Skład orzekający postanawia rozwiązać przez rozwód związek małżeński bez orzekania o winie - Naim Saleha wypowiedział to zdanie tak znudzonym, monotonnym głosem, jak gdyby robił to przynajmniej dziesięć razy dziennie. I zapewne właśnie tak było, ale Imhotep był pewien, że jemu będą dudnić w głowie do końca życia.
Drugi lutego - rokrocznie mijał tę datę w kalendarzu świadomie od jakichś czterdziestu lat, nieświadomy, że od 1998 roku będzie wspominał ją jako datę swojej największej porażki. A jednak w momencie, gdy mokry od potu Saleh i ławnicy opuścili salę, Imhotep doświadczył ulgi, jak gdyby nieporęczna skała o wadzie sądowego gmachu spadł mu z barków i nareszcie mógł się wyprostować. Czuł przy tym pewną boleść, ale była zadziwiająco przyjemna, odświeżająca po wielu miesiącach w niewygodnej pozycji z olbrzymią piramidą na plecach. Nie było mu nawet w połowie tak przykro, jak pod koniec ich ostatniego spotkania mediacyjnego. Co więcej, pojawiło się nawet coś na kształt obojętności wynikającej z przedłużającego się zmęczenia.
Poczuł pewną niezręczność, gdy przed salą Teti odkleiła się od rodziców i podeszła, żeby mogli uścisnąć sobie ręce na pożegnanie. Wiedział, że nie będzie to ich ostatnie pożegnanie. Przecież mieli jeszcze mnóstwo wspólnych spraw do załatwienia. Sprawy majątkowe, sprawy dotyczące mieszkania, skrzatów domowych, ustalenie regularnych przepływów złota ze skrytki Imhotepa do skrytki Teti…
Ale ten uścisk dłoni był dla niego symboliczny.
Jak wszystko, pomyślał z goryczą.
W tej samej chwili miał ochotę się roześmiać, tak było mu głupio, ale poczuł się jak błazen, gdy spostrzegł wąziutki pasek łez w oczach swojej żony.
Byłej żony, upomniał go nieprzyjemny głosik tonem, który niebezpiecznie przypominał głos jego ojca.
I tak oto Ahmed i Nadia El-Said przestali istnieć - dokładnie tak, jak przepowiadał Pepi. Ten Pepi, który gardził jasnowidzeniem i jako pierwszy wyrzuciłby wróżbiarstwo ze szkoły, gdyby miał taką moc.
Do mieszkania wrócił sam. Piechotą.
Kolejny powód, żeby dać Pepiemu powód do narzekania, gdyby tylko Pepi żył. A nawet jeśli, to syn wracający piechotą z rozprawy rozwodowej z Tetiszeri El-Shenawy z całą pewnością wpędziłby go do grobu, jak Pepi zwykł mawiać.
Droga powrotna zajęła mu dobre czterdzieści minut, ale pogoda była akuratna na spacer. Promienie słońca rozmywały się na plecach jasnoszarych chmur, tworząc w centralnym punkcie nieba ledwo widoczny biały okrąg.
Początkowo stanowisko szefa kancelarii ministra bardzo mu ciążyło, ale teraz cieszył się, że mógł zająć głowę czymś innym. A było czym. Teraz, kiedy Ibn Raham jeździł na spotkania z wyborcami i kampania wyborcza pochłaniała większość czasu ministra, biuro miało dwa razy tyle pracy. Imhotep mógł nie znosić Osamy, ale musiał przyznać, że Ibn Raham - mimo braku znakomitego wykształcenia i nieskazitelnego wizerunku - miał doświadczenie i rubaszny sposób bycia, którym zacierał wszystkie niezręczności, które jego wyborcy mu wybaczali, a adwersarze wzurszali ramionami, mówiąc “Cóż, Ibn Raham”.
Farisowi też musiał przyznać rację - im bielsza szata, tym lepiej widoczna plama.
Droga powrotna zajęła mu mniej czasu, niż zakładał - pewnie dlatego, że nie był w stanie iść spacerem. Nogi wiodły go szybko i niecierpliwie, jak gdyby w apartamencie na szesnastym piętrze czekał na niego zapakowany w kolorowy papier spokój. Imhotep go czuł - towarzyszył mu od momentu ogłoszenia wyników, ale był jakiś powierzchowny.
Całe szczęście do wyborów zostały jeszcze pełne cztery miesiące. Do tego czasu powinien przyzwyczaić się do pustki, które teraz rozgościło się na dobre w jego sercu i oczekiwało uwagi. Wspinając się po schodach, analizował pochodzenie owej pustki. Wygrzebał z pamięci swoje pierwsze miłostki z czasów szkolnych - te, które nie kończyły się nie z jego inicjatywy, pamiętał przede wszystkim rozdzierający ból, wrażenie, że nie spotka nikogo tak wyjątkowego i dziwaczne, chyba najbardziej nieprzyjemne uczucie pustki. Osoba, z którą wymieniał się romantycznymi liścikami na lekcjach, dzielił się plotkami z kółka miotlarskiego, dla której kradł olbrzymie, śmiejące się róże z ogródka nauczyciela obrony przed czarną magią - znikała. Nie było komu kraść kwiatków, wymieniać się liścikami i plotkować, choć przecież zawsze towarzyszyły imhotepowi tabuny kolegów i koleżanek. Tym razem czuł się tak samo, ale uczucie bólu nie było tak ostre. Właściwie pozostał tylko jego słaby cień z dnia, kiedy Teti oświadczyła mu, że chce rozwodu.
Nie potrafił tego zrozumieć. Przecież te drobne rzeczy, których brak powinien teraz odczuwać, już dawno nie były obecne w ich małżeństwie. Robiąc sobie drinka w świeżo urządzonym salonie, wrócił pamięcią do dni, kiedy jeszcze z Teti coś ich łączyło.
Na Horusa, kiedy to było…
Śniadania do łóżka. Tak, w dnie wolne, kiedy mogli dłużej pospać, robili sobie śniadania do łóżka. Przeważnie robiła je Teti, bo to ona była rannym ptaszkiem. Właściwie kiedy przestali? Imhotep poczuł bolesny skurcz w żołądku - pierwszy tego dnia.
Przestali, ponieważ Imhotep przestał bywać w domu w dni wolne od pracy. Wstawał przed Teti i nie myślał o tym, bo Dżahmes oczekiwała go w Kemmhyt. Powrót Czarnego Pana, narodziny księcia, ta dziwna bitwa Sachmet… A kiedy znów zaczął bywać w Ityhii, nawet nie zauważył, że Teti nie budziła go już z pachnącą kawą i ta’ameyą na tacy. I czytali sobie nawzajem swoje horoskopy na nadchodzący miesiąc. To Teti zawsze wybierała mu tiary i turbany, żeby pasowały do szat, a kiedy Imhotep wyjeżdżał za granicę, zawsze przywoził jej śnieżną kulę.
Jak to możliwe, że jeszcze wtedy nie odczuł tego braku?
Kiedyś był ostatni raz, kiedy przeczytali sobie na głos horoskop, kiedy Teti wręczyła mu tiarę ze słowami “No, teraz wyglądasz jak prawdziwy czarodziej”, a on kupił ostatnią kulę, nawet nie wiedząc, że nie będzie tego pamiętał.
Z kuchni wybiegł Mju - zdyszany i wystraszony, tak, jak Imhotep podejrzewał. Od czasu, kiedy zamieszkał tu na stałe, mieszkanie wyglądało znacznie lepiej, chociaż podejrzewał, że najwięcej do powiedzenia w tym temacie miało pojawienie się skrzata domowego - w każdym razie białe pokrowce zniknęły z mebli, a one same odnalazły swoje miejsca w niezagospodarowanych pomieszczeniach apartamentu przy Placu Ozyrysa. Imhotep - od zawsze hołdujący zasadzie “każda okazja jest doskonałym pretekstem do świętowania” - w przeszłości nakazałby Mju urządzenie przyjęcia w jakimś konkretnym stylu albo z motywem przewodnim. Wszyscy goście przebraliby się za siebie nawzajem albo transmutowali kolor skóry w kolory swoich ulubionych drinków, a w powietrzu unosiłyby się bańki wypełnione alkoholem, które wystarczyło nakierować różdżką wprost do swoich ust. Ale w tym samym momencie zdał sobie sprawę, że byłby skłonny zrobić to jeszcze dokładnie rok temu, lecz teraz pomysł takiego przyjęcia wydał mu się absurdalny.
Imhotep nie dojrzał przez ten rok.
Bynajmniej.
Przyjęcie z alkoholem lewitującym mu nad głową z całą pewnością pomogłoby mu oderwać głowę od wszystkiego, co przyziemne, ale był tak wykończony, że sama myśl o hałasie i obecności ludzi w jego mieszkaniu wywoływała przykre podrażnienie.
Kiedy stał się tym znudzonym, narzekającym na wszystko mrukiem? Nie przypominał sobie, żeby ostatnio przebierał się za Paramessu.
- Pani Sitre przysłała rano zaproszenie na kolację. Co Mju ma odpisać? A może pan sam zechce naszkicować odpowiedź?
Popatrzył znad kieliszka na sędziwego skrzata i prawie parsknął w swoje wino. A jednak - nadal ją idealizował. Pierwsze, co odtworzył w tej chwili jego mózg, to liczne klatki wspomnień z momentów, kiedy Teti uczyła tego starego gbura ładnie odnosić się do niej i do Imhotepa, a on nawet nie był pewien, czy większość z tych rzeczy naprawdę się wydarzyła.
Bo to wcale nie tak, że Mju zaczął traktować ich z pełnym szacunkiem dopiero po śmierci Pepiego.
- Nie, Mju. Dzisiaj nie chcę nikogo widzieć.
- Jak pan sobie życzy.
Skłoniwszy się, wymaszerował z salonu - wolniej i z obojętną miną przyklejoną do pobrużdżonej twarzy przywodzącej na myśl bardzo bladego, bezwłosego nietoperza z długą do pasa brodą.
Opadł na fotel przed kominkiem i wyciągnął przed siebie nogi. W palenisku czerwieniły się resztki zwęglonego drewna, dając już bardzo niewiele ciepła, ale temperatura w Kairze ostatnimi czasy prawie rozpieszczała. Imhotep nie pamiętał, kiedy ostatnio widział swoje nowe mieszkanie w świetle dnia. Spędzał tu tak niewiele czasu, że wciąż zapominał, w której szufladzie trzymał skarpetki i czy buty znajdowały się w garderobie, czy w wielkiej szafie tuż przy drzwiach wyjściowych z apartamentu. Jeszcze nie tak dawno myślał, że będzie tęsknił za domem, w którym zamieszkali z Teti zaraz po ślubie, ale teraz czuł, jak mocno ciągnęło go do Kemmhyt. Tam nic nie przypominało mu o jego byłej żonie. Kemmhyt stanowiło pewną tarczę przed zatroskaną Sitre i matką, w której wraz pierwszą rozprawą obudził się bardzo oschły instynkt macieżyński.
Zerknął na zegar stojący na stylowym gzymsie kominka - dobiegała czternasta.
To właściwie nic nie znaczyło. Dżahmes mogła być wszędzie o każdej porze dnia i nocy.
Mimo to przywołał sobie proszek Fiuu - Mju przesypał go już do nowego, kamiennego pojemnika w kształcie otwieranej głowy sokoła. W następnej chwili Imhotep już klęczał na piekielnie niewygodnej podłodze i z głową w szmaragdowozielonych płomieniach rozglądał się po znajomym gabinecie setki mil od Ityhii. Obawiał się, że wtargnie w sam środek rozmowy, ale w pomieszczeniu było zaskakująco głucho. Żadnych kroków, ożywionych dyskusji, wędrujących tu i tam stóp. Usłyszał tylko nierówne skrzypienie pióra, które prawie natychmiast ucichło i Dżahmes wychyliła się zza biurka. Niewielka zmarszczka między brwiami rozprostowała się, by za moment mocniej się pogłębić, a wzrok musnął coś, co wyglądało na kalendarzyk na drewnianej podkładce.
- Już po wszystkim?
- Tak, tak, właśnie wróciłem - odpowiedział. Był zaskoczony, z jaką beztroską to zrobił, tym bardziej, że wcale nie poczuł, żeby uśmiech dosięgnął mu oczu. Miał wrażenie, że ktoś rzucił zaklęcie zamrożenia na górną część jego twarzy. - Tym razem… W KOŃCU bez komplikacji. Pewnie Saleha sam był znudzony, poza mną i Teti poprosił o wypowiedź tylko mediatora. Przerwa trwała dłużej niż odczytanie orzeczenia i nasze zeznania.
Zapadła pełna skrępowania cisza, a Imhotep czuł, jak Dżahmes lustrowała go spojrzeniem, jak gdyby oceniała, czy w kontrze powinna była zachować powagę. Ale on chyba tego nie chciał. Zrobiło mu się głupio na samą myśl, że ktoś miałby się nad nim użalać.
Właśnie dlatego odmówił kolacji u Sitre.
W lipcu skończy czterdzieści sześć lat, to byłoby śmieszne. Może właśnie dlatego postanowił najpierw powiedzieć Dżahmes. Bardziej szorstkiego, niezręcznego wsparcia mógł szukać tylko u Amenii.
Dżahmes odłożyła na chwilę pióro, ale zaraz znów chwyciła go w palce i poczęła ugniatać uchwyt. Z twarzą pozbawioną makijażu i bez ogromnej, wymyślnej peruki na głowie wyglądała jak zupełnie młoda dziewczyna. Widać trafił na jej typowy urzędowy dzień, bo poza dwiema złotymi obręczami na widocznym ramieniu nie miała na sobie żadnej rzucającej się w oczy biżuterii, włosy spięła w wysoki, niedbały węzeł. Zniknęły prawie wszystkie ślady po wyczerpującej ciąży i chorobie, nawet zapadnięte policzki zdążyły już nieco się wypełnić - w przeciwieństwie do tego, co sam Imhotep widywał na co dzień w lustrze. Całe szczęście nie musiał się golić.
- Jak ustaliliście podział majątku? - zapytała, chyba uznawszy, że potrzebowała dłuższej obserwacji. - Kiedy moja matka się rozwodziła, małżeństwo rozwiązano bardzo szybko, ale sprawy majątkowe ciągnęły się latami. Gdyby Hortusowi tak zależało na innych sprawach, jak na tym domu i złocie…
- Trzeba najpierw ustalić, o co Teti może się ubiegać. Oczywiście - uśmiechnął się z większą łatwością - Teti o nic nie chce się ubiegać. Jest na to zbyt dumna. Ale zgodziła się na comiesięczne świadczenia z mojej strony.
Spostrzegł dziwny, ledwo dostrzegalny grymas, który zniknął pod chmurą frasunku - cokolwiek sobie pomyślała, zachowała to dla siebie, a Imhotepowi taka dobroduszność w zupełności mu wystarczała.
- Co do twojego majątku w Kemmhyt i w Sacher… - zaczęła, ale przerwał jej, kręcąc głową.
- Wszystko załatwiłem jeszcze przed pierwszą rozprawą, naiwnie się łudząc, że nasz przypadek będzie inny.
Wydęła usta w wymuszonym uśmiechu.
- Wszystkim tak się wydaje. - Odłożyła pióro i wyprostowała się. - Gdybyś potrzebował odpocząć, to w Sacher…
Tym razem to on miał ochotę westchnąć.
- Nie potrzebuję odpoczynku.
- A ja myślę, że potrzebujesz. - Gdzieś zniknęła ta odrobina łagodności i troska w jej głosie, pozostawiając surową formalność. I to już mu się nie podobało. - Pamiętaj, jaka jest stawka. Nie mogę pozwolić ci ryzykować, kiedy nie jestem pewna, że nie jesteś w stanie poświęcić się temu w stu procentach.
Niezadowolony poprawił się na kolanach, które zaczynały już cierpnąć. To, że Mju rozłożył przed kominkiem gruby dywan, nie zwiększyło komfortu klęczenia w niewygodnej pozycji z pochylonymi plecami i zadartą głową. Imhotepowi natychmiast mignął przed oczami Faris.
Żałował, że w ogóle pomyślał o kontakcie przez kominek. Znów dał za wygranę sentymentom. Wystarczyło wysłać list z krótką informacją dotyczącą sfinalizowania rozwodu i wyjść z Amenią na hibiskusowe piwo.
- Jestem - zapewnił ją gorliwie, zupełnie wymazując z twarzy tamten sztuczny, cwany uśmieszek. - Jestem tam na co dzień, nie musisz mi przypominać, co się stanie, jeśli zostanę zdemaskowany.
- Jeśli ktoś powiązany z Hurijem cię zdemaskuje - poprawiła go. Głos miała opanowany, ale spojrzeniem przeszywała jak szpilą. - On wie, że stracił kontrolę nad Ibn Rahamem. I dopóki podejrzewa, że teraz kontroluje go Czarny Pan, a w biurze ministra kręcą się śmierciożercy, będzie ostrożny. Chroni nas tylko jego strach.
Wiedział o tym, ale dopiero teraz, kiedy zostało to zwerbalizowane, błysnął mu w głowie jeden pomysł.
