartach mogłam oderwać myśli od Jane. Na kolejnych zajęciach wypadały dwie godziny eliksirów, lecz zamierzałam złapać Slughorna jeszcze przed dzwonkiem. Zamierzałam biec przez całą drogę do lochów, ale ledwo wybiegłam za Margaret Rowle na korytarz, prawie zderzyłam się z Gaby. 

Z Gaby, która wyraźnie kręciła się tuż za drzwiami. 

— Och…! Auć! — syknęła cicho. 

Nie udało mi się jej ominąć i zahaczyłam łokciem o ramię Ślizgonki, zrywając z niego torbę pełną książek. Jedna z nich ugodziła Taciturn ostrym rogiem prosto w piszczel. 

— Przepraszam — wypaliłam automatycznie i schyliłam się, żeby pomóc jej pozbierać rozsypaną zawartość torby. — Muszę szybko znaleźć profesora Slughorna… 

— Na pogrzeb pani Prince? Słyszałam od Notta, bardzo mi przykro. Trudno uwierzyć, była taka żywotna… Twoja mama wszystko zorganizuje? 

— Chyba tak — odpowiedziałam. — Nie wiem, kto inny miałby się tym zająć. Matka nie ma rodzeństwa ani żadnej bliższej rodziny, wszyscy ze strony babci dawno poumierali, a rodzina dziadka… sama nie jestem pewna, co się z nią stało. Rozjechali się po świecie. 

— Ona nie była jakoś bardzo wierząca, co? 

Upchnęła do torby ostatnie przybory i obie nieśpiesznie ruszyłyśmy na eliksiry. Na korytarzach zaroiło się od uczniów, więc mogłam zapomnieć o szybszym dostaniu się do klasy — w przejściu przed główną klatką schodową zrobił się mały korek, ponieważ ruchome schody akurat odczepiły się od barierki i pofrunęły pod przeciwległą ścianę. 

— Nie, chyba nie — odrzekłam po dłuższej chwili. — Może dlatego pogrzeb jest tak późno? 

Gaby wzruszyła ramionami. 

— Nie mam pojęcia. Nigdy nie byłam na świeckim pogrzebie. 

I w tamtym momencie spłynęło na mnie, że właściwie nie znałam babci Jane. Nie tak naprawdę. Stanowiła dla mnie ten nieco przerażający, jasny symbol siły, indywidualizmu i charakteru, mniej ludzki, dużo bardziej ikoniczny, prawie duchowy jak Merlin czy Założyciele Hogwartu. A przecież z całą pewnością miała swoje ulubione skarpety, rodzaj szczotki do włosów, poranne nawyki, powtarzające się sny, nie znosiła jakiegoś zdrobnienia jej imienia albo rodzynek w serniku. Wytężyłam pamięć, ale nawet nie potrafiłam sobie przypomnieć, którą ręką pisała. Zapewne prawą jak my wszyscy, z leworęcznych znałam tylko Toma, lecz wciąż nie miałam pewności. 

Świadomość, że nigdy nie poznam jej w ten sposób, przykro mnie przytłoczyła. 

Jakoś przetrwałam eliksiry, czując, że pewne rozproszenie — choć przyjemne poprzez pracę nad Veritaserum — nie pomogło i teraz czekałam już tylko na rozmowę z nauczycielem. Nie wyglądał na zaskoczonego, widząc mnie po dzwonku przy swoim biurku, choć oczy zrobiły mu się okrągłe jak galeony, gdy poprosiłam o przepustkę do domu na piątek. 

— Pogrzeb? — zdziwił się. — Ależ oczywiście, drogie dziecko, uroczystości rodzinne zawsze są dla mnie na pierwszym miejscu. Wykażę się delikatnością godną trolla, ale zapytam: kto zmarł? 

— Moja babcia. 

— Jane? Jane Prince nie żyje? — Sapnął ciężko i zaczął nerwowo skubać wąsy. Podałam mu wiadomość od matki, którą oglądał przez chwilę z bardzo zmartwioną miną. — Przyjmij moje najszczersze wyrazy współczucia, Jane była taką żywą, twardą kobietą. Inteligentną, z ciętym żartem i bardzo wytworną, ech… aż trudne do uwierzenia! Oczywiście wpadnę chociaż na uroczystość. Rozmawiałaś już z profesorem Dippetem? Nie? Akurat zbliża się pora obiadowa, mogę w twoim imieniu… 

— Nie, nie, dziękuję — przerwałam mu szybko, wyciągając rękę po list. — Wolałabym to załatwić sama. 

Udałam się tam zaraz po obiedzie, z bolesnym uciskiem w żołądku wspominając zeszłoroczną wizytę w okrągłym gabinecie. Szłam tam na miękkich nogach — nie wiedziałam, czy to dlatego, że zaraz po przekroczeniu progu zostałam zaatakowana przez zaciekawione spojrzenia czarodziejów w ciężkich, złotych ramach, czy dlatego, że po prostu nigdy dotąd nie byłam sam na sam z dyrektorem. Profesor Dippet przyjął mnie szalenie miło i pomyślałam, czy kiedykolwiek widziałam na jego twarzy coś innego niż łagodny, uprzejmy uśmiech. Słuchał z niezwykłym współczuciem w bladych, starczych oczach, kiedy przedstawiłam mu list od matki, wygłosił — jak Slughorn — kilka frazesów na temat babci Jane, a na koniec zaoferował skorzystanie z własnego kominka, jeżeli chciałabym wrócić wcześniej i nie wskoczyć prosto na spotkanie Klubu Ślimaka. 

— Ewentualnie może pani zostać z rodziną do końca tygodnia, jeżeli pani potrzebuje — zaproponował, gdy już zmierzałam do wyjścia. 

Zatrzymałam się z ręką na klamce. Niewiarygodne, że miał prawie trzysta czterdzieści lat. Kilka stóp nad jego głową wisiał portret Dextera Fortescue z wielkim, czerwonym nosem w kształcie pomidora i burzą prawie białych włosów przypominającym watę cukrową. Wyglądali na równolatków z twarzami pokrytymi siatką drobniutkich zmarszczek i ciężkimi, sflaczałymi powiekami, przy czym daty pod obrazem Fortescue wskazywały, że żył ledwo siedemdziesiąt kilka lat. 

Prawie trzysta czterdzieści lat. Nie przestawało mnie to zaskakiwać. 

— Dziękuję, panie profesorze, ale wrócę zaraz po pogrzebie. Będę musiała nadrobić piątkowe zaległości. Do widzenia. 

Tak naprawdę nie myślałam o lekcjach i pracach domowych. Samo wyobrażenie, że miałabym spędzić w towarzystwie matki i ojca więcej czasu, niż to konieczne, sprawiało, że zwilgotniały mi ręce. A teraz, kiedy nie było już babci Jane, Hortus mógł zupełnie bezkarnie siać terror złośliwości, nie martwiąc się, że w każdej chwili istniała szansa na niezapowiedzianą wizytę silniejszego zawodnika. 

Dopiero kiedy zostawiłam za sobą gabinet dyrektora, naprawdę do mnie dotarło — babka Jane nie żyła. Podczas gdy ja przetrząsałam głupie spisy czarodziejskich rodzin, ona już leżała martwa. W domu? W kostnicy? Czy ostatnio chorowała, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby wysłać list do Hogwartu? A może po prostu położyła się spać i rano już się nie obudziła? Gdzie spocznie? Zorientowałam się, że w Anglii nie istniał żaden grobowiec rodu Hanif ani żadnego pojedynczego Hanifa, o którym bym wiedziała. Czując rosnącą gulę w gardle, ruszyłam śmiało w stronę głównych schodów, ale nie poszłam na starożytne runy. Pomaszerowałam prosto do kuchni, ostatkiem sił hamując płacz. Skrzaty o nic nie pytały. Były zachwycone, mogąc mnie nakarmić — choć przecież nie czułam głodu po dopiero co zjedzonym obiedzie. Wpychając sobie do gardła piątą rurkę z kremem, pozwoliłam łzom płynąć, by nareszcie poczuć ulgę. 

 

*

 

Informacja o śmierci Jane Prince pojawiła się w Proroku Codziennym zaraz na drugi dzień, lecz — jak każdy nekrolog — utonęła w licznych problemach dnia codziennego i artykułach o urzędniku, który pod wpływem alkoholu wbił się miotłą w okno mugolskiego szpitala. Miotła, jak się okazało, pochodziła z kradzieży. 

Naprawdę cieszyłam się z ogromu zajęć, bo tylko dzięki temu mogłam oderwać się od ponurych myśli. Teraz, kiedy zaczęłam powoli godzić się z tym, że babci już nie było, na powierzchnię wypłynęły inne obawy — tym razem dotyczące pogrzebu. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale spotkanie z rodzicami napawało mnie dziwnym lękiem. Może to ze względu na zaburzenie pewnej szkolnej rutyny, a może ze względu na szereg absurdalnych wydarzeń ostatnich dni wakacji? Z czegokolwiek by to nie wynikało, duża część mnie nie chciała jechać. 

Miałam złe przeczucie.

Rano zaraz po śniadaniu profesor Slughorn użyczył mi swojego gabinetu, żebym mogła dostać się do Prince Village. Nie do końca pewna, kogo zastanę na miejscu, nieśmiało wyjrzałam z kominka w bawialni, lecz komnata powitała mnie całkowitą pustką i ciszą. Poczułam ukłucie bólu na widok fotela i samotnej cukiernicy na stoliku kawowym, przy którym ostatnio piłyśmy z babcią herbatę, ale właściwie poza ową pustką zupełnie nic się tu nie zmieniło. Świeże kwiaty zdobiły kredensy i głębokie parapety, bibeloty w regałach nie kalał nawet jeden paproszek kurzu, a ciemnoczerwona, mahoniowa podłoga nie nosiła na sobie ani śladu popiołu. Dopiero po chwili zza zamkniętych drzwi doszły do mnie stłumione odgłosy krzątaniny. Wiedziona tym hałasem zaszłam aż do głównego salonu w drugiej części parteru, gdzie trwały przygotowania do uczty żałobnej. Jeden czarodziej machał różdżką w jakimś ustalonym porządku, powiększając i pomniejszając niektóre meble, a dwóch pozostałych wyciągało z wielkiej torby bez dna kolejne skrzynki. Cała trójka miała na sobie proste, czarne szaty z identycznym znaczkiem przedstawiającym palącego się feniksa i napis: Wieczny Płomień

— Jesteś już. 

Prawie podskoczyłam, słysząc głos matki dobiegający zza pleców. 

— Gdzie są wszyscy? — zapytałam. 

Z tego wszystkiego zapomniałam się przywitać, ale matka nie wyglądała na urażoną. Bardziej zimną i surową, owszem, lecz jej posągowa twarz nie zmieniła się w niczym — jak salonik babci. Ubrana w klasyczną, czarną szatę z długimi, przylegającymi rękawami i delikatną koronką na szyi prezentowała się jak zwykle pięknie i bez zarzutu. Zrezygnowała też z turbanu, a długie, ciemne włosy spięła w misterny, modny kok tuż nad karkiem, tak, by pozostawał widoczny po założeniu tiary. 

— Ojciec w pracy, Sokaris i Ivy na górze. Przebierają się — odparła sucho, zaglądając ponad moim ramieniem do salonu. — Banialuka zabrała twoją szatę żałobną. Idź na górę, pomoże ci się ubrać. 

— Dobrze. A jak…? 

— Później. Teraz idź się przebrać. 

I odeszła jak gdyby nigdy nic, stukając obcasami. 

Idąc do gabinetu profesora Slughorna, nie wiedziałam, czego spodziewać się po pierwszym spotkaniu z matką, ale z pewnością nie tego. Oczywiście byłam świadoma, że nie padnie mi ze szlochem w ramiona, lecz od zawsze żyłam w przekonaniu, że istniała jakaś więź między nią i Jane, skoro tak często się odwiedzały. Mimo cierpkości charakteru babci, zdawały się mieć własne tematy i sekrety, a teraz Earth zachowywała się prawie tak, jakby śmierć ostatniej naprawdę bliskiej jej osoby nie zrobiła na niej wrażenia. 

Bez słowa udałam się na górę, gdzie bardzo szybko przejęła mnie Banialuka. Zostałam zaprowadzona do pokoju z sufitem z malowanymi gęsiami, gdzie na łóżku z kolumnami leżała przygotowana czarna suknia z mnóstwem koronek. Skrzatka do razu zabrała się do pracy. 

— Co się stało? — odezwałam się, gdy skrzatka machnęła w pionie długim, kościstym palcem, a sznur czarnych, błyszczących guzików sam się zapiął. — Babcia skarżyła się na coś przed śmiercią? Nikt mnie o niczym nie powiadomił. 

— Ach, panienko, czy po panienki babce to dojdzie? — westchnęła, kręcąc głową. — Raz narzekała i nic jej nie było, a raz nie narzekała i okazywało się, że chora… Ale Świerzbek powiedział Banialuce, że pani coś się skarżyła na to, że głowa ją boli, że palców nie czuje… To mówił jej, może pani sobie życzy uzdrowiciela, a pani na to, że żaden konował nie będzie jej się kręcił po domu. I w piątek rano nie zeszła na śniadanie i nawet nie poprosiła o herbatę, to Świerzbek poszedł do sypialni pani i znalazł panią w łóżku. Tyle dobrego, że pani odeszła we śnie. 

— Masz rację — bąknęłam. — Dobrze.  

Spięła mi włosy w identyczny sposób, w jaki dzisiaj miała je matka, a potem poleciała z powrotem do pracy, zostawiając mnie samą. Siedziałam tak przez chwilę na brzeżku materaca i rozglądałam się po komnacie, w której sypiałam podczas mojego ostatniego tygodnia w tym domu. 

Ostatni tydzień. 

Znów to ukłucie żalu. Nie spodziewałam się, że gdy wychodziłam stąd po raz ostatni, ponownie pojawię się tu na pogrzebie. Ta świadomość mocno mnie uderzyła. Znacznie mocniej niż klepsydra w Proroku Codziennym, rozmowa z profesorem Dippetem czy nawet widok niewzruszonej matki. Wrażenie całkowitej nieodwracalności śmierci zwaliło mi się na barki jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy straciłam Katy. Czy człowiek jest w stanie przejść nad tym do porządku dziennego? Nigdy nie przeżyłam prawdziwej żałoby, ponieważ wszyscy, których mogłam kochać, zmarli, nim zdążyłam ich poznać. Nawet uczucia po Katy wydawały mi się niepełne. Ona żyła tylko w mojej wyobraźni jak postać z ulubionej książki. Nie stworzyła żadnych wspomnieć, nie naznaczyła sobą pomieszczeń, podczas gdy babcię widziałam wszędzie, czułam przejmującą pustkę na myśl, że to już tyle. Nie będzie więcej rozmów. Z jej ust nie padnie żadna kąśliwa uwaga. 

Słysząc odgłosy kroków za drzwiami, szybko wyjrzałam na korytarz. Sokaris z żoną — oboje delikatnie opaleni i w eleganckich, czarnych szatach — kręcili się niepewnie nieopodal schodów, a kiedy mnie zauważyli, miałam wrażenie, że spostrzegłam cień ulgi na twarzy brata. 

— Dawno wróciliście? — spytałam. 

— Dziś w nocy. Sowa zastała nas dopiero wczoraj — odparła Ivy dziwnie przyciszonym głosem, jakby nie chciała zbudzić śpiącego. — A ty? 

— Ja dopiero co. Profesor Slughorn użyczył mi kominka. 

We trójkę zeszliśmy na dół, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Nie mogłam się powstrzymać, by nie zerkać na Sokarisa. Był dziwnie zgaszony, nie trzymał się już tak pewnie jak zwykle, mogłabym nawet pokusić się o słowo przybity, gdybym go nie znała. 

— Mama coś wam powiedziała? — kontynuowałam, upewniwszy się, że nie natkniemy się na nią za rogiem. 

— Niewiele — odparł. Brzmiał jeszcze gorzej niż wyglądał. Żuł przez chwilę dolną wargę, skacząc wzrokiem po losowych punktach przedsionku, jakby szukał podpowiedzi albo wsparcia, ale nikt nie przyszedł mu z pomocą. — Tylko tyle, że zmarła w nocy. To takie… nieprawdopodobne. Ze wszystkich śmierci tej akurat… nigdy sobie nie wyobrażałem. Myślałem, że zobaczymy się na Boże Narodzenie, a ona popatrzy na mnie z góry na dół, tak, żebym wiedział, że coś jej się znów nie podoba i powie: „Sokaris, jak ci tam idą te twoje nieruchomości? Na samej wazelinie daleko nie zajedziesz”. 

Wypuścił ciężko powietrze przez usta i w tym samym czasie z bawialni wypadła matka. 

— Gotowi? — zapytała, lustrując nas w sposób, o którym właśnie wspomniał. — Bądźcie gotowi, ojciec wysłał sowę. Powinien dotrzeć za godzinę. Na ostatnie pożegnanie pojedziemy samochodem, babcia już leży w sali. 

I popędziła z powrotem do salonu — zapewne tylko po to, żeby nie patrzeć na nasze smętne miny. Nie wiedziałam, co bardziej mnie krępowało: jej podejrzane pobudzenie czy zrezygnowany Sokaris. Wymieniliśmy zdumione spojrzenia, a Ivy dodała: 

— Każdy radzi sobie inaczej ze śmiercią rodziców. Mój ojciec bardzo przeżył, kiedy zmarła jego mama. To był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziałam, jak płacze. Na pogrzebie Madeleine nie uronił ani łzy, a kiedy zmarła babcia, płakał jak dziecko. 