- Może gdybyśmy mieli w biurze jednego śmierciożercę w przebraniu, bylibyśmy bezpieczniejsi.
Pokręciła głową. Znów wyglądała na szczerze zmartwioną.
- Myślałam o tym. Ale nie mogę blokować śmierciożerców przez tak długi czas. Wystarczy, że Czarny Pan umieścił kilku w domu moich rodziców. Poza tym potrzebuję ich jeszcze do jednej sprawy. Kwestię biura Ibn Rahama muszę powierzyć moim ludziom - odparła i znów ten sam cień niedopowiedzenia przemknął przez jej twarz. - A właściwie twoim. Wiem, że ty jeden nigdy nie postąpiłbyś rozmyślnie przeciwko mnie. Nie odsuwam cię od obowiązków. Potrzebujesz odpoczynku. W przyszłości, kiedy Snofru zdecyduje się odejść z rady, ciebie widziałabym przy stole na miejscu kanclerza. Na dłuższą metę ucieczka niczego dobrego nie przyniesie. Wiem, byłam w tym samym miejscu szesnaście lat temu.
Poczuł się nieswojo z tą niespodziewanie złożoną obietnicą, zwłaszcza że królowa nigdy nie sugerowała czegoś podobnego. Może ze względu na ich rodzinne powiązania, a może dlatego, że nawet Imhotep sam nie widział w sobie potencjału do uprawiania polityki. Pepi od początku miał mu to za złe. Że ostatecznie to Ahmed Lock-Nah - ten łagodny, ugodowy Ahmed, którego ojciec nie szanował za wszystkie te dobre cechy, a zwłaszcza za łagodność i ugodowość - a nie sam Pepi miał szansę wywyższyć swoją rodzinę ponad resztę.
Jak gdyby jego własna nie była już dostatecznie wywyższona.
Ale Imhotep poczuł się jeszcze dziwniej z tą radą, bo dobrze wiedział, do czego się odnosiła. I właśnie tamta sytuacja lata temu pierwszy raz dała mu do myślenia: być może nie znał Dżahmes tak dobrze, jak mu się wydawało. Albo nie potrafił do niej dotrzeć - jedno z dwóch. Ale skutek był jeden - nigdy nie rozmawiała z nim o tym, jak przeżyła upadek Czarnego Pana. Po prostu rzuciła się w wir pracy i dzięki temu przetrwała, tak, jak i on próbował przetrwać.
- W tym momencie potrzebuję zajętej głowy - powiedział zgodnie z prawdą. - Jestem w stanie to udźwignąć.
Przyglądali się sobie w napięciu jeszcze przez jedną krótką chwilę i Dżahmes skinęła głową.
- Dobrze. Wierzę ci - odparła krótko.
Dopiero teraz spostrzegł, jak była zmęczona. Niezdrowy cień nie opuszczał jej czoła, rozlewał się pod oczami i w kącikach ust, jak gdyby ostatnio ciągle zaciskała wargi. Poczuł nawet idiotyczne ukłucie wyrzutów sumienia, kiedy zostawiał ją samą przy biurku, ale wiedział, że tylko w ten sposób mogli pomóc sobie nawzajem. Zadaniem Imhotepa było wyłącznie dotrzymać słowa.
Dopiero z czasem zauważył, że sugestia Dżahmes mile połechtała jego ego.
Aż sam był zaskoczony.
I nie chodziło tu o samo przejęcie stanowiska Snofru - pomimo, a może właśnie dzięki antypatii ojca wobec starego kapłana Imhotep od zawsze bardzo cenił Snofru. Opinią Pepiego na temat kompetencji innych przestał się przejmować, kiedy skończył cztery lata - Pepi nie lubił nikogo, za to każdego uważał za pozbawionego kompetencji nieudacznika.
Po prostu zupełnie niespodziewanie Imhotep poczuł się doceniony za ogrom ciężkiej pracy, którą wykonał, by zdemaskować Farisa. To smakowało znacznie lepiej niż wszystkie ukłony i pełne szacunku składanie rąk do kolan tylko dlatego, że kiedyś - całe wieki temu - Imhotep Któryś Tam ożenił się z Jakąś Tam Jah, dając początek Wielkiemu i Starożytnemu Rodowi Hanifów.
Chyba jednak ta wizyta w kominku królowej nie była taka bezcelowa. W każdym razie doglądanie Ibn Rahama i wykonywanie obowiązków szefa kancelarii ministra stało się odrobinę mniej nużące. Pozostając w cieniu ministra, czuł się prawie zupełnie spokojny - na tyle, na ile można doświadczać spokoju, wiedząc, że od jego wiarygodności zależała przyszłość Kemmhyt.
Czuł się zdecydowanie lepiej, kiedy nie wybiegał myślami tak daleko w przyszłość.
Nawet nie zauważył, kiedy między listami z ministerstwa, pałacu i domu rodzinnego zawieruszył się jeden od Teti. Chciał to zrzucić na zmęczenie, choć tak naprawdę nie spodziewał się wiadomości od niej - nie tak szybko, zaledwie pięć dni po ogłoszeniu rozwodu. A raczej trzy, sądząc po dacie w górnym prawym rogu. Widok znajomego pisma - późnym wieczorem po całym dniu pracy i dziesięcioma godzinami snu na dwie doby - nie spowodowała sensacji w żołądku Imhotepa, jakich mógłby się spodziewać w zacisznym ogrodzie swojej rezydencji w Sacher, ale i tak poczuł nieprzyjemne ukłucie niepokoju.
Imhotepie - tak się zaczynało. Sucho i bez zbędnych ozdobników.
Kolejna szpileczka.
Od teraz wszystko, co będzie się tyczyć podziału majątku, omawiaj, proszę, z Hegazim. Myślę, że chyba byłoby dla nas najlepiej, gdybyśmy oboje powierzyli tę sprawę naszym prawnikom, Tobie też przyda się odpoczynek. Ale zrobisz, jak uważasz. Ja z całą pewnością tego potrzebuję i wydaje mi się, że całkowity brak kontaktu pomoże nam wszystko sobie poukładać, spojrzeć na to z innej perspektywy. Piszę ten list już nie wiem który raz, ale nie wiem, jak mogę to ująć w słowa, żeby nie brzmiało to jak nadzieja na drugą szansę. Chyba nie da się inaczej, niż napisać wprost - nie chcę dawać nam drugiej szansy, ale chciałabym, żeby pierwsze tygodnie naszego NAPRAWDĘ osobnego życia przebiegły jak najlepiej. Tak, żebyśmy później mogli bez żalu porozmawiać ze sobą na urodzinach Jaret, przywitać się na mieście, kiedy przypadkiem się spotkamy, przedstawić sobie nawzajem nowych partnerów. Fantazjuję. Do tego punktu jeszcze długa droga, ale bardzo bym chciała, żeby minęła nam bez zbędnych trudności, stąd moja decyzja.
Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Naprawdę.
Odwrócił pergamin, ale na drugiej stronie nie było już żadnego postscriptum. Długo wpatrywał się w imię Teti wypisane jej ładnym, wymyślnym pismem. On sam nie przykładał do tego wagi. Korzystał z samonotujących piór albo ze skrybów - jak większość bogatych ludzi ze sfery, bezrefleksyjnie powtarzając schematy przodków zatrudniających skrybów tylko dlatego, żeby podkreślić swój status.
Przyjął to ze spokojem. Ostatecznie właśnie tego się spodziewał, choć liczył raczej na wygaszenie kontaktów, a list od Teti - i to z tak bezpośrednią prośbą - był dla niego jak policzek.
Sięgnął po kieliszek z winem, ale w połowie drogi cofnął rękę i jeszcze raz przeczytał list. Możliwe, żeby już kogoś miała? Oczywiście. Miała klasę, wykształcenie, temperament, była piękna… i wolna. Być może miała kogoś już wtedy, kiedy oznajmiła mu, że to koniec, tylko potrzebowała zapewnienia z tej drugiej strony…?
Natychmiast uciął te myśli, ale żołądek i tak wypełnił mu się palącym poczuciem winy.
Ego wołało o taki powód rozpadu małżeństwa. Zwłaszcza ego Imhotepa, dopieszczane przez tabuny kobiet, przyjaciół i całej śmietanki towarzyskiej, którą spijał wedle własnych upodobań. Ale w tym jednym musiał regularnie fundować sobie zimny prysznic z rozsądku.
Przecież wciąż ją kochał. Tylko ona jego już nie.
Praca w biurze ministra łagodziła tylko część bolączek Imhotepa. Czuł pod skórą, a właściwie był tego zupełnie pewny, że gdyby apartament przy Placu Ozyrysa poza ochrypłym mamrotaniem Mju wypełnił jakiś kobiecy głos, byłoby mu łatwiej. Nie musiał się specjalnie zastanawiać, wystarczyło, że fantazja sama podsunęła mu na myśl przynajmniej dwie kandydatki, ale on sam miał wątpliwości, czy w ogóle tego chciał.
Całkiem odświeżające, pomyślał, uśmiechając się gorzko pod nosem. Przewijać w wyobraźni twarze inne niż twarz byłej żony i ministra magii.
*
Całe szczęście w lutym nie było już takich upałów. Nie wytrzymałaby w szacie śmierciożercy w tym potwornym ukropie. Była pewna, że latem termometr pokazywał w środku przynajmniej czterdzieści stopni - nawet mimo odświeżanych regularnie zaklęć chłodzących. W domu Cyzi stroiła się zawsze do okazji, tak, jak lubiła, ale nie tu. W Kemmhyt musiała na każdym kroku podkreślać swoją przynależność do Czarnego Pana. Nie zniosłaby, gdyby komuś zakwitło w głowie, że mogła należeć do tego dworu.
Albo - aż wstrząsało ją na samą myśl - że mogłaby być JEJ sługą…
Na szczęście przebywała w zamku tak mało, jak tylko mogła, właściwie tylko wtedy, kiedy potrzebowała odpocząć, ale Bellatriks już dawno opanowała odpowiednie zaklęcia i eliksiry, które pozwalały jej nie spać i nie jeść przez wiele godzin, pozostając tak skoncentrowaną i spokojną jak po dobrych wakacjach. Wymieniała się z Rabastanem, śledząc na zmianę dziwną trójkę: Hurija Lock-Naha, jego żonę i kuzynkę.
Bellatriks nie pytała. Sobekemsaf dała im dokładne wskazówki, by nie musieli się z nią więcej spotykać.
- Jesteś przede mną - zauważył Rabastan, zaglądając do pokoju. - Przez cały dzień wyszła tylko do centrum handlowego, ale nic nie kupiła. To chyba pierwsza baba, która idzie na zakupy i niczego nie kupuje. Chociaż co ja się dziwię, co ona miałaby kupować? Przecież te ich wory niczym się od siebie nie różnią. Ze cztery razy prawie ją zgubiłem, a wchodziła do takich sklepów, gdzie mila kwadratowa przypada na jedną parę butów…
Spojrzała na niego przez ramię, nie kryjąc zażenowania.
- Jesteś takim ignorantem, Rabastan - rzuciła cicho i odsunęła się od drzwi balkonowych.
Okna jej pokoju wychodziły na tyły pałacu, tak, że Bellatriks widziała wąski fragment ogrodu palmowego, skały i część wojskową - nie był to najbardziej atrakcyjny widok, jaki można było sobie wymarzyć, ale ona była zadowolona. Gmach odcinał światło miasta, tak, że kiedy spojrzało się w dal, widać było tylko ciągnącą się w nieskończoność ciemność pustyni i granatowe sklepienie nieba - nocą do złudzenia przypominające wrzosowiska otaczające Malfoy Manor. Tylko gwiazdy były lepiej widoczne, nawet tuż za stolicą królestwa.
Rabastan mówił dalej. Nie znosiła swojego szwagra, ale ostatecznie wolała utknąć tu z nim niż ze swoim mężem idiotą. Z dwójki braci tylko ten młodszy odziedziczył po matce jakikolwiek rozsądek - stary Lestrange był jeszcze głupszy od Rudolfa i pewnie dlatego tak szybko umarł. Pewno zapomniał, jak oddychać.
I tak, jak z początku perspektywa najbliższych dni spędzonych w Kemmhyt wydawała jej się piekłem, teraz musiała przyznać, że nie było tak zimno i źle, jak się spodziewała. Mogła być blisko Czarnego Pana - paradoksalnie bliżej niż w Malfoy Manor, gdzie praktycznie go nie widywała. Tu wszystko wskazywało na to, że rzadko opuszczał pałac. Obserwowanie go w tym zupełnie nowym dla niej środowisku - choćby w tych rzadkich chwilach, kiedy i ona tu była - fascynowało ją. Ludzie traktowali go tu zupełnie inaczej. Nie jak budzącego trwogę tyrana, ale jak króla, którego po części się bali, a po części wielbili. Całym sercem pragnęła widzieć to samo w Anglii, bo być może to zatrzymałoby go tam na stałe. Starała się nie myśleć, że powód jej pobytu w Kemmhyt był związany z Dżahmes-Meritamon. Była tu na zaproszenie Czarnego Pana.
Całe szczęście nie widziała dotąd jej smarkaczy.
Jej i tylko jej - tak sobie powtarzała.
To zadanie też wykonywała tylko dla niego. I zrobi to najlepiej, jak potrafi - czyli idealnie.
- Bellatriks?
Drgnęła.
Tak, zdecydowanie usłyszała swoje imię. Obróciła lekko głowa i kątem oka spostrzegła nachylonego ku niej Rabastana. Piegowata twarz szwagra wyrażała lekkie zmieszanie. Była zupełnie zdewastowana przez Azkaban, ale wciąż przystojna - inaczej jak u jego brata - zachowała resztki dawnych rysów.
- Co? - warknęła w odpowiedzi.
Znów się zawiesiła. Ostatnio coraz częściej się na tym łapała - zawsze wtedy, gdy odpływała gdzieś myślami. Od zawsze funkcjonowała w dwóch światach - czujna i bystra w świecie realnym, melancholijna w świecie fantazji, ale od czasów Azkabanu te światy coraz wyraźniej się od siebie oddzielały, pochłaniając Bellatriks, ciągnąc każdy w swoją stronę.
- Moja już w domu - mruknął Rabastan tonem jak gdyby nigdy nic.
- Mój też - odparła. - Nie widzę sensu przeciągać.
Przytaknął jej z chęcią, wsuwając ręce do kieszeni zwiewnej szaty z lnu koloru khaki. Rabastan zupełnie zrezygnował tutaj z ubrań podkreślających jego przynależność do śmierciożerców. Ba, nawet do Anglików.
- Mam dość tego kraju, gdzie skrzatom się dziękuje - oznajmił.
- Radzę ci wykorzystać ten czas najlepiej, jak potrafisz - rzuciła, uśmiechając się z podle. - W domu Malfoya nie ma już żadnych skrzatów i gotuje moja siostra.
I on złośliwie się wyszczerzył.
- Jej nie trzeba dziękować.
Tego nie zamierzała komentować, tylko obrzuciła szwagra kolejnym z kolekcji pogardliwych spojrzeń - jakby miażdżyła butem wielkiego karalucha. Zabrała niewielką torbę, którą wszędzie tu ze sobą nosiła, zarzucili na siebie peleryny z włosów demimoza i słabo oświetlona sypialnia z oknami na pustynię opustoszała.
Dom Lock-Nahów znajdował się na przedmieściach Ityhii - o ile dzielnica położona niemal w sercu Kairu mogła posiadać przedmieście. W każdym razie - sądząc po sąsiadujących posesjach - Plac Amona należał do tego rodzaju dzielnic, gdzie dominowała prostota i klasyka. Żadnego nowobogackiego przepychu. Kto ma wiedzieć, ten wie. Bellatriks dobrze znała takie domy, ponieważ sama pochodziła z jednego z nich - i sama tego domu nienawidziła. Nawet teraz, kiedy patrzyła na te białe rezydencje z horrendalnie drogiego kamienia, delikatne kolumienki i przestronne schody prowadzące do wnętrz ociekających luksusem, antykami i chłodem, zbudziła się w niej dziwna nienawiść, a przecież nie nienawidziła tamtych ludzi. Byli jej zupełnie obojętni.
Nie dobiegła jeszcze dwudziesta druga, ale przestronne ulice, którymi zmierzali powoli w kierunku domu z numerem trzydzieści dwa, były zupełnie opustoszałe. Nie przemknął im drogi ani jeden kot, żaden samochód, nie przeleciała im nad głową miotła, nie teleportował się żaden wykończony po pracy czarodziej w tiarze. Minęli tylko jednego młodego mężczyznę o skórze barwy hebanu, prowadzącego na smyczy jadowicie pomarańczową smoczą ropuchę wielkości dorosłego labradora.
Rezydencja Lock-Nahów stała na delikatnym wzniesieniu, dlatego jej biały, kopułkowaty dach już z daleka rzucał się w oczy. Dom nie różnił się wiele od tych, z którymi sąsiadował jasne ściany, duże, przestronne okna, schludny ogród, przestronny podjazd i fragment basenu majaczący gdzieś z boku, a wszystko to oświetlone przez unoszące się w powietrzu lampy. Ta część magicznego Kairu najmniej różniła się od tej magicznej, a na terenie rezydencji Hurija Lock-Naha próżno było szukać jakiegokolwiek nawiązania do kultury Starożytnych Egipcjan.