Jeszcze raz zerknęłam na Sokarisa. Sunął za nami, pogrążony we własnych myślach, jak gdyby naprawdę dbał o to, czy babcia żyła, czy nie. 

— Wiadomo, jak to wszystko będzie wyglądać? — zagaiłam. — Mama poprosiła o księdza czy…? 

Urwałam, widząc Ivy kręcącą głową. Nie miałam pojęcia, jak wyglądały świeckie pogrzeby. Nigdy w takim nie uczestniczyłam — o ile właśnie takiego babcia sobie życzyła. W oczekiwaniu na ojca popijaliśmy herbatę przyniesioną przez Świerzbka i przez większość czasu milczeliśmy, wsłuchując się w odgłosy szurania i przestawiania dobiegające z dużego salonu. W brzuchu zawiązał mi się kolejny niewygodny supełek. Stypa — jeszcze jeden powód, by nie chcieć w tym uczestniczyć. Te nieszczerze składane kondolencje, suche łzy, zadumane twarze skryte za czarnymi woalkami. Mmm, tak, to był dobry czarodziej. Albo: Zmarła tak młodo, niech Pan ma w opiece jej męża i dzieci. I jeszcze: Przyjmijcie wyrazy naszego współczucie, będziemy się za was modlić. Nie będziecie i jedyne, co was ciekawi, to kto zgarnął którą część majątku i dlaczego. A nuż na horyzoncie pojawi się jakaś nieślubna córka i nareszcie ktoś wstrzyknie trochę życia w to zmurszałe towarzystwo. 

Mogłam się założyć, że w najbliższych dniach sprzedaż Proroka Codziennego minimalnie wzrośnie, jak gdyby wszyscy się spodziewali, że zostanie ogłoszone w gazecie, kto był tym szczęśliwcem. A najgorsze, że właśnie tak się działo. Sfery nie obchodzili podrzędni urzędnicy rozbijający się na miotłach po paru głębszych. Najbardziej interesowała się sobą.

Samochód ojca nie wjechał na dziedziniec z tyłu domu, tylko zatrzymał się w miejscu, w którym ostatni raz widziałam Jane wysiadającą po pokazie. Znów runęła na mnie wyrazistość tego wspomnienia, lecz tym razem już nie z taką siłą. Miałam wrażenie, jakby tamta scena miała miejsce w innym życiu. Wsiadając do auta, prawie z tęsknotą popatrzyłam za Sokarisem i Ivy, którzy odjechali swoim bordowym bentleyem, ale martwiłam się trochę na wyrost, ponieważ cała droga do kaplicy minęła w idealnej ciszy.

Miejscem ostatniego pożegnania okazał się dom pogrzebowy. Choć na szczycie starego, przypominającego mały kościółek budynku znajdował się krzyż, kiedy we trójkę weszliśmy do środka, okazało się, że poznikały wszystkie symbole religijne. Spodziewałam się, że wejdziemy prosto do głównej sali, w której przez otwarte na oścież drzwi dało się widzieć kształty pierwszych żałobników, ale matka poprowadziła nas do bocznego wejścia, przy którym czekali Sokaris i Ivy. 

Naprawdę rzadko bywałam na pogrzebach. Odkąd dostałam list z Hogwartu, właściwie tylko podczas wakacji i ferii zimowych, ale zawsze uczestniczyłam w nich wyłącznie dlatego, że wypadało. Moja bliska rodzina była naprawdę mała. Ojciec i matka nie mieli żadnego żyjącego rodzeństwa, mąż babci Jane umarł dawno temu, mogłam mieć nie więcej niż pięć lat, ponieważ pamiętałam mgliście dwie, może trzy sytuacje z nim związane, a rodzice Hortusa odeszli jeszcze przed moim urodzeniem. 

Widok brata i jego żony sprawił, że absurdalnie poczułam się raźniej. Wchodząc do bocznej komnaty, uderzył mnie duszący zapach taniego wosku i nieprzyjemne zimno — znacznie bardziej przeszywające od jesiennego wiatru na zewnątrz. Na widok salki miałam ochotę się roześmiać. 

Na tyle było ich stać — zdechły wiecheć i kilka marnych świeczek, zadudniło mi w głowie głosem babci. Właśnie tak skomentowałaby pojedynczy wazon białych hortensji otoczony kilkoma maleńkimi lampkami. I choć proste, czyste wnętrze prezentowało się bardzo elegancko, lubująca się w ciężkim przepychu Jane byłaby zawiedziona. 

Dopiero po przekroczeniu progu zobaczyłam drzwi prowadzące do głównej sali, dokładnie na środku kamienny cokół, a na nim otwartą trumnę z czerwonego drewna. Serce w jednej chwili podskoczyło mi do gardła. Już wcześniej kroczyłam tu z pewnym niepokojem, ponieważ nigdy dotąd nie widziałam z bliska martwego ciała, ale widok trumny uruchomił we mnie reakcję, której się po sobie nie spodziewałam. 

Reakcję, której się wstydziłam. 

Zerknęłam na rodziców, żeby dodać sobie otuchy, lecz na ich twarzach nie malował się nawet cień emocji. Ojciec przystanął w nieznacznym oddaleniu, a matka zbliżyła się na moment do trumny, jak gdyby chciała się upewnić, że nikt nie podmienił nieboszczki. Dopiero Sokaris przystanął na dłużej. Poszłam jego śladem, niepewna, co tam zobaczę. 

Żołądek podjechał mi do gardła i prawie natychmiast opadł z powrotem na swoje miejsce. 

Babcia wyglądała na nietkniętą przez siedem dni wylegiwania się w trumnie. Śmierć nie zatarła rysów jej twarzy, dłonie pozostawały jednakowo szczupłe i sprężyste, niezmiennie przyodziane w drogie kamienie, z pomalowanymi na różowo paznokciami i z krwistoczerwoną szminką na ustach. Jedyne, co się zmieniło, to odcień jej skóry. Wiedziałam, że Jane używała — zgodnie z dawną modą — wybielających specyfików, farbowała się też na rudo, ale wyglądało na to, że po śmierci mikstury przestały działać i dopiero w tym momencie byłam w stanie zauważyć jej podobieństwo do mojej matki. Skóra na śniadym czole wyprostowała się, opinała ciasno wysokie, ładne kości policzkowe i teraz, kiedy twarzy nie wykrzywiał złośliwy, wścibski grymas, można było dostrzec ślady dawnego piękna. 

Stałam tak w ciszy i chłonęłam wzrokiem tę nieruchomą sylwetkę w wykwintnej, turkusowo-złotej szacie, zastygłe wargi, dłonie zaciśnięte na różdżce, czując pęczniejącą w piersi pustkę. Spodziewałam się, że widok babcinego ciała wywoła smutek, może nawet ukłucie tęsknoty, choć tak naprawdę nigdy dotąd nie tęskniłam ani za nią, ani za żadnym z członków mojej rodziny, ale nic takiego się nie pojawiło. Tylko ta rozrastająca się pustka i świadomość, że to koniec. Wszystkie historie, tragedie, cierpienia, zabawne anegdotki — wszystko to zostanie zamknięte wraz z Jane w ciemnym grobowcu, będzie wspominane coraz rzadziej i rzadziej, aż nareszcie rozpłynie się w czasie. Ilu rzeczy nie zdążyła mi powiedzieć? Ile zachowywała na wieczne później, a ile dla siebie, by przepadło wraz z jej śmiercią? 

Drgnęłam lekko, czując na ramieniu czyjś dotyk. Oglądając się, miałam nadzieję ujrzeć matkę, ale to Sokaris podszedł bliżej i z oczami pełnymi łez wpatrywał się w trumnę. Czoło i skronie drgały mu niekontrolowanie, jakby za wszelką cenę próbował utrzymać twarz niewzruszoną. Ten widok wystarczył, by maleńka gula, którą czułam w gardle od momentu pojawienia się w domu babci, błyskawicznie urosła i szybko musiałam odwrócić wzrok, ale i mój obraz zaczął się zamazywać.

Odetchnęłam dopiero w głównej sali. Obecność zbierających się ludzi nieco mnie otrzeźwiła, lecz nie na tyle, by zarejestrować, kiedy wszystkie ławki się wypełniły, a na podeście pojawiła się zamknięta trumna. Dyskretnie rozejrzałam się po dwóch pierwszych rzędach i spostrzegłam same znajome blade, zblazowane twarze. Mnóstwo starszych pań i przygarbionych czarodziejów, ale niewielu, bo większość już dawno poumierała, a dalej młodsi — rodzice wszystkich moich kolegów i koleżanek ze szkoły, dyrektorka Fundacji Wsparcia Czarodziejów i Czarownic Bez Pamięci oraz przedstawiciele kilku innych stowarzyszeń, które wspierała Jane. Prawie cała angielska sfera jak jedna wielka rodzina, a z prawdziwej rodziny tylko ja, matka, ojciec i Sokaris. 

Spojrzałam z powrotem na ołtarzyk, gdzie przy mównicy pojawił się bardzo dostojny, wysoki czarodziej z gigantycznym wąsem. Z małymi, okrągłymi okularkami na łańcuszku i w prostej, czarnej szacie z długim kołnierzem przypominał jednego z nauczycieli szkoły dla chłopców mieszczącej się dokładnie naprzeciwko pensji Puceyów. Choć na sali i tak panowała idealna cisza, odchrząknął znacząco i przemówił niskim, monotonnym głosem: 

— Zebraliśmy się tutaj, żeby pożegnać Jane Prince, która odeszła z naszego grona, pozostawiając w sercach rodziny wielki smutek. Takie wydarzenia przypominają nam, że śmierć jest naturalną częścią naszego losu. Teraz pochylamy się nad trumną naszej matki, babki, teściowej, przyjaciółki, sąsiadki, ale przyjdzie czas, kiedy to nad nami będzie pochylać się nasza rodzina. Nad nami będzie płakać i za nami tęsknić. Dlatego warto na moment się zatrzymać, pomyśleć nad sensem życia. Czy wykorzystujemy je w pełni? Czy żyjemy dla siebie? Czy — jak Jane Prince — staramy się żyć dla innych? Zatrzymajmy się na chwilę i doceńmy jej łagodność, pogodę ducha. Zastanówmy się, czego możemy się od niej nauczyć… 

Ojciec po mojej prawej stronie prychnął cicho, a ja i Sokaris wymieniliśmy rozbawione spojrzenia. O babci można było powiedzieć wszystko, ale łagodność i pogoda ducha pasowy jej jak świni siodło. 

— …ile wspólnych radosnych chwil, ile rodzinnych uroczystości, które od teraz zostaną jedynie we wspomnieniach. Ale to dzięki śmierci uczymy się je doceniać. Przemijanie jest nieodłączną częścią egzystencji. Choć dziś żegnamy Jane Prince, pamięć o niej będzie trwała w nas wiecznie i w tym, co po sobie pozostawiła. 

Wzruszenie, którego doznałam podczas ostatniego pożegnania w małej salce, zupełnie wyparowało. Oklepana przemowa może i mogła dotyczyć każdej jednej starej czarownicy zmarłej w całej Wielkiej Brytanii, ale nie babci Jane. Ona nie otwierała serca na sąsiadów, ale miała na ich temat jakieś trafne spostrzeżenie. Nie żyła dla innych — zawsze powtarzała, że dba w pierwszej kolejności o siebie, ponieważ zamierza spędzić we własnym ciele resztę życia. Egoistyczna, zasadnicza, temperamentna. Zdecydowanie nie łagodna. Obserwując, jak ubrani w czerń pracownicy zakładu pogrzebowego lewitowali trumnę przez drzwi, zastanawiałam się, jakim cudem nie odziedziczyłam po babce ani jednej z tych cech. Nawet Sokaris skubnął nieco jej zadziorności. 

Drogę z sali na miejsce spoczynku przebyliśmy pieszo, ponieważ cmentarz znajdował się dokładnie po drugiej stronie drogi. Ta krótka podróż bez kościelnego zawodzenia wydała mi się dużo mniej podniosła, ale za to wypełniona jakąś przejmującą pustką. Wiatr wzmagał się, szarpiąc złocące się korony drzew, zbierał deszczowe chmury z serca Londynu i naganiał prosto nad nekropolię przy kościele Świętej Marii, lecz niebo nie zamierzało płakać nad babką Jane. Trzymało się dzielnie, obserwując z góry ten milczący pochód, wsłuchując się w stukot kobiecych obcasów i szelest ciężkich, żałobnych szat. 

Podejrzewałam, że będę musiała stłumić płacz, kiedy przyjdzie do pochówku, ale nie zakręciła mi się ani jedna łza. Co więcej, widok rodowej kaplicy dziadka poluzował supeł, z którym chodziłam od poniedziałku. Szary budynek przypominający miniaturowy kościół z kopulastym dachem na pierwszy rzut oka nie odstawał od jemu podobnych mugolskich. Nieco zmurszały, gdzieniegdzie omszały i pokryty bluszczem, z ciemnymi witrażami w wąskich, strzelistych oknach posiadał tylko jeden niepasujący do reszty akcent — różdżkę w koronie tuż nad ozdobnymi, nieco wytartymi literami układającymi się w słowo PRINCE. Na miejscu czekał już kolejny przyodziany w czerń mężczyzna, pilnując otwartych drzwi. Stojąc na czele pochodu, czułam się dziwnie oderwana od tych wszystkich ludzi — jak gdyby moja rodzina brała udział w jakimś spektaklu, a to czarne, milczące zgromadzenie było jedynie widownią oceniającą nasz występ. 

Trumna wpłynęła powoli przez rozwarte dwuskrzydłowe drzwi i ciche szemranie sukienek i płaszczy odznaczyło się wyraźnie na tle wiatru. Każdy uniósł zapaloną różdżkę i trwał tak, dopóki kaplica się nie zamknęła. Dziesiątki delikatnie wygaszanych światełek zapewne pięknie by wyglądały nocą lub znikające wraz z zachodzącym słońcem, lecz tym razem nie było w tym nic klimatycznego. Szare niebo, szare grobowce, szare, wilgotne uliczki. Czy babkę Jane zachwyciłby jej własny pogrzeb, gdyby miała okazję go zobaczyć? Och, z całą pewnością tak. Miałaby doskonałą okazję, żeby ponarzekać. 

I tyle. To wszystko. Pracownicy zakładu Wieczny Płomień zapieczętowali drzwi i dyskretnie wycofali się, by poinformować zaproszonych o stypie i gdzie należało kierować się do wyznaczonych świstoklików. 

O ile w drodze na pogrzeb w samochodzie dało się wyczuć odrobinę napięcia, droga do Prince Village była go w zupełności pozbawiona — jak jeden z nielicznych powrotów z przyjęcia albo garden party, podczas którego nie wydarzyło się nic, co zdenerwowało ojca. 

Wątpiłam, by ten dom kiedykolwiek widział takie tłumy. Ludzie z Wiecznego Płomienia przystroili główny salon we wspaniałe kompozycje z białych hortensji, lilii, fioletowych michałków i czarnych wstążek, zapalono wszystkie świece, a magicznie rozciągnięty stół, który mógł teraz pomieścić przynajmniej sześćdziesiąt osób, został bogato ozdobiony ciężkimi girlandami kwiatów, wrzosową organzą i posępnymi, czarnymi lampionami. Żałobny wystrój naprawdę zachwycał, ale odniosłam wrażenie, że nikt nawet nie spojrzał na dekoracje, ponieważ wszystkich pochłonęły babcine wnętrza. Każdy chciał zobaczyć, jak mieszkała tamta dziwaczka Prince, jakie skarby kryły ceglane mury niepozornej kamienicy, lecz nikt nie miał odwagi wprosić się do jej właścicielki na herbatę. A teraz wszystkie sekrety ograniczające się do parteru stały otworem przed prawie sześćdziesięcioma parami ciekawskich oczu. 

Przetrwać obiad — to okazało się najtrudniejsze, ale ucieszyłam się, że nie tylko dla mnie. Przytłaczająca cisza kłuła w uszy, wybijając się jeszcze mocniej na tle dźwięków żucia, krojenia i postukiwania sztućców o talerze, ale kiedy nareszcie skrzaty pojawiły się z kawą, absolutnie każdy bez wyjątku mógł odetchnąć z ulgą. W końcu dało się chociaż trochę poluzować ciasny gorset udawanego smutku. Spodziewałam się, że to profesor Slughorn nie okiełzna poczucia humoru, ale śmierć Jane naprawdę musiała go zmartwić, bo wyglądał na szczerze przygnębionego. 

Deser podano w formie szwedzkiego stołu. Napięcie nieco opadło, niektórzy poznikali, zapewne chcąc obejrzeć pozostałe pokoje na dole, część panów wyszła na taras, żeby zapalić, więc i ja natychmiast poderwałam się z krzesła, złapałam pierwszy lepszy kielich i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu jakiejś przychylnej twarzy. Cztery starsze panie, z którymi babcia zdawała się utrzymywać najlepsze relacje, stłoczyły się w kącie tuż przy blacie z napojami i natychmiast zaczęły rozprawiać na tematy, na jakie zwykle rozprawiano podczas stypy, kiedy nikt z rodziny zmarłego nie słyszał. 