Ten widok wykrzywił wargi Bellatriks w drwiącym uśmiechu - po prostu nie mieściło się jej w głowie, jak można było wystawiać swój dom na takie niebezpieczeństwo. Nie przekonał jej argument Rabastana, że w Ityhii nikt nie musiał ukrywać się przed mugolami, ale Rabastan nigdy nie miał własnego kąta. Nie znał strachu przed wtargnięciem zagrażających mu osób i rozpaczy po utracie majątku, choć nawet i on zdumiał się na widok skąpej liście zaklęć ochronnych.
To tylko utwierdziło Bellę w przekonaniu, że Egipcjanie stali daleko, daleko za Anglikami.
- Nie mogę oprzeć się wrażeniu - usłyszała drwiący głos Rabastana, kiedy zdjęli zaklęcie alarmujące - że nie będzie rozpaczał po żonie.
Przeskoczyli przez niskie ogrodzenie z białego kamienia i nieśpiesznie ruszyli w kierunku domu. Teren unosił się łagodnie, prawie niewyczuwalnie, gdy sunęli bezgłośnie po biało-szarej mozaice wypełniającej ścieżkę i cały podjazd, mijając młode palmy rosnące po obu stronach w równych odległościach od siebie.
- Mając kuzynkę, która dybie na moje życie - ciągnął półgłosem - pierwsze, co bym sobie tutaj zamontował, to Strażnika Tajemnicy…
- Nie komentuj - przerwała mu i Rabastan zamilkł.
Teraz, kiedy to głównie od niej zależało powodzenie misji, należało powściągnąć wszystkie emocje. Upchnięte głęboko pod grubą warstwą skupienia buzowały delikatnie jak woda na granicy wrzenia, ale pod całkowitą kontrolą Bellatriks, a w głowie jak echo rozbrzmiewały jej słowa Czarnego Pana.
Tobie powierzam to zadanie. Dobierzesz sobie pomocnika według własnego uważania, ale to tobie i tylko tobie je powierzam. Ty zostaniesz nagrodzona za jego powodzenie i ty zostaniesz ukarana za porażkę.
Minęli zewnętrzne schody z ozdobnymi kolumienkami i szli dalej wzdłuż ściany. Bellatriks rzuciła na ich kroki zaklęcia wyciszające, ale wątpiła, by Amal Lock-Nah siedziała z uchem przytkniętym do szpary w oknie i nasłuchiwała, czy w zwyczajny poniedziałkowy wieczór para śmierciożerców nie zamierzała włamać się do jej domu. Murek otaczający posesję rósł z każdym ich krokiem, dopóki nie zrównali się z domem - na tej wysokości sięgał już tak wysoko, że można było ponad nimi zobaczyć wyłącznie dachy domów po drugiej stronie. Tył ze strzelistymi, starymi palmami, ogromnym basenem i miniaturowym boiskiem do quidditcha zupełnie zasłaniał to, co znajdowało się dalej. Znakomicie.
Bellatriks była tu tylko trzy razy - czyli tyle, ile razy w ciągu ostatnich dziewięciu dni pojawił się tu Lock-Nah, jednak bez problemu odnalazła wielkie, przeszklone drzwi prowadzące do salonu. Przez chwilę stali ze szwagrem ramię w ramię, analizując w ciszy puste wnętrze przestronnej, schludnie urządzonej bawialni - dominowały pastelowe błękity, neutralne beże, jasne, delikatne meble, mnóstwo egzotycznych roślin w stojakach na pajęczych nóżkach. Nawet obrazy na ścianach przedstawiały jakieś blade, morskie i górzyste krajobrazy. Bellatriks nie dopatrzyła się nawet jednego rodzinnego portretu czy fotografii.
Kolejny obrzydliwie bogaty dom z pozbawioną charakteru częścią dla gości.
Bella z doświadczenia wiedziała, że im bardziej neutralny parter, tym bardziej osobliwa część prywatna, ale nie było czasu na zwiedzanie. Wsunęła na dłonie cienkie, czarne rękawiczki i nacisnęła klamkę. Otworzyły się - tak, jak się spodziewała. Kręcąc głową pod kapturem płaszcza, wsunęła się do środka. Zaklęcie wziąć tłumiło ich kroki, które i tak zagłuszały wiadomości nadawane z radia z pokoju obok - owszem, Bella mogła się tylko domyślać, że były to wiadomości, bo spiker nawijał swym profesjonalnym, głębokim basem w języku, którego nie rozumiała.
Zsunęła z głowy kaptur i skinęła w kierunku, gdzie prawdopodobnie stał Rabastan.
Rozstali się tak, jak planowali - Rabastan miał przemknąć na górę, a ona udała się prosto do kuchni. Spodziewała się spotkać tam skrzata domowego, ale pomieszczenie było zupełnie puste. W samym sercu znajdował się długi blat w kształcie litery L - błyszczący i uprzątnięty. Pod ścianą naprzeciwko drzwi we wręcz chorobliwie białym kominku dogorywał ogień, ledwo smyrając resztką płomieni dno gigantycznego, cynowego kotła. Wszechogarniająca jasność i blask aż kłuły w oczy.
Nie było lepszych warunków do zaaranżowania dramatycznego miejsca zbrodni.
Bellatriks zwinęła pelerynę i wcisnęła ją na samo dno torby, machając różdżką na prawo i lewo. Drzwiczki szafek trzaskały, puszki i cukiernice podzwaniały, czajnik gwizdał, sygnalizując o gotującej się wodzie, ale Bella nie dbała o hałas. Błyskawicznie omiotła blaty w poszukiwaniu noży. Wisiały wspaniale wyeksponowane na stylowych haczykach, a żółtawe światło igrało na ich wypolerowanych ostrzach jak płynne złoto. Dźwięk szybkich, energicznych kroków z korytarza dobiegł ją dopiero w momencie, kiedy jednym z noży strąciła na podłogę dzbanek. Porcelana roztrzaskała się z nieprzyjemnym hukiem na kilka większych części, gorąca herbata chlusnęła na drzwi dolnych szafek, kamienna puszka z suszem wystrzeliła w powietrze, rozsypując swoją zawartość po całej kuchni - dopiero wtedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich Amal.
Kobieta wciąż miała na głowie czarny hidżab, ale czarna szata, w której widział ją Rabastan, zniknęła i na jej miejscu pojawił się długi do ziemi szlafrok z bladoróżowej satyny. Z zaskakującą precyzją sięgnęła do kieszeni po różdżkę, ale dla Bellatriks nie była żadnym przeciwnikiem. Dwa zaklęcia śmignęły w kierunku czarownicy - jedno błyskawicznie zatrzasnęło czarownicy drzwi za plecami, drugie wyrwało różdżkę i sprawiło, że ta śmignęła po podłodze na drugi koniec kuchni. Amal Lock-Nah zrozumiała, że ucieczka nie miała sensu. Wyraz zimnej złości rozlał się po jej opuchniętej twarzy, a Lestrange poczuła drobne, lecz intensywne ukłucie ekscytacji - jak zawsze w takich sytuacjach.
Ofiara będzie krzyczeć? Żebrać o łaskę? Uciekać? Targować się? Spróbuje walczyć o życie? Nigdy nie wiadomo, a zazwyczaj paradoksalnie najbardziej przewidywalne przypadki bywały najbardziej nieprzewidywalne.
- Przykro mi - powiedziała, choć wcale nie było jej przykro. - To nic osobistego.
Tamta zmarszczyła prawie niewidoczne brwi.
- Dlaczego? - wydukała takim tonem, jak gdyby sama nie znała znaczenia tego słowa. Uniosła obie ręce i przyłożyła do piersi. - Złoto. Złoto dużo.
Bella pokręciła głową i ruszyła wolno w jej stronę, trącając nożem kolejne przedmioty porozkładane na blacie. Brzdęk - metalowa cukiernica wylądowała na podłodze. Pac - kartonowe opakowanie z herbatą.
- Mam złoto. Za twoją śmierć dostanę coś o wiele cenniejszego niż złoto - odrzekła, smakując te słowa jak łyk doskonale przygotowanej kawy.
Kobieta cofnęła się. Próbowała jeszcze coś bełkotać w swoim dziwnie twardym, nieprzyjemnym języku, ale Bellatriks nic więcej nie odpowiedziała. Nie było o czym dyskutować, nawet gdyby mogły się nawzajem zrozumieć. Nadzwyczaj szybko - sądząc po reakcji Amal - doskoczyła do kobiety, chwyciła ją z całej siły za twarz i wbiła nóż jednym sprawnym ruchem, tak, że znużyła go aż po rękojeść w miękkiej części boku. Czarownica wrzasnęła z bólu, próbując się szarpać. Dłonie automatycznie powędrowały do noża, ale nim tam się znalazły, ostrza nie było - ugodził z drugiej strony z jednakową siłą, tak precyzyjnie, że czerwona plama wykwitła na szlafroku niemal jak lustrzanie odbita. Gorąca posoka zalała Bellatriks rękę i zaczęła kapać na poły szaty i trzewiki na wysokim obcasie - ale to nic. Żadna strata. Bella już dawno opanowała metodę szybkiego pozbywania się plam z krwi.
Kolejne dwa ciosy nożem idealnie pod prawy i lewy łuk żebrowy i nie było trudno powalić Amal na podłogę. Bellatriks przytrzymała ją kolanem, robiąc zamach za zamachem, drugą ręką sprawnie odbijając dłonie, które usiłowały zasłonić klatkę piersiową przed uderzeniami. Były zadziwiająco wytrwałe. Jakieś niezrozumiałe, urywane słowa i wrzaski bulgotały w gardle kobiety, krew sikała Belli na twarz, pryskała na ściany, ale ciśnienie spadało, broniące się dłonie latały w powietrzu coraz bardziej chaotycznie jak dwie sflaczałe, wyciągnięte z wody ryby. Krew przesiąkała przez rękawiczki, Bella czuła ją przesączającą się przez szatę na kolanie, które wciąż wbijała Amal w brzuch - adrenalina powoli przestawała działać, szarawa twarz kobiety przybierała coraz żółtszych tonów, piana malowała się na ustach pięknymi odcieniami różu, doskonale zgrywając się z krwią wypełniającą szpary między zaskakująco białymi, równymi zębami. Teraz po krzyku nie było już śladu, zostało tylko urywane rzężenie.
W tym momencie Bellatriks nie czuła się jak artystka - jak zwykle, kiedy ogarniały ją wzniosłe uczucia podczas działania na rzecz Czarnego Pana. Dziś była rzemieślnikiem. Nie słyszała żadnych symfonii zawodzenia, nie rozkoszowała się widokiem tańca miotającego się po ziemi ciała, ba, sama nie brała udziału w tym tańcu. Działała fachowo, zimno i rozsądnie.
Poniekąd była w tej odmianie jakaś przyjemność.
Trochę to trwało, ale w końcu oczy Amal znieruchomiały, wytrzeszczone w panice i niezrozumieniu - właśnie tak, jak miały spoglądać, kiedy o czwartej nad ranem zostanie odnaleziona przez domowego skrzata.
Bellatriks wstała i cofnęła się nieco, by obejrzeć swoje dzieło. Nawet teraz, kiedy miała być tylko rzemieślnikiem, nie mogła nie docenić swego kunsztu, z jakim zaaranżowała miejsce zbrodni. Krew pokrywała właściwie każdą dostępną powierzchnię - łącznie z białymi szafkami pod sufitem na drugim końcu pomieszczenia. Przepięknie odcinała się szkarłatem na wypolerowanych białych płytkach i blatach, mieszając się z wysypanym cukrem, herbatą i resztkami dzbanka w kolorze kości słoniowej. Olbrzymia kałuża krwi, w której leżało ciało, przypominała gęsty, słodki syrop porzeczkowy, który jaśniał wraz ze zmniejszającymi się smugami i kropelkami. W tym ostrym świetle odcienie czerwieni przenikały się od głębokiego borda do jasnej maliny, rozmazane w paru miejscach jak za pomocą pociągnięcia szerokiego pędzla - choć Bellatriks od lat nie malowała, poczuła osobliwe mrowienie w dłoni, jak gdyby mięśnie przebudziły się w tęsknocie za dawną pasją.
Pojawienie się Rabastana zakłóciło jej proces podziwiania dzieła.
- I jak? - zapytała, nie odrywając wzroku od ciała.
Ręce Amal, pocięte w kilku miejscach, leżały nieruchomo na piersiach, zwrócone wnętrzem dłoni ku górze, jak gdyby pośmiertnie wciąż próbowała ochronić się przed ciosem. Szlafrok przesiąkł krwią tak, że próżno było szukać na nim pudrowego różu.
- Skrzat Waraqa obudzi się za pół godzinki i na polecenie pana Hurija zabierze się za sprzątanie kuchni - oznajmił takim tonem, jak gdyby mówił o pogodzie. - A następnie o wszystkim zapomni i będzie zachowywał się podejrzanie spokojnie, zupełnie ignorując fakt, że jego państwo zniknęli.
Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.
- Przed wyjściem chciałabym zobaczyć, co mu tam wszczepiłeś - mruknęła. - Uważaj, żeby nie narobić śladów.
- No i co? Skrzat i tak to posprząta.
- Wspomnienie sprzątania miało być łatwe do odzyskania, pamiętasz? Nie mogą zobaczyć tam śladów obcych butów, więc nie rozdeptuj mi tej krwi, jeśli łaska. Masz buty?
Ignorując jego mruczenie, zdjęła trzewiki i wierzchnią szatę, pod którą miała o wiele zbyt obszerną męską koszulę nocną zabarwioną w paru miejscach na czerwono. Swoje ubrania wcisnęła do torby, z której uprzednio wyjęła dwie maleńkie buteleczki. Po ściągnięciu rękawiczek dłonie miała lepkie od zaschniętej krwi. Z pierwszej fiolki za pomocą różdżki wydobyła kilka długich, czarnych włosów, które umieściła w ręce kobiety, a następnie sama wypiła zawartość drugiej buteleczki. Błotnistego płynu było akurat na jeden mały łyczek, ale efekt był natychmiastowy i tak samo intensywny. Poczuła, jakby ktoś przeszył ją bardzo długim i bardzo ostrym nożem - dokładnie od żołądka po same jelita. Przez moment doświadczyła bardzo nieprzyjemnego falowania wewnątrz ciała, ale tylko przez kilka sekund - w następnej chwili jej nogi rozciągnęły się jak guma, włosy zapadły się w czaszkę, ramiona mocno się rozszerzyły. Bella poczuła się tak, jakby tysiące maleńkich robaczków ożyło pod skórą i zaczęły biegać, kąsać, drapać. I tak, jak gwałtownie się to zaczęło, tak samo szybko ustało. Po bólu nie został nawet ślad.
Kolana wciąż lekko jej się trzęsły, ale resztę ciała miała zupełnie spokojną. Uniosła dłonie i pomacała - nisko osadzone brwi dziwnie ograniczały jej widoczność, a dół twarzy porastała gęsta, kręcona broda i wąsy. Rabastan przyglądał się tej transformacji bez większego zainteresowania, rzucił jej tylko parę wielkich, męskich butów, kiedy poprosiła o nie niskim, drwiącym głosem Lock-Naha.
- Mogłaś to zrobić od razu.
- Nie mogłam - odpowiedziała i uklękła przy ciele tak, by odbić na posadzce podeszwy skórzanych mokasynów. - Próbowałeś kiedyś w zupełnie obcym ciele zabić kogoś w taki sposób? Spójrz na te wielkie łapy.
Krwią, która przesiąkła już przez koszulę nocną i szlafrok, umazała sobie wnętrze dłoni i niezbyt mocno zacisnęła jedną najpierw na ramieniu, później na szyi, tak, by zostawić dwa niezbyt wyraźne ślady. Chwyciła też nóż do prawej ręki i szybkim ruchem odrzuciła prosto w jeziorko krwi. Rabastan odskoczył, kiedy Bellatriks wybiegła z kuchni, rozmazując podeszwami coraz drobniejsze czerwone kropelki.
- No. I to by było na tyle - oznajmił lekkim tonem, podziwiając makabryczne dzieło na podłodze. - Wziąłem aparat, myślisz, że Czarny Pan…
Urwał, gdy na niego spojrzała. Widocznie jej wzrok w połączeniu z postawną sylwetką Hurija robiła wrażenie nawet na nim.
- Zaczekaj, to nie wszystko - mruknęła, marszcząc brwi. Wyciągnęła z torby różdżkę i wycelowała w największą plamę krwi, a czerwień, która jeszcze chwilę wcześniej była żywa i błyszcząca, pociemniała nieco, jak gdyby schła tu od przynajmniej kilku godzin. Bella przekrzywiła głowę najpierw w jedną, potem w drugą stronę, mrużąc oczy, tak, jak zwykła oceniać obraz olejny na płótnie. - Hurij zabił o szesnastej, pamiętasz?