— …no i tak to jest… 

— A dopiero zobaczysz, moja droga, jak to będzie! — wykrzyknęła cicho pani Rosier, gestykulując energicznie widelczykiem do ciasta. — Oby nie dostał domu. Złoto zawsze się jakoś odrobi, ale jak gobliny położą łapę na domu… 

Chefsiba Smith parsknęła jak koń, wachlując się energicznie wachlarzem. Gdyby nie misternie ułożona fryzura koloru marchewki, emerytka byłaby nie do poznania w zaskakująco skromnej, czarnej szacie pozbawionej haftów, koronek i diamentów. 

— I co, myślisz, że Jane mu cokolwiek przepisała? Byłaby głupia — odparła cichym, śpiewnym głosem. — Przecież on wszystko przehula. Jestem pewna, że już dawno zabezpieczyła majątek na wypadek własnej śmierci… 

Szybko je minęłam, bardzo nie chcąc zostać wciągnięta do tej rozmowy. Wyglądało na to, że tylko one pozostawały pełne wiary w rozsądek babci, ponieważ zaraz na korytarzu zaleciały mnie zgoła inne komentarze. 

— Była starą dziwaczką, ale trzeba jej oddać: gust miała znakomity. Spójrz, jak misternie wykonane… myślisz, że to prawdziwe? 

— Nie znam się, ale Prince wiecznie zwoził coś z tych swoich wypraw. 

— A, no i już mamy odpowiedź, dlaczego tak niechętnie przyjmowali gości. Założę się, że połowa z tego to nielegalne zbiory… 

Na dźwięk moich kroków kobiece głosy zamilkły i zastąpił je ostry stukot dwóch par obcasów, ale dziś nie byłam w nastroju ani na jedzenie, ani na podsłuchiwanie. Ruszyłam dalej ze swoim nietkniętym drinkiem bezalkoholowym, licząc, że w mniejszym salonie znajdę Ivy albo… 

— O, profesor Slughorn! — zawołałam cicho. Prawie odetchnęłam z ulgą na widok czerwonego nauczycielskiego nosa i zawieszonych pod nim wielkich, miedzianych wąsów. — Jak dobrze, że znalazł pan chwilę. 

Wepchnął sobie do ust resztę olbrzymiej czekoladowej babeczki, a zrobił to z taką miną, jakbym przyłapała go na obgadywaniu pana domu i jego bezcennych rodzinnych zbiorów. Lustrowałam dyskretnie strój Mistrza Eliksirów, podczas gdy on walczył rozpaczliwie z mieszanką kawy i ciasta zaklejającą mu szczęki. Raczej nie spotykałam profesora ubranego w tak stonowane kolory. Bez krzykliwej kamizelki, ekscentrycznego kołnierza i błyszczących guzików, jedynie w czarnej, prostej szacie i dopasowanych spodniach w granatowo-czarne paski przypominał jednego z pracowników zakładu pogrzebowego. 

— Victoria… moja droga… — wydusił z siebie. Teraz już nie tylko nos, ale i resztę twarzy miał czerwoną jak dojrzałe jabłko. — Raz jeszcze chciałbym ci złożyć wyrazy współczucia. To przemówienie na pogrzebie… wiem, że w takiej sytuacji w złym tonie jest krytykować, ale uważam, że tamten człowiek odwalił fuszerkę, ot, co! Nie było w tym ani ziarnka Jane Prince, którą ja znałem. Kobieta twarda, konkretna, z własnym zdaniem, a nie jakieś tam frazesy o łagodnym usposobieniu. Jane i twój dziadek to dopiero były Osobowości, o tak, zupełnie różni w swojej ekscentryczności. 

Poczułam delikatne ukłucie, jakby na wspomnienie dziadków na powrót wstąpiła we mnie odrobina życia. 

— Dobrze pan znał mojego dziadka? — zapytałam. 

— Ach, Lawrence, Lawrence — westchnął, rozglądając się z roztargnieniem po pokoju. — Lawrence zawsze był dla nas zagadką. On miewał takie… momenty, kiedy po zignorowaniu dwudziestu zaproszeń nagle pojawiał się na tej jednej jedynej herbatce. Wszyscy byliśmy oczywiście bardzo podekscytowani, wiadomo, zawsze najbardziej pożądasz tego, czego nie możesz mieć, więc pożądaliśmy opowieści z tych jego owianych tajemnicą wypraw, ale niewiele o nich opowiadał. A później albo wyjeżdżał, albo zamykał się na następny kwartał, wysyłając skrzaty, żeby robiły mu zakupy na Nokturnie. Piekielnie skryty, piekielnie inteligentny, ale jakiś taki społecznie niezręczny, zawsze w swoim świecie. Prawdziwa osobliwość, jak zresztą i twoja babka. Pewnie wiesz, że ich małżeństwo należało do małżeństw aranżowanych… 

— Tak, panie profesorze. 

— No, pewnie i tak bym cię nie zaskoczył, wtedy prawie wszystkie małżeństwa tak wyglądały, ale oni świetnie się dogadywali. — Zawahał się, jakby sobie uświadomił, że powiedział coś nie na miejscu, bo bardzo szybko dodał: — Oczywiście nie miałem niczego złego na myśli, wiele podobnych małżeństw dobrze funkcjonuje, ale Lawrence i Jane, mimo wielu różnic na pierwszy rzut oka, zdawali się rozumieć bez słów. Na tyle, ma się rozumieć, na ile dało się ich razem zobaczyć. A ty, moja droga — pogroził mi palcem, uśmiechając się figlarnie — na moje oko masz sporo ze swojego dziadka. Podobna nonkonformistka, ambitna, dociekliwa, na własnych zasadach… No, no, wróżę ci podobną karierę, moja droga. Ach, która to już! Już po trzeciej. Musiałem poprosić Dumbledore’a, żeby poopowiadał coś moim czwartakom o smoczej krwi, ale z ostatniej lekcji się chyba już nie wywinę… Zaczepię jeszcze kochaną Earth i będę uciekał. Pamiętasz, że możesz wrócić moim kominkiem? 

— Pamiętam. Dziękuję, że pan przyszedł. 

— Oczywiście, moja droga, oczywiście. 

Pomachał mi po królewsku ręką i żwawo opuścił salon, rozglądając się na wszystkie strony. Faktycznie — zegar wskazywał piętnastą dwadzieścia i choć w teorii do zachodu słońca zostało jeszcze trochę czasu, niebo za oknem mocno pociemniało, a szyby znaczyły pierwsze pojedyncze krople. Świerzbek zaczął zapalać dodatkowe lampy. 

Bardzo żałowałam, że nie mogłam wrócić z profesorem Slughornem. Nie miałam nastroju na Klub Ślimaka, ale gorący prysznic, własne łóżko i wrześniowy egzemplarz Eliksirotwórstwa praktycznego w jesienny wieczór brzmiały rewelacyjnie. W zamian za to pokręciłam się jeszcze trochę po holu. Nie było nikogo w moim wieku. Zdesperowana zaczęłam nawet rozglądać się za Sokarisem, ale i on gdzieś zniknął, więc skierowałam niepewny krok w stronę schodów na piętro. Przez cały tydzień mojej wizyty u babci nie śmiałam sama spacerować po jej domu, ale teraz, kiedy cały parter aż pękał w szwach, ten mały grzeszek wydał mi się łatwiejszy do wybaczenia. 

Cisza i przytłumione światła na korytarzu ukoiły moje zmysły, kiedy tylko zostawiłam za sobą panią Rosier, Smith i pozostałe starsze panie wciąż okupujące stolik z deserami. Szwendałam się przez jakiś czas od komody do komody, podziwiając malowidła i wiekowe ilustracje za szkłem wiszące na ścianach, aż nogi same zawiodły mnie do sypialni Jane. Przystanęłam na moment z sercem zastygłym w napięciu, nasłuchując. Z dołu dobiegały kroki i szmery rozmów, ale reszta domu trwała pogrążona w martwej ciszy. 

Mając na uwadze porównanie profesora Slughorna, nacisnęłam klamkę i pierwsze, co mnie uderzyło, to zapach babci. Mieszanka pudru, ciężkich, słodkich perfum i jakiejś korzennej nuty sprawiła, że zawirowało mi w głowie. Zrobiłam pierwszy niepewny krok, później drugi i nie było już odwrotu. Komnata — jak masa innych w tym domu — przytłaczała przepychem. Olbrzymie łóżko z baldachimem ustawione pod ścianą zostało pościelone i nakryte ozdobnym pledem z jakiejś połyskującej, pasującej do zasłon tkaniny. Wszystko wyglądało tu tak, jakby zastygło w oczekiwaniu na panią domu. Świeże lilie w wazonach, nowe powtykane w kandelabry świeczki, które natychmiast rozbłysły, gdy tylko przekroczyłam próg. Na uchylonych drzwiach prowadzących zapewne do garderoby albo prywatnej bawialni wisiały trzy wieszaki — dwa z wyjściowymi szatami i jeden pusty, a na kredensie ktoś odłożył kilka pierścionków i złoty gałgan łańcuszków. Ktoś — zapewne ten, kto przygotowywał babcię do jej ostatniej podróży. Świerzbek? Matka? A może czarni panowie z Wiecznego Płomienia?

Przysiadłam w niskim fotelu przy toaletce, na której wciąż leżały babcine kosmetyki. W szufladzie znalazłam kolekcję szminek, całą masę kremów i enigmatycznych nieopisanych buteleczek, lecz na wierzchu znalazłam tylko puder i czerwoną szminkę. Sięgnęłam po nie i powąchałam. Tak, zdecydowanie tak pachniała babcia. Jeszcze w zeszłym tygodniu mogła tu siedzieć i ścierać pomalowane usta, nieświadoma, że robiła to po raz ostatni. Możliwe, że od dnia jej śmierci nikt tej szminki nie podnosił. Nikt nie odkręcał słoiczka, nie otwierał tej szuflady, dopóki nie weszłam tu i nie naruszyłam spokoju sypialni. 

Znów poczułam gulę w gardle, ale świadomość nieobecności wścibskich oczu pozwoliła łzom popłynąć i już — sunęły powoli po policzkach i zawijały się pod brodą, by zniknąć w kołnierzu z czarnej koronki. Płakałam w sypialni babci Jane — z całą pewnością by tego nie pochwalała. Powiedziałaby: weź się w garść, dziewczyno, wielkie mi co — płakać po starej wiedźmie. Nie masz innych zajęć? Ja w twoim wieku, proszę ja ciebie… 

— Matka panienki prosi panienkę na dół. 

Na dźwięk obojętnego, znudzonego głosu wzdrygnęłam się i upuściłam złoty sztyft tak, że szminka upadła ostro zakończonym wkładem prosto na lakierowany blat. W odbiciu lustra spostrzegłam Świerzbka, który wspaniałomyślnie udał, że niczego nie zauważył. 

— Och… tak, tak… oczywiście… — wybełkotałam możliwie jak najspokojniej, choć serce jeszcze przez chwilę chciało mi wyskoczyć przez usta. — Dziękuję, przekaż, że już idę. 

Ukłonił się bez przesadnej ogłady i zniknął tak bezszelestnie, jak się pojawił. Dopiero wtedy wydobyłam drżącymi rękami różdżkę i posprzątałam bałagan. Udało mi się usunąć ślady szminki, ale nie byłam w stanie odtworzyć smukłego czubka. Lekko spocona wysunęłam się z sypialni, wycierając sobie oczy rękawem. 

Czego matka mogła chcieć? Z całą pewnością niczego konkretnego. Pewnie nie miała ochoty, żebym szwendała się po jej domu, oglądała te wszystkie pamiątki, które… 

Znów się zatrzymałam, tym razem przy innym niedostępnym do tej pory pomieszczeniu. Gabinet dziadka Lawrence’a. Rozejrzałam się, czując jeszcze jeden skurcz w żołądku. Ile razy można zostać przyłapanym na wchodzeniu do pomieszczeń, w których nie powinno się być? Chyba wyczerpałam już swój dzienny limit. 

Co może się stać, jeżeli tylko nacisnę klamkę? Nie zacznie krzyczeć jak w Dziale Ksiąg Zakazanych. 

A jeśli…? 

Przysunęłam się bliżej, tak blisko, że prawie zetknęłam się ramieniem z futryną, uniosłam dłoń i zahaczyłam palcem wskazującym o kawałek zimnego metalu, pociągnęłam lekko… 

Zamek kliknął cichutko. 

Już nie tylko żołądek, ale i całe wnętrzności podskoczyły jak za każdym razem, kiedy butem nie trafiałam na stopień ruchomych schodów. Wyglądało na to, że po śmierci babci wszystkie zaklęcia, które rzuciła na ten dom, przestały działać. 

Choć nie miałam nic wspólnego z dziadkiem odkrywcą, postanowiłam zajrzeć do środka. To mogła być jedyna okazja, żeby czegoś się o nim dowiedzieć, zanim matka postanowi pozamykać tu wszystko na cztery spusty. 

Podobnie, jak do sypialni babci, tutaj również ktoś ostatnio wchodził. Powietrze przesiąkło zapachem pergaminu, starych skórzanych okładek i drewna, ale nie kurzu, a podłoga, choć zawalona całą masą skrzynek, kolumnami książek i posążków, wyglądała na świeżo wypucowaną. Znów — skrzat albo matka. Bałam się zapalić różdżkę, ale przez olbrzymie łukowe okna wpadało całkiem sporo światła. 

Dziadek Lawrence nie był typem porządnickim. Każdy mebel w tym pokoju aż uginał się od książek, wielkich pudeł z rolkami pergaminu, połamanych piór, zmiętych papierowych kulek poplamionych atramentem, globusów, statuetek, szkatułek, pędzelków, farb, brudnych słoików, z których już dawno wyparowała woda, niedokończonych ilustracji i dziwacznych przedmiotów, których zastosowania nie znałam. W kącie za biurkiem dokładnie naprzeciwko okna stała sztaluga i ledwo rozpoczęty szkic na zszarzałym płótnie, pęk zwiniętych map stał oparty o wąską biblioteczkę pełną przeróżnych czaszek i zasuszonych części zwierząt, a na osobnym stoliku w szklanej kasetce na czerwonej poduszeczce leżał szary kolec długości różdżki. Gabinet wyglądał jak zatrzymany w czasie. Z łatwością potrafiłam wyobrazić sobie babcię zamykającą go zaklęciem zaraz po pogrzebie męża. Musiała uprzedzić Świerzbka, by niczego nie ruszać w pokoju pana, nawet tych uschniętych róż w wazonie na parapecie, i dopiero matka musiała zlecić pierwsze porządki, a ich skutki natychmiast rzuciły mi się w oczy. Wystarczyło, żebym weszła głębiej i zamknęła za sobą drzwi. 

Zza zawalonego szatami fotela wystawało coś, co już widziałam w tym domu. Obraz przedstawiający trzydziestoletnią piękność siedzącą na krześle ze śmiesznie niskim oparciem i prezentującą swój wspaniały profil. Zdumiona wspięłam się na podłokietnik i dźwignęłam malowidło za ciężką ramę, a twarz Jane drgnęła i obróciła się w identyczny sposób jak wtedy, kiedy razem z babcią zwiedzałyśmy jej galerię. Poczułam w żołądku ukłucie strachu. 

Stało się dla mnie jasne, że nie powinnam była tu zaglądać. Najwyraźniej matka zrobiła sobie z dziadkowego gabinetu tymczasowy składzik — pytanie dlaczego. W obawie, że któryś z gości mógłby wymóc na niej zwiedzanie domu? Raz jeszcze rozejrzałam się po pokoju, ale nie znalazłam tu żadnych innych ukrytych obrazów. Co jeszcze chciała tu schować? 

Mój oddech przyśpieszył. Mogła tu przyjść w każdej chwili i z całą pewnością pierwsze, gdzie zajrzy, to właśnie do gabinetu dziadka — żeby się upewnić, że jej sekrety pozostały bezpiecznie. 

Zsunęłam się z podłokietnika i rzuciłam się do drzwi, ale coś mnie zatrzymało. 

Jej milczenie. Sekrety. Odpowiedzi bez żadnych konkretnych informacji. Wieczne zwodzenie. Cisza. I ten cholernie beznamiętny wyraz twarzy, jakby matka nic nigdy nie czuła.

A to mogła być moja ostatnia szansa, żeby się czegoś dowiedzieć. Nie miałam pojęcia czego, a poziom zagracenia tego pokoju wcale nie ułatwiał stawiania hipotez. Starając się stąpać na palcach, wróciłam do fotela i zaczęłam zaglądać do piętrzących się wokół pudeł. Szybko się zorientowałam, że w tych zakurzonych i tam, gdzie drewniane wieko się zacinało, znajdowały się pamiątki dziadka, lecz wystarczyło zobaczyć pod fotel i serce znów zabiło mi mocniej. Duże, płaskie pudełko, które stamtąd wydobyłam, wyglądało zdecydowanie dużo bardziej współcześnie. Czując narastające ze strachu mdłości, drżącymi palcami zdjęłam wieko, ale znalazłam tam tylko pożółkłe teczki pełne dziwnego pergaminu zapełnione nieznanym pismem i kopertę z czarno-białymi ruchomymi fotografiami. Wytrzepałam je pośpiesznie na kolana i od razu zauważyłam, że prawie wszystkie zdjęcia zostały siłą pozrywane ze stron albumu. 