Pamiętał, a jakże - dopiero teraz, kiedy mu o tym przypomniała.
Zanim opuścili Plac Amona, na wszelki wypadek zajrzała na górę do skrzata - był bardzo stary, tak stary, że Stworek, którego użyła półtora roku temu do zwabienia Pottera do ministerstwa, przy nim wydawał się młodzieniaszkiem. Bella przejrzała szybko jego myśli, ale nie znalazła w nich niczego, czego mogłaby się przyczepić. Oczywiście Czarny Pan z całą pewnością znalazłby wiele niedociągnięć, ale jej pan był Mistrzem Legilimencji, Największym Czarnoksiężnikiem Wszechczasów. Wyczuwał kłamstwa z odległości wielu mil.
Wracała boso. Mokasyny zostawiła skrzatowi, by pozbył się ich wraz z ciałem i nożem, kiedy zabierze się za sprzątanie miejsca zbrodni. Dobrze zrobiła, mordując Amal przed przemianą. Ciało jej męża było niewygodne, miało za duże dłonie, by mogła się nimi precyzyjnie posługiwać, ale nim dotarła do właściwej komnaty w pałacu, miała już własne ciało. Dobrze się złożyło. Nie chciała, by Czarny Pan widział ją w tej odsłonie.
A raczej wolała, by widział ją w jej własnym ciele.
Ścierając z twarzy krew, śledziła wzrokiem wzrok wciąż jeszcze atrakcyjnej kobiety - trupio bladej, zniszczonej przez lata w Azkabanie, lecz zniewalająco pięknej. Pięknej w sposób, który paraliżował, onieśmielał, ale wiedziała, że jego nigdy to nie speszyło. Mimo dobrych warunków u Cyzi jej twarz nie odzyskała delikatnego tłuszczu w policzkach, ale próżno było tam szukać zmarszczek. Włosy wciąż miała piękne - długie, grube i błyszczące, bez cienia siwizny. Dłonie nieprawdopodobnie kościste, ale kształty - podkreślone odpowiednio zwężoną czarną szatą śmierciożercy - kuszące.
Nie powinna się dziwić. Kobiety Black olśniewały urodą do późnej starości. Bellatriks pamiętała swoją babkę Irmę - w wieku dziewięćdziesięciu lat miała twarz gładką jak twarz młodej wili.
A jemu i tak to nie wystarczało.
Różdżką zebrała z włosów resztki krwi, choć pewnie i tak nikt by jej nie zauważył. Mieszkańcy pałacu unikali patrzenia na nią. Nie było w tym ani pogardy, ani strachu - wyłącznie chłodna uprzejmość. Nie narzekała. Ona nie ukrywała pogardy dla tej bandy dekadentów.
Spodziewała się, że to Rabastan będzie na nią czekał, ale nie - przebierał się bez pośpiechu, jak gdyby nie zależało mu na aprobacie ich pana. Bellatriks już czuła w żołądku narastające podniecenie, a tamten głupiec kręcił się po sypialni jak mugol w poszukiwaniu szczotki do włosów.
- Idziemy - zakomenderowała, tupiąc nerwowo stopą o próg. - Pośpiesz się, chcę mu o wszystkim powiedzieć przed nocą, zanim…
Dopiero to go otrzeźwiło.
- Mu? Mieliśmy zgłosić się do tamtej, jak-jej-tam, Heather - odpowiedział, prostując się. - Bellatriks, co ty kombinujesz?
Wybiegł za nią, porzucając szczotkę, która znikła w kłębowisku szat walających się na podłodze. Dogonił Bellę bez trudu, był wysoki, prawie tak wysoki jak Czarny Pan, ale ona i tak była pół kroku przed nim. Serce biło jej szybko pod wpływem znajomej mieszanki emocji, która towarzyszyła zawsze na chwilę przed spotkaniem: podniecenie, obawa, nadzieja, radość. Dokładnie w tej kolejności, jej ulubione, słodko-gorzkie zestawienie tego, co uwielbiała czuć - dziś pozbawiona emocji towarzyszących zabijaniu doświadczała tego po trzykroć intensywniej.
- Bellatriks, gdyby on chciał nas widzieć… myślę, że wtedy nakazałby nam przyjść do siebie, nie do tamtej.
Syknęła coś niezrozumiałego, cokolwiek, byle się uciszył. Jak na tak wielki pałac korytarze były zaskakująco puste, ale stłumione odgłosy dobiegające z zewnątrz, kiedy znaleźli się na głównych schodach, świadczyły o tym, że życie toczyło się na ulicach miasta. Wyłącznie złote profile lat na ścianach obracały za nimi pomalowane oczy, niezmiennie zdziwione widokiem tak dziwnie bladych i jeszcze dziwniej ubranych ludzi, prawie biegnących ich starożytnymi korytarzami prosto do królewskiej części zamku.
- Nie.
Zatrzymali się dopiero na widok żylastego, zaskakująco wysokiego skrzata domowego, który wyrósł przed nimi jak spod ziemi, nim Bellatriks zdążyła dotknąć klamkę.
- Odsuń się od drzwi, ty bezczelny małpiszonie - wycedziła Lestrange, unosząc dumnie głowę. - Dobrze wiesz, z kim masz do czynienia.
Z pewnością wiedział, mówiły jej to jego wielkie, lodowate oczy płonące jak dwie pochodnie w pomarańczowym świetle miedzianych lamp, ale wyglądało na to, że nie znał nie tylko pokory, ale i ani jednego więcej słowa po angielsku. Kręcił tylko głową i powtarzał w kółko to samo w tym swoim dziwnie twardym, charczącym języku, dopóki w dłoni Bellatriks nie pojawiła się różdżka.
Atmosfera błyskawicznie zgęstniała.
Rozdrażnienie zaczynało wypływać na wierzch. Mogłaby rozgnieść tego skrzata jednym zaklęciem, zrobić z niego mokrą plamę, nareszcie poczuć przyjemność płynącą z zabijania i tylko fakt, że był to skrzat, który bronił wejścia do jego komnat, powstrzymywał Bellatriks przed wypowiedzeniem zaklęcia.
Przez krew dudniącą jej w uszach usłyszała, jak Rabastan wysyczał jej imię.
- Sobekemsaf. Teraz - rzucił, wykonując taki ruch, jakby chciał złapać ją za ramię, ale wycofał się, kiedy tylko na niego spojrzała. - Czarny Pan nas wezwie, jeśli będziemy mu potrzebni.
Perspektywa wdania się w walkę w miejscu, gdzie nie wszyscy byli im przychylni, najwidoczniej ożywiała Regulusa bardziej niż przychylne słowo z ust ich pana - Bella już dawno nie widziała takiego napięcia na jego twarzy. Ostatnio rzadko kiedy pojawiało się na niej coś więcej niż ironia i znudzenie.
Poszła za nim tylko z tego powodu, pamiętając, by jeszcze pogrozić skrzatowi różdżką na odchodne.
Nie potrafiła znieść, jak Rabastan odkłaniał się mijanym po drodze mężczyznom i kobietom. W części zamku, gdzie mieli zjawić się po wykonanym zadaniu, było dużo więcej ludzi - już nie tak radosnych i pijanych jak ci na zewnątrz. Wręcz przeciwnie, wyglądali na bardzo znużonych. A Heather Sobekemsaf, która przyjęła ich w jednym z gabinetów za olbrzymią biblioteką, wyglądała najgorzej z nich wszystkich.
Z całą pewnością miała na sobie zaklęcia zwodzące. Dobrze znała tę charakterystyczną, zauważalną wyłącznie dla doświadczonego oka mgiełkę podążającą za twarzą przy szybszym ruchu głową. A owa mgiełka ciągnęła się za każdym odkrytym kawałkiem skóry - od twarzy, przez ramiona, wytatuowane dłonie, kończąc na stopach.
Sobekemsaf przywitała ich dobrze wypracowanym, urzędniczym uśmiechem, który jednak nie sięgał oczu. Te - w kontraście do ciepłego, prawie miodowego koloru tęczówek - pozostawały zimne i surowe. Skinęła różdżką, a w pomieszczeniu pełnym regałów zawalonych książkami pojawiły się dwa eleganckie fotele obite skórą w kolorze wina.
Co oni mają z tymi wykrojonymi oparciami, przemknęło Bellatriks przez myśl, gdy Rabastan zajął jeden z nich.
Ona - podobnie jak Sobekemsaf - nie usiadła. Obie stały jak swoje lustrzane odbicia - z rękami opuszczonymi luźno wzdłuż ciała, różdżkami drgającymi delikatnie w palcach i plecami sztywnymi jak struna. Po chwili dołączył do nich Rabastan. Bellatriks widziała kątem oka drgające mu pod szatą kolano. Wydawało jej się, że napięcie będzie rosło tak długo, aż gabinet eksploduje, ale fachowy uśmiech Heather zmienił się i tym razem rozlał się na całą twarz. Bellatriks poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku.
Musiała to przyznać - była piękna. Tak samo onieśmielająco piękna jak Bellatriks.
- Wszystko poszło zgodnie z planem - założyła, unosząc brwi. W jej płynnej, zabarwionej staroegipskim akcentem angielszczyźnie było coś pociągającego.
- Punkt po punkcie. Sama przekażę to naszemu panu - odparła stanowczo, ale kobieta zignorowała ten nieprzyjemny ton.
- Punkt po punkcie - powtórzyła, nie przestając się uśmiechać. - Tu wasza zapłata. Możecie bez obaw wydawać je w Wielkiej Brytanii, wszystkie numery pochodzą od goblinów z wysp.
Wyciągnęła z kieszeni swojej luźnej, turkusowo-złotej szaty maleńką sakiewkę i powiększyła ją do rozmiarów worka wielkości dużego prosiaka. Brzęk monet wywołał w Belli jeszcze bardziej drażniący skurcz żołądka. Wyprostowała się, choć i tak stała już niemal na baczność, różdżka zatańczyła jej w palcach. Poczuła się tak, jakby Sobekemsaf wymierzyła jej policzek.
- Nie zrobiliśmy tego dla złota - odpowiedziała powoli, tak, by te słowa wybrzmiały. - Przyświecała nam TYLKO I WYŁĄCZNIE lojalność wobec naszego pana. Nie przyjmiemy tego.
Atmosfera powinna była zrobić się gęsta - zawsze tak się działo, kiedy Bellatriks podnosiła głos, ale na Heather nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wysłuchała jej z cierpliwym uśmiechem, znów bardzo podobnym do tego, z którym ich powitała, świadoma swojej władzy nad dwójką cudzoziemców. Lestrange odsuwała od siebie te myśli przez ostatnie dni, kiedy włóczyła się za Lock-Nahem, wlewała w siebie butelki eliksiru wielosokowego, nie spała, powtarzała, że robiła to dla chwały Czarnego Pana, ale w tym momencie zabrzmiało to w jej głowie wyraźnie jak dźwięk bijącego dzwonu - w oczach tych, których Sobekemsaf wtajemniczyła, tamta kobieta i rudy śmierciożerca byli wyłącznie dwójką najemników.
- To bardzo honorowe - przyznała Heather, kiwając głową. Obeszła wąskie biurko, które prawie w całości zajmowała olbrzymia księga, usiadła i pochyliła się, żeby coś zapisać. - Ale za dobrze wykonaną pracę należy się zapłata. Przyda się wam.
- Mamy złota w nadmiarze.
Czarownica podniosła na nią oczy, a kąciki ust drgnęły cynicznie.
- Mimo to nalegam, byście przyjęli zapłatę - odrzekła z nadzwyczajną uprzejmością. - Odmowa przyjęcie podziękowania od kapłana to oznaka braku szacunku wobec boga i króla.
- Nie dbam o…
- Bellatriks - syknął ostrzegawczo Rabastan i wystąpił naprzód, by podnieść worek, ale ten ani drgnął. - Dziękujemy. Złoto przyjmujemy z szacunku dla korony i twoich bogów, ale wszystko, co robimy, robimy z myślą o naszym panu.
- To zrozumiałe.
Sobekemsaf wyprostowała się w swoim fotelu, oczekując, aż sobie pójdą. Bellatriks nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wściekła do granic możliwości odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z gabinetu, zostawiając za sobą wiedźmę, worek złota i Rabastana. Na usta cisnęły jej się najobrzydliwsze przekleństwa, jakie znała. Wysokie regały pełne książek i zwojów zatrzymywały ostry stukot jej obcasów, ale nie dbała o hałas. Wychodząc z biblioteki roztrzaskała posąg mężczyzny z głową czarnego ptaka, ale upokorzenie nadal buzowało w niej jak iskry na powierzchni źle uwarzonego eliksiru.
Rabastan dogonił ją dopiero za drzwiami biblioteki. Po sakiewce nie było śladu, ale Bellatriks usłyszała ciche podzwanianie monet dobiegające z jego kieszeni. W tym momencie do złości i upokorzenia dołączyło obrzydzenie.
- Dziękujemy. Złoto przyjmujemy z szacunkiem dla korony i twoich bogów - powtórzyła najbardziej jadowitym tonem, na jaki było ją stać. - Przypomnij mi, dlaczego wybrałam właśnie ciebie. Mogłam zabrać Rudolfa, on przynajmniej wie, kiedy milczeć.
- Ty też powinnaś się tego nauczyć. Przypominam ci, że Egipt to nie Anglia. Tutaj nikt nie będzie tuszował efektów twoich wybuchów histerii. - Obłudny uśmieszek zniknął z jego twarzy, zostawiając po sobie ślad zwykłej obojętności. - Nie chcesz waśni między nimi.
Parsknęła pustym śmiechem i ten już poniósł się echem po opustoszałym westybule. Wybrała jedyne znane sobie schody prowadzące do części najbardziej oddalonej od przedniej części pałacu.
- Co ty opowiadasz?
- Dobrze wiesz, o czym mówię. Jesteśmy tu gośćmi - rzekł, po czym zniżył głos do szeptu i dodał: - To nie jest żadna grupa przestępcza ani zbieranina przypadkowych ludzi wyjętych spod prawa. Mają ogromną armię, własny sąd. Zadałaś sobie choć odrobinę trudu, żeby zastanowić się nad genezą naszego zadania?
Tym razem i ona spoważniała. Zwolniła kroku, serce waliło jej w piersi jak po szalonym biegu. Wciąż miała nadzieję, że spotka go gdzieś po drodze, ale wśród mocno opalonych, ociekających złotem i bielą kobiet i mężczyzn nigdzie nie wypatrzyła wysokiej, odzianej w czerń postaci.
- Zdaję sobie z tego sprawę. - I ona przestała podnosić głos, choć nadal wszystko w niej krzyczało. - Możliwie lepiej od ciebie. Nie pozwolę, żebyśmy w ich oczach byli jakimiś… zaciężnymi, w których wystarczy cisnąć garścią monet. Nasz obraz w ich oczach jest obrazem Czarnego Pana.
Dziwny, prawie lękliwy grymas przemknął przez twarz Rabastana.
- Widziałaś tu gdzieś Mroczny Znak w złocie? - zapytał ostrożnie i w tym momencie i ona poczuła ukłucie strachu.
- Uważaj - mruknęła, zerkając na szwagra spod byka. - Dobrze ci radzę, uważaj.
- Ty też, szwagierko.
Rozstali się pod płaskorzeźbą przedstawiającą ogromnego skarabeusza z rozłożonymi pierzastymi skrzydłami przypominającymi anielskie - herbem, którego pełno było na kolumnach, cokołach posągów, gobelinach, poduszkach, zastawie stołowej i wszędzie, gdzie Bellatriks spojrzała. Nawet nad drzwiami do jej sypialni widniał wykonany w drewnie miniaturowy chrząszcz.
Przechodząc przez ciasny salonik, zupełnie straciła nadzieję, że go zobaczy. I właśnie wtedy - po przekroczeniu progu sypialni - kiedy najmniej się spodziewała, zobaczyła go. Voldemort stał przy otwartym oknie plecami do drzwi, oparty z nonszalancją o parapet. Nawet w zupełnej ciemności jego głowa i dłonie połyskiwały ledwo widoczną poświatą, jak gdyby emanowała przez skórę jego własna energia. Odwrócił się nieśpiesznie, uśmiechnięty na widok jej rozchylonych ze zdumienia ust.
- Udało się? - zapytał, choć doskonale znał odpowiedź.
- Wszystko się uda, jeśli mój pan mi to nakaże.
Podeszła bliżej, onieśmielona jego obecnością w tym miejscu. Rzuciła okiem w kierunku łóżka - wciąż leżały na nim zakrwawione szaty i zwinięta w kłębek męska koszula nocna. Dobrze, że pomyślała o tym, żeby chociaż usunąć krew, którą nakapała z trzewików.
- Dobrze się spisałaś, Bellatriks - rzekł, a ona jak na komendę się ukłoniła, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Zawsze, gdy tak na nią patrzył, nie potrafiła przerwać tego intensywnego spojrzenia - jak gdyby przyciągała ją siła zaklęcia. - Podobno groziłaś mojemu skrzatowi.
Przeszyła ją szpital przerażenia, ale widok pobłażliwego uśmieszku ukoił strach.
- Jeszcze nie spotkałam tutaj skrzata, który zna angielski - odparła i ona uśmiechnęła się zaczepnie, stając tuż przy oknie.
Naprzeciwko niego. Bezczelnie blisko niego.
- A na jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby Bellatriks o coś prosiła.
- Proszę tylko mojego pana. Nikogo więcej.
Wyglądał na zadowolonego, w każdym razie bił od niego spokój, który wpłynął i na nią.
- To zadanie było naprawdę ważne - zaczął zwodniczo łagodnym tonem. - Wiesz, dlaczego wybrałem ciebie.
Poczuła, że się zarumieniła.
- Bo jestem najlepsza, mój panie.
- Bo jesteś najlepsza - powtórzył - i zawsze sumiennie spełniasz każdą moją prośbę. Po wykonaniu zadania poprosiłem cię o kontakt z Heather Sobekemsaf, nie ze mną.
Wciąż się uśmiechał, wciąż mówił z takim spokojem, a jednak dał jej do zrozumienia, że nie postąpiła zgodnie z jego życzeniem. Czasami nie potrafiła go rozgryźć, choć czuła - nie, była tego pewna - że znała go najlepiej. Wszystkim śmierciożercom się tak wydawało. Mogło się tak wydawać nawet Dżahmes-Meritamon, ale to Bellatriks czuła, że łączyła ich wyjątkowa więź. Wszyscy mieli mu coś do zaoferowania - wpływy, władzę, złoto, armię. Tylko ona nie miała nic, jedynie swoją miłość i oddanie, a jednak to ją nazywał swoją najwierniejszą sługą. Mimo braku wpływów, władzy, złota i armii. To musiało coś znaczyć.
- I tak zrobiłam, mój panie - przyznała, skinąwszy lekko głową. - Ale to wszystko obiecałam mojemu panu, nie Heather Sobekemsaf. Nawet jeśli rozkażesz mi traktować jej rozkazy jak własne, to nadal to tobie będę służyć.
Nieistniejące brwi Voldemorta drgnęły z aprobatą.
- Godna podziwu lojalność. Niektórzy mogliby się od ciebie uczyć, Bellatriks - rzekł, a jej serce ścisnęło się pod wpływem ogromu miłości i wdzięczności. Poczuła łzy napływające do oczu. Myślała, że nie mogła kochać go mocniej, ale później on mówił to i miała wrażenie, że eksploduje z nadmiaru emocji. - Jak skrzat pozbędzie się zwłok?
- Wykorzysta pomysł młodego Croucha.
- Ach, tak. - Uśmiechnął się z podszytym ironią rozrzewnieniem. - Młody Barty. Szkoda. Od początku wydawał mi się bardzo kreatywny. I wszystko bez użycia różdżki?
- Tak, jak mój pan sobie życzył - odparła. - Nie było żadnych kłopotów. Ze zdjęciem zaklęć ochronnych poradziłby sobie Glizdogon, ich zabezpieczenia są słabe, a oni naiwni, jeśli myślą, że potęga ich bogów ochroni ich domy.
Urwała, widząc, jak uśmiech na wąskich, białych wargach postępował z jej każdym kolejnym słowem.
- Jesteś pewna, że powodzenie waszej dzisiejszej misji to tylko i wyłącznie twoja zasługa? - zapytał cicho. Nie była w stanie odpowiedzieć, więc zachichotał pod nosem i ciągnął dalej: - Pycha kroczy przed upadkiem. Ale niewątpliwie to, co mieliście z Rabastanem zrobić, zrobiliście dobrze. Nie zapytasz o powód?
Nieco zbita z tropu jego pytaniem szybko przywołała się do porządku. Oczywiście sama aż wyłaziła ze skóry, żeby się dowiedzieć, do czego to miało doprowadzić.
Poprawka.
Do czego więcej miało doprowadzić wmanewrowanie Hurija Lock-Naha w morderstwo własnej żony, ale szybko się nauczyła, że jeśli Czarny Pan nie mówił, nie należało pytać. Oszczędziło jej to kilku bolesnych Cruciatusów.
- Rozumiem tyle, ile potrzeba - wyszeptała, przeciągając zmysłowo sylaby. - Reszty nie muszę wiedzieć.
Uśmiech zadowolenia objął zimne dotąd oczy Voldemorta.
- Dobra odpowiedź - odparł i poklepał ją pieszczotliwie po policzku.
Bellatriks jeszcze długo nie mogła się uspokoić - długo po tym, jak światła otaczających ją okien pogasły, a ona leżała bezsennie w swoim łóżku. Choć Czarny Pan opuścił jej pokój kilka godzin temu, wciąż czuła, jak płonęły jej policzki. Jak cała płonęła.
To była najlepsza nagroda, jaką mogła od niego dostać.
*
Nie potrafiłam niczego przełknąć.
Od rana nieprzyjemna mieszanka podniecenia i zdenerwowania wykręcała mi wnętrzności, a ja nic nie mogłam na to poradzić. Złożenie takiej sprawy w ręce innego człowieka wydawało mi się dyskusyjne, a powierzenie tego w ręce osób, które mi nie służyły, wydawało się szaleństwem.
A Voldemort siedział naprzeciwko mnie i jak gdyby nigdy nic jadł śniadanie.
Czułabym się jak w środku jakiegoś dziwacznego snu, gdyby nie fakt, że prawie nie zmrużyłam oka.
- Aż nie chce mi się wierzyć, że Bellatriks była w stanie zapanować nad sobą na tyle, żeby wszystko poszło zgodnie z planem - mruknęłam, rozgniatając palcem wskazującym ugotowane ziarna fasoli na swoim talerzu.
- Nazwałbym to… kontrolowanym szaleństwem - odparł.
Jego talerz był już prawie pusty.
- Mają zniknąć, zanim wieści się rozejdą.
- Skrzaty odprawiły ich z samego rana.
Skinęłam głową.
Sama nie wiedziałam, co miałam czuć w związku z morderstwem Amal. I czy w ogóle cokolwiek. Śmierć Faridy wpłynęła na mnie bardziej, niż się spodziewałam, choć przecież miała służyć jedynie skróceniem jej cierpienia. A żona Hurija… była dla mnie tylko żoną Hurija. Jej śmierć - choć mogłam sobie tylko wyobrazić, jak była bolesna - nie wywołała dużego żalu, raczej pewność, że właśnie była słuszna.
- Czyżbyś miała wyrzuty sumienia?
Chyba na siłę próbowałam doszukać się w jego pytaniu drwiny, ale niczego takiego nie znalazłam.
- Nie jestem z tego dumna, ale to nie jest pierwsza niewinna ofiara - odpowiedziałam po chwili namysłu. Nie miałam siły na krążenie wokół tematu. Bardzo chciałam w końcu porozmawiać z kimś na ten temat otwarcie i Voldemort był tą osobą, z którą powinnam była to zrobić. - Odbieranie życia w tak wykalkulowany sposób nigdy nie sprawiało mi przyjemności, ale naprawdę liczę… możesz się śmiać… że Amal będzie moją ostatnią ofiarą.
Ale Czarny Pan się nie zaśmiał.
- Muszę cię rozczarować - nie będzie.
Nie zostało więcej fasoli do rozgniatania, więc wytarłam palce w serwetkę i rozłożyłam szeroko ręce.
- Widzisz, nawet królowa ma jakieś marzenia - odpowiedziałam z ironią.
- I to wszystko przez czwórkę małych dzieci.
- Nie. Dzieci były tylko pretekstem.
Pytanie - dla kogo? Sama nie byłam pewna, ale zanim zdążyłam poświęcić temu więcej niż jedną myśl, rozległo się pukanie i w drzwiach bawialni stanęła Heather. We wczorajszej szacie z turkusowo-złotej satyny i w dogorywającym makijażu ona również wyglądała tak, jakby nie spała od co najmniej dwudziestu czterech godzin - oczy były jedyną częścią jej twarzy, w których tliło się życie. Sztywny, przypominający grymas uśmiech dziwnie zniekształcił jej twarz. Nie pamiętałam, kiedy widziałam ją w takich emocjach.
- Aresztowano Hurija - powiedziała szeptem. Głos miała zaskakująco opanowany. - Przechwycili go w drodze do pracy, nie zdążył nawet wejść do budynku.
Ta odrobina śniadania, którą zdołałam w siebie wcisnąć, zrobiła mi w żołądku gwałtowne salto. Serce zaczęło galopować jak szalone, poczułam falę krwi pędzącą do góry, by zabarwić czoło i policzki.
A więc to już.
Machina ruszyła.
- Był u Zivit? - zapytałam, spoglądając gdzieś ponad ramię przyjaciółki.
- Na to wygląda, ale szybko się opanował. Nie chciał rozmawiać, natychmiast posłał po prawnika.
- Świetnie.
Miałam ochotę się roześmiać. Czułam się jak na kolejce górskiej, na której mój wagonik wspinał się już powoli na sam szczyt. Był tuż-tuż przed dotarciem na górę, by za moment puścić się pędem w dół, gdzie płonął ogień, strzelały czerwone iskry, ryczały potwory, a ja nie miałam pojęcia, czy tor przeprowadzi mnie przez to bezpiecznie. Nie było ucieczki. Nie działała teleportacja ani żadne zaklęcia, które mogłyby mnie stamtąd wyciągnąć czy zatrzymać bieg wydarzeń.
Kiedy pierwszy szok minął, odetchnęłam z ulgą. Sama byłam zdziwiona.
- Szwagierka, z którą Amal była dziś rano umówiona, znalazła niewielką ilość śladów krwi na korytarzu i dziwnie otępiałego skrzata. Amal musiała z czegoś się jej zwierzyć… albo to paranoiczka, ale natychmiast wezwała służby. Zgodnie z jej podejrzeniami na skrzata rzucono niezbyt umiejętne zaklęcie zapomnienia, pod którym musiało znajdować się nienaruszone wspomnienie. Tak sądzę, ponieważ już przekopano ogród.
Spojrzałam na Voldemorta, który do tej pory przyglądał nam się w milczeniu. Wyraz, jaki rozlał się na jego twarzy, przypominał wyraz twarzy rodzica obserwującego z diaboliczną satysfakcją krnąbrnego dwulatka dosiadającego swojej pierwszej miotełki. Z naszej dwójki to ja starałam się nie wyglądać na zbyt uradowaną.
- Okropna sprawa - oznajmiłam rzeczowo, gdy Heather skończyła mówić. - Tak małe dzieci straciły matkę i ojca w tym samym czasie, w tak okropny sposób… Ale Hurij znał stawkę.
- Masz zamiar przygarnąć kolejną gromadkę? - zapytał Voldemort, tym razem nie szczędząc ironii.
Zaprzeczyłam.
- Amal ma braci, myślę, że chętnie się nimi zajmą. Zabiorę tylko Wahida, kiedy letni semestr dobiegnie końca. A teraz zostaje nam czekać. Sprawy muszą wyjaśnić się same i będą potrzebowały dużo, bardzo dużo czasu.
Dopiero teraz poczułam, jak głodna byłam. Miałam wrażenie, jakby wielka, metalowa dłoń, które od północy zaciskała się wokół mojego żołądka, nareszcie puściła. Wciąż nieco drżącymi palcami skierowałam różdżką na szklankę z zupełnie zimną herbatą i nad bordową powierzchnią na nowo pojawiły się języki pary.
Wzmianka o braciach Ad-Din spowodowała na czole Heather siateczkę drobnych zmarszczek.
- Właśnie. Bracia Ad-Din - jedyny słaby punkt naszego planu - powiedziała z westchnieniem.
- To się okaże, czy jedyny - odparłam, prostując się. Łyk herbaty przyjemnie rozluźnił to, co zostało zaciśnięte w moim żołądku po wielogodzinnym oczekiwaniu. Dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej? - Ale braćmi Ad-Din się nie martwimy. Póki co. Jestem pewna, że prawnicy Hurija zadbają, by informacje wyciekły jak najpóźniej, co akurat jest nam na rękę. A kiedy Anis i Akram już się dowiedzą, potępię go publicznie i przypomnę, że robiłam wszystko, by został wierny Kemmhyt. Nawet zgodziłam się na to, by poślubił moją siostrę, jeżeli Amal wyrazi swoje poparcie. Widocznie nie wyraziła. A małżeństwo Hurija z Zivit mogłoby znów podważyć moje prawa do tronu, dlatego wszyscy, którzy którzy popierają rządy obecnej królowej, mogą spać spokojnie.
Moje słowa ani trochę nie uspokoiły Heather - zmarszczki na jej czole jeszcze bardziej się pogłębiły.
- Właśnie. Zivit.
Powiedziała to takim tonem, jakby wszystko zależało właśnie od mojej siostry. Zupełnie niepotrzebnie.
- Zivit zajmę się sama. Poślesz po nią, ale wpuścisz ją dopiero wieczorem. Dostanie trochę czasu, żeby pomyśleć - oznajmiłam z uśmiechem.
Po wyjściu Heather mogłam nareszcie zjeść śniadanie w spokoju. Voldemort nie skomentował tego ani słowem. Przysłuchiwał się tylko, jak gdyby nie miał z tym nic wspólnego.
Oczekiwanie na wieczór ciągnęło mi się niemiłosiernie, choć zdecydowanie krócej niż mojej siostrze. Zamknięcie jej w komnatach i ustawienie pod drzwiami strażników, nie skrzatów domowych z całą pewnością działało na jej wyobraźnię i tak, jak ja nocą krążyłam po swojej sypialni, tak ona musiała robić to teraz. Ta świadomość nie sprawiała mi przyjemności, ale odcinanie współczucia wobec siostry zdążyło już wejść mi w krew. Sama mnie tego nauczyła.
Posłałam po nią dopiero po zmroku. Długo zastanawiałam się, co będzie lepsze - gabinet czy prywatne komnaty, ale w końcu doszłam do wniosku, że utrzymanie rozmowy w urzędowym tonie będzie najlepsze na pierwszy raz.
Zastała mnie siedzącą za biurkiem - pomalowaną i w peruce, sztywno wyprostowaną, z dłońmi splecionymi na pustym blacie. Chciałam, by wiedziała, że byłam tu tylko dla niej. Do gabinetu wkroczyła szybko i niepewnie, rozglądając się, jak gdyby spodziewała się ujrzeć tutaj tłum ludzi. Widać, że nie przykładała wagi do ubioru, wybierając szatę - prosta, granatowa sukienka bez rękawów, zwykłe sandały na płaskiej podeszwie, zero makijażu i biżuretii. Prawdopodobnie włożyła pierwsze, co się nawinęło. Automatycznie objęła się ramionami, choć w pokoju temperatura sięgała jakichś dwudziestu pięciu stopni. Zmarszczyła brwi i prawie otworzyła usta, wyraźnie domagając się wyjaśnień, ale zatrzymała się gwałtownie i cofnęła o krok, jak gdyby o mało nie zderzyła się ze szklaną ścianą.
Wskazałam na przygotowany fotel na środku gabinetu - wyraźnie odsunięty od biurka.
- Hurij jest w areszcie - oznajmiłam, kiedy usiadła sztywno na brzegu, wciąż nie opuszczając rąk. - Uściślając: w areszcie w Kairze. Masz mi coś na ten temat do powiedzenia?
Na jej spiętej, strapionej twarzy pojawiła się złość. Czułam, jak buzowała w niej wraz z tlącą się delikatnie magią - w porównaniu do tego, co nieraz biło od Voldemorta, przypominała wadliwą petardę, ale tliła się dostatecznie mocno, bym była w stanie ją odczytać.
- Sama chciałam cię o to zapytać - wyrzuciła z siebie. Ramiona powędrowały do góry, kiedy wychyliła się do przodu. Była wściekła. Wściekła, zniecierpliwiona i rozgoryczona bezceremonialnym zamknięciem w pokoju, brakiem dostępu do informacji i czekaniem. - Nikt mnie o niczym nie informuje, sześciu medżai wpada do mnie w trakcie śniadania, informuje, że chcesz mnie widzieć za dziesięć minut z powodu aresztowania Hurija, a potem każą mi czekać bogowie wiedzą jak długo… w zamknięciu, skrzat teleportuje się z jedzeniem jak do więźnia… Co mam ci powiedzieć, skoro sama o niczym nie wiem?
Odczekałam, aż wyrzuci z siebie to, co zgromadziła w sobie przez ostatnie dziesięć godzin. Niewiele tego było, zważywszy na emocje, które wciąż w niej kipiały, ale pozwoliłam jej się wyżalić, poskarżyć się, siedząc w bezruchu, bez cienia litości czy współczucia na twarzy.
- Hurij został aresztowany z podejrzenia o zabójstwo - wyjaśniłam zimno. Zivit zamarła, palcami wpiła się we własne ramiona, aż na skórze pojawiły się jasne ślady. - Miałaś z tym coś wspólnego?
- Zabójstwo?! Jak to… czyje zabójstwo…?!
- Twierdzi, że całą noc spędził w Arismad-Arismad - kontynuowałam, ignorując jej krzyki. - Potwierdzasz to?
- Ja… oczywiście! Hurij był u mnie przez całą noc.
- A wcześniej?