Bardzo stare, podniszczone kartoniki płynęły mi przez palce. Większość zdjęć przedstawiała większe skupiska ludzi w zwiewnych, bogato zdobionych strojach, jakie widziałam na obrazach w galerii — to w przestronnych komnatach podczas balów, to na koniach, to pod palmami — ale babcię wyłowiłam tylko na tych kilku pozowanych. Na jednym stała ze starszą kobietą, możliwe, że z własną matką lub babcią, bo obie miały identyczne orle nosy, takie same mocno wyrysowane usta i ostre kości policzkowe, na drugim — radosna i promienna — siedziała na ziemi, wsparta poufale o kolana bardzo przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny w białej, prostej szacie i dokładnie ogoloną głową, to znów zanosiła się śmiechem na jakimś przyjęciu, wtulona w ramię innego łysego chłopaka, tym razem wyraźnie bledszego i wychudzonego, ale zatrzymałam się na dłużej dopiero na fotografii babci i dwójki dzieci. Jane — wyraźnie starsza i już nie tak wystrojona — kucała między dziewczynkami, obejmując je w bardzo matczyny sposób. Choć mogły mieć na oko pięć, może sześć lat, w jednej z nich natychmiast rozpoznałam matkę. Bardzo gęste, ciemne brwi jak dwie prawie złączone ze sobą gąsienice układały się łagodnymi łukami nad lekko zmrużonymi oczami, otwarte w uśmiechu usta prezentowały brak obu jedynek. Na ładnej, okrągłej buzi nie było śladu po powściągliwości, którą tak dobrze znałam. Zaintrygowana obróciłam fotografię i znalazłam tam tylko krótki napis: Earth i Diana, 1941. Zaczęłam jeszcze bardziej nerwowo grzebać w kopercie, ale nie znalazłam niczego z mamą, Dianą czy jakimś innym dzieckiem. Czując, jak kończył mi się czas, przetrząsnęłam pozostałą zawartość pudełka i znalazłam tylko więcej zapełnionego szlaczkami pergaminu i kilka kartek, na których mignęła mi angielszczyzna.

— Victoria! 

Spodziewałam się, że matka w końcu mnie zawoła, ale jej głos i tak sprawił, że wszystko, co zjadłam, podskoczyło mi w żołądku. 

Nie było czasu na gonitwę myśli. W panice wcisnęłam sobie w biustonosz to, co akurat trzymałam, rozsypaną zawartość pudełka wsunęłam na miejsce, pudełko pod fotel i na trzęsących się nogach wypadłam z gabinetu, jakby gonił mnie sam diabeł. Czując pot spływający na plecach, starałam się opanować oddech, choć wiedziałam, że miałam na to zaledwie kilka sekund, bo energiczne kroki matki już zbliżały się do schodów. 

— Idę! — odkrzyknęłam cichutko i zrobiłam dwa wielkie susy możliwie jak najbliżej w kierunku sypialni Jane. 

W tym samym momencie na barierce pojawiła się smukła, kobieca dłoń. 

Prędko przełknęłam z nerwów. 

— Co ty robisz na górze? — zapytała i bardzo wyraźnie usłyszałam w tym groźbę. — Wysłałam po ciebie Świerzbka. 

— Tak, znalazł mnie. Zajrzałam do pokoju babci. 

Zmrużyła oczy, a ja, choć nie poczułam, żeby próbowała zajrzeć mi w myśli, na wszelki wypadek wzmocniłam barierę ochronną. Starałam się wyglądać tak niewinnie, jak to możliwe, dźwigając pod szatą ciężar grzechu kradzieży, dopóki delikatne zmarszczki wokół zaciśniętych warg matki się nie rozprostowały. 

— Twój profesor właśnie wyszedł — oznajmiła, odchyliwszy się nieco do tyłu. 

Zrozumiałam aluzję i natychmiast ruszyłam za nią z powrotem na dół. 

— Dzisiaj jest spotkanie Klubu Ślimaka — wyjaśniłam. 

— Wiem, opowiadał. 

Byłam prawie pewna, że kąciki ust zadrgały jej lekko, a sroga chmura nad czołem nieco się rozproszyła. Ruszyłyśmy powoli pustym korytarzem z powrotem w kierunku głównego salonu, gdzie znów dominowały kobiety. Emocje po przetrząśnięciu rzeczy babci wciąż we mnie buzowały, ale nie mogłam tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego. 

— Co się teraz stanie ze Świerzbkiem? — zagaiłam ostrożnie. — I z pamiątkami po dziadkach? 

— Dziś o dziewiętnastej jesteśmy umówieni u notariusza na odczytanie testamentu — odparła. 

— Och — wyrwało mi się. — No tak… a pojawi się ktoś z rodziny? 

— Ktoś z rodziny? — powtórzyła nieco ostrzej. 

— Nie wiem, babcia miała chyba jakąś rodzinę. Na wakacjach oprowadziła mnie po galerii. Wtedy, kiedy byliście w Rzymie — dodałam szybko, czując, jak temperatura za kołnierzem znów zaczynała mi rosnąć. — Pokazywała mi zdjęcia z jakąś dziewczynką… z Dianą? 

Wstrzymałam oddech, obserwując ją kątem oka, ale twarz matki była jak zwykle niewzruszona. Wpatrując się czujnie w ojca i pana Malfoya rozprawiających nad czymś w kącie, odpowiedziała tym swoim cichym, znudzonym głosem: 

— Babcia już od bardzo dawna nie miała poza nami żadnej innej rodziny. Diana, o której mogła ci kiedyś wspomnieć, była córką siostry dziadka. Nie pamiętam jej dobrze, ponieważ szybko wyjechały z matką do Indii i tam osiadły, nie zjawiły się nawet na naszym ślubie. Kontakt się urwał, nie sądzę, żeby przypomniały sobie o naszym istnieniu po śmierci babci. Mają w Indiach spory majątek. Idę zająć się gośćmi, a ty nie szwendaj się po domu. Niegrzecznie tak znikać.  

Rzuciła mi jeszcze jedno ostrzegawcze spojrzenie i oddaliła się, mijając dwie duże grupy czarownic. Automatycznie spojrzałam na zegarek — pięć po czwartej. Przez trzy godziny z całą pewnością mogłabym się zgubić w tej czteropiętrowej kamienicy. Dopiero gdy matka zniknęła mi z oczu, nareszcie mogłam odetchnąć. Rozmowy z nią bywały ciężkie, ale czasem nie potrafiłam im podołać — jak dziś. Zaczęłam żałować, że w ogóle wspomniałam o Dianie. Po odczytaniu testamentu z całą pewnością wróci do gabinetu dziadka, sprawdzi pudełko i dowie się, że tam szperałam. Przemknęło mi przez myśl, żeby spróbować podrzucić te kartki z powrotem, ale mogłam się założyć o wszystkie moje oszczędności, że kazała Świerzbkowi pilnować góry. 

Pokręciłam się jeszcze po salonie, starając się uśmiechać jak najmniej kwaśno, kiedy pani Smith i pani Rosier próbowały wypytywać o plany na przyszłość (Chefsiba nie omieszkała podzielić się swoim niepochlebnym zdaniem na temat kobiet w eliksirotwórstwie), ale w głowie bez przerwy tłukło mi się to, co ukryłam w staniku. Szybko przeskanowałam parter i doszłam do wniosku, że znajdowało się tu tylko jedno pomieszczenie, w którym nie należało spodziewać się niespodziewanej wizyty. 

Zamknęłam się w łazience na klucz i usiadłam na zamkniętej toalecie, rozkładając na kolanach skradziony pergamin. Już pierwsza linijka pod olbrzymim znakiem graficznym ministerstwa powiedziała mi, że trzymałam w rękach czyjś akt urodzenia — stary i zniszczony, podbity i podpisany w Wydziale Rejestracji Administracyjnej jeszcze przez Tytusa Notta — dziadka Teodora. Zmarszczyłam czoło, próbując odczytać wyblakłą, do przesady ozdobną kaligrafię. 

Diana Elizabeth Prince, 18 grudnia 1938, Londyn. 

A pod spodem dane rodziców: Lawrence i Jane Prince

Poczułam mrowienie w dłoniach i opuściłam na moment dokument, oddychając głęboko. Nie miałam pojęcia, dlaczego byłam w szoku, skoro pierwsze, co przyszło mi do głowy, to właśnie to. 

Kolejna osoba do odnalezienia. 

Przeczytałam dokładnie calutki akt urodzenia, licząc, że może zauważę jakąś adnotację o dacie śmierci, ale niczego takiego nie znalazłam. Sapnęłam zniecierpliwiona i oparłam się o spłuczkę. W kółko wymieniałam w głowie możliwe rozwiązania. Mogłam spróbować wyciągnąć od matki więcej informacji, wślizgnąć się do gabinetu dziadka, zagadnąć którąś z przyjaciółek babci… 

Albo schować zdjęcie i akt urodzenia z powrotem do stanika i udawać, że nic się nie stało. Przeczekać. Wrócić do Hogwartu i tam przeprowadzić śledztwo. W tym przypadku powinno obejść się bez niekończących się posiedzeń w bibliotece, bo miałam wszystkie dane. 