Opadła na fotel, choć przed chwilą się nad nim unosiła. Pierś falowała jej szybko w płytkim, nierównym oddechu, na czoło i nad górną wargą pojawił się kropelki potu, kiedy błędnym wzrokiem zaczęła toczyć po ścianach, najwidoczniej próbując sobie wszystko poukładać.
- A wcześniej? - powtórzyłam z naciskiem, bezlitośnie zmuszając ją do szybkiego udzielenia odpowiedzi.
- Wcześniej… nie mam pojęcia, było zupełnie normalnie! Chwilę porozmawialiśmy, zjedliśmy kolację… k-kochaliśmy się… p-poszliśmy spać, nic więcej! - wyrzuciła z siebie tak szybko, że zaczęła się zacinać. - P-przy… przysięgam, że nie zauważyłam niczego podejrzanego, ja też nigdzie nie wychodziłam… n-nie wiem, co mam ci więcej powiedzieć… Kto zginął? Dlaczego H-Hurij jest podej…?
- Nakazałam ci załatwić temat ślubu - przerwałam jej, cedząc przez zaciśnięte zęby. Na widok tego, jak odchyliła się w stronę oparcia, gdy wstałam, poczułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej - Zivit się mnie bała, ale kontynuowałam to przedstawienie. - Ale, na Anubisa… nie za wszelką cenę. Amal została znaleziona w ogrodzie. Zakopana i transmutowana w kamień. Przysięgnij mi, że nie miałaś z tym nic wspólnego.
Zbladła gwałtownie, tak, że jej twarz przybrała niezdrowy, żółtawy odcień.
- Dżahmes, co ty mówisz… Amal nie żyje? Ale… ale jak… Przecież zgodziła się na nasz ślub! Pamiętasz, wysłałam ci list, że odwiedziła mnie wieczorem…
- Wiem tylko tyle, że dostałam list, w którym pisałaś, że Amal odwiedziła cię wieczorem. Czy ktoś może to potwierdzić?
- Moje skrzaty…
- Ktoś, kto ci nie służy i nie będzie dla ciebie kłamał, ponieważ należy do ciebie.
Tym razem dałam jej chwilę - w zielonych, zupełnie już okrągłych oczach błysnęły znamiona szaleństwa. Prawie słyszałam, jak rozpędzone do granic możliwości myśli ścigały się ze sobą w jej głowie, by stworzyć jakieś logiczne wytłumaczenie tego, co usłyszała, ale jedyne, co w tym momencie były w stanie zrobić, to zderzać się ze sobą i rozbijać o wnętrze czaszki.
Odetchnęła. Chyba do niej dotarło, że więcej wskóra spokojem niż krzykiem, bo kiedy się wyprostowała i przemówiła, głos miała dużo niższy i bardziej opanowany.
- Nie wiem, kto i dlaczego miałby chcieć zabić Amal. Ale ja nie mam z tym nic wspólnego. I jestem pewna, że Hurij też nie. Jeśli będzie trzeba, stawię się na przesłuchanie i powiem wszystko zgodnie z prawdą.
- Oby do tego doszło - odparłam, unosząc brwi. Przysiadłam na brzegu biurka tuż przed siostrą i skrzyżowałam ręce na piersiach. - Poznałaś braci Amal. Jeśli pojawi się chociaż cień podejrzeń, że miałaś z tym coś wspólnego…
- Nie padnie.
- …nie będę ci w stanie pomóc poza Kemmhyt. Dlatego do czasu wyjaśnienia tej sprawy zostaniesz w pałacu.
Lustrowałyśmy się przez chwilę z uwagą, cisza w pomieszczeniu kłuła w uszy. Zmarszczka między brwiami Zivit, która na początku była jedynie lekko zarysowana, teraz odznaczała się wyraźnie ciemną linią, uwydatniona ukośnym światłem bijącym z kominka. Voldemort z całą pewnością byłby w stanie wślizgnąć się do umysłu mojej siostry tak, żeby tego nie wyczuła, ale ja nie chciałam ryzykować. Cokolwiek sobie myślała, były tam wątpliwości i wiedziałam, że prędzej czy później domyśli się prawdy.
Prawda nie była ważna, dopóki nie przemawiały za nią dowody.
- Byłoby ci na rękę, gdyby go skazali - powiedziała w końcu.
Wychyliłam się do przodu tak, że nasze twarze znalazły się na jednym poziomie. Byłam w stanie policzyć drobne zmarszczki na jej wilgotnym czole.
- Byłoby mi na rękę, gdyby to Amal zabiła Hurija - wycedziłam. - Wtedy król Ueh Mee miałby na głowie kairskie Biuro Śledcze, nie ja.
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo na korytarzu rozległy się najpierw czyjeś przyśpieszone kroki, a zaraz potem podniesiony męski głos. Był wystarczająco przekonujący, bo ledwo odsunęłam się od siostry, a drzwi otworzyły się z hukiem i do gabinetu wpadł Imhotep, prawie potrącając przy tym stojącego za progiem skrzata.
- Musimy porozmawiać - wyrzucił z siebie zdyszany. - Natychmiast.
Otworzyłam usta, ale Zivit mnie uprzedziła.
- To może poczekać. Teraz ja muszę się dowie…
- Nie - przerwał jej, nie dbając o to, jak arogancko zabrzmiał. - Porozmawiamy teraz.
Jeszcze nigdy nie widziałam go w takim stanie. Ziemistoszary, z szeroko rozwartymi oczami pocił się jak w gorączce. Krople potu lśniły mu na szczycie łysiny, plamy wykwitły mu już na fioletowej szacie pod pachami i na piersi, jakby drogę od wejścia do gabinetu pokonał biegiem. Pomimo zaciśniętej szczęki i aury wściekłości z jego oczu łatwo było odczytać strach. Chyba nawet Zivit to spostrzegła, bo zamknęła usta i znów otuliła się szczelnie ramionami.
- Zostaw nas, dokończymy później - rzuciłam do siostry, nie odwracając wzroku od Imhotepa.
Kiedy wyszła, wyciągnął zza pazuchy dwa zapakowane w rozdarte koperty listy i spojrzał na mnie w taki sposób, jakby oczekiwał wyjaśnień. Wysunął z jednej z nich złożony pergamin zapisany jakimś schludnym, nieznanym mi pismem, rozłożył i zaczął czytać:
- “Obawiam się, że wakacje Tetiszeri mogą się odrobinę przeciągnąć. Jak długo - wszystko zależy od ciebie”. - Spojrzał na mnie znad kartki, wydymając usta. - I jeszcze: “Przyznaję, nie spodziewałem się takiego ruchu ze strony Dżahmes - wolałbym, żeby wynikało to z mojej naiwności, a nie z jej okrucieństwa, ale punkt dla niej. W każdym razie Teti ma u mnie całkiem wygodnie, ale jej pobyt w jednym z moich luksusowych apartamentów jest opłacony tylko na jakiś czas. Jeśli chcesz, żeby żona wróciła z wakacji, postaraj się, żeby moje wakacje też szybko się skończyły”.
Urwał, taksując mnie wzrokiem. Szczęka poruszała mu się nerwowo, jakby coś przeżuwał, a mnie przez moment błysnęło zrozumienie dla Zivit - w tym momencie czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mnie ze snu w środku jakichś ultra ważnych wydarzeń.
- Kto ci to wysłał? Dlaczego pisze o Tetiszeri? - wyrzuciłam z siebie dwa pierwsze pytania, choć kolejne już tłoczyły się w kolejce. - Czy to ma związek z Ibn Rahamem…?
- To od Hurija - warknął i wcisnął mi w ręce list. Był znacznie dłuższy niż to, co przeczytał Imhotep, a na końcu czyjaś zręczna ręka nakreśliła maleńki rysunek skarabeusza z pierzastymi skrzydłami. - Nie wiem, o jakich wakacjach pisze, ale wyraźnie sugeruje, że ma Teti.
Szybko przeleciałam wzrokiem po liście, czując w gardle rosnącą gulę. Wszystko nagle stało się jasne.
- Hurij nie jest na wakacjach. - Zacisnęłam wargi. Miałam sekundę na podjęcie decyzji. - Hurij jest w areszcie. Kiedy to dostałeś?
- Dwie godziny temu. Od kiedy wysłała mi to, nie mam z nią kontaktu. Tak, jak i jej rodzice.
W żołądku coś nieprzyjemnie mi podskoczyło - tak, jak wtedy, kiedy podczas zbiegania ze schodów nie natrafia się nogą na ostatni stopień. Byłabym naiwna, wierząc, że Hurij nie miał znajomości w Biurze Śledczym, ale jednak zobaczenia tego na własne oczy było zupełnie innym doświadczeniem.
Jeszcze raz przeczytałam list.
Do Imhotepa Hanifa
Wyrazy współczucia z powodu rozwodu. Po śmierci bliskiej nam osoby to podobno najtrudniejsze doświadczenie, jakie możemy przeżyć - bez względu na to, co czujemy w tym momencie, kiedyś przecież naprawdę kochaliśmy. Teraz zaś najbliższa niegdyś osoba staje się nam najbardziej obcą.
Myślę, że decyzja Twojej żony o wyjeździe była słuszna. Wyobrażam sobie, że w takiej sytuacji też potrzebowałbym zmiany otoczenia, żeby wszystko sobie poukładać. Zwłaszcza gdybym wciąż kochał tak, jak ona. Obawiam się, że wakacje Tetiszeri mogą się odrobinę przeciągnąć. Jak długo - wszystko zależy od Ciebie. Mogę założyć, że w pierwszej chwili poczułeś się skołowany - wiadomość od jej kochanka? Teraz dociera do Ciebie, że miałeś słuszne obawy, czytając jej pierwszy list - i jesteś wściekły, ale daj mi jeszcze chwilę. Czas na emocje przyjdzie później. Pragnę uprzedzić Twoje wyrzuty sumienia. Nie miej sobie nic do zarzucenia. W zupełności rozumiem, że jesteś tylko pionkiem w grze, którą prowadzi nasza królowa, nie mam Ci tego za złe. Jej też nie miałem, dopóki nie zaczęła ingerować w sprawy Ministerstwa Magii. Nie zrozum mnie źle - Teti była dla mnie łatwym celem. Tak, wiem, w tej chwili mógłbyś zarzucić mi brak ambicji, gdybyś nie pragnął roztrzaskać mojej głowy o ścianę, ale, jak to się mówi, szyję z tego, co mam. Planowałem zaangażować Tetiszeri w coś innego, niestety sprawy trochę się pokomplikowały, lecz Twoja rola w odzyskaniu żony wciąż jest taka sama. Przyznaję, nie spodziewałem się takiego ruchu ze strony Dżahmes - wolałbym, żeby wynikało to z mojej naiwności, a nie z jej okrucieństwa, ale punkt dla niej. W każdym razie Teti ma u mnie całkiem wygodnie, ale jej pobyt w jednym z moich luksusowych apartamentów jest opłacony tylko na jakiś czas. Jeśli chcesz, żeby żona wróciła z wakacji, postaraj się, żeby moje wakacje też szybko się skończyły.
Ja wychodzę - Tetiszeri wychodzi.
PS Teraz możesz roztrzaskać szklankę i cisnąć krzesłem o ścianę.
Wykonałam nad papirusem kilka ruchów różdżką, ale nic się nie stało. Wszelkie zaklęcia ochronne, o ile jakieś były, zostały zdjęte przez Imhotepa. Przedzierając się przez ten bełkot, bardzo szybko zrozumiałam, że ten list nie był wcale do Hanifa. Był do mnie. W pierwszej chwili targnęła mną taka wściekłość, że miałam ochotę natychmiast lecieć prosto do aresztu w Kairze, żeby wydusić z kuzyna wszystko na temat Tetiszeri - nie dla niej samej. Dla Imhotepa. Ale chwilę później - tak, jakby ta myśl czekała cierpliwie w kolejce, aż pierwsza fala emocji opadnie - rozbłysło mi w głowie to doskonałe powiązanie.
Porywając żonę Imhotepa, nie miał pojęcia, że za kilka dni sam trafi do aresztu, oskarżony o zabójstwo własnej żony. Jedyne, co mu pozostało, by wyjść z tego obronną ręką, to szantaż, który utwierdzał go w jego winie. I Hurij dobrze o tym wiedział.
Bez pytania dał mi do przeczytania drugi list - tego charakteru pisma też nie poznałam. Było ładne i kobiece, znaki kreślone bez cienia wahania.
Chyba nie da się inaczej, niż napisać wprost - nie chcę dawać nam drugiej szansy, ale chciałabym, żeby pierwsze tygodnie naszego NAPRAWDĘ osobnego życia przebiegły jak najlepiej.
Poczułam na plecach nieprzyjemny dreszcz. Była pod działaniem Imperiusa, pisząc to? Wyobraziłam sobie, jak w środku cała się trzęsła, jak łykała łzy, które zaklęcie zabraniało jej ronić, by przypadkiem któraś nie skapnęła na papirus. Wszystko doskonale przemyślał. Prawie wszystko i ta świadomość ukłuła mnie lekko w serce, ponieważ sama nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie - przez niedocenienie czy własną naiwność?
- Spróbuję się czegoś dowiedzieć, wyślę Farisa, żeby…
- Nie ma potrzeby się niczego dowiadywać! - przerwał mi podniesionym głosem. Listy, które mu oddałam, upadły na podłogę. - Wiemy wszystko, co potrzebne! Porwał Teti, bo uznał, że to będzie znakomity sposób na zmuszenie nas do wycofania się z biura ministra, bo złamałaś…!
- Hurij dobrze wiedział, że nie pozwolę mu na ingerencję. To była jego zemsta, nic więcej. Jako pierwszy postanowił wmieszać się w wybory…
- To ty przysięgałaś podczas koronacji, nie Teti! - ryknął głosem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie słyszałam. - To ona siedzi zamknięta, chociaż nie miała z tym nic wspólnego! NIC!
Miałam zamiar podnieść głos, zrugać, że przecież mówił do swojej królowej, ale otrzeźwił mnie widok szaleństwa w jego oczach. Dyszał ciężko, uszy poruszały mu się pod wpływem napinanej szczęki - choć znałam tę twarz, tę sylwetkę od dwudziestu lat, stał przede mną zupełnie inny człowiek. Po chwili wahania wyciągnęłam rękę i ścisnęłam mocno jego dłoń. Poczułam opór, jak gdyby chciał ją cofnąć, ale trwało to tylko ułamek sekundy i spięte mięśnie rozluźniły się pod wpływem mojego dotyku.
- Zrobię wszystko, żeby odzyskać Teti - rzekłam, patrząc mu w oczy. - Ale musimy odsunąć emocje na bok, rozumiesz?
Powiedziałam to z takim przekonaniem, by i on uwierzył, choć strach nie przestawał ściskać mnie za gardło. Nie znałam Tetiszeri. Nie miałam pojęcia, za jakie cechy mogłabym ją polubić, czy byłybyśmy w stanie się zaprzyjaźnić, czy nie, ale widok Imhotepa w takim stanie rozkrawał mi serce. Poczułam się jak odarta z szat na oczach wielkiego tłumu, naga i skulona, jak gdyby ktoś uderzył mnie z zaskoczenia w brzuch.
Po długim, bardzo długim czasie - miałam wrażenie, że ciągnącym się w nieskończoność - wreszcie skinął głową. Sztywno i bez słowa, ale z przekonaniem, które pozwoliło mi uczynić krok do przodu. Przywołałam z barku butelkę whisky, dwie pękate szklanki na niskich nóżkach i nalałam do połowy miedzianego płynu.
- Hurij jest podejrzany o zabójstwo Amal - odezwałam się po chwili, kiedy oboje usiedliśmy i wypiliśmy po łyku. - Myślę, że planował to od dawna, kiedy tylko zaproponował Zivit małżeństwo, a porwanie Teti miało być dla niego kartą wyjścia z więzienia, gdyby wpadł. Dosłownie.
Zapewne w innej sytuacji to, co powiedziałam, mocno by nim wstrząsnęło, ale teraz uniósł tylko wysoko swoje krzaczaste brwi, a szklanka zamarła mu w dłoni w połowie drogi do ust.
- Pięknie to sobie zaplanował. Kutas - wycedził. - Nakarmię go jego własnym fiutem…
- A ja nie będę cię powstrzymywać - przerwałam mu szybko, bo żyła na jego skroni znów zaczęła szybciej pulsować. - Ale najpierw musimy wyciągnąć Teti. Chciał, żebym dostała ten list, ale ty też miałeś go przeczytać, to znaczy, że wierzy, że masz na mnie jakiś wpływ. Musimy utrzymać go w tym przekonaniu, dopóki nam nie powie, gdzie ją przetrzymuje.
Wyprostował się, gotów do dalszej awantury.
- Przecież powiedział, że odda ją dopiero wtedy, kiedy wyjdzie…!
- Jeśli wyjdzie, wtedy na pewno jej nie odda - znów mu przerwałam, chwytając za nadgarstek, bo już zaczął unosić się w fotelu. - Albo będzie torturował ją tak długo, aż jej osobowość ulegnie całkowitemu rozpadowi, albo ją zabije… a sam widzisz, że jest do tego zdolny. Musisz go przekonać, że ty już wycofałeś za moimi plecami swoich ludzi z biura ministra. Ibn Raham i tak wygra, ale kiedy będzie pod kontrolą ludzi Hurija, nakaże wydać wyrok w zawieszeniu.
Nie wyglądał na przekonanego, ale opadł z powrotem na fotel.
- Myślisz, że jest w stanie w to uwierzyć? - spytał.
- A ty jesteś w stanie go przekonać?
Przełknął ślinę, ale skinął głową. W tej chwili chyba naprawdę w to wierzył i to było najważniejsze - nawet jeżeli dobrze wiedziałam, że Hurij w to nie uwierzy.
*
Ostatnio wszystko kręciło się wokół sądu. Widok wielkiej, szklanej piramidy przyprawiał go o bóle każdego możliwego organu, ale tym razem wszystko miał pod kontrolą. Biały samochód minął pięknie podświetlony ostrosłup i pomknął dalej szeroką ulicą dalej w głąb Placu Maat. O tej porze drogi były już prawie puste, nawet w samym centrum Ityhii.
Mógł użyć sieci Fiuu, dostał na to zgodę, ale dobrze, że wybrał samochód. Kiedy prowadził, miał wrażenie, że jego myśli same wskakiwały na swoje miejsca, gotowe do użytku. Spod sądu pod budynek aresztu jazda zajęła mu niecałe pięć minut, a miejsce parkingowe znalazł zaraz po przejechaniu przez bramkę. Wysoka brama zmieniła się w dym i Imhotep poczuł na całym ciele nieprzyjemne łaskotanie, kiedy jego biały chevrolet znalazł się na terenie aresztu.
W odróżnieniu od gmachu ministerstwa i sądu izba zatrzymań prezentowała się bardzo niepozornie. Niewysoki, biały budyneczek z płaskim dachem przypominał jedną z wielu kamienic na średnio zamożnych osiedlach. Poza czterema przypominającymi palmy kolumnami przy głównym wejściu próżno było tu szukać zbędnych dekoracji. Imhotep minął budkę, w której strażnik powinien go wylegitymować - owszem, uniósł znudzony wzrok znad gazety i leniwym ruchem strzepnął papierosa za niewielkim okienkiem stróżówki. Dopiero czarnoskóry młodzieniaszek wewnątrz ciasnego korytarzyka poprosił o dokumenty i jego różdżkę.
- Poziom minus jeden - oznajmił po arabsku, chowając w jednej z drewnianych szafek za plecami rynienkę z różdżką i dokumentami Imhotepa. W zamian za to wręczył mu metalową plakietkę z napisem odwiedzający. - Na dole przejmie pana Banzouzi.
Imhotep skinął głową i ruszył w głąb pomieszczenia. Hol ciągnął się jeszcze dalej schodami do góry, prawdopodobnie do części administracyjnej, ale winda, którą wskazał mu młody czarodziej, znajdowała się w połowie drogi, odgrodzona od dalszej części przezroczystymi drzwiami bez klamki.
Jadąc w dół w potwornie starej, trzęsącej się kabinie, miał wrażenie, że buzowały w nim chyba wszystkie negatywne uczucia na raz. Wściekłość powstrzymywała niepewność, strach zaciskał Imhotepowi gardło tak, że muskularnemu, czarnoskóremu mężczyźnie na dole był w stanie podać tylko fałszywe nazwisko Lock-Naha, a kiedy szli w ciszy długim, skąpo oświetlonym korytarzem, potworna rozpacz uczyniła jego kolana jak z waty.
Zaraz miał spotkać porywacza swojej żony.
Miał wrażenie, że wpadł w sam środek powieści kryminalnej.
Zatrzymali się przed jednymi z niewysokich, metalowych drzwi, przed którymi Yonas Banzouzi pouczył go, jak należało zachować się w obecności oskarżonego i jeszcze raz prześwietlił go długim, metalowym prętem, po czym wpuścił go do środka.
O ile był weteranem sal sądowych, areszt był dla Imhotepa zupełną nowością. Sam nie wiedział, czego się spodziewać, ale widok pokoju widzeń - zupełnie zwyczajnego, wręcz obskurnego pomieszczenia wielkości kiosku - zaskoczył go. W odróżnieniu od korytarza to pomieszczenie było porządnie oświetlone, wręcz do tego stopnia, że w pierwszym odruchu Hanif zmrużył oczy. Salkę podzielono na pół identyczną szybą, którą widział na górze, z tą jedną różnicą, że przy tej dało się wyczuć zatykającą dech w piersiach moc. Kształty dwóch osób po drugiej stronie - jednej siedzącej, drugiej stojącej obok wąskich drzwi - wydawały się lekko zamazane.
Natychmiast go poznał. Miał na sobie prostą szatę w kolorze jaskrawej zieleni - mocno odznaczającą się na tle burej podłogi i ścian, ale bujna broda, potężny wąs i lśniące loczki pozostały te same. Ręce, które opierał na rozłożonych kolanach, miał skrępowane w nadgarstkach cieniutkimi, metalowymi obręczami. Hurij powitał Imhotepa uprzejmym uśmieszkiem, ale wystarczyła chwila, by w ciemnych oczach zaigrały złośliwe iskierki, kiedy tak na siebie patrzyli.
Sekundy wlokły się niemiłosiernie.
- Niespodziewane odwiedziny - odezwał się, skłoniwszy lekko głowę. Jego arabski brzmiał perfekcyjnie. Żadnych szorstkich naleciałości z Górnego Egiptu. - Miło będzie porozmawiać z kimś na poziomie. A jeszcze milej z kimś znajomym.
Miał wrażenie, że ta cisza między nimi nigdy się nie skończy.
- Jesteś w bardzo dobrym nastroju jak na kogoś, komu dopiero co KTOŚ zabił żonę - odpowiedział Imhotep. Gardło miał tak boleśnie zaciśnięte, że jego głos wydał mu się obcy.
Kiedy przekraczał próg sali spotkań, strach kipiał mu w piersi, ale teraz, kiedy już stał z Hurijem twarzą w twarz, złość i nienawiść zupełnie wyszły na prowadzenie, zostawiając pozostałe emocje daleko z tyłu. Jeżeli kiedykolwiek Imhotep miał wątpliwości co do winy Lock-Naha, teraz już był pewien - tak wyglądała twarz żonobójcy. Hanif obawiał się, że kiedy tu wejdzie, zetknie się z dzikim zwierzęciem trzymanym na łańcuchu, ale nie. Ten człowiek doskonale się tu czuł. Siedział rozluźniony z lekko przechyloną głową, z tym swoim cynicznym, podłym półuśmieszkiem przyklejonym do ust - z tym samym, na który łapało się tyle kobiet. Nawet Zivit. Siedział i śmiał mu się w twarz, prowokując przymrużonymi oczami, które szeptały zwodniczo aksamitnym głosem: chcesz? Chodź, spróbuj i się przekonaj.
Odpowiedział mu cichym, niskim chichotem.
- A jak się ma twoja żona, Imhotepie? - zapytał i odchylił się nieco, z satysfakcją obserwując furię buchającą z jego rozmówcy.
Hanif od początku nie wierzył, że uda mu się ukryć nienawiść, ale nie wierzył również, że byłby w stanie w ten sposób oszukać Lock-Naha. I Dżahmes też w to nie wierzyła.
- Żebyś zdechł - warknął tak cicho, że ledwo sam to usłyszał. Szumiało mu w uszach.
Tamten nie wydawał się przejęty.
- Uważaj na słowa - rzekł i znów się zaśmiał. Krzesło zatrzeszczało cicho, kiedy wychylił się mocno do przodu, podpierając łokcie o kolana. Strażnik za jego plecami nawet się nie poruszył - wzrok wbity w przeciwległą ścianę miał nieobecny. - Moje warunki się nie zmieniają. Tylko ja wiem, gdzie ona jest, a radziłbym ci się pośpieszyć, jeżeli nie chcesz wysłać żony na wieczne wakacje u Ozyrysa.
Nie był w stanie dłużej powstrzymywać wściekłości. Uderzyła mu do głowy, krew zawrzała, jakby miała zamiar wytrysnąć przez uszy. Imhotep rzucił się do przodu prosto na przezroczystą ścianę - bez różdżki, bez noża czy czegokolwiek, czym można byłoby zabić, wyłącznie z wyciągniętymi przed siebie rękami, ale potężna siła odrzuciła go z powrotem na ścianę. Podnosząc się na drżących nogach, czując ból w potylicy, nie spuszczał wzroku z Hurija, który wciąż siedział pochylony i uśmiechnięty.
- Słyszałem, że nie byłeś najlepszy z eliksirów, więc musisz uwierzyć mi na słowo - kontynuował. - Ale myślę, że możesz zapytać twoją królową, ona zapewne słyszała o Viridi Solisium. Co jakiś czas trzeba uzupełniać butelkę z wodą amoniakalną, w innym wypadku Teti szybko skończy się czyste powietrze. Jak już zdążyłeś się domyślić, tylko ja mogę to zrobić. Myślę, że nie ma co dłużej przeciągać. Obaj wiemy, że nie masz innego wyjścia. Chyba że po rozwodzie żona jest ci zbędna.
Dławiło go w gardle. Jak mógł się z kimś takim układać? Nigdy nie był specjalnie wierzący, ale w tym momencie nie potrafił pogodzić się z myślą, że bogowie wciąż mu sprzyjali. To on musiał nagiąć karku, to on musiał się płaszczyć, panować nad nerwami, podczas gdy Hurij Lock-Nah zamordował własną żonę, igrał życiem Teti i teraz siedział sobie nonszalancko oparty, śmiejąc się Imhotepowi w twarz.
Splunął z pogardą na podłogę.
- Zabiję cię - wycedził lodowato. - Kiedy już stąd wyjdziesz, roztrzaskam ci głowę o ścianę i będę patrzył, jak świnie żrą to, co z niej zostanie.
Lock-Nah nie wyglądał, jakby zrobiło to na nim wrażenie. Przytaknął z uśmiechem, jak gdyby godził się na warunki umowy wynajmu mieszkania.
- Dobrze. Po wyjściu chętnie się z tobą zmierzę - odparł, prostując się. - A teraz omówmy szczegóły mojego wyjścia. Zakładam, że powodem twoich odwiedzin jest coś więcej niż groźby karalne w obecności strażnika?
Kiedy Imhotep wracał do samochodu prawie pół godziny później, czuł się tak, jakby został na dobre wyrwany ze swojego ciała. Zimne, wieczorne powietrze ani trochę go nie otrzeźwiło. Przeciskając się między starymi autami, w których system zwężania nie działał, był jak w transie - nic, co przychodziło mu do głowy, nie było w stanie dać mu wytchnienia. Jedynym światełkiem w tunelu pełnym gówna była rozmowa z Dżahmes - jak gdyby ta posiadała jakąś magiczną moc likwidowania emocji.
Nie potrafił usunąć sprzed oczu wykrzywionej podłym uśmiechem twarzy Hurija. Gdy grzebał drżącą ręką w fantazyjnym pojemniku na proszek Fiuu, wyobraźnia zniekształciła ją do tego stopnia, że Hurij był już w zasadzie samymi oczami i samymi ogromnymi zębami szczerzącymi się pod gigantycznym wąsem.
- Góra Kemmhyt, Plac Hator 42 - rzucił razem ze szczyptą pyłu do kominka.
W następnej chwili był już w swoim prawie opustoszałym mieszkaniu w stolicy, ale wypadł z niego tak szybko, że żaden z opiekujących się domem skrzatów nie zdążył zarejestrować jego obecności.
Nie dbał o to, jak źle mogła zostać odebrana teleportacja na teren pałacu. Potrzebował jak najszybciej zobaczyć się z królową, nawet gdyby mieli go do niej doprowadzić pozbawionego różdżki. Miał jednak szczęście - korytarz przed częścią królewską był praktycznie opustoszały, tylko od jednego niezadowolonego skrzata strzegącego wysokich, dwuskrzydłowych drzwi z misternie wykonaną złotą płaskorzeźbą herbu Lock-Nahów dowiedział się, że królowa wciąż nie wróciła ze spotkania rady, więc tam się udał. Gdyby nie inny skrzat - warujący pod drzwiami sali zebrań - zapewne Imhotep byłby je staranował. Dopiero przeciągająca się kłótnia spowodowała, że w progu stanął Ahmose Tuto. Widok Imhotepa - niepomiernie nachmurzonego i zniecierpliwionego - sprawił, że wąska brew powędrowała do góry.
- Trwa spotkanie rady - oznajmił mu przesadnie ugrzecznionym tonem, przezornie przytrzymując jedno ze skrzydeł drzwi. - Zatem gdybyś był tak uprzejmy…
- Skrzat miał dość czasu, żeby mnie o tym powiadomić - odwarknął, a druga brew Tuto uniosła się do kompletu. Imhotep wiedział, że kiedy emocje opadną, będzie żałował tych wszystkich niedelikatnych słów i awantur, ale to była teraz ostatnia rzecz, którą chciał się martwić. - Zatem, nie, nie będę uprzejmy zaczekać. Potrzebuję porozmawiać z królową. Natychmiast.
Ignorując palce na krawędzi drzwi, pchnął je z całej siły, tak, że wyślizgnęły się ze smukłej dłoni Tuto, odsłaniając część owalnego stołu - wielką sylwetkę Czuju unoszącą się na krześle tak, żeby zobaczyć źródło awantury, znajomą burzę włosów Heather i Dżahmes stojącą u szczytu blatu, przyglądającą mu się ze zmarszczonymi w niepokoju brwiami.
Zapadła pełna napięcia cisza, podczas której szczurowata twarz Ahmosego przybrała znajomy wyraz skonsternowania, jak zawsze, kiedy ktoś przekraczał w jego towarzystwie granice dobrego wychowania. Wykonał ruch głową, jak gdyby chciał spojrzeć na królową, ale ona wybawiła go z opresji, mówiąc:
- Na tym skończymy, dziękuję.
Nietypowe zniecierpliwienie w jej głowie podziałało na zebranych mobilizująco, bo jeden po drugim opuścili pomieszczenie, obrzucając Imhotepa każdy innym spojrzeniem. Tylko twarz Farisa wyrażała jak zwykle perfekcyjnie wypracowaną obojętność.
- Rozmawiałeś z nim? - spytała.
Wciąż stojąc, wskazała mu jedno z krzeseł przy stole, ale nie usiadł. Miał wrażenie, że jeśli by to zrobił, jego nogi oderwałyby się od ciała i zaczęły żyć swoim życiem. W zamian za to zaczął spacerować wzdłuż postumentu, na którym stała nieruchomo imponującej wielkości naga Maat z białego kamienia.
- Skurwiel się przyznał. - Prawie wypluł te słowa. - Przyznał, śmiejąc mi się w twarz. Jest tak pewny siebie, tak… bezczelny… Nie chce mi się wierzyć, że nawet teraz, kiedy grozi mu dożywocie za zabójstwo żony, zdaje się nic sobie z tego nie robić.
- Mój kuzyn nigdy nie należał do ludzi uległych, nie znam bardziej narcystycznego dupka od niego, a możesz mi wierzyć, poznałam kilku w swoim życiu - mruknęła i przysiadła na brzeżku blatu, krzyżując ręce na piersiach. - Wydaje mu się, że złoto może wszystko kupić i sam nie ma pojęcia, w jak głębokim błędzie tkwi.
- Co nie zmienia faktu - dodał z naciskiem - że to on ma Teti. Powiedział coś takiego, nie jestem pewien… musi uzupełniać butelkę z wodą amoniakalną, w innym razie zabije ją, nie wiem, chyba jakiś eliksir, Viridi Solisium czy jakoś tak. Wspomniał, że będziesz wiedzieć… Co?
Był prawie pewien, że spostrzegł blask zaskoczenia w jej oczach i choć natychmiast się opanowała, wzbudziło to w nim jeszcze większą panikę, niż gdyby otwarcie okazała strach.
- Viridi Solisium to silnie trujący gaz, który ulatnia się z eliksiru o tej samej nazwie - wyjaśniła rzeczowo, ale Imhotep nie dał się nabrać na jej profesjonalny ton. - Woda amoniakalna rzeczywiście neutralizuje toksyny, ale zatrucie nie następuje natychmiast, to proces, a wody amoniakalnej potrzeba naprawdę niewiele, żeby…
- Czyli nie blefował?
Znów jej przerwał. Impertynencko, nie dbając o to, jak szorstko i zuchwale brzmiał jego ton. Pomimo wszechogarniającego gniewu i bezsilności spostrzegł, że grał na strunach jej cierpliwości, ale przełknęła irytację, co jeszcze bardziej go podpaliło. Czuł, że gdyby podniosła głos, miałby zielone światło, żeby wybuchnąć, wyżyć się na kimś - nawet gdyby miało to się skończyć dla niego długim i bolesnym Cruciatusem. Ale ona odetchnęła tylko i odpowiedziała zupełnie spokojnie:
- Istnieje taka trucizna. Jej uwarzenie nie jest proste, ale myślę, że kupno Viridi Solisium na czarnym rynku nie stanowiłoby dla Hurija żadnego problemu.