Jakoś przetrwałam do końca tego wieczora, mając zegarek zawsze w zasięgu wzroku, a kiedy nadeszła osiemnasta trzydzieści i goście powoli zaczęli się rozchodzić, w moim żołądku niezauważenie niczym duch znów pojawił się delikatny ucisk. Skoro babcia miała jeszcze jedną córkę, być może w testamencie padnie chociaż jej imię? A co, jeżeli to właśnie z tego powodu matka chodziła przez całe popołudnie taka spięta? 

W odróżnieniu od niej ojciec wydawał się całkowicie zrelaksowany. Przez całą drogę na Pokątną nie rzucił ani jednego przekleństwa na „tych ślepych mugoli” w samochodach, nie narzekał tłum w Dziurawym Kotle ani na siedzibę kancelarii dokładnie na drugim końcu ulicy. 

Kancelaria Flint & Fawley znajdowała się nieopodal Banku Gringotta — dokładnie naprzeciwko urokliwego deptaka z małą fontanną. Oczywiście w dżdżysty, wrześniowy wieczór miał w sobie tyle uroku, co kot napłakał, ale kiedy pani Torres wysyłała mnie czasami na Pokątną, lubiłam tędy przechodzić, zwłaszcza kiedy zachodziło słońce. Mocarny gmach budynku ślicznie kontrastował z delikatnym, różowawym niebem, które łagodziło ciężkość kopulastego dachu i grubych, topornych filarów na froncie. Ale to było latem. Teraz bank straszył w niebieskim półmroku jak cała reszta kamienic otaczających plac. 

Przyjęto nas tak, jak można się tego było spodziewać po Flintach i Fawleyach — oleiście, fałszywie i z ukłonami. Nie czekaliśmy, choć do siódmej zostało niecałe dziesięć minut. Elegancka, trochę zbyt mocno umalowana czarownica na szpilkach zaprowadziła nas na piętro do niewielkiej salki rodem ze Stowarzyszenia Dżentelmenów. Bordowa tapeta doskonale grała z masywnymi skórzanymi fotelami i kanapami w tym samym kolorze, ciemnymi gablotkami i długimi kotarami. Serce pokoju stanowił olbrzymi prostokątny stół na wysoki połysk. Pachniało tu cygarami, męskimi perfumami i czymś wytrawnym, jak gdyby dopiero co częstowano tu kogoś whisky, światło ustawionych tu i ówdzie lamp łagodnie rozpraszało wieczorny zmrok, ale nie na tyle słabo, by męczyć oczy. Właśnie w ten sposób wyobrażałam sobie te kluby dla panów, w których ojciec przepalał czas. 

Przy stole już czekał na nas Bonus Flint, jak wywnioskowałam po tabliczce na drzwiach. Kiedy tylko przekroczyliśmy próg, natychmiast wstał, ale był tak niski i drobny, że w pierwszej chwili tego nie zauważyłam. Włosy miał podobne do Mulcibera — ciemne i rzadkie, z przedziałkiem na bok, gdzie połyskiwało mnóstwo srebrnych niteczek. Ukłonił się mnie, matce i Ivy, Sokarisowi i ojcu podał rękę, uśmiechając się przy tym tak przymilnie i słodko, że na sam widok zbierało się na wymioty. 

— Zapraszam państwa, proszę usiąść, proszę — wysapał, wskazując nam miejsca przy stole, po czym sam opadł na jedno z wyściełanych krzeseł, przygotowując sobie neseser. — Zanim zaczniemy, prosiłbym państwa o wylegitymowanie się. Oczywiście to tylko formalność. 

Sprawdził nasze różdżki długim, metalowym prętem, a robił to z taką miną, jakby w każdej chwili spodziewał się, że któraś z nich zmieni mu się w ręce w gumową rybę. Przyglądałam się temu lekko zestresowana i odniosłam wrażenie, że teraz, kiedy już zaraz miało dojść do ogłoszenia testamentu, reszta Hortusów również siedziała jak na szpilkach. Ojciec wychylił się lekko do przodu, miażdżąc sobie kciuki w zaciśniętych pięściach, Sokaris wpatrywał się w notariusza jak w święty obrazek, zestresowana Ivy wodziła wzrokiem po ścianach i nawet matka nie potrafiła do końca ukryć zdenerwowania. Mięsień nad jej żuchwą to napinał się, to rozluźniał, jakby Earth dyskretnie żuła gumę. Stłumione bębnienie deszczu o szyby zdawało się brzmieć dziesięć razy głośniej niż zwykle. 

— Znakomicie, znakomicie — mamrotał do siebie, po czym odchrząknął i dodał dużo bardziej wytwornym tonem: — Spotkaliśmy się w celu otwarcia i ogłoszenia testamentu świętej pamięci Jane Prince, zmarłej trzynastego września 1974 roku. Zanim zaczniemy, chciałbym potwierdzić, iż testament został sporządzony w kancelarii Flint & Fawley dwunastego czerwca 1967 roku, umieszczony w Rejestrze Testamentów w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a po śmierci Jane Prince został przeniesiony do tutejszego depozytu. Dziś nastąpi jego oficjalne otwarcie i odczytanie. 

Wydobył z teczki drewnianą szkatułkę, a z niej rolkę pergaminu z czerwoną pieczęcią, którą przełamał. Na ten widok serce zabiło mi mocniej. Czy Bonus Flint spodziewał się, że zjawi się tylko jedna córka? A może druga już dawno przeniosła się na tamten świat? Trudno było wyczytać coś konkretnego ze zwodniczego uśmieszku notariusza. 

— Ja, Jane Prince — zaczął czytać — będąc w pełni władz umysłowych, oświadczam, że na wypadek mojej śmierci ustanawiam zapis polegający na obowiązku przekazania przez mojego głównego spadkobiercę kwoty dziesięciu tysięcy galeonów na Szpital Świętego Walentego w Hastings, pięciu tysięcy galeonów na Szpital Świętego Munga, pięciu tysięcy galeonów na Fundację Wsparcia Czarodziejów i Czarownic Bez Pamięci oraz trzech tysięcy galeonów na Stowarzyszenie Pomocy Tysiąca Łap. Mojej córce Earth Hortus przekazuję dziesięć tysięcy galeonów oraz zapewniam kwartalną sumę czterystu pięćdziesięciu galeonów. Mojemu zięciowi Henrykowi Hortusowi przekazuję kwotę trzech tysięcy galeonów na spłatę przeszłych zobowiązań. Mojemu wnukowi Sokarisowi Hortusowi przekazuję jednorazowo osiem tysięcy galeonów oraz zapewniam kwartalną sumę trzystu galeonów. Ponadto czynię moją wnuczkę Victorię Hortus moją główną spadkobierczynią i pozostawiam jej w drodze zapisu prawnego majątek Village Prince, wszystkie rodzinne pamiątki, złoto i wszystkie kosztowności znajdujące się w mojej skrytce w Banku Gringotta, pamiątki rodzinne oraz prawo do pełnego dysponowania wszystkimi skrzatami domowymi przynależnymi do majątku Village Prince. Testament sporządziłam własnoręcznie i podpisałam. Londyn, ulica Pokątna, dwunasty czerwca 1967, Jane Prince. 

Flint wyrecytował jeszcze jakąś notarialno-prawną formułkę, która przepłynęła mi przez głowę jak niezmącony niczym górski strumień — szybko i czysto, nie zostawiając w niej żadnego śladu. Słyszałam dudnienie własnego serca i szmer przyśpieszonego oddechu, gdy czarodziej podtykał nam kolejno jakieś dokumenty do podpisania. Atmosfera w sali zdawała się przytłaczać, jak gdyby ktoś postanowił ścisnąć nas razem z całym powietrzem do wielkości paczki gum do żucia. 

Nie docierało do mnie to, co usłyszałam, aż Sokaris jako jedyny z naszej piątki przerwał tę klątwę milczenia, parskając śmiechem. 

— W sumie to było do przewidzenia — powiedział bez żalu. — Ciebie z nas wszystkich nienawidziła najmniej. 

 

~*~

 

Mam wrażenie, że za dużo punktów pcham sobie do rozdziałów, bo znów wyszło mi ponad 12k słów. Ale i tak bardzo dobrze się bawiłam, zwłaszcza podczas pisania drugiej części rozdziału. W sumie idealnie się złożyło czasowo, bo klimat dosyć ciężki, listopadowy, a pisałam to w listopadzie. Patrząc na ilość słów, dobiłam prawie do połowy NaNo, napisałam w jego trakcie już prawie dwa rozdziały na „Chwałę”, więc pewnie musnę kawałek rozdziału 25 i przerzucę się na chwilę na „Siostrzenicę”.