- Czyli Lock-Nah musi opuścić areszt.
Przełknęła ślinę, a barwi drgnęły jej tak, że Imhotep przez chwilę naprawdę uwierzył, że było jej przykro. Wiedział, co usłyszy. Ale nie zamierzał tak łatwo ustąpić.
Może faktycznie po Cruciatusie zrobiłoby mu się odrobinę lepiej.
- Nawet ja nie mam takiej mocy. Nie mogę tam wejść i ot tak wyciągnąć człowieka oskarżonego o zabójstwo swojej żony - powiedziała, kręcąc głową. - Jestem pewna, że bracia Amal monitorują sytuację i Hurij o tym wie. Gdyby chodziło o samą ucieczkę z aresztu, myślę, że nie potrzebowałby naszej pomocy. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale musisz być cierpliwy. Wszyscy musimy się…
- Mówisz mi o cierpliwości, kiedy ją każdy oddech zbliża do śmierci!
Był pewien, że eksploduje, wściekłość dudniła mu w głowie, krew kipiała w żyłach, ale jedyne, co mógł zrobić, to uderzyć w to, co miał pod ręką. Spokojna, gładka twarz Maat nie skrzywiła się ani odrobinę, kiedy jedno z piór, które trzymała w ręku, odpadło wraz z ramieniem i runęło z hukiem na podłogę, a w sali zapanowała głucha cisza.
Poczuł na plecach cierpnącą skórę, kiedy Dżahmes postąpiła w jego kierunku, wyciągając różdżkę, ale zamiast Cruciatura ujęła jego rękę w swoją i jednym zaklęciem zasklepiła ranę biegnącą wzdłuż wszystkich czterech kłykci. Dopiero teraz zauważył na ziemi niewielką plamę świeżej krwi. Królowa wyglądała na niewzruszoną i chyba to sprawiło, że Imhotep poczuł pierwsze ukłucie wstydu.
- Ustaliliście coś? - spytała, nie patrząc na niego.
Przekazał Dżahmes wszystko, o czym rozmawiali, starając się brzmieć rzeczowo, jakby tym miał jej zadośćuczynić swoje ostatnie wybuchy gniewu, wtargnięcia na spotkania i jeden zniszczony posąg Maat, a ona słuchała i kiwała głową, aż skończył. Nie potrafił rozszyfrować, co kryło się pod tą maską skupienia. Bo to, że widział maskę, był tego bardziej niż pewien.
- Lock-Nah twierdzi, że właśnie tego się spodziewał. Oznajmił mi, że potrzebuje omówić to ze swoim prawnikiem - rzekł na koniec, czując, jak złość znów zaczynała rozsadzać mu pierś. - Teraz dupek zamierza grać na czas. Wie, że im więcej przeciągnie, tym na więcej się zgodzę, a… Dżahmes, na Amona, nie chcę się na nic godzić, ale jeśli będzie trzeba…
- O Huriju można powiedzieć wiele, ale nie to, że jest głupi - przerwała mu. - Masz rację, będzie się z nami bawił i będzie przeciągał, ile to możliwe, ale wie, że ostatecznie nie może pozwolić jej umrzeć, bo jeśli tak się stanie, oskarżę go o morderstwo. I nawet jeśli jakimś cudem umknie przed karą śmierć swojej żony, nie uniknie więzienia za krzywdę Teti. Zaufaj mi.
Znów chwyciła go za rękę i choć twarz wciąż miała zimną i surową, w tym dotyku wyczuł pewną desperację.
*
W ciemności pokój Imseta i Abigail wyglądał tak samo mrocznie jak każde inne pomieszczenie na dziesięć minut przed północą, pozbawione jakiegokolwiek ciepłego oświetlenia. Jedynym źródłem światła był księżyc zawieszony wysoko na niebie, niemal idealnie na wprost okna. Do pełni brakowało ledwo kilka nocy, ale srebrne promienie nie pomagały, wręcz przeciwnie. Uśmiechnięte pluszaki-kotki, bibeloty pod postacią boskich posążków, które w świetle dziennym zdobiły pokój, wspaniale dopełniając turkusowo-złoty wystrój, teraz rzucały przerażające cienie wielkich, szpiczastych uszu i rozwartych złowieszczo paszcz. Abigail, w której wielkich, błękitnych oczach odbijały się dwie srebrne tarcze, nie wykazywała ani odrobiny strachu. W tym jednym była tak podobna do Silasa, jak gdyby to ona była jego bliźniaczką - prawie nie płakała i nigdy nie widziałam jej zalęknionej. Inaczej jak Imset. Imset był najsłodszym i najspokojniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziałam. On też się nie bał - zawsze wtedy, kiedy normalne dziecko zacznałoby płakać, on wybuchał śmiechem. Teraz spał spokojnie, nieświadomy upiornych cieni nad kołyską, choć pewnie i w nich dopatrzyłby się czegoś zabawnego.
Tęskniłam za czasami, kiedy sama bałam się widmowych cieni na ścianach. To zaskakujące, jak dobrze je pamiętałam, choć nigdy nie wracałam pamięcią do tamtych czasów. A teraz trach - byłam dorosła i drżałam przed skutkami ludzkich decyzji.
Rozpoznałam właściciela zbliżających się kroków, zanim ten wślizgnął się do pokoju. Wysoki, rozciągnięty cień padł na łóżeczko, kiedy Voldemort zbliżył się do okna.
- Spędzasz noce w coraz dziwniejszych miejscach - odezwał się. W tonie głosu dało się wyczuć nutę rozdrażnienia. - Oczekiwałem cię w swoim pokoju.
- Wiedziałam, że perspektywa się zmienia, ale nie sądziłam, że aż tak. Spodziewałam się, że nic nie będzie ważniejsze od Kemmhyt, dopóki one się nie pojawiły - odpowiedziałam po angielsku i westchnęłam cicho, ignorując jego uwagę. Unosząc lekko wzrok znad łóżeczka małej, spostrzegłam jego uniesione brwi. - Jah jest za ścianą. Imhotep wpadł dzisiaj na spotkanie rady.
- Na zbyt wiele mu pozwalasz - rzekł takim tonem, jakby go to niewiele obchodziło.
Przytaknęłam.
- Też byłam nie do zniesienia, kiedy zniknąłeś. - Westchnęłam i wzięłam na ręce Abigail, która usiadła pokracznie i zaczęła machać nad głową wyciągniętymi piąstkami. - Jak odnaleźć kogoś, kto przebywa nie wiadomo gdzie, w miejscu opatrzonym masą zaklęć ochronnych? Jaki miałeś pomysł na wyciągnięcie mnie i chłopców? Musiałeś jakiś mieć.
Byłam pewna, że gorliwe przekonanie w moim głosie sprawiło mu przyjemność, bo uśmiechnął się pod nosem, gdy oparł się o parapet okna i przyglądał mi się z lekko przekrzywioną głową.
- Masz w tym temacie zdecydowaną przewagę - odparł. - Dzięki ludziom wezyra w biurze ministra i informacjom na temat zaklęć ochronnych możecie łatwo zastosować przeciwzaklęcia i wejść do środka.
- Znakomicie - żachnęłam się. - Tylko nie mamy pojęcia, gdzie mamy wejść. Znając Hurija, ma w Egipcie kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt apartamentów, a i to nie jest pewne, że trzyma Tetiszeri w kraju… Nie mamy czasu na miesięczne poszukiwania, tak, jak było w przypadku Farisa. Wystarczy, że Hurij wywiózł ją do Ueh Mee i teraz, kiedy Amal nie żyje, nie mam nikogo wystarczająco blisko, żeby mógł to sprawdzić…
- Wychodzi na to, że się trochę pośpieszyłaś - powiedział rzeczowym tonem, gładząc koniuszkiem palca wąską dolną wargę.
Syknęłam niezadowolona. Musiałam włożyć Abigail z powrotem do łóżeczka, bo zaczęła marudzić, wyraźnie zaniepokojona moim wzrastającym rozdrażnieniem. W kołysce obok Imset nadal spał spokojnie, niewzruszony toczącą się nad nim dyskusją.
- Tak myślisz? - zapytałam z ironią. - Jak przekonałeś Dumbledore’a, żeby oszukał własnych sojuszników?
Wciąż nie przestawał się uśmiechać, jak gdyby mimo wszystko powrót myślami do tamtych chwil sprawiał mu pewien rodzaj satysfakcji.
- Dałem mu do zrozumienia, że twój pobyt tam opłacę mugolską krwią - odrzekł w końcu zwodniczo aksamitnym szeptem, który zawisł na moment w powietrzu pośród głuchej ciszy. - Musisz znaleźć punkt, którego naciśnięcie najbardziej boli. Kiedy znajdziesz, reszta jest tylko formalnością.
Formalnością.
Miałam ochotę prychnąć, ale wiedziała, że utrzymanie Voldemorta w dobrym humorze było kluczowe do rozwiązania tego kłopotu - dla dobra własnych nerwów tak wolałam o tym myśleć. Miałam pustkę w głowie. Marzyłam, by położyć się spać, a kiedy już wstanę, Czarny Pan oznajmi, że wszystko magicznie się rozwiązało.
Znów westchnęłam i już uniosłam dłoń do twarzy, by potrzeć palcami piekące oczy, ale przypomniałam sobie, że wciąż miałam makijaż.
- To mam problem - mruknęłam - bo Hurijowi na nikim i niczym nie zależy tak, jak na sobie samym. Sprzedałby pierworodnego syna, gdyby to gwarantowało mu legalne opuszczenie aresztu.
Uśmieszek, który ledwo czaił się w kącikach ust Voldemorta, rozlał się po jego twarzy z całą swoją złośliwością.
- To jest akurat bardzo dobra wiadomość.
To mówiąc, podkasał lewy rękaw swojej szaty. Pająkowata dłoń opadła na nagie przedramię. Voldemort robił to zawsze z takim pietyzmem, jak gdyby ten ruch miał otworzyć wrota do nieba, a ja czułam się przy tym bardzo dziwnie, bo nigdy nic się nie działo. Dopiero w różnych zakątkach Anglii któryś śmierciożerca - chyba nawet wiedziałam jaki - podskakiwał właśnie w swojej pościeli, wyrwany ze snu niespodziewanym pieczeniem Mrocznego Znaku.
- Nie ma bardziej wdzięcznego celu od człowieka zupełnie pozbawionego celu. Z ludźmi pokroju Dumbledore’a jest na początku zawsze bardzo dużo szarpaniny, tych hardych spojrzeń, zaciskania ust, niepotrzebnego targowania się, wyklinania - mówił Czarny Pan, po czym zaczął komicznie zmienionym głosem naśladować niektórych z nich: - “Jesteś człowiekiem bez serca, jak możesz grozić mojej rodzinie, zostaw moje dzieci w spokoju, co ci zrobili ci wszyscy mugole, ty potworze”... Ach, dziękuję, ale nie przyszedłem tu słuchać pochlebstw. Przybyłem po informacje.
Szliśmy szybko długim, prostym korytarzem w kierunku jego komnaty. Mimo późnej godziny wciąż był skąpany w delikatnym, ciepłym świetle tlących się w lampach maleńkich płomyczków. Na miejscu nie czekaliśmy długo - widocznie Bellatriks i Rabastan też jeszcze nie spali. Oboje w dziennych szatach, nieco zdumieni weszli do środka, w pierwszej chwili spoglądając najpierw na mnie siedzącą przy biurku w sercu gabinetu, później na swojego pana w głębi pokoju, opierającego się bokiem o framugę długiego okna za moimi plecami. Śmierciożercy ukłonili się - Lestrange sztywno, Bellatriks wylewnie, rozkładając na boki obie ręce, jakby miała zamiar odlecieć. Ani przez chwilę nie odwróciła wzroku od swojego pana.
- Nasz pan raczył nas wezwać… - zaczęła, robiąc krok do przodu, jak gdyby chciała mu pokazać swoją natychmiastową gotowość do działania.
Jej szwagier nie wyglądał na tak pełnego zapału.
- Wasza królowa ma do was kilka pytań - rzekł, a cisza, która po tym zapadła, zdawała się boleśnie wwiercać w uszy.
Bellatriks nie była w stanie ukryć zawodu, który zgasił żar w jej ciemnych, namiętnych oczach.
- Śledziliście Hurija Lock-Naha - odezwałam się. - Jest mi wiadome, że w tym czasie przynajmniej raz udał się gdzieś, gdzie bardzo nie chciał być widziany.
W chwili, gdy padło imię Lock-Naha, Rabastan wydawał się dużo bardziej rozluźniony, jakby ktoś zdjął z jego barków wielki ciężar. Czymś wyraźnie ośmielony, teraz to on wystąpił krok naprzód.
- Pani wie… z całym szacunkiem, ale niemożliwe jest się przenieść, jeśli się nie zna miejsca, do którego cel chce się teleportować, chyba że się użyje teleportacji łącznej…
- Albo zgłębi się jego myśli - weszłam mu w słowo, spoglądając na Bellatriks.
Jej mina mówiła wszystko - dokładnie to, co sama pomyślałam.
- Wydaje mi się - rzekł zza moich pleców Voldemort - że masz na ten temat coś więcej do powiedzenia.
Uśmiechnęła się diabolicznie, uwodzicielsko, a ogień w oczach przysłoniętymi do połowy ciężkimi powiekami na nowo ożywił jej podobną do trupiej czaszki twarz. Wciąż zupełnie ładną, ale bardzo zniszczoną jak twarz porcelanowej lalki porzuconej na lata w dawno opuszczonym dworze.
- Oczywiście nie byłam w stanie zobaczyć wszystkiego - powiedziała, wpatrując się w Voldemorta. - Jak na Egipcjanina Lock-Nah dość sprawnie włada oklumencją, ale wiele miejsc, o których myślał, kiedy się przenosił, sprawdziło się. Niestety do wielu nie mogłam za nim wejść, ale widziałam je z zewnątrz. Biały apartamentowiec przy Placu Ozyrysa, budynek ministerstwa na Placu Maat, Plac Neftydy… tam często wchodził do budynku firmy ubezpieczeniowej…
Wyciągnęłam różdżkę i urwała na moment, a w oczach rozbłysło jej coś, co odebrałam jako wyzwanie, ale tylko zatoczyłam małe kółko w powietrzu, a na blacie przede mną zmaterializowała się ogromna, bardzo dokładna mapa Kairu z jaskrawo odznaczającą się magiczną częścią miasta.
- Zaznacz mi - poleciłam.
Kobieta pochyliła się wolno nad mapą, analizując ją przez dłuższą chwilę. W gabinecie było słychać tylko nerwowy oddech Lestrange’a, ale zaraz rozbrzmiało jej ciche mruczenie.
- Na Placu Neftydy wchodził jeszcze tutaj, taka niska kamienica z czerwonym dachem, sąsiadowała ze sklepem muzycznym… ach, tak, tutaj. I jeszcze tu… Plac Horusa, wielki meczet… - mamrotała do siebie, raz po raz stukając różdżką w olbrzymi kawał pergaminu, a na mapie raz po raz pojawiały się pulsujące czerwienią punkciki. - Wychodził też poza Ityhii, tam udało mi się odczytać tylko dwa miejsca. Był w tym hotelu… tym tutaj, tak. I w jakimś budynku przy tej ulicy, ale zniknął mi, zanim się aportowałam…
Poczułam, jak mieszanka strachu i podekscytowania eksplodowała mi w klatce piersiowej, ale jedyne, na co sobie pozwoliłam, to szybkie spojrzenie na Voldemorta. Stał nieco bliżej nad mapę i pochyloną nad nią z wdziękiem Bellatriks, wpatrując się we mnie, marszcząc przy tym czoło. Podpierając się łokciem o ramię, którym się obejmował, powoli muskał palcem swój gładki podbródek. Czerwone oczy jarzyły się w triumfie - pytanie nad czym. Nad moją nieporadnością czy nad losem Hurija.
W tym momencie było mi to zupełnie obojętne.
- Jestem pewna, że to tam - powiedziałam, tak, by tylko on mnie zrozumiał. - Ciągle miałam z tyłu głowy, że ukrył ją gdzieś między mugolami, ale teraz jestem tego pewna. Wyślę Farisa, żeby załatwił to z Biurem Śledczym.
- Może Imhotep nareszcie przestanie się dąsać - dodał z kpiną, a czoło jeszcze przed chwilą przecięte trzema poziomymi zmarszczkami znów było gładkie jak stół.
~*~
Dzieliłam ten rozdział, bo wyszedł jakiś nieprzyzwoicie długi, więc pewnie będę musiała znów podzielić kolejny. XD Dobra, ponad 16.000 słów na rozdział to chyba przesada. Kiedy będę to publikować na Wattpadzie, pewnie jeszcze bardziej to podzielę. To mój ostatni rozdział napisany podczas NaNo, ale w międzyczasie napisałam jeszcze kilka, więc wrzucam. Powoli wracam do żywych i zaczynam już planować dokończenie kolejnej historii, ale zanim to nastąpi, jest szansa, że napiszę jeszcze jeden albo dwa rozdziały z początku DLR. :